whos.amung.us

wtorek, 10 marca 2015

Gawęda o Przedpościu, tulipanach i ludzkim szaleństwie

Autor: ks. Jan Dobrowolski
 
W tradycyjnej liturgii katolickiej Wielki Post poprzedzony jest czasem przygotowania. Gdy pierwszy raz dowiedziałem się o jego istnieniu, przyjąłem, iż miał być to czas na przygotowanie się do postu, jak zresztą sugeruje sama jego nazwa — Przedpoście. Koniec karnawału, wyciszenie przed wejściem w okres wyrzeczeń. Gdy jednak przyjrzałem się czytaniom w brewiarzu kapłańskim na ten czas, a także czytańiom kolejnych niedziel: siedemdziesiątnicy, sześćdziesiątnicy i pięćdziesiątnicy (nazwy tych niedziel pochodzą od liczby dni pozostających do Wielkanocy), zrozumiałem, że chodzi o coś więcej. W czytaniach tych mamy bowiem opis począków ludzkości, czyli pierwsze rozdziały księgi Rodzaju. Adam i Ewa, Kain i Abel, a po nich wszyscy inni przypominają, dlaczego mamy pościć. Grzech prowadzi do głupoty, a ona – do wielkiego szaleństwa, korowodu tańczącego wesoło w kierunku przepaści.
Post jest potrzebny człowiekowi do szczęścia. Powrót do harmonii utraconej przez grzech pierworodny wymaga postu. Przypominał o tym papież Benedykt XVI w orędziu na Wielki Post z 2009 roku:
Już na pierwszych stronicach Pisma Świętego Bóg nakazuje człowiekowi, by nie jadł owocu zakazanego: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i złego nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2, 16-17). Komentując Boży nakaz, św. Bazyli zauważa, że „post został nakazany w Raju”, a „pierwsze takie polecenie zostało wydane Adamowi”. I kończy tak: „zakaz »nie wolno ci jeść« jest zatem prawem postu i wstrzemięźliwości”. Zważywszy na to, że wszyscy jesteśmy obciążeni grzechem i jego konsekwencjami, post jest nam dany jako środek pozwalający odnowić przyjaźń z Bogiem. 
Można jednak także odwrócić tę myśl – brak wstrzemięźliwości i walki z namiętnością prowadzi do tragedii, utraty harmonii człowieka ze światem, samym sobą i Stwórcą. Grzech może wpędzić ludzi w wielki obłęd, aż po morderczą przemoc, co ukazuje się nam z mocą w Wielki Piątek. Zanim jednak wysłuchamy z powagą, na stojąco, opisu Męki, proponuję mniej ważki temat. W tych dniach właśnie, w po niedzieli Siedemdziesiątnicy, wypada rocznica smutnego końca tulipanomanii.
Jako dziecko znalazłem kiedyś w starych gazetach urywek wiersza, nie pamietam już autora, lecz urzekło mnie nastepujące porównanie: zima ubiera się w biel jak panna młoda przed ślubem, zima stroi się w śniegi z myślą o wiośnie… Wiosna! Oprócz zabaw w kałużach i biegania, był to dla mnie czas uważnej obserwacji pewnych konkretnych części ogródka, w których jesienią zasadziłem moje skarby — cebulki kwiatów. Nie miałem wtedy pojęcia, że zawrotne dla mnie jako dziecka sumy, jakie kosztowały wówczas w sklepie ogrodniczym, są ledwie cieniem fortun, które te kwiaty pożerały w XVII wieku w Holandii. Dopiero szkic Zbigniewa Herberta odsłonił mi demoniczne konotacje moich ulubionych upraw. Posłuchajmy więc fragmentu „Tulipanów gorzkiego zapachu” ze zbioru „Martwa natura z wędzidłem”, niezwykle pouczających:
Tulipan jest darem Wschodu, podobnie jak wiele innych darów błogosławionych i złowrogich — religii, zabobonów, ziół leczniczych i ziół odurzających, świętych ksiąg i najazdów, epidemii i owoców. Nazwa pochodzi z perskiego i oznacza turban. Od wieków był ulubionym, adorowanym kwiatem w ogrodach Armenii, Turcji i Persji. Na dworze sułtanów urządzano coroczne święto tulipanowe. Opiewali go poeci Omar Chajjam i Hafiz, wspomniany jest w Księdze tysiąca i jednej nocy — tak że zanim zawędrował do Europy miał za sobą kilkusetletnią karierę orientalną.(…)
W opowieści tej nie będzie pożaru trawiącego wielkie miasto nad rzeką ani rzezi bezbronnych, ani zalanej porannym światłem rozległej równiny, gdzie uzbrojeni jeźdźcy spotykają innych jeźdźców, aby u schyłku dnia, po morderczej bitwie, okazało się, który z dwu wodzów zasłużył na skromne miejsce w historii, pomnik z brązu lub, przy mniejszym szczęściu, dał swe imię jakiejś bocznej uliczce przedmieścia nędzy.
Nasz dramat jest skromny, mało patetyczny, daleki od słynnych dziejowych krwotoków. Bo wszystko zaczęło się niewinnie od rośliny, od kwiatu, od tulipana, który — jakże trudno to sobie wyobrazić — rozpętał zbiorowe i nieokiełznane namiętności. Co więcej: dla tych, którzy zajmowali się tym fenomenem, najbardziej zdumiewający był fakt, że owo szaleństwo dotknęło naród oszczędny, trzeźwy, pracowity. Nasuwa się pytanie: jak do tego doszło, że w oświeconej Holandii, a nie gdzie indziej, tulpenwoede — mania tulipanowa osiągnęła tak zatrważające rozmiary, wstrząsnęła podstawami solidnej gospodarki narodo- wej i wciągnęła w gigantyczny hazard przedstawicieli wszystkich warstw społecznych.
Herbert lubi takie historie, gdzie małe miesza się z wielkim. W dodatku, temat tulipanomanii łączył się mocno z ukochanym przez niego malarstwem tamtej epoki. Gdy Holendrzy nie mogli sobie pozwolić na najdroższe kwiaty, zamawiali u malarzy ich kopie.  Ekonomiści powiedzieliby, że mowa tu to gigantyczna bańka spekulacyjna, gdy ludzie grający na rynku przez szereg indywidualnych decyzji doprowadzili najpierw do gorączki kupna, a następnie, gdy ceny były zupełnie zawrotne (pięć cebulek wyjątkowo rzadkich tulipanów sprzedawano za cenę okrętu oceanicznego), rynek się załamał, gdyż nie było już nikogo gotowego aż tyle zapłacić. Krach na tulipanowej giełdzie nastąpił 3 lutego 1637 roku. Nie darmo uczą na lekcjach języka polskiego, że barok był czasem wybujałych namiętności!
Ale bilans był bez wątpienia tragiczny. Tysiące zrujnowanych majątków, dziesiątki tysięcy ludzi bez pracy i w dodatku zagrożonych procesami. Niewypłacalność z reguły karana była surowym więzieniem. Tych, którzy lekkomyślnie zaciągnęli pożyczki, były legiony. I wreszcie, czego nie obejmuje żadna statystyka — długa lista niewinnych rodzin, pozbawionych środków egzystencji, dzieci skazane na nędzę lub dobroczynność publiczną, złamane kariery mężczyzn, ich zniszczona reputacja i godność. Bankrutom pozostało niewiele dróg wyjścia: zaciągnięcie się do floty (wymagało to pewnych kwalifikacji) lub żebractwo — co już nie wymagało żadnych specjalnych uzdolnień.
(…) Tulipomania — największy znany nam botaniczny obłęd — była epizodem wpisanym na marginesie Wielkiej Historii. Wybraliśmy ją nie bez powodu. Trzeba to uczciwie wyznać: mamy dziwne upodobanie do przedstawiania szaleństw w przybytkach rozsądku i lubimy zajmować się katastrofami na tle łagodnego krajobrazu. Są jednak powody bardziej ważkie niż płoche skłonności osobiste czy estetyczne. Bo czyż opisana afera nie przypomina innych, bardziej groźnych szaleństw ludzkości, polegających na bezrozu-mnym przywiązaniu do jednej idei, jednego symbolu, jednej formuły szczęścia? Dlatego nie można postawić wielkiej kropki po dacie 1637 i uznać sprawę za definitywnie zakończoną. Nie jest rzeczą rozsądną wymazać ją z pamięci lub zaliczyć do niepojętych dziwactw przeszłości. Jeśli tulipomania była rodzajem psychicznej epidemii — a tak ośmielamy się sądzić — istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że któregoś dnia, w tej czy innej postaci nawiedzi nas znowu. W jakimś porcie Dalekiego Wschodu wchodzi właśnie na pokład.
Nie zgadzam się z Herbertem, że chodzi tylko o czasowe napady manii; w istocie sprawa tulipanów przypomina o ludzkiej chciwości, pysze, zazdrości oraz naśladownictwie, które działają w nas nieustannie. Te właśnie duchowe przypadłości owocują setkami wydarzeń, którym dziś chce się nadać wyłącznie ekonomiczne i materialne wytłumaczenie. Wojny, ruchy społeczne, przewroty, nawet same kryzysy gospodarcze, prześladowania i zamachy terrorystyczne — wszystkie te rzeczy najczęściej analizowane są w sposób, który nie bierze pod uwagę wspominanych cech natury ludzkiej. Za to ciągle zwraca na nie uwagę Biblia. Przypomina się tu przypowieść o belce w oku; nie da rady zobaczyć tego, co w tak wielkim stopniu wpływa na patrzenie. Innymi słowy, wiele ludzkich szaleństw ma wręcz zbyt przekonujące alibi!
Wielki Post to najczęściej czas kwitnienia, również tulipany wychodzą wtedy spod ziemi, ich żywozielony kolor jest jakby sztandarem drugiej Cnoty Boskiej. Wiosna ma zawsze zapach nadziei, przypomina zmianę świateł na skrzyżowaniu – można jechać! Ciekawe, że wobec wielkiej łaski, jaką jest odradzające się życie, z całym jego bogactwem i pięknem, Kościół proponuje coroczne ćwiczenia duchowe. Warto już teraz się z nich ucieszyć: skoro ludzie mają głęboką potrzebę adoracji, należy zadbać o to, by w monstrancji, na którą patrzę był Stwórca, a nie pieniadze, jedzenie czy… cebulka tulipana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz