whos.amung.us

niedziela, 8 marca 2015

Czyściciele albo czarny Gość Niedzielny

Autor: Gabriel Maciejewski (Coryllus)

Znalazłem wczoraj w sieci fragment nowej książki wydawnictwa „Czarne”, która nosi tytuł „W rodzinie ojca mego”. Książka ta napisana jest przez dziennikarza tygodnika „Gość niedzielny” nazwiskiem Wójcik. Jest to opis wspólnot religijnych, ale tych wiecie, bardziej oszołomskich, Radio Maryja, ksiądz Natanek i coś tam jeszcze. Wójcik dokonuje tego opisu z intencją, na którą wskazuje nazwa wydawnictwa – czarną. Poznajemy to po tym umieszczonym na portalu WP fragmencie, a jest to fragment nie byle jaki, mamy tam bowiem wywiad z profesor Krystyną Pawłowicz.

Przyznam, że ja się do wczoraj postacią profesor Pawłowicz nie interesowałem, więcej, nie interesując się nią, byłem gotów jej bronić kiedy różni ludzie w mojej obecności z niej szydzili. No, ale już mi przeszło. Nie dlatego, żebym doszedł do wniosku, że pani profesor jest zła, niekompetentna czy ma jakieś nieczyste intencje. Powód jest inny. Jest bowiem Krystyna Pawłowicz dobra, kompetentna, a jej intencje są kryształowe. Ona jednak nie rozumie pewnego prostego mechanizmu, a nie rozumie go ponieważ odkryła właśnie smak popularności, jest do tego pewna siebie i wydaje jej się, że jeśli opowie takiemu Wójcikowi o swoim życiu to uzyska efekt pozytywny i piorunujący. Niestety tak to nie działa. Powodów jest kilka, trzeba je omówić po kolei, ale do tego nie wystarczy proste wskazanie, musi być jakiś opis. Mamy oto rok wyborczy, odkąd pamiętamy, kiedy PiS, albo jakakolwiek prawica, zaczyna zdobywać popularność odpala się tak zwane prawdziwki. To są zwykle szczerzy ideowi ludzie, którzy mówią co myślą i przez ową szczerość przekonani są, że trafią do wyborców, a tamci już zagłosują jak trzeba. Projekcja ta, z gruntu fałszywa została parę lat temu wyszydzona skutecznie niejakim Kononowiczem. Nikt jednak nie zinterpretował tego w ten sposób, ludzie z Kononowicza drwili, albo mieli pretensje do autorów spotów reklamowych z jego udziałem, że znęcają się nad osobą dysfunkcyjną. Prawdziwki odpala się perfidnie i celowo, po to, by przekonać tych niezdecydowanych, którzy w ukryciu ważą decyzję, że jednak nie warto. Po to jest ten mechanizm. Ludzie, którzy myślą jakoś tam o Polsce poprzez swoje codzienne doświadczenia, bardzo często dochodzą do wniosku, że jednak dość, że trzeba z tym skończyć, bo dalej tak być nie może. I kiedy w ich głowach zaświta taka myśl, pojawia się wywiad z profesor Pawłowicz. No i sprawa jest załatwiona. Oni po przeczytaniu tego tekstu woleliby chyba zagłosować na Żirinowskiego niż na Dudę. W czym tkwi problem? W rzeczy najważniejszej – w stosunku do religii. Oni to wiedzą, te różne Wójciki, żony Stasiuka i cała reszta, wiedzą i wykorzystują to z pełną świadomością efektu. Kościół jak wiemy znacznie się zliberalizował. Różne rzeczy się na mszach odbywają, a i ludzie mają różny stosunek do kapłanów, można sobie pozwalać na krytykę i komentarze i na inne rzeczy, na które normalnie, dawniej nikt sobie nie pozwalał. Generalnie tendencja jest taka, by stronić od oszołomstwa, można to też nazwać usuwaniem cudowności z przestrzeni sakralnej. W kościołach jest coraz bardziej zwyczajnie i ludzie się do tego przyzwyczaili. Myślę, że jedyne czego oczekują to tej godziny spędzonej wśród innych ludzi, co daje im poczucie wspólnoty. Jest to niezwykle dyskretne poczucie, którego oni za nic na świecie nie chcą zmieniać. Ja obserwuję na przykład, niektóre rodziny jak wymieniają sobie na mszy znak pokoju. Robią to wyłącznie między sobą, żeby nie mieszać obcych. Są oczywiście tacy, którzy podają rękę wszystkim wkoło, ale sporo jest także tych zamkniętych w kręgu najbliższych. Tak jest na mszy w przeciętnym zwykłym kościele. No, ale są te opisywane przez Wójcika wspólnoty. I tam jest trochę inaczej, tam aż kipi od cudowności i głębokich przeżyć, tyle że tam gromadzą się wyborcy przekonani. Oni pójdą głosować tak jak zwykle, czyli na wybraną prawicową partię, na tę którą wskaże im Ojciec Tadeusz Rydzyk, albo ksiądz Natanek, albo inny charyzmatyczny kapłan. Jeśli wypreparujemy z tej wspólnoty kilka osób i pokażemy je tak zwanym zwykłym katolikom, co wymieniają znak pokoju w rodzinie jedynie, uzyskamy efekt piorunujący. I na to właśnie liczy Wójcik oraz jego wydawcy. Mamy tu na myśli nie tylko wydawnictwo „Czarne”, ale także wydawnictwo „Gość niedzielny”. Nie wiem w ogóle jak do tego doszło, że przedstawiciel środowisk katolickich, dziennikarz najpoczytniejszego katolickiego tygodnika pisze taką książkę. To jest robienie idioty nie tylko z Krystyny Pawłowicz, ale także z nas wszystkich, którzy na ten cały, zdewastowany rynek książki, ciągle patrzymy. Powtarzam: intencja autora i wydawcy jest czarna, uznać wypada, że taka sama jest intencja naczelnego 'Gościa niedzielnego”, który pozwolił Wójcikowi na opublikowanie tych tekstów. Należy bowiem interpretować tę decyzję w kategoriach politycznych. Ktoś może powiedzieć, że ja tu mieszam politykę z religią i to nie jest dobrze. Uprzedzam to pytanie i odpowiadam: to nie ja mieszam, ja tylko to pomieszanie opisuję.

Można oczywiście powiedzieć, że Krystyna Pawłowicz jest sama sobie winna, bo mogła być nieco bardziej dyskretna, mniej wylewna, mogła nie spóźnić się trzy godziny na spotkanie z Wójcikiem, albo po prostu odmówić mu wywiadu, zdając sobie sprawę, do kogo skierowana będzie ta książka. Ona jednak zachowała się inaczej, a po tym co mówi Wójcikowi, wnoszę, że kolejnym etapem obrabiania Pawłowicz będzie zaproszenie jest do programu Kuby Wojewódzkiego. I nie łudźcie się, że ona sobie odmówi wizyty w tym studio. Mowy nie ma, ona tam poleci w podskokach, bo wie, że dzięki temu ludzie będą mogli poznać prawdę, którą głosi i przez tę prawdę staną się lepsi. Krystyna Pawłowicz bowiem wierzy w siebie, jest wręcz tą wiarą wypełniona, a jej życie to po prostu pasmo sukcesów osiąganych w arcytrudnych warunkach.

Można mieć co prawda pewne podejrzenia co do szczerości pani profesor, szczególnie kiedy opowiada o swojej znajomości z Hanną Gronkiewicz Waltz oraz o pracy w różnych okrągłostołowych komisjach. Jakiego to rodzaju wątpliwości? Ano takie, że nie mamy pewności, czy w tamtych czasach pani profesor też modliła się codziennie do Michała Archanioła, czy może miała jakieś inne zajęcia. Nie wiemy czy ona gadała tak zawsze czy może gada od niedawna, na przykład od dziesięciu lat. Jako człowiek ułomny, słaby i grzeszny, ale rozumiejący też mechanizmy które regulują poziom grzechu w duszy, mam różne wątpliwości co do tej bojowej postawy pani profesor i jej niezłomności. Im dłużej trwa ten wywiad z Wójcikiem tym te wątpliwości są większe. Tym większe, że jak widzimy, religia wykorzystywana jest tutaj do manipulacji politycznych.

Prócz aspektu religijno-politycznego ma owa nędzna i podła książka jeszcze jeden aspekt – rynkowy. Jasne jest, że nigdy nic takiego jak książka profesor Krystyny Pawłowicz nie pojawi się na rynku. Ona nie napisze o sobie, nawet przez ghost writera, bo zwyczajnie nie będzie wiedziała co i jak powiedzieć. Tamci dobrze o tym wiedzą, poza tym mają to, o czym Krystyna Pawłowicz nie ma pojęcia czyli dystrybucję i promocję. Ona musi więc powitać z radością inicjatywy takie jak ta publikacja, a zrobi to z głupoty oraz z pewności siebie i przekonania, że nic jej się stać nie może. Jej nie, to prawda, ale to nie o nią tutaj chodzi. Ona jest tylko młotkiem do walenia ludzi po głowach. I popatrzcie teraz co się dzieje na rynku, pojawiają się publikacje polityczne, które gromadzą się w dwóch niszach, jedną z nich czyli kwestie mniej ekstrawaganckie ogrywają „nasi”, drugą zaś czyli sprawy dotyczące „prawicowych oszołomów” i różnych kuriozów załatwiają tamci. No i to jest właściwie koniec, można sobie wybierać między dżumą a cholerą. W tym właśnie punkcie widzimy jak to się dzieje, że polityka, rynek i religia mają ze sobą tak wiele wspólnego. No, ale są inne obszary rynku, poza polityką. Guzik prawda, już ich nie ma. Zostaliśmy z nich spędzeni. Na tym miejscu sadzi się dziś jakichś autorów z Biedronki i praz plantuje grządki pod pisma autorów anglosaskich. Po to właśnie są te wszystkie rewolucje rynkowe, żeby wszystko przeorać i otworzyć tu przestrzeń sprzedażową dla pisarzy, polityków i publicystów języka angielskiego. To jest wprost realizacja postulatu Kononowicza – żeby nie było niczego. I nie będzie niczego. Autorzy biedronkowi pójdą do biedronki, „nasi” i nie-nasi zaczną obsługiwać w zakresie promocji autorów anglojęzycznych, sprzedawanych w najnędzniejszych tłumaczeniach, a będą to czynić, bo takie dostaną polecenie służbowe. W latach wyborczych zaś pozwoli im się, za ukradzione z budżetu pieniądze wydać coś takiego, jak ta książka Wójcika. I wszyscy będą zadowoleni, bo każdy będzie miał pracę. Oczywiście szydzę, bo w końcu przyjdzie taki moment, że „nasi' nie będą już potrzebni „onym” i się ich zawinie do wora. Póki co jednak ich wiara w sukces i misję jest niewzruszona, podobnie jak wiara profesor Pawłowicz we własną misję i sukces. A kiedy przychodzą jakieś wątpliwości zawsze można spojrzeć na rubrykę „nie przegap” w salonie24 i odzyskać wiarę w siebie.


1 komentarz: