whos.amung.us

środa, 11 marca 2015

Pożegnanie z Salonem

Autor: Integrator

Minął ponad tydzień od mojego ostatniego tekstu i to jest aż nadto czasu bym mógł utwierdzić się w przekonaniu, że powzięta przeze mnie decyzja o rezygnacji z udzielania się na Salonie24 jest dobrze przemyślana. No ale po kolei, przecież nie zaczyna się obiadu od deseru.

Może to nie jest najlepszy przykład ale mocny jest, więc zacznę od niego. Jakiś czas temu trafiłem w sieci na nagranie zrobione telefonem komórkowym gdzie widać jak podczas koncertu Czesław Mozil, wzburzony zachowaniem dziewczyny gadającej przez telefon tuż pod sceną, przerywa występ i każe jej grzecznie wyp…ać. Dokładnie tak.  Mówi, że jest mu przykro ale ona ma wyp… ać z klubu. Dla uzasadnienia swego wyroku dorzuca jeszcze słowa „dupa” i „pier…lę”, za co otrzymuje od niechybnie byłej już fanki odpowiedź w której wyraz „ku.. wa” robi za przecinki, i wszystko. Po tej grzecznej wymianie zdań dziewczyna wychodzi a sala nagradza artystę salwą braw, że tak ładnie sobie poradził.  No ale zobaczcie sami, żeby nie było, że koloryzuję:



Jeśli dobrze zrozumiałem czytając notkę biograficzną Mozila to ten dziwny człowieczek wybił się ponad taflę wody mniej więcej wtedy gdy wypuścił album „Mozil śpiewa”, na łamach którego drwi z chodzących do kościoła, z samego kościoła, w innym utworze charakterystycznie stęka, że nienawidzi Polski. Żeby nie było wątpliwości co do sposobu w jaki pan śpiewak postrzega nasz kraj, na okładce tego albumu umieścił ołtarz gdzie w miejsce figur różnych świętych mamy bociana, kiełbasę, flaszkę i łan zboża – według niego reprezentatywne symbole Polski. Na dole „ołtarza” jest za to Matka Boska z dzieciątkiem Jezus na rękach a na górze w miejscu gdzie zwyczajowo jest miejsce dla gołębicy symbolizującej Ducha Świętego, widnieje pieróg. A więc już tyle wystarczy by trafić do telewizji i robić u nas prawdziwą karierę ale jak się okazuje tyleż samo wystarczyło by tzw. „nasze portale” upatrzyły sobie w Mozilu nowego wroga. I to tak znacznego, że wszystko co on napadnie albo co napadanie Mozila z automatu jest przez nie przyjmowane jako dobre i nasze. To pewnie z tego powodu zaraz po awanturze w klubie wytknęły śpiewakowi, że on tam obrażał Polskę i Polaków co wielu odebrano jako próbę tłumaczenia zachowania wyrzuconej z koncertu dziewczyny. Przyznam, że całkiem mnie to zaskoczyło. Ja już wiele nie spodziewam się po „naszych” mediach, niemniej zakładałem, że w tak oczywistych sprawach to oni się zwyczajnie zamkną i zajmą czym innym a tu proszę. Uznali, że trzeba się przyłączyć, bo jeśli Mozil śpiewa o nienawiści do Polski to on jest ten zły a wszystko co weszło z nim w konflikt warte wsparcia. No i wyszło fatalnie czyli jak zawsze gdy posługuje się uogólnieniami. Bo choć w pierwszym rzucie większość skupiła swoją uwagę na zachowaniu Czesława, to dokładniejsza analiza nagrania pokaże, że tu nie ma czego bronić. Jedno jest warte drugiego, ot, prostak zwrócił uwagę prostakowi i tyle. Nikt tam też nikogo za łeb na te muzyczne zawodzenie nie ciąga a każdy kto lezie na te koncerty dobrze wie, że o tej nienawiści do Polski najpewniej usłyszy. Zatem w czym problem? Naprawdę co raz trudniej mi zrozumieć idee przyświecające twórcom „naszych” mediów.

Tyle zagranica, teraz Polska. Na początku lutego wracałem z Krakowa pociągiem Intercity, drugą klasą, płacąc za tą przyjemność sto trzydzieści złotych. Dopłaciłem żeby skrócić czas podróży no i skorzystać z jakości, której próżno szukać w tanich liniach. Razem ze mną do prawie pełnego wagonu weszło dwóch mężczyzn i dwie kobiety w wieku, ja myślę, około trzydziestki. Gdy zaczęli zajmować miejsca, przede mną i obok mnie, czułem, że będzie problem bo od wejścia zachowywali się jak grupka nastolatków wyjeżdżająca na kolonię. Nie myliłem się. Rozmawiali na głos bez oglądani się na innych pasażerów, rozprawiali przez telefon tak głośno, że na końcu wagonu każdy dokładnie wiedział jakie sprawy trapią ich rodziny, aż w końcu wyciągnęli puszki z piwem. Ja się temu wszystkiemu przyglądałem z dużym spokojem choć gwałtownie malejącymi zasobami cierpliwości no ale gdy pojawił się alkohol, odłożyłem lekturę na bok, i zapytałem kobietę siedzącą tuż przy mnie, dlaczego pije w miejscu publicznym? Znam dobrze ten typ ludzi i oczywiście zaraz pojąłem, że to jest ta chwila w której albo to się po cichu rozegra pomiędzy mną a tą czwórką, czyli każą mi jak Mozil „wyp…ać” tyle, że z wagonu albo ja z tego zrobię sprawę publiczną co na wstępie zgasi animusz wesołków.  Zadałem przez to pytanie raz jeszcze, tym razem tak, że słyszano mnie w sąsiednim wagonie i od razu sprawy nabrały tempa. Co prawda kobieta będąc w końcu po butelce brezza i w połowie puszki próbowała dyskutować ale gdy zapowiedziałem, że o rozstrzygnięcie sporu poproszę konduktora wyciszyła się, towarzystwo na szybko dokończyło spożywanie a ślady tego wykroczenia powędrowały do toreb. Nie będę rozwodził się nad tym w szczegółach bo i nie o to chodzi by studiować zachowanie takich ludzi. Ono jest już dobrze sklasyfikowane i nazwane. Dodam tylko, że żaden z pasażerów mnie nie wsparł, ba, nawet konduktor gdy w końcu przyszedł i został odpowiednio zagadnięty, bąknął coś o wagonie z barem wyraźnie nie chcąc stawać po żadnej ze stron. Skończyło się tak jak zwykle kończą takie sceny w szkole gdy nauczyciel przyłapie kogo w łazience na papierosie. Panie szły w zaparte twierdząc, że coś sobie wymyśliłem, ale że natarto im uszy to do końca jechały już w pełnym spokoju, fakt, że większość czasu w wagonie restauracyjnym.

No dobrze, ale po co ja to piszę, zapytacie? By pochylić się ze smutkiem nad tym jakże oczywistym faktem, że my jako społeczeństwo chamiejemy. To jest proces tak powszechny i tak intensywny, że zauważalny już niemal w każdej dziedzinie naszego życia. I wcale nie trzeba wychodzić na dwór, czy przejechać się pociągiem. Ja na ten przykład obejrzałem dziś program Hell's Kitchen na Polsacie podczas którego chamstwo i wulgarność uczestników przeplata się z wulgarnością prowadzącego a to tylko pierwszy z brzegu przykład z całej gamy podobnych programów. Chamieje nasz język, przekaz medialny, kultura, chamiejemy w naszych codziennych indywidualnych postawach, chamiejemy też masowo jako społeczeństwo. Schamiałem znacznie i ja sam od czasu przygody w pociągu, bo wyciągnąwszy naukę z braku wsparcia ze strony konduktora, widząc wczoraj wieczorem sikających pod Lidlem dwóch panów, spojrzałem tylko na nich z politowaniem i bez słowa poszedłem dalej. Oni to robili dokładnie pośrodku parkingu, w dodatku pod lampą, a ja poszedłem dalej nic sobie z tego nie robią, rozumiejąc zarazem, że moje schamienie pokonało kolejny wewnętrzny opór. Tak, tak "schamienie" bo nie inaczej trzeba nazywać przyzwolenie dla chamstwa, nawet jeśli jest tylko wewnętrzne. Ale by być uczciwym, musze dodać, że wcale nie trudno dziś zejść na ten poziom. Kalkulacja w tak konkretnych sytuacjach jak ta moja jest nader prosta. Jeśli nikomu nie przeszkadza to ich oblewanie latarni, jeśli nikt nie reaguje, to tym bardziej nikt nie zareaguje gdy oni będą mnie lali za to, że zwróciłem im uwagę. Nie tak? Nie zareaguje też odpowiednio policja, bo parę dni temu inny funkcjonariusz państwowy nie wstawił się z odpowiednia mocą za mną przez co u kresu podróży dopadł mnie taki dyskomfort, że jeśli na peronie będą czekać na mniej przyjaciele tej czwórki, to moja przygoda może mieć ciąg dalszy.

A mimo to, a może raczej widząc to powszechne przyzwolenie dla chamstwa, rok temu postanowiłem rozpocząć swój prywatny dialog z każdym kto zechciałby podjąć się tej próby. Zainicjowałem bloga o tematyce społeczno-politycznej. Nie ma chyba lepszej odtrutki na postępujące chamienie, także to intelektualne, jak rozmowa na odpowiednim poziomie i w doborowym towarzystwie. Zacząłem umieszczać teksty najpierw na stronie www.TygodnikSolidarni.pl by dzień później prezentować je na Salonie24. Ponieważ szata graficzna Tygodnika zbudowana jest w oparciu o darmową platformę „blogger”, strona nie jest zbyt przyjazna użytkownikowi który jeśli zechce dodać komentarz pod tekstem musi, nie wiedzieć czemu, kliknąć w napis „brak komentarza”. Być może z tego powodu dyskusja nad poruszanymi przeze mnie tematami odbywała się tylko na Salonie. W tym też miejscu po roku obecności umarła we mnie nadzieja, że zadanie którego się podjąłem ma w tym wydaniu jakikolwiek sens. Wiem już, że procesu odchamiania, choćby na tym małym odcinku, nie uda się przeprowadzić z co najmniej dwóch powodów. Z powodu oporu materii i ułomnych narzędzi.

Otóż, z jak idzie o tą materię to z przykrością przychodzi mi stwierdzić, że poziom większości komentujących moje teksty był tak niski, że wątpię by niżej mogło być coś jeszcze. Już tylko z racji takiego doboru towarzystwa odechciewa się pisać, a o dyskutowaniu to już wcale mowy być nie może. Teksty nie spływają nikomu z nieba, trzeba nad nimi zwyczajnie przysiąść a że ja nie mam na to czasu w ciągu dnia, piszę je zazwyczaj kosztem godzin przeznaczonych wcześniej na sen. Tak to wygląda i nie sądzę, że wprawni czy zawodowi redaktorzy mają z tym inaczej. Napisanie tekstu wymaga czasu i skupienia, wcześniej jeszcze skrupulatnego sprawdzenia rzeczy o których się pisze by nie wyjść na głupka. I to jest dobre, tak to powinno wyglądać, tym bardziej, że autor otrzymuje za ten wysiłek wynagrodzenie w postaci konkretnej sumy a w przypadku takiego blogera jak ja, zapłatę w postaci słów uznania wyrażanych w komentarzach pod tekstem. Wiele przyjemności dostarcza także fakt, gdy licznik odwiedzin bije kolejne rekordy a jeszcze większą radość w sercu autora budzi rzeczowa dyskusja pod tekstem, dowodząca, że trafił z tematem. Niestety, to są sytuacje wyjątkowe. Nie licząc tych którzy przychodzą by przeszkadzać, gro zamieszczonych pod tekstami wpisów pokazuje, że spora część komentujących nie zadaje sobie nawet tego minimalnego trudu by tekst przeczytać. To jest wyjątkowy rodzaj głupoty, której ja nie potrafię trawić. Spora część, owszem, teksty czyta i to w całości ale widać, też że wpada na blog jak dzieciaki na facebooka tylko na chwilę, w autobusie w drodze powrotnej do domu. Tacy Czytelnicy zostawiają komentarze nieprzemyślane, na tak zwaną sztukę, ot by zaznaczyć swoją obecność w środowisku, w którym większość już się wzajemnie i poprawnie identyfikuje. Łatwo sprawdzić kto jest takim skoczkiem. Wystarczy wejść na stronę delikwenta i zobaczyć ile komentarzy napisał danego dnia. Niektórzy to prawdziwi rekordziści. Tu pojawia się niestety pytanie czy da się tyle tekstów przeczytać jednego dnia z pełnym zaangażowaniem i zrozumieniem, w dodatku jak wskazuje czas wstawienia komentarzy, w odstępach zaledwie kilkuminutowych? No i pytanie najważniejsze czy to jeszcze jest dyskusja a jeśli tak to co wnosi do sprawy? Bo dla mnie to jest bełkot pijanego a Wy moi Państwo stoicie przez to w miejscu, choć uważacie, że tym pisaniem i tym komentowaniem bierzecie udział w czymś wielkim. Nie prawda. Rozejrzyjcie się dookoła a zobaczycie, że wszystko jest jak było. Nie ważne czy sięgniecie pamięcią tydzień, miesiąc czy rok do tyłu.

Gorzej, że do tego stanu rzeczy walnie przyczyniła się także administracja Salonu. Ta konstatacja chyba najbardziej smuci. Regułą jest, że na stronie głównej wiesza się teksty nie dlatego, że są dobrze napisane czy treściwe a tylko dlatego, że wytworzyli je ludzie o powszechnie znanych nazwiskach. Szkoda, bo gdy rozpoczynałem to moje pisanie, żyłem przeświadczeniem, że to jest platforma przede wszystkim dla tych nieznanych, zwyczajnie dla nas, byśmy mogli wzajemnie się komunikować i usłyszeć co mamy do powiedzenia. Bo wcale nie jest tak jak się przyjmuje, że wyłączność na poprawny sposób postrzegania spraw w kraju mają tylko zawodowi dziennikarze. Są na dole, tu pośród nas, ludzie którzy wiedzą znacznie więcej, którzy mogliby rzucić na pewne sprawy nowe światło okazując nam w ten sposób pełnię problemu. To są ludzie specjalizujący się w różnych zagadnieniach i przeciwnie do koncesjonowanych pismaków poświęcili danemu zagadnieniu całe życie. I nie tłumaczcie mi, proszę, że liczy się pióro i warsztat bo to wierutna bzdura. Wystarczy poczytać teksty tych znanych i promowanych – to naprawdę nie jest mistrzostwo świata.

Nie to promowanie znanych jednak najbardziej boli ale niezrozumiały wybór tematów przez ludzi pracujących w administracji portalu (swoją drogą, szkoda, że nie ma na stronie o nich ani słowa). Ja naprawdę nie mam ambicji by siedzieć w klatce z tabliczką „Nie przegap” gdzie przez parę dni wiszą te same teksty aż liczba odwiedzin i komentarzy spuchnie na tyle dobrze by można umieścić tam kolejnego „zawodowca”. To by dało się jeszcze jakoś strawić gdyby nie te tematy. Ot prosty przykład. Gdy spalił się most w Warszawie a ja umiesiłem tekst „Crash test dla miasta Warszawy”, wstawiono go co prawda między teksty wyróżnione ale na krótko, bo tematem tego i kolejnych dni administracja Salonu uczynił rozporek Durczoka. Kolosalne nieporozumienie! Mamy kolejną odsłonę bałaganu jaki panuje w państwie i dowód całkowitego braku gotowości najważniejszych instytucji na sytuacje kryzysowe a portal, który przecież miał iść pod prąd, skupia uwagę uczestników na tym co pod lupę zwyczajowo biorą brukowce. Albo inny temat, wciąż jak widzę mimo upływu tygodni uparcie forsowany na stronie głównej. Mam na myśli Komorowskiego i jego akrobacje w japońskim parlamencie. Z jakiś powodów owi admini zadecydowali, że będziemy teraz do upadłego śmiali się z chorego człowieka. Ja nie mówię, żeby temat pomijać, on jest wart zaznaczenia, ale pan Komorowski już całkiem na serio, nie dając nam najmniejszych powodów do żartów podejmuje także inne działania,  które należy na bieżąco roztrząsać i informować o ich skutkach każdego kto tylko chce o tym czytać. Tymczasem z niewiadomych powodów administracja uznała, że akurat Komorowski na stołku będzie tematem miesiąca i konsekwentnie to do dziś miele. A skoro już na tym poziomie operujemy, ciekawa to rzecz, zważywszy na fakt, że, gdy ja wskazałem w tekście „Dzieci pana Bronisława” na fakt, braku zainteresowania mediów losami dzieci prezydenta, ta sama administracja tematu nie lansowała, przeciwnie, zaczęła usuwać komentarze pod tym tekstem. I to takie które podparte zostały przez ich autorów linkami do tekstów w znanych prawicowych portalach. Nie ukrywam, że wtedy właśnie, w obliczu co by nie mówić aktu cenzury narodziła się w mojej głowie myśl, by zrezygnować z udzielania się na tym portalu. Nie ukrywam też, że kielich goryczy przelał sposób w jaki administracja podeszła do mojego ostatniego tekstu „By twierdza mógł być każdy próg”. Wydawało mi się, że w czasie jaki mamy – jakby nie patrzeć wojny u  wschodniej granicy kraju – da nam ona szansę by porozmawiać o terytorialnej obronie kraju i propozycji tworzenia magazynów broni dostępnej dla cywili w razie wojny. Niestety i z tym wygrał „Komorowski na stołku” który wciąż tam stoi i stać będzie a na stronie głównej będzie wisieć zapewne aż do dnia wyborów.

Dziś mamy kres tamtych historii i mojej tu obecności. W pierwszy odruchu chcę podziękować wszystkim którzy trzymali poziom. Nigdy z tego nie rezygnujcie. Chcę też właśnie Was i tylko Was zaprosić do lektury Tygodnika Solidarni, gdzie obiecuję żaden rozporek, choćby należał do Komorowskiego, nie będzie tematem dnia. Chcę tam prowadzić z Wami dyskusję na dobrym poziomie a jeśli nawet tylko pisać, to w poczuciu pewności, że sprawy ważne są odpowiednie akcentowane.  Nie chcę by to co miało nas intrygować i wzmacniać, stawało się rodzajem getta w którym nawet jeśli nie intencjonalnie to jednak utrzymywani jesteśmy w kupie a co gorsze w stanie bierności. Obawiam się, że takim gettem o szklanych murach stał się dziś właśnie Salon. Poprzez opisane mechanizmy administracja (pewnie bezwiednie) ale skutecznie skanalizowała nasze emocje i energię którym być może gdyby nie Salon dalibyśmy upust w inny sposób. Nie tędy droga moi Mili. Wszystko co tworzymy i w czym bierzemy udział musi przynosić konkretne efekty w przestrzeni, która nas otacza. Strefa słowa może być tylko początkiem, nigdy celem.

Raz jeszcze dziękuję, tym którzy mnie czytali i zapraszam do lektury www.TygodnikSolidarni.pl. Od teraz tylko tu znajdziecie teksty moje, ale i nie tylko moje. Chcecie dowiedzieć się dlaczego senator Bierecki umieścił dziesiątki milionów złotych za granicami kraju albo jak wygląda prawdziwa "stabilność" polskiego rynku finansowego? A może chcielibyście poczytać dlaczego aborcja jest niezgodna z polskim prawem lub jak obejść zabezpieczenia nakładane na sprzęt elektroniczny wysyłany do Polski przez jego producentów? O tym i nie tylko o tym już niedługo przeczytacie w Tygodniku.  Zapraszam.
Integrator
 
P.S.
No proszę, i byłbym zapomniał z rozpędu a przecież od zawsze chciałem to zrobić. Jeszcze takie coś. W panelu administracyjnym Tygodnika mam możliwość wglądu w wykaz krajów z których pochodzą jego Czytelnicy. Poza tak oczywistymi państwami z których dokonuje się wejść na tą stronę jak USA, Francja, Czechy, Kanada czy Rosja, mam też Czytelników z Iraku, Malezji, Kenii, Nigerii. Przyznajcie sami, że to jest coś niesamowitego. Co tam strona główna Salonu, co tam rubryka „Nie przegap” gdy wiesz, że gdzieś tam w Afryce ktoś w domu, a może w kawiarence, zasiada przed ekranem by przeczytać teksty z Tygodnika. Niesamowite uczucie i piękne podziękowanie za mój trud ale i motywacja by nie spocząć na laurach. Wszystkim rozsianym po świecie Polakom serdecznie dziękuję. Pamiętajcie, że Tygodnik Solidarni powstaje także z myślą o Was.

1 komentarz:

  1. Dla mnie to bez różnicy. Od początku czytam Pana teksty w TS a nie na Salonie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń