whos.amung.us

wtorek, 31 marca 2015

O sukcesie, akceptacji i demaskacji

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Mam wrażenie, że się powtarzam, ale nich tam. Zostało mi jeszcze kilka rozdziałów książki o kredycie i wojnie, napięcie jest duże, bo rzecz musi być skończona zaraz, żebym mógł ją wystawić na targach 12 maja, mogę więc chyba powtórzyć raz jeszcze to co już kiedyś pisałem. Grzegorz Braun ciągle opowiada tę samą historię i wszyscy się cieszą. Mnie też wolno.

Ponoć miesięcznik Fronda i jego naczelny zostali zaproszeni do programu Karoliny Korwin Piotrowskiej. Tam zaś odbyła się dyskusja o stronie edytorskiej tego miesięcznika i prowadząca porównała okładkę Frondy z okładką Playboya. Co oczywiście wyszło na korzyść tej pierwszej. Mnie średnio interesuje podobieństw Frondy do plejboja, ciekawi mnie za to coś innego. To mianowicie po co oni tam lezą? Czy nie wystarczy zrobić dobą gazetę za publiczne pieniądze? Trzeba jeszcze iść do tych wszystkich tvn-ów czy polsatów i tam się produkować, trzeba się wystawiać obok plejboja? Widocznie tak. Ja rozumiem ten mechanizm i obserwuje go w tysiącznych odsłonach. Chodzi o to, jak tak zwani niezależni dziennikarze, albo dziennikarze prawicowi, albo „nasi”, albo wręcz autorzy mający szczery zamiar wyzwolić Polskę z rąk Żydów i masonów, mylą sukces z akceptacją. To jest absolutne horrendum świadczące o potężnych deficytach i jakiejś takiej przyrodzonej nieudolności. Ludzie ci nie chcą zwycięstwa, oni pragną, żeby pani z telewizji pogłaskała ich po głowie. Tylko to się liczy, no i oczywiście pieniądze budżetowe pobrane na cele statutowe, czyli na edukację ciemnego społeczeństwa poprzez treści zawarte w periodykach podobnych do plejboja.

Ten problem nie dotyczy jedynie Frondy, to jest problem wszystkich ludzi, którzy marzą o sukcesie wydawniczym. Oni chcą być w telewizji, bo tylko obecność w telewizji gwarantuje w ich mniemaniu sprzedaż. To jest brednia. Obecność w telewizji niczego nie gwarantuje, przeciwnie, przeszkadza, a sprzedaż poprawia się całkiem innymi metodami. No, ale ja nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć jakimi.
Czy z tego da się jakość wyjść? Sto razy mówiłem, że nie, bo rynek polski jest zamknięty i jedyny kierunek ekspansji jaki dostępny jest naszym i nie-naszym, to dół. Tak zwana promocja polskich treści nie istnieje, bo Żydzi za bardzo przeszkadzają, a to co widzimy to sprzedaż skórek po kartoflach ludziom, którzy tęsknią za uczciwym obiadem.

Jest przy tym jeszcze jedna ważna kwestia, nauczanie bezradności. Pisała o tym wczoraj eska, a ja mogę tylko powtórzyć – celem naszych jest nauczanie bezradności. Oni sami są jedną wielką bezradnością i chcą, byśmy się przed nimi co dnia materializowali na ich obraz i podobieństwo. Jeśli tego nie czynimy przestają zwracać na nas uwagę. Jeśli czynimy, piszą książki pod tytułem „Polactwo” i zyskują wreszcie tę wymarzono akceptację.

Bezradność wyuczona występuje w kilku formułach, może być to bezmyślne gapienie się w telewizor, może być to słuchanie ulubionych bardów prawicy, może być to też wiara w kondominium rosyjsko niemieckie pod żydowskim zarządem komisarycznym. Ja to piszę celowo w tym miejscu, żeby życzliwi mieli znów z czym pójść do Grzegorza Brauna i zasłużyć się zanim zostanie on prezydentem. Na razie w żydowski zarząd komisaryczny zostanie wzięta Hiszpania, o czym nadmieniam ze szczególną satysfakcją, albowiem wieszczyłem to kilka już razy, a do tego jeszcze dokładałem objęcie tym zarządem południa Francji. No, ale zobaczymy jak będzie nie uprzedzajmy faktów.

Chodzi mi o to, że wszystkie wymienione rodzaje aktywności lub kontemplacji, nie służą poprawieniu osobistej sytuacji nikogo z nas. Przeciwnie służą jej pogorszeniu. Przede wszystkim zaś służą ujawnieniu wszystkich potrzebnych do objęcia kontroli nad pojedynczym człowiekiem i całą grupą deficytów.

Fronda się chwali, że Malojonek po tym jak go wydrukowali na okładce w roli Krokodyla Dundee załapał się do reklamy jakiejś szwedzkiej firmy reklamującej gitary. To jest właśnie miara sukcesu proszę Państwa – z okładki Frondy do reklamy gitar. I to się przytrafia najlepszym, jakież więc oni mogą mieć wyobrażenie o naszych przeznaczeniach? Szkoda nawet słów.

Na spotkaniu z Grzegorzem Braunem, które odbyło się w Białymstoku podniósł się jakiś pan i zapytał czy Żydówki mogą przerywać ciążę oraz jak to jest sformułowane w Talmudzie. Grzegorz Braun najspokojniej w świecie zaczął odpowiadać, nie zwracając uwagi na siedzącego obok, nieznanego mi pana, który pykał sobie na komórce, a od ziewania powstrzymywał go chyba tylko reflektor oświetlający scenę.

Myślę, że w dobie internetu takie kwestie można rozwiązać za pomocą wyszukiwarki i niekoniecznie trzeba wyskakiwać z tym na spotkaniach z kandydatem na prezydenta. No, ale taka jest formuła i ona się, jak sądzę nie zmieni. Inna sprawa czy prowadzi to do sukcesu. Ja się w każdym razie na listach poparcia dla Grzegorza Brauna podpisałem, gdyby ktoś chciał mi zarzucić, że nie biorę w tym udziału, a się czepiam. A czepiam się, bo nie lubię pochopnie inwestować swojego czasu i emocji.

Zbliżamy się z dużą prędkością do momentu, kiedy Polaków określających siebie samych, jako patriotów, w jednym miejscu i w miarę zgodnie zgromadzić będzie można tylko z jednego powodu – z powodu Żydów, którzy zawładnęli wszystkim, albo uczynią to za chwilę. W tym samym czasie „nasi” chodzić będą do programu prowadzonego przez Korwin-Piotrowską, która – jak informuje nas ciotka wiki – nosiła przy narodzeniu nazwisko Sommer. I niech mi kto powie, że cybernetyka nie jest potęgą, a ludzie nie są z natury leniwi.

Aha, byłbym zapomniał – Terlikowska pisze już felietony w portalu u Lisa, wnoszę stąd, że rodzina pana Tomka, jak to on pięknie ujmował, przyjęła nowe życie, czyli, że pani Małgosia jest w ciąży. Uważam, że wszyscy powinniśmy szczere pogratulować rodzinie Terlikowskich i z radością czekać na rozwiązanie. Potem zaś na wydanie książki pod tytułem „Terlikowska w połogu”, a później „Najlepsze przepisy kulinarne rodziny Terlikowskich”. W tym samym czasie ktoś wpadnie na pomysł, że jednak trzeba wydać ten Talmud w skróconej wersji, w oprawie broszurowej z podkreśleniem co smakowitszych kawałków, żeby biedni Polacy mieli o czym gadać w długie zimowe wieczory, po programie pani Sommer, to jest, chciałem rzec Karoliny Korwin-Piotrowskiej, na temat jakości polskich pism katolickich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz