whos.amung.us

wtorek, 31 marca 2015

O sukcesie, akceptacji i demaskacji

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Mam wrażenie, że się powtarzam, ale nich tam. Zostało mi jeszcze kilka rozdziałów książki o kredycie i wojnie, napięcie jest duże, bo rzecz musi być skończona zaraz, żebym mógł ją wystawić na targach 12 maja, mogę więc chyba powtórzyć raz jeszcze to co już kiedyś pisałem. Grzegorz Braun ciągle opowiada tę samą historię i wszyscy się cieszą. Mnie też wolno.

Ponoć miesięcznik Fronda i jego naczelny zostali zaproszeni do programu Karoliny Korwin Piotrowskiej. Tam zaś odbyła się dyskusja o stronie edytorskiej tego miesięcznika i prowadząca porównała okładkę Frondy z okładką Playboya. Co oczywiście wyszło na korzyść tej pierwszej. Mnie średnio interesuje podobieństw Frondy do plejboja, ciekawi mnie za to coś innego. To mianowicie po co oni tam lezą? Czy nie wystarczy zrobić dobą gazetę za publiczne pieniądze? Trzeba jeszcze iść do tych wszystkich tvn-ów czy polsatów i tam się produkować, trzeba się wystawiać obok plejboja? Widocznie tak. Ja rozumiem ten mechanizm i obserwuje go w tysiącznych odsłonach. Chodzi o to, jak tak zwani niezależni dziennikarze, albo dziennikarze prawicowi, albo „nasi”, albo wręcz autorzy mający szczery zamiar wyzwolić Polskę z rąk Żydów i masonów, mylą sukces z akceptacją. To jest absolutne horrendum świadczące o potężnych deficytach i jakiejś takiej przyrodzonej nieudolności. Ludzie ci nie chcą zwycięstwa, oni pragną, żeby pani z telewizji pogłaskała ich po głowie. Tylko to się liczy, no i oczywiście pieniądze budżetowe pobrane na cele statutowe, czyli na edukację ciemnego społeczeństwa poprzez treści zawarte w periodykach podobnych do plejboja.

Ten problem nie dotyczy jedynie Frondy, to jest problem wszystkich ludzi, którzy marzą o sukcesie wydawniczym. Oni chcą być w telewizji, bo tylko obecność w telewizji gwarantuje w ich mniemaniu sprzedaż. To jest brednia. Obecność w telewizji niczego nie gwarantuje, przeciwnie, przeszkadza, a sprzedaż poprawia się całkiem innymi metodami. No, ale ja nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć jakimi.
Czy z tego da się jakość wyjść? Sto razy mówiłem, że nie, bo rynek polski jest zamknięty i jedyny kierunek ekspansji jaki dostępny jest naszym i nie-naszym, to dół. Tak zwana promocja polskich treści nie istnieje, bo Żydzi za bardzo przeszkadzają, a to co widzimy to sprzedaż skórek po kartoflach ludziom, którzy tęsknią za uczciwym obiadem.

Jest przy tym jeszcze jedna ważna kwestia, nauczanie bezradności. Pisała o tym wczoraj eska, a ja mogę tylko powtórzyć – celem naszych jest nauczanie bezradności. Oni sami są jedną wielką bezradnością i chcą, byśmy się przed nimi co dnia materializowali na ich obraz i podobieństwo. Jeśli tego nie czynimy przestają zwracać na nas uwagę. Jeśli czynimy, piszą książki pod tytułem „Polactwo” i zyskują wreszcie tę wymarzono akceptację.

Bezradność wyuczona występuje w kilku formułach, może być to bezmyślne gapienie się w telewizor, może być to słuchanie ulubionych bardów prawicy, może być to też wiara w kondominium rosyjsko niemieckie pod żydowskim zarządem komisarycznym. Ja to piszę celowo w tym miejscu, żeby życzliwi mieli znów z czym pójść do Grzegorza Brauna i zasłużyć się zanim zostanie on prezydentem. Na razie w żydowski zarząd komisaryczny zostanie wzięta Hiszpania, o czym nadmieniam ze szczególną satysfakcją, albowiem wieszczyłem to kilka już razy, a do tego jeszcze dokładałem objęcie tym zarządem południa Francji. No, ale zobaczymy jak będzie nie uprzedzajmy faktów.

Chodzi mi o to, że wszystkie wymienione rodzaje aktywności lub kontemplacji, nie służą poprawieniu osobistej sytuacji nikogo z nas. Przeciwnie służą jej pogorszeniu. Przede wszystkim zaś służą ujawnieniu wszystkich potrzebnych do objęcia kontroli nad pojedynczym człowiekiem i całą grupą deficytów.

Fronda się chwali, że Malojonek po tym jak go wydrukowali na okładce w roli Krokodyla Dundee załapał się do reklamy jakiejś szwedzkiej firmy reklamującej gitary. To jest właśnie miara sukcesu proszę Państwa – z okładki Frondy do reklamy gitar. I to się przytrafia najlepszym, jakież więc oni mogą mieć wyobrażenie o naszych przeznaczeniach? Szkoda nawet słów.

Na spotkaniu z Grzegorzem Braunem, które odbyło się w Białymstoku podniósł się jakiś pan i zapytał czy Żydówki mogą przerywać ciążę oraz jak to jest sformułowane w Talmudzie. Grzegorz Braun najspokojniej w świecie zaczął odpowiadać, nie zwracając uwagi na siedzącego obok, nieznanego mi pana, który pykał sobie na komórce, a od ziewania powstrzymywał go chyba tylko reflektor oświetlający scenę.

Myślę, że w dobie internetu takie kwestie można rozwiązać za pomocą wyszukiwarki i niekoniecznie trzeba wyskakiwać z tym na spotkaniach z kandydatem na prezydenta. No, ale taka jest formuła i ona się, jak sądzę nie zmieni. Inna sprawa czy prowadzi to do sukcesu. Ja się w każdym razie na listach poparcia dla Grzegorza Brauna podpisałem, gdyby ktoś chciał mi zarzucić, że nie biorę w tym udziału, a się czepiam. A czepiam się, bo nie lubię pochopnie inwestować swojego czasu i emocji.

Zbliżamy się z dużą prędkością do momentu, kiedy Polaków określających siebie samych, jako patriotów, w jednym miejscu i w miarę zgodnie zgromadzić będzie można tylko z jednego powodu – z powodu Żydów, którzy zawładnęli wszystkim, albo uczynią to za chwilę. W tym samym czasie „nasi” chodzić będą do programu prowadzonego przez Korwin-Piotrowską, która – jak informuje nas ciotka wiki – nosiła przy narodzeniu nazwisko Sommer. I niech mi kto powie, że cybernetyka nie jest potęgą, a ludzie nie są z natury leniwi.

Aha, byłbym zapomniał – Terlikowska pisze już felietony w portalu u Lisa, wnoszę stąd, że rodzina pana Tomka, jak to on pięknie ujmował, przyjęła nowe życie, czyli, że pani Małgosia jest w ciąży. Uważam, że wszyscy powinniśmy szczere pogratulować rodzinie Terlikowskich i z radością czekać na rozwiązanie. Potem zaś na wydanie książki pod tytułem „Terlikowska w połogu”, a później „Najlepsze przepisy kulinarne rodziny Terlikowskich”. W tym samym czasie ktoś wpadnie na pomysł, że jednak trzeba wydać ten Talmud w skróconej wersji, w oprawie broszurowej z podkreśleniem co smakowitszych kawałków, żeby biedni Polacy mieli o czym gadać w długie zimowe wieczory, po programie pani Sommer, to jest, chciałem rzec Karoliny Korwin-Piotrowskiej, na temat jakości polskich pism katolickich.

Zbieramy na auto dla Łukasza Warzechy

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Oczywiście lepiej mi by było to ukryć, lub przynajmniej, broń Boże, do niczego się nie przyznawać, ale niech już będzie, powiem wszystko jak na świętej spowiedzi: niniejsza notka jest w znaczniej mierze wynikiem mojej wręcz rozpasanej zawiści i to zawiści wyjątkowo niskiej, bo skierowanej przeciwko samemu Łukaszowi Warzesze. A było tak, że w portalu wpolityce.pl znalazłem informację, że Jarosław Kaczyński udzielił Warzesze wywiadu i świadomość tego, że Warzecha gada z Kaczyńskim tak mnie zelektryzowała, że postanowiłem od razu sprawdzić, jak mogło dojść do czegoś tak niepojętego. Sprawdziłem, no i od razu się uspokoiłem, bo przede wszystkim najpierw okazało się, że Warzesze ten wywiad załatwił portal wp.pl, który Warzechę zatrudnia – co mnie oczywiście nieco uspokoiło – no a poza tym już chwilę później okazało się, że to jest zaledwie 15 minutowy klip, w którym Warzecha nie dość, że występuje w brązowych sztruksach do krawata, to jeszcze ów krawat ma zawiązany tak, jakby właśnie się zbudził po całonocnej popijawie. Ale jest jeszcze coś. Otóż to co przez te 15 minut rozmowy pokazuje Warzecha, to jest pokaz tak uderzającej nieporadności, że w pewnym momencie pojawia się autentyczny lęk, że Kaczyński przerwie ten cyrk i poprosi, by Warzechę wymienić na kogoś choćby odrobinę przytomnego. A już zwłaszcza w momencie, gdy Kaczyński tłumaczy Warzesze, że jeśli ktoś interesuje się światem, pewnych rzeczy nie wypada mu nie wiedzieć.

My akurat, jako osoby, które mają jako takie pojęcie, co się dzieje po tak zwanej „prawej” stronie sceny politycznej, wiemy mniej więcej też, co Łukasz Warzecha myśli sobie na temat świata, który go otacza, i że to jego myślenie sprowadza się, mówiąc krótko, do tego, co od 25 lat głosi Janusz Korwin Mikke, tyle że intelektualnie na poziomie kierowcy, który właśnie dostał mandat za złe parkowanie i uważa, że wszystkiemu winien ten pieprzony socjalizm. A więc od początku tej niezwykłej rozmowy, Warzecha próbuje zaczepiać Kaczyńskiego o coś, co w pewnych środowiskach przyjęło się uważać za „socjalistyczne skrzywienie PiS-u”. Kaczyński – też bez specjalnych rewolucji – tłumaczy Warzesze, że nie da się zbudować normalnego kapitalizmu, a tym samym stworzyć warunki powszechnego rozwoju, jeśli owo budowanie opiera się wyłącznie na zapewnianiu możliwości prowadzenia biznesów dla kumpli, A jedynym dowodem na to, że Warzecha słuchając, w ogóle żyje, jest to, że wzorem największych polskich dziennikarzy telewizyjnych cały czas coś bazgrze na kartce, którą ściska w dłoni. I jeśli ktoś myśli, że Warzecha przyjął taki sposób prowadzenia tej rozmowy, gdzie on będzie udawał durnia i w ten sposób umożliwi Kaczyńskiemu przedstawienie swoich tez, jest w oczywistym błędzie. A żeby to wiedzieć, wystarczy spojrzeć, jak Warzecha się podczas tej rozmowy zachowuje. Otóż on faktycznie wygląda, jakby jego jedyną troską nie było zmuszenie Kaczyńskiego do obrony, ale dbanie o to, by nie zapomnieć, co ma myśleć i o co ma pytać. No i pyta. Skąd PiS weźmie pieniądze na spełnienie wszystkich swoich obietnic? Przez stworzenie sprawiedliwego systemu, który uniemożliwi dalsze drenowanie budżetu przez gangi. No ale sprawiedliwego, czyli jakiego? Takiego, który sprawi, że wszyscy uczestnicy gry będą podlegać tym samym regułom. Na przykład? Czy pan się zastanawiał dlaczego powstaje coraz więcej sklepów wielkopowierzchniowych, skoro one przynoszą wyłącznie straty? Na szczęście nie jestem ministrem finansów, żeby odpowiadać na takie pytania, natomiast chciałem zapytać, czy PiS planuje jeszcze bardziej wziąć podatników za twarz. Nie. Chodzi tylko o to, by ci co nie płacą, zaczęli wreszcie płacić, zwłaszcza gdy są to podmioty obce. Trzeba uchwalić nowe prawo podatkowe, bo to, które mamy w tej chwili służy głównie drenowaniu budżetu za granicę. Chodzi o przykręcenie śruby?

I tak dalej i tak dalej, a ja, wbrew pozorom, nie piszę tego tekstu po to, by się po raz kolejny poznęcać nad Łukaszem Warzechą, ale by pokazać pewien mechanizm, który akurat w tym wypadku się bardzo wyraźnie ujawnia. Chodzi mi mianowicie o ów stary, nudny już do porzygania liberalizm, który nawet stając wobec oczywistego, jednoznacznego, bezczelnego wręcz rabunku nie jest w stanie wydusić z siebie nic ponad to jedno, powtarzane od lat hasło: „Mniej państwa, więcej rynku”. Państwa, podobnie zresztą, jak rynku, od dawna już nie ma, ich rolę przejęły setki mniej lub bardziej niezidentyfikowanych prywatnych grup interesów, które, jeśli się nie obronimy, zapewne już niedługo, z głodu zaczną się wzajemnie mordować i dojdzie do wojny, przy które cała ta propaganda o rosyjskim ataku będzie robić wrażenie bajki dla dzieci, a do nich nie dociera nic, bo w głowie mają tylko tę jedną myśl: „Mniej państwa, więcej rynku”. I jeden po drugi stają przed nami i pytają: „Czy naprawdę stęskniliśmy się za socjalizmem? Czy tak trudno zrozumieć, że jeśli chcemy więcej zarabiać, musimy więcej pracować?”

A więc tak naprawdę wcale nie chodzi ani o Łukasza Warzechę, ani o żadnego z nich pojedynczo. Przeciwko sobie bowiem mamy prawdziwą mafię złożoną z ideologicznie zaczadzonych durniów, którym ani do głowy nie przyjdzie, że tak naprawdę nie różnią się oni niczym od tych najbardziej tępych socjalistów, którym można było wszystko zaprezentować w full kolorze, w zwolnionym tempie i z dodatkowym komentarzem dla idiotów, a oni i tak wciąż powtarzali, że „cała władza w ręce ludu”. Żadnego ludu od wielu już lat nie było, a zamiast niego albo zarobieni do nieprzytomności „prole”, albo gnijące w nieznanych grobach trupy, a oni wciąż swoje: „Cała władza w ręce ludu”. I ci tu mają dokładnie tak samo, tyle że już nie z ludem, lecz rynkiem i wolnością.

Wspomniałem wcześniej, że dzisiejszy stan umysłu Łukasza Warzecha pozwala mu już tylko i wyłącznie na zastanawianie się, ile go kosztuje korzystanie z samochodu i co trzeba zrobić, żeby te wydatki mogły być mniejsze. I to wcale nie jest ani złośliwość, ani nawet taka sobie retoryka. Jeśli czytamy jego najnowszą publicystykę, to wiemy, że tam poza tym jego autem naprawdę nie ma wiele więcej. Ponieważ jednak mam wrażenie, że takich jak on jest znacznie więcej, niż nam się wydaje, mam propozycję dla Andrzeja Dudy na ostatni miesiąc kampanii. Może warto by było im któregoś dnia obiecać, że jak oni wybiorą Dudę, to autostrady będą za darmo i że się zlikwiduje straż miejską. Bzdura? Nie szkodzi. Jestem pewien, że jak oni to usłyszą, dostaną takiej gorączki, że zrobią wszystko, co im się każe. A potem im się najwyżej powie, że tak to już jest na wolnym rynku, że sprytniejszy wygrywa.


poniedziałek, 30 marca 2015

Kto zwycięży na Ukrainie?

Autor: ks. Jan Dobrowolski
 
Zwycięstwo ma słodki smak. Przypomniało mi to ostatnie pół roku uczenia religii w przedszkolu. Co jakiś czas, pomiędzy zgłębianiem dziejów zbawienia i odpowiadaniem na pytania dzieci (zasięg tematyczny: od teodycei poprzez chrystologię na apokatastazie skończywszy) proponuję im grę. W grze pomaga mi znajomy miś koala, w którego wyposażyła mnie pewna wybitna przedszkolanka, gdy drżałem o to, czy sobie z dziećmi poradzę. Zawsze to raźniej iść na arenę między lwy, gdy jest z tobą australijski miś. Jeśli gra ma tytuł „szukanie koali”, a misiek jest jeden, podczas gdy dzieci ponad dwadzieścioro, muszę się liczyć z najróżniejszymi reakcjami. Tupanie, głośne protesty, czasem nawet łzy… Oczywiście, pocieszam i tłumaczę jak mogę. Z tyłu głowy zaś czai się pytanie: do jakich przedszkoli chodzili przywódcy Rosji?
 
Zwycięstwo ma  bardzo słodki smak. Może być wręcz mdlące, jak mdłą lekturą okazał się niedawny wywiad „Rzeczpospolitej” z rosyjskim politologiem, Sergiejem Markowem. Zatrudnia go w charakterze eksperta Kreml, m. in. zapewne po to, by wygłaszał takie i temu podobne hasła:  „(…) z Polską mamy stosunki raczej złe niż dobre. Po czwarte – te stosunki są złe z inicjatywy Polski. Rosja raczej jest zwolennikiem ich polepszania, a Polska – pogarszania. (…) tego, co wy uważacie za czwarty rozbiór (czyli paktu Ribbentrop--Mołotow), my za rozbiór nie uważamy. W 1939 roku Rosja wyzwoliła okupowane przez was tereny zachodniej Białorusi i Ukrainy. Wasz kompleks historycznej klęski jest jednym z głównych czynników, które powodują agresywny i niechętny stosunek Polski do Rosji.
Wywiad jest dość długi, łatwo w nim wyłapać przewodnią ideę: Rosja we wszystkim jest zawsze lepsza od Polski, choć nawet jej na tym nie zależy, tak marna ta Polska jest. No i knuje przeciwko Rosji, pluje i szczuje, podjudza i pragnie kolonizacji Białorusi i Ukrainy. Polscy księża są tam, by zabijać i niszczyć Rosję; karmią się ideologią podboju, „katolickiego wahabityzmu”. Etc, etc. Może nie głupota tej wypowiedzi jest warta odnotowania, a fakt, iż stanowi ona podsumowanie powszechnych opinii i stereotypów, swoisty destylat propagandy. Według Markowa, wszystkie problemy pomiędzy Polską a Rosją biorą się z naszego kompleksu:
To jest czynnik kluczowy: wielowiekowa konfrontacja, która zakończyła się naszym zwycięstwem. 
A jednak, w końcu analityk Kremla plącze się we własnych zeznaniach i ujawnia rzeczywisty kompleks, cóż, również będący kompleksem zwyciężonych w najmocniejszej chyba z możliwych postaci:
Skończcie też z traktowaniem Rosjan jako niepełnowartościowych Europejczyków. W polskiej świadomości tkwi rasistowski stosunek do Rosjan. Właśnie ten rasizm powoduje, że polska opinia publiczna popiera ludobójstwo Rosjan w Donbasie, którego dokonuje kijowska junta. Jest oczywiste, że tam dochodzi do ludobójstwa, dlaczego więc je ignorujecie? Moim zdaniem dlatego, że uważacie, iż Rosjanie są niepełnowartościowi i powinni być podporządkowani Europejczykom. 
No cóż – tu jest właśnie pies pogrzebany. To boli pana analityka… Co do pogrzebanego psa, pozwolę sobie na przytoczenie rodzinnej anegdoty. Mój pradziadek, gospodarz pełną gębą (nawadnianie kropelkowe i elektryczność w gospodarstwie przed wojną!) nie czuł wielkiego respektu wobec komunizmu, co więcej, czuł wobec niego niechęć. Stąd biegał po jego uporządkowanym podwórzu pies Stalin, a w kuchni na parapecie grzał się kot Lenin. Przynajmniej było tak, dopóki Armia Czerwona nie przywiozła ze sobą bardzo dużo respektu i dziesięć razy więcej niechęci. Nie było wyjścia, pies reagował na swoje imię, a gdyby się rozniosło. Psa więc zabito ze smutkiem, kot gdzieś zaginął. Miały te wydarzenia i taką reperkusję, że nie pozwolono mi nazwać ani kota ani pieska, należących do rodziców, słodkim imieniem Putina. Argumenty były dwa, łatwo domyślić się jakie – po pierwsze, szkoda zwierzęcia; po drugie, nigdy nic nie wiadomo, a szkoda zwierzęcia…
Gdyby jakiś Rosjanin zapytał mnie teraz, czy cieszyłbym się z psa biegającego gdzieś pod Moskwą, nazwanego Żółkiewski czy Kukliński, bo przecież ta historia z psami potwierdza nasz rasizm wobec bratniego słowiańskiego narodu, zmieniłbym po prostu temat. Zapytałbym, co sądzi o wypowiedziach Putina na temat aneksji Krymu i gotowości Rosji do użycia broni nuklearnej w tej sprawie. Są zresztą na szczęście Rosjanie (niewielu), którzy chyba nie dziwiliby się takiej rodzinnej tradycji nad Wisłą. Pocieszającym doświadczeniem po lekturze głupawych sloganów kremlowskiego analityka będzie, mam nadzieję, książka „Zapomniane Ludobójstwo” Nikołaja Iwanowa. Niełatwo być pewnie rosyjskim historykiem i pisać o setkach tysięcy pomordowanych w ZSRR tylko z powodu swojej narodowości, która była tam w latach trzydziestych i czterdziestych synonimem wszystkiego, co najgorsze – prywatnej własności, „kultury burżuazyjnej” i katolicyzmu.
Taki też smak ma nasze zwycięstwo, mimo całej goryczy rozwianych marzeń i zakłamań w polityce. W Polsce bowiem ciągle jest spory sentyment do prawdy w podręcznikach, do chrześcijaństwa, do dorabiania się i życia „po europejsku”, no i skłonność do śmiechu z cara i jego knuta, w jakich by nie występowali kolorach. Słodyczą tego zwycięstwa jest kolorowe przedszkole w małym miasteczku, gdzie „moje dzieci” kolorują obrazek z Drogi Krzyżowej i szczerze współczują Panu Jezusowi. Pocieszam ich zmartwychwstaniem – zwycięży w końcu Boże Życie. Również tak zwyczajnie i po ludzku, pośród mroków polityki i historii – to właśnie życie jest miarą zwycięstwa. Kto zwycięży na Ukrainie, poznamy po tamtejszych przedszkolach.

niedziela, 29 marca 2015

Żydowski ateista Polański

Autor: Gabriel Maciejewski (coryllus)

Są miasta, w których spotkanie na ulicy księdza czy zakonnika, jest tak oczywiste jak wschody i zachody słońca. Są miasta, gdzie spotkanie na ulicy żołnierza lub oficera było niegdyś równie oczywiste. Ja się wychowałem właśnie w takim mieście. Kiedy siedzieliśmy od 4 rano na rybach, nad sadzawką, która wykopana została na końcu ulicy Starej, przychodzili do nas często żołnierze, którzy zwiali z jednostki w Stawach, albo ci z Twierdzy. Nie chcieli siedzieć na dworcu, żeby ich WSW nie drapnęło, szukali jakiegoś spokojnego miejsca, żeby przeczekać i o oznaczonej godzinie, kiedy miał przyjechać ich pociąg, pobiec na dworzec i doń wskoczyć.

Na tym dworcu zawsze było pełno żandarmów i urlopników, którzy nie bali się nikogo i spokojnie czekali na swoje pociągi. Wiosną i jesienią wypuszczali rezerwę, ryki pijanego żołdactwa słychać było w całym mieście. Po osiedlach spacerowali oficerowie w mundurach. I co? I nic, wszystko zniknęło. Dziś, żeby zobaczyć w sławnym mieście Dęblinie wojskowego trzeba zrobić nie wiem co i pójść nie wiem gdzie. Chyba na jakąś akademię ku czci.

To samo będzie niebawem z zakonnikami i księżmi w Częstochowie, Przemyślu i innych miastach znanych z tego, że jest w nich dużo kościołów i klasztorów. Wszystko zaś dzięki temu, że otworzył się nowy etap w dziejach kraju – walka z klerykalizacją. Walkę z mundurowymi zakończyliśmy już pomyślnie, pora na to drugie.

Oto wczoraj odbył się kolejny marsz ateizmu, na czele którego szło jakichś czterech pajaców przebranych za biskupów, marsz jak w zeszłym roku, nawiązywał do skazania i stracenia Kazimierza Łyszczyńskiego, ateisty i wolnomyśliciela, który był w istocie kimś innym zgoła, ale nie pora dziś na opowiadanie o tym. W zeszłym roku w rolę Łyszczyńskiego wcielił się Hartmann, a w tym jakaś pani nauczycielka, która zrzuciła krzyż ze ściany i tym się strasznie naraziła dyrektorce, która ją potem szykanowała.

Marsz był uwieńczeniem dni ateizmu, na których występowali różni ludzie i opowiadali o swoich przewagach nad Panem Bogiem. Było tam między innymi wydawnictwo z Niemiec, które chce nam pomóc w walce z postępującą klerykalizacją kraju. Jak się z tym skończy będzie już całkiem dobrze, jedyni zaś księża jakich będziemy oglądać to ci, co rokrocznie kroczyć będą w paradach ateizmu prowadzonych przez Hartmanna.

Jest jednak pewna nadzieja, że do tego nie dojdzie, ateiści bowiem wyraźnie się starzeją i wyglądają w tych swoich przebraniach coraz głupiej. Jest więc szansa, że się opamiętają, jeśli nie poprzez nawrócenie to z przyczyn estetycznych. Nie będą mogli w pewnym momencie na siebie patrzeć, a te ich występy nie rozśmieszą nawet Palikota.

Póki co bywa różnie z tym rozśmieszaniem. Mnie na przykład rozśmieszył plakat ze zdjęciem Polańskiego i napisem w języku angielskim, który głosił – Obama, ręce precz od żydowskiego ateisty Polańskiego. Kurcze, wydawało mi się, że Roman Polański jest wybitnym polskim reżyserem filmowym, nagradzanym wielokrotnie na licznych festiwalach. A tu proszę jakie zaskoczenie….niepostrzeżenie zamienił się on w żydowskiego ateistę, na którego zamach szykuje sam prezydent Stanów Zjednoczonych. Nie wiem też co jego zdjęcie miało znaczyć w imprezie tak jednoznacznej jak marsz ateistów i co w tym tekście dokładnie oznacza słowo „żydowskiego”. Jeśli bowiem przyjmiemy, jak chcą organizatorzy marszu, że Polański jest ateistą, to znaczy, że słowo to oznacza jego przynależność narodową. Nie można bowiem by ateistą i wierzącym Żydem jednocześnie. To jakaś aberracja. Jeśli zaś Polański jest narodowości żydowskiej, jak chcą nam wmówić ateiści, powinniśmy go jak najszybciej deportować do Izraela i niech się już premier Netaniahu martwi nim i jego wyskokami. Kłopot zniknie sam. Izrael zaś wzbogaci swoją kulturę i kinematografię o dzieła wybitnego, żydowskiego ateisty Romana Polańskiego, którego prześladują Amerykanie, za pedofilię. To się nawet ładnie może wpisać w obecne stosunki pomiędzy USA a Izraelem.

Nie mam pojęcia skąd się biorą takie idiotyzmy w głowach ludzi dorosłych i teoretycznie przynajmniej jakoś tam wykształconych. No, ale one tam są i manifestują się co roku na tym marszu ateizmu. Powód jest pewnie ten sam co zawsze, czyli niewiara w człowieka. To jest bowiem najbardziej charakterystyczną cechą ateizmu, myślę, że nie tylko polskiego, ale tak w ogóle – ateizmu światowego. Problemem tych dziwnych osób nie jest Pan Bóg, ale człowiek. Oni w człowieka nie wierzą, a szczególnie uporczywie nie wierzą, że ma on zdolność samodzielnej oceny sytuacji i potrafi, bez wspomagania, posługiwać się mózgiem. Hartmann nie wierzy w to na pewno. Gdyby wierzył, zamknąłby się po prostu i nigdy więcej już nie emitował jamą gębową tych kretyństw, które płyną z niej właściwie zawsze.

Celem ateistów nie jest też, co oczywiste, żadna wolność sumienia czy jakaś inna wolność, celem ateistów jest zbudowanie hierarchicznego społeczeństwa zarządzanego przez Hartmannów. Kto ich będzie wybierał spośród ateistów, skoro nie ma Pana Boga i charyzmaty się nie liczą? Jakieś gremium jak sądzę, o charakterze tajnym. A to gremium skąd się weźmie? No zostanie wytypowane przez inne gremia? Itd., itp….

Nie martwicie się jednak przesadnie takim ujęciem tej kwestii, bo w tej postaci ona się może pojawić w głowie jednego, dwóch najwyżej ateistów. Reszcie chodzi o to, żeby iść przez miasto, tupać, przebrać się za biskupa i nie mieć wyrzutów sumienia kiedy się na kolegę doniesie do przełożonego, albo kiedy się coś zwędzi innemu koledze, na przykład pomysł. Innych celów ateizm praktyczny nie ma. No może jeszcze chodzi im o poluzowanie kwestii seksualnych związanych z dziećmi. Poznajemy to po plakacie z Polańskim. Te wcześniejsze zaś cechy ateizmu, rozpoznajemy po pogardzie z jaką profesor Hartmann odnosi się do ludzi, którzy nie są z Krakowa i nie kończyli UJ.

Dziwne może wydawać się to, że na marszu ateistów zabrakło polityków lewicy. Wszak zbliżają się wybory prezydenckie i startuje w nich Magdalena Ogórek. No, ale może ona nie jest ateistką, może to jest zwyczajna heretyczka i dlatego nie maszeruje wraz z ateistami. O tym, jak jest naprawdę, przekonamy się już wkrótce.


czwartek, 26 marca 2015

Serce Jezusa, Świątynio Boga…

Autor: ks. Jan Dobrowolski 

„Kamienie wołać będą” – mówi nasz Pan Jezus Chrystus do ludzi, próbujących uciszyć wiwatujących na Jego cześć. To proroctwo spełniło się, co widzi każdy, kto podróżuje po krainie zamieszkałej przez chrześcijan. Europa, której narody dziś w przeważającej części zapomniały o Bogu, wciąż woła strzelistymi wieżami katedr swoich stolic, małymi wieżami wiejskich kościółków, majestatycznymi murami opactw i klasztorów. Wystarczy wejść pod dach takiej świątyni, aby myśli człowieka uniosły się w górę – „Bóg jest światłością”, zdają się wołać witraże i kolumny przeróżnych barw i wysokości, jak nasz kontynent długi i szeroki. A przecież kamień węgielny pod miejsca takie jak Jasna Góra, Chartres, bazyliki Rzymu czy nawet nasz kościół – został położony dużo wcześniej, niż urodzili się jego budowniczowie. Nie byłoby ich bowiem, gdyby pewnego dnia Panna nie porodziła Syna i nie położyła Go w żłobie.

Świątynią Boga jest serce Chrystusa. Ileż wybudowano piramid, świątyń, posągów, szukając Stwórcy, chcąc zbliżyć się do Niego niejako po omacku, jak powie św. Paweł Apostoł. A oto sam Bóg dał nam świątynię, jakiej chciał – ludzkie serce, takie jak nasze, ale doskonałe i bezgrzeszne, zjednoczone z Synem Bożym, odwieczną Osobą Trójcy.

Serce Jezusa jest świątynią zawsze otwartą, co symbolizuje jego pośmiertna rana. Gdy tylko ktoś chce zbliżyć się do Boga, wystarczy, że przyjdzie do tego kościoła. Jest otwarty zawsze, dla każdego jest tam miejsce, nieustannie płonie żywe światło Bożego blasku. Nasze dusze mogą to odczuć właśnie teraz, podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu. Serce Jezusa jest bowiem świątynią Boga, wzniesioną przez Niego dla nas, dla ludzi. Tu uczymy się oddawać Najwyższemu chwałę, dziękować Mu za wszystko, prosić Go o to, czego nam trzeba, a także przepraszać za nędzę naszych grzechów. To Eucharystyczne Serce Boga jest nie tylko świątynią, ale też sercem naszych świątyń. Czy chodzi o wielką, gotycką katedrę, czy małą szpitalną kaplicę – wszystkie katolickie kościoły mają jedno zadanie – dać nam miejsce duchowego wejścia do „świątyni żywej”, którą jest sam Jezus, Jego Serce. W tabernakulum bije więc serce każdego kościoła, to dlatego wchodząc do świątyni klękamy i wykonujemy pobożnie znak krzyża, to dlatego nie powinniśmy pozwalać, by ktokolwiek traktował dom Boży tylko jako miejsce zwiedzania.

Dobroć naszego Pana jest jednak jeszcze większa. Przecież na koniec litanii modlimy się, by uczynił On „serca nasze według serca swego”. To znaczy, że moje serce też ma być świątynią ! W nim chce mieszkać Bóg, właśnie przez Najświętszy Sakrament, przyjmowany pobożnie i godnie, z miłością i świadomością, że to żywy Chleb, prawdziwa Osoba Pana Jezusa obecna w nim dla nas. Gdybyśmy mogli zobaczyć Boży majestat w sercu drugiego człowieka, pewnie bardziej szanowalibyśmy się jako chrześcijanie, mniej byłoby przepychanek do wyjścia, plotek, obojętności. Obecność Jezusa trzeba uszanować, zwłaszcza w Jego „ludzkich świątyniach”. Każda osoba ma w sobie tę tajemnicę, moi najbliżsi, ale też i nieznajomi. Dlatego mówi nam z miłością i przestrogą Pan Jezus: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych małych, Mnieście uczynili”.

Panie Jezu, pozwól nam szanować i kochać Twoje Serce i wszystkie Jego świątynie!

Gdy Ruskie wzięli się za Komorowskiego

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)

Prawdopodobnie, gdyby nie kampania Andrzeja Dudy, nasz telewizor już na stałe pozostałby ustawiony na Canal+ Sport, z którego moja córka korzysta, by oglądać angielską ligę piłkarską. Mamy jednak tego Dudę, który nam się bardzo podoba i którego będziemy w maju wybierać na prezydenta, więc wczoraj rzuciłem okiem do mojej kiedyś na swój sposób ulubionej stacji TVN24, a tam, w związku z przedłużającym się rozpoczęciem konferencji prasowej kandydata… wojna.

     Najpierw więc obejrzałem, jak poprzez Polskę jadą amerykańskie wojska, potem, jak w stronę Polski jadą wojska rosyjskie, następnie podana została informacja, że każdy rezerwista może się spodziewać wezwania na szkolenie wojskowe i jeśli tylko takie wezwanie otrzyma, ma się natychmiast zgłosić do jednostki, a potem na chwilę pojawił się uśmiechnięty Duda i kiedy się zaczęło robić naprawdę wesoło, relacja została przerwana, by nam pokazać rozbity gdzieś w Poznaniu samochód, no a potem od nowa: wojska amerykańskie, wojska rosyjskie i wiadomość o obowiązkowych szkoleniach rezerwistów, no i ten rozbity samochód.

     I ja oczywiście, jako osoba z doświadczeniem, świetnie wiem, jaki jest plan. Chodzi o to, by nas doprowadzić do stanu, gdzie już nawet nie będziemy po kątach plotkować, że „ten Kaczyński” chce wywołać wojnę, ale gdzie tę wojnę zobaczymy na własne oczy i dojdziemy do wniosku, że to wszystko jest tak straszne, że lepiej tego co jest nie ruszać, niech gnije, niech zdycha, może nas nikt nie zauważy i jakoś będzie.

     A ja sobie myślę, że tym razem się nie uda. I to nie dlatego, że w tę wojnę nikt z nas nie wierzy, albo, że tych obrazków jest za mało i że one są za mało drastyczne, by zrobić na nas większe wrażenie, ale wręcz odwrotnie – jej jest zwyczajnie za dużo i do tego stopnia za dużo, że ona przestała na nas robić jakiekolwiek wrażenie. Nastąpił bowiem dokładnie ten sam efekt, z jakim mieliśmy do czynienia przez te wszystkie lata afer, skandali, kłamstw, czy wręcz niekiedy i zbrodni, które trwały tak naprawdę zaledwie chwilę, by je zastąpiły kolejne, jeszcze bardziej drastyczne i oburzające, i w końcu doszło do tego, żeśmy dla świętego spokoju wybrali supermarket.

      I to jest moim zdaniem to, co przyjęło się określać, jako strzał w stopę. Oni tak długo straszyli tą wojną po to tylko, by nas wszystkich zapędzić do tych czystych, jasno-oświetlonych galerii i kazać nam tam siedzieć do odwołania, aż doszło do tego, że kiedy nagle to zagrożenie stało się choćby minimalnie realne, okazało się, że nikt z nas nie chce stamtąd wychodzić.

      A w dodatku na ekranach coraz to nowocześniejszych telewizorów co chwilę pojawia się twarz Andrzeja Dudy, który bardzo jasno i cierpliwie nam tłumaczy, że kiedy zostanie prezydentem, on nie pozwoli, żeby to wszystko nagle zrobiło się zbyt drogie.

środa, 25 marca 2015

Czy Bankowy Fundusz Gwarancyjny to kolos na glinianych nogach?

Autor: Integrator
O systemie SKOK pisałem dwukrotnie. Zaraz po tym jak gruchnęła informacja o aresztowaniu zarządu kasy Wołomin a jeszcze przed tym jak medialne sługusy rozkręciły szaleństwo z jakim mamy dziś do czynienia, stworzyłem tekst w którym opisałem w możliwie dostępny sposób zasady funkcjonowania Kasy Krajowej, poszczególnych kas i zachodzących pomiędzy nim relacji. Kto mnie czyta wie i tłumaczyć za bardzo mu tej historii nie trzeba, że „Wołomin” od początku był operacją pospołu ludzi z WSI i kolegów z Platformy, którzy poza wyprowadzeniem setek milionów z tej konkretnej kasy postawili sobie za cel skompromitowanie przy okazji systemu kas spółdzielczych jako takich. W wersji ekstremalnej ich działania miały doprowadzić do tzw. run'u klientów SKOKów na kasy, którzy w obawie przed utratą swych pieniędzy zaczęliby je masowo wycofywać doprowadzając tym samym do upadku całego systemu. Tego punktu skrupulatnie realizowanego planu nie udało się zrealizować przy pierwszym podejściu, toteż za drugim razem zaprzężono do tej roboty samego szefa Komisji Nadzoru Finansowego, którego jedynym zwierzchnikiem jest premier, dziś Ewa Krętacz-Smoleńska. Nie będę rozwodził się nad szczegółami tej rozgrywki wszak pisałem o tym w innym tekście, starczy dodać, że ów pan zajął się kontrolowaniem podmiotu spoza jego jurysdykcji - fundacji - w dodatku takiej, która została zamknięta z woli fundatora ponad cztery lata temu i której fundusze zasiliły stowarzyszenie od początku zajmujące się wspieraniem rozwoju idei spółdzielczości. Jak sami widzicie nie ma tu żadnej ukrytej sensacji ale to jest całkowicie bez znaczenia gdy stawką w grze jest zwycięstwo Komorowskiego na drodze do którego SKOKi zdefiniowano jako realną przeszkodę. Żarty się skończyły.  Opiekunowie pana Bronisława dobrze wiedzą, że w razie przegranej zniknie parasol ochronny jaki rozciąga dziś nad nimi obecny lokator Belwederu. To co dziś oglądamy to klasyczne zlecenie polityczne, tyle że w wersji hard bo inspirowane i pilotowane przez służby.
W medialnej pyskówce jaką prowadzi się w tej chwili nad przyszłością systemu SKOK co i rusz ktoś z rządzącej partii ze szczególną atencją wypowiada się o bezpieczeństwie pieniędzy złożonych tam przez szarego obywatela. To jest rzecz jasna czysta obłuda, posłowie Platformy troszczą się o członków SKOK mniej więcej tak jak Minister Zdrowia o pacjentów a Minister Edukacji o dzieci gdy idą na wojnę z lekarzami czy nauczycielami. Niemiej skoro już padł taki argument, że w bankach jest bezpieczniej niż w SKOKach, wypada choć przez chwilę zatrzymać się przy tym temacie. Poszperajmy więc trochę wspólnie, choć ja od razu zaznaczam, że nauczony doświadczeniem czuję, że to śledztwo skończy się na pewno jakimś smutnym odkryciem. No ale żeby nie było, że jestem uprzedzony, zróbmy to jak należy. Wypada przy tym podkreślić, że ja ekonomistą nie jestem, dostępu do danych źródłowych też nie mam, za to dała mi Bozia nader dobrze rozwinięte umiejętności wyłapywania i analizowania sygnałów, nawet tych najmniejszych, które bezustannie toną w morzu informacji jakie do nas codziennie docierają. A zatem.
Trzeba Wam na wstępie wiedzieć, że Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) to instytucja bez zgody której nie można wykonać żadnego ruchu na polskim rynku kapitałowym, ubezpieczeniowym czy emerytalnym. Nie ważne czy chcesz założyć bank, połączyć już dwa istniejące w jeden większy czy może powołać do życia nowy zakład ubezpieczeń - w każdym przypadku wymagana jest na takich ruch zgoda KNF. W skład komisji wchodzi przedstawiciel prezydenta RP, szef Narodowego Banku Polskiego, szefowie lub przedstawiciele Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej co znaczy, że przy obecnym układzie politycznym, ten ważny urząd państwowy jest w pełni opanowany przez ludzi z Platformy Obywatelskiej. Od tej czwórki uzależnione jest wszystko nie wyłączając przywileju zatwierdzania kandydatów na stanowiska prezesów podmiotów funkcjonujących na tym rynku. Co prawda ustawa zawiera katalog warunków jakie musi spełnić kandydat na prezesa powiedzmy takiego banku ale jest to zapis martwy zważywszy na fakt, że wprowadzono tam specjalną klauzulę, która pozwala Komisji Nadzoru Finansowego zablokować nominację dowolnej osoby na to stanowisko, nawet jeśli spełnia wszystkie warunki. Wystarczy, że według członków tego organu nie daje ona „rękojmi należytego wykonywania funkcji członków organów podmiotów kontrolowanych” i już po herbacie. Dzięki temu zapisowi, na zasadzie czysto uznaniowej, KNF decyduje kto będzie prezesem banku, SKOKu czy Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Sami przyznacie, że jest to wyśmienite narzędzie za pomocą którego ekipa rządząca może dyscyplinować nawet największych gigantów rynku kapitałowego a co tu dopiero mówić o dużo mniejszych, niepokornych wobec władzy SKOKach? KNF wielokrotnie poprzez blokowanie kandydatów na stanowiska prezesów poszczególnych kas (także osób, które taką rękojmię wcześniej otrzymali) rujnowały przyjętą wewnętrznie strategię rozwoju. Z drugiej strony niezbędną rękojmię i zgodę na zarządzanie potężnymi kapitałami udzielono ludziom, których z siedziby SKOK Wołomin wyprowadzano w kajdankach.  
To zresztą jak wiemy nie pierwszy taki przypadek, gdy Komisja Nadzoru Finansowego daje zgodę na zarządzanie instytucją finansową osobie, która nigdy takiej zgody nie powinna otrzymać. Gdy zniknęły setki milionów media karmiły nas sensacją, że właściciel Amber Gold zakładał ten biznes korzystając z przerw w odsiadywaniu wyroku, uwaga, też za malwersacje finansowe. Z racji nadchodzących wyborów, trzeba to więc wyjątkowa dobrze podkreślić, że to co stało się z pieniędzmi szarych ciułaczy jest wyłącznie efektem braku jakiejkolwiek działań ze strony KNF nad którym w tamtym czasie rolę zwierzchnią pełnił premier Donald Tusk. Z niemalże stu procentową pewnością można przypuszczać, że mając do wybory ratowanie syna, który uwikłał się w brzydkie interesy panów pilotujących ten projekt, a pozostawieniem zwykłych ludzi bez oszczędności całego życia, wybrał to drugie. Jako zwierzchnik KNF nie zareagował na notatkę służb, które informowały go o sytuacji w Amber Gold, nie zareagował też szef KNF. Problemu nie widziało również Ministerstwo Gospodarki, które wydaje koncepcję na obrót złotem w Polsce. Nikt nic nie widział, nic nie słyszał aż doszło do defraudacji dorobku tysięcy Polaków. Winnych nie ukarano, za to podczas jednej z konferencji Donald Tusk po raz pierwszy zestawił Amber Gold ze SKOKami inicjując tym samym początek szeroko zakrojonej kampanii przeciwko kasom, której finał właśnie oglądamy. Teraz o klientów SKOKów zatroskała się dla odmiany premier Kopacz-Smoleńska i od razu widać, że to jest kolejna odsłona tego samego planu, z tym samym centrum dowodzenia w tle. Pani premier zapewniła, że wbrew powszechnie panującemu przekonaniu państwo działa a odpowiednie organa przyjrzą się sprawie. W to akurat nie wątpię, że one działają gdy tylko jest taka potrzeba.  
No ale uporządkujmy trochę ten przekaz. Gdy nadzór nad SKOKami sprawowała Kasa Krajowa a jej lokaty gwarantowała firma SKOK Ubezpieczenia w przestrzeni medialnej trudno było szukać informacji o jakichkolwiek nieprawidłowościach w tym systemie. Problemy i to od razu najcięższej wagi zaczęły pojawiać gdy posłowie Platformy Obywatelskiej już zaledwie chwilę po wygranych wyborach wzięli się najpierw za majstrowanie przy ustawie o kasach spółdzielczych a KNF ze swej strony rozpoczęła ich regularne nękanie skutkujące destabilizacją wewnętrznych procedur. Podkreślam ten fakt z taką siłą dlatego, że w Ustawie o nadzorze nad rynkiem finansowym w odniesieniu do KNF już na wstępnie znajdujemy zapis „Celem nadzoru nad rynkiem finansowym jest zapewnienie prawidłowego funkcjonowania tego rynku, jego stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości, zaufania do rynku finansowego, a także zapewnienie ochrony interesów uczestników tego rynku, przez realizację celów określonych, w szczególności w ustawie”. Sami oceńcie czy działania Komisji choćby w wyżej wymienionych przypadkach to objaw dbania o stabilność rynku i ochrona interesów jej uczestników czy bardziej przykład destabilizowania tego rynku i podkopywanie fundamentów instytucji z powodzeniem funkcjonujących na nim od lat?
Druga strona tego medalu to podmiotu którego nazwę ujawniłem w tytule. Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BFG) został powołany na wypadek gdyby któryś z banków wpadł w tarapaty finansowe. Pomysł był taki, że wszystkie banki będą wpłacały na ten fundusz promil swych zysków, by w razie kłopotów, klienci banku mogli odzyskać swoje pieniądze, jednakże tylko do wysokość gwarantowanej przez fundusz czyli nie więcej niż sto tysięcy euro. Z czasem BFG stał się symbolem bezpieczeństwa całego systemu bankowego ale i koronnym argumentem w walce ze SKOKami, których lokat ten fundusz nie obejmował. To jest ordynarne kłamstwo i już wam piszę dlaczego. Po pierwsze Kasa Krajowa od początku istnienia pobiera od każdego SKOKu ustaloną składkę tytułem budowania kapitału będącego wsparciem dla kasy będących w potrzebie. Po drugie wszystkie lokaty zakładane w SKOKach były ubezpieczone do wysokości sto tysięcy euro czyli dokładnie do tej samej wysokości wypłat jaką gwarantuje dziś BFG w razie upadku banku. Po trzecie Bankowy Fundusz Gwarancyjny tak na prawdę niczego nie gwarantuje i w razie kryzysu posiadacze lokat w bankach zostaną puszczeni w przysłowiowych skarpetkach. Dobre i to gdy zechcą wystawać w długich kolejkach przed witrynami banków z płonną nadzieją, że może jednak coś tam się jeszcze da uratować.
Dlaczego tak twierdzę? Otóż bardzo dawno temu gdy dopiero wymyślono instytucję banku obowiązywała zasada parytetu złota, która polegała z grubsza na tym, że bank mógł pożyczyć tylko tyle pieniędzy ile miał złota w sejfie. Pożyczany banknot, jakby niebyło skrawek papieru był wówczas dla jego posiadacza de facto dokumentem potwierdzającym, że posiada on udział w rezerwach złota banku z którego wziął pożyczkę. Taki układ dawał gwarancję, że ilekroć klient banku zwracał się o zwrot ulokowanych na koncie pieniędzy, bank mógł mu je wydać. Był po prostu w każdej chwili wypłacalny. Bardzo szybko panowie bankierzy doszli jednak do wniosku, że to bardzo ogranicza ich możliwości zarobku i ustalili, że odchodzą od parytetu złota czyli będą pożyczać pieniądze, wydawać papierki, dla których nie mają pokrycia w kruszcu. To pozwoliło im zwielokrotnić ilość udzielanych kredytów a przez to także zyski, które generowali pobierając oczywiście procent od pożyczanych kwot. Ale i to było dla bankierów mało. Nie trzeba już było co prawda posiadać dużych ilości złota ale wciąż obowiązywały wysokie limity posiadania własnych kapitałów, które miały zgodnie ze wskaźnikiem podanym w ustawie w odpowiednim procencie pokrywać wielkość udzielonych kredytów. Dzięki operatywności lobby bankowego wkrótce i ten zapis zmodyfikowano obniżając obowiązujące poziomy bezpieczeństwa. Żeby nie było wątpliwości co ja chcę powiedzieć, podeprę się przykładem. Ugadano się tak z bankami, że odnosząc to do przykładu podwórkowego, kolega Antek może być dla swych kolegów bankiem nawet jeśli chodzi w dziurawym bucie. Jeśli na ten przykład przyjdzie do niego kolega Władek i poprosi o 100zł, to choć Antek ma w kieszeni tylko 10zł, może mu na kartce papieru napisać, że pożycza mu stówę. Ponieważ sprawa jest ugadana odgórnie i szerzej niż w zakresie jednego podwórka, tą kartką Włodek będzie mógł dokonywać płatności, ale gdy tylko dostanie dniówkę ma oddać pożyczoną kwotę, już w banknotach, powiększoną o zysk Antka. Tak to mniej więcej dziś wygląda, a żeby dodać trochę dramaturgii, dodam, że aby dziś móc założyć bank wystarczy mieć pięć milionów euro kapitału własnego, z czego piętnaście procent może być wniesione aportem. Wiedzieliście o tym? Oczywiście, dzięki tak niskim wymogom, tylko nieliczne banki (te giełdowe) posiadają dziś np. kapitały własne na poziomie nieco wyższym niż 10% sumy bilansowej, czyli aktywów. Reszta operuje na minimalnym poziomie co znaczy, że jeśli bank zechce tworzyć rezerwy kasowe, ba, jeśli zechce choćby inwestować w środki własne, musi podeprzeć się finansowaniem z zewnątrz. W ten sposób przelewa się z pustego w próżne, do czasu gdy ktoś w końcu poprosi o nagły i fizyczny zwrot kasy czyli taki do ręki i wszystko złoży się jak domek z kart. A mim to udało się wmówić zwykłym ludziom, że to nie przekręt a bankowość, w dodatku pozyskać dla tego przekrętu powszechną akceptację i równie duże zaufanie. Bo gdybyście nie wiedzieli, to dwie trzecie wszystkich lokat złożonych w bankach należy właśnie do przysłowiowych Kowalskich i Nowaków, wszak ludzie bogaci ten sposób lokowania kapitałów uważają za mało atrakcyjny i równie mało bezpieczny. Tak czy siak musicie przyznać, że to jest biznes wyjątkowy i nawet w najpiękniejszych snach pionierzy bankowości nie mogli przewidzieć, że kiedyś w przyszłości ich następcy nie mając pieniędzy będą mogli zakładać banki, a potem jeszcze pożyczać innym kwoty których nie posiadają. Nie zapominajmy jednak, że to jest prawo zarezerwowane tylko dla wybranych. Wiem skądinąd, że na przykład twórcy Kasy Krajowej podejmowali kiedyś próby utworzenia banku polskiego, który pozbawiony byłby wielu ograniczeń jakie stawia się kasom, ale zgody na taką działalność konsekwentnie im odmawiano. No i jeszcze by wykorzystać ten akapit do reszty, dodam , że parę lat temu dokonano w Polsce weryfikacji stabilności systemu bankowego tzw. crash test dla banków i okazało się, że padłyby niemal wszystkie już w pierwszych godzinach run'u klientów na ich kasy. Wielkość zadłużenia bowiem przekracza tam wszelkie normy, zaś w kilku bankach wielkość tzw. złych kredytów czyli tych niespłacanych przewyższała wolumen nietrafionych pożyczek udzielonych w SKOKach.
A wracając do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego już tak bez obwijania w bawełnę to mamy tu do czynienia z jedną wielką lipą. W razie gdyby doszło do masowego wycofywania pieniędzy przez klientów z któregokolwiek banku w jednej chwili stanie się on niewypłacalny bo nie posiada odpowiednio dużo już nie tyle nawet złota co kapitałów własnych. Oczywiście w tej sytuacji do gry ma wejść ów legendarny fundusz o którym mówi się ilekroć trzeba uderzyć w SKOKi, ale coś szybko cichnie ta syrena gdy rozpoczyna się dyskusja nad faktyczną mocą tej instytucji. Dlatego przy okazji wypłat dokonywanych z tego funduszu dla klientów upadłej kasy Wołomin, poszperałem co nieco w sieci i okazuje się, że w kasie BFG jest około 11 miliardów złotych. Piszę "około" bo na stronie internetowej tej instytucji ostatni roczny raport pochodzi z 2013r. w którym nie uwzględniono wypłat dla członków kas. Niemniej to jest zaledwie parę procent środków którymi obraca się w systemie bankowym - aktywa wszystkich banków to 1,5 biliona złotych (dla porównania aktywa SKOKów to 18 miliardów złotych). Na innych poważnych portalach finansowych znalazłem i taką informację, że spłata utraconych lokat tylko dla członków dwóch upadłych kas pochłonęła niemal trzydzieści procent rezerw Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Dalej nie grzebię, bo to wszystko zaczyna zwyczajnie śmierdzieć ale już na tym przykładzie widać, że zabezpieczenie polskiego systemu bankowego to mit. Myślę, że tylko dlatego nie dobito jeszcze całego systemu SKOK bo wówczas BFG przestałby istnieć a lokaty w bankach nie miałyby żadnego, nawet tak symbolicznego zabezpieczenia jak obecnie.
Ok, to teraz jeszcze raz w kilku słowach dla tych co zaczynają czytać od końca. System nadzoru nad instytucjami finansowymi w Polsce to fikcja. Nie działa jak większość urzędów odkąd za zarządzanie tym krajem wzięli się ludzie z Platformy Obywatelskiej i ich koledzy spod ciemnej gwiazdy, wiecie kto? Komisja Nadzoru Finansowego mimo, że od dawna otrzymywała liczne sygnały o nadużyciach w Amber Gold czy kasie Wołomin nie tylko nie wykonała ustawowych działań prewencyjnych, to jeszcze wydała zgodę na działanie tych firm na rynku polskim. Wyraziła także zgodę na powierzenie stanowiska prezesa tych instytucji osobom, które przynajmniej w przypadku Amber Gold miały już podobne nadużycia na koncie i które doprowadziły ostatecznie te instytucje do upadku. Nie lepiej maja się sprawy z Bankowym Funduszem Gwarancyjnym, który ma być rzekomo gwarantem wypłacalności systemu bankowego. Jest bardzo prawdopodobne, że nie ma on odpowiednich środków by pokrywać wypłaty lokat nawet do gwarantowanej sumy stu tysięcy euro w przypadku gdyby doszło do upadku więcej niż jednego banku w tym samym czasie. Wszystko co mamy w kraju to fikcja, system naczyń połączonych tyle, że wbrew doświadczeniom, które kiedyś przeprowadzaliśmy w szkole, tu przelewa się z pustego w próżne.   
Zrozumcie proszę, nie SKOKi są prawdziwym problemem a chory system bankowy i niewydolność instytucji kontrolnych. To czego jesteśmy dziś świadkami, to nic innego jak próba ratowania sektora bankowego kapitałami, które znajdują się dziś w kasach spółdzielczych. Tego transferu nie da się jednak przeprowadzić bez wcześniejszego doprowadzenia tych kas do upadku.

Piłka wciąż w grze.

poniedziałek, 23 marca 2015

Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy.

Zapraszam do lektury bardzo ciekawych rozważań jakie autor poniższego tekstu prowadzi przed samym sobą, próbując tym samym zmierzyć się z rzeczywistością wyborczą naszego kraju. To nie jest tekst łatwy, ale jest to jedna z ciekawszych prób odpowiedzenia na pytanie dlaczego nic się nie zmienia choć tak bardzo nam ta rzeczywistość przeszkadza. 
Poniższy tekst jest poprawioną wersją tekstu opublikowanego przez blogera toyah'a.

Autor: Gerard Warcok (psycholog kliniczny i psychoterapeuta)


Wzrasta świadomość manipulacji, na której opiera swoje działania władza. Demaskowane są kłamstwa, kradzieże i zbrodnie. Ujawniane są metody działania służb propagandowych, do których należą media i dyspozycyjne autorytety. Pokazywane jest nieetyczne, szkodliwe i bezkarne postępowanie zależnej od władzy, coraz potężniejszej armii urzędników. Jednak wiele osób nie respektuje tej wiedzy, okazując swoje przywiązanie do władzy, która ich niszczy. Niektórzy „widzą dobre a wybierają złe” i obdarzają niemal miłością swych wewnętrznych i zewnętrznych tyranów. Niepojęte z logicznego punktu widzenia jest to, jak ludzie potrafią na swych władców wybierać tych, którzy ich nienawidzą i źle traktują. Mniej lub bardziej świadomie pozwalają się władzy oszukiwać. Nie znaczy to jednak, że są oni oszukiwani i poniewierani tylko dlatego, że tego pragną.

Dotyczy to zresztą nie tylko naszego kraju, w którym, zwłaszcza od 10 kwietnia 2010r. pogarda do prawdy wręcz znów galopuje. Odwieczny konflikt między dobrem a złem toczy się jak świat długi i szeroki, wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Od początku 2015r. jednak, konstruowanie przez władzę konfliktów z różnymi grupami społecznymi: z lekarzami, górnikami, kibicami - „kibolami”, rolnikami, opiekunami niepełnosprawnych, nauczycielami, kolejarzami, kierowcami, klientami banków, pocztowcami itd. spotęgowane jest w sposób zupełnie niebywały. Nawet z Rosją aranżowany jest konflikt w celu prowokowania samego napięcia, a nie po to, by uporać się z niezałatwionymi problemami.

Chaos i zmęczenie wspomnianym napięciem, niepewnością, zagrożeniem i gniewem, to korzystne podłoże dla mętnych interesów i manipulacji w roku wyborów.

Inną sprawą jest to, że dla niektórych jednostek wartość może mieć emocjonalne ekscytowanie się manipulacjami.

Podobnie jak dzieci, które są bite i wykorzystywane przez rodziców, jak kobiety niszczone przez mężów alkoholików, mężowie poniżani przez żony, również wyborcy, nie tak rzadko, jak można by oczekiwać, bronią swych ciemiężycieli, czują się do nich przywiązani i za nic w świecie nie chcą ich opuścić.

Nie chodzi w tym przypadku o natury czerpiące patologiczną przyjemność masochistyczną, lecz o zwykłych ludzi, którym jest ciężko, którzy cierpią i boją się o siebie i o innych.

Jak powstaje stan umysłu, który powoduje, że niektórzy z nas uzależniają się i stawiają – podobnie jak w przypadku środków odurzających – na ludzi, którzy im w sposób oczywisty szkodzą? Zrozumienie tego może pomóc się z tej zapaści wydobyć.

Ludzie ciągle męczeni słownymi manipulacjami, urzędową niesprawiedliwością, bezkarnością oszustów i oprawców, oraz trudami dnia codziennego, karmieni atmosferą napięcia, zagrożenia i niepewności, dzieleni i napuszczani jedni na drugich, upokarzani, po pewnym czasie wchodzą w stan wewnętrznego pomieszania, są zmęczeni i popadają w bierność. Czymś absolutnie zwyczajnym jest, że człowiekowi zmęczonemu nie tylko nie chce się cokolwiek robić, ale niekiedy nawet i myśleć. Zdrowe pragnienie bierności, w niekorzystnych warunkach przepoczwarza się w pasywizację, w bezwolność, zatracanie instynktu samozachowawczego. Męczeni, mogą stać się umęczonymi, a w końcu męczennikami. Nieznośne rozczarowanie i niemoc wzbudza w pewnych okolicznościach karzący gniew wobec świata zewnętrznego i siebie. Z czasem, pojawia się obojętność i bierność, unikanie wyborów. Człowiek kapsułuje się psychicznie w swoim świecie i żyje iluzją, iż cokolwiek złego się podzieje jego to nie dotyczy. Nieświadomie dochodzi do gloryfikowania bierności. Taki człowiek dąży do zatracenia się z bardziej złożonych powodów, niż ma to miejsce w przypadku tak zwanych „lemingów”.

W takim stanie umysłu człowiek łatwo rezygnuje z wnikliwego myślenia i dążenia do prawdy, tym łatwiej, że jest ona podważana i odzierana z wartości. Słowa tracą właściwe znaczenie. Powstaje swoista nowomowa, gdzie kłamstwo określane jest, jako niewinne mijanie się z prawdą.

Nowomowa, a wraz z nią nowomyślenie tym bardziej diabolicznie przenikają w człowieka, im powszechniej są stosowane, szczególnie przez tak zwane opiniotwórcze środowiska.

Obroną przed manipulacją jest konfrontowanie głoszonych słów z rzeczywistymi działaniami i ich skutkami. „Poznacie ich po ich owocach”.

Perfekcyjne i perwersyjne jest szermowanie hasłami i gestami, które pięknie wyglądają, lecz z których nie urodzi się już żadne dobro. Działania, które mogą się wydawać, że podejmowane są w słusznych sprawach, w rzeczywistości jedynie pozorują dążenia do dobrych celów. Mają charakter propagandowy i powodują kolejne nadużycia, jak choćby walka z tzw. dopalaczami, czy hazard.

Regułą jest mechanizm projekcji, polegający na przypisywaniu innym swoich własnych niewłaściwych cech i zachowań.

Negatywnym faktom nadaje się przewrotnie pozytywne znaczenie. Przykładem jest obtrąbiona jako narodowy sukces, decyzja premiera, który znalazł odpowiedź na pytanie „jak żyć?” i wybrał emigrację.

Fabrykowane i propagowane są tak zwane „fakty prasowe”, a więc coś, co w rzeczywistości nie istnieje. Wymyślone, martwe treści nabierają „życia” w psychice i relacjach ludzkich.

Celna krytyka, może stać się chwytliwą metodą manipulacji, gdy krytyk nie mówi jednocześnie, że krytykuje swoje własne „dzieła”. To co było idealizowane jest dewaluowane. Zamieszanie tym bardziej wzrasta, gdy krytykujący wchodzi „w skórę” poszkodowanych przez siebie, przyjmując za swoje własne ich zasadne argumenty, jednocześnie zapewniając, że odtąd będzie już dobrze.

Inną metodą destabilizacji umysłów jest stymulowanie fałszywych nowopotrzeb. Łatwiej jest przełknąć realny głód niezaspokojonych naturalnych potrzeb, będąc jednocześnie karmionym kuszącą wizją omnipotencji. Propaguje się przekonanie, że można być, tym kim się chce, szczególnie w sferze seksualnej.

Znikają z pamięci tak zwane „taśmy prawdy” i niekończące się afery, które przecież realnie, materialnie ograbiają ludzi. Dokonuje się, raz za razem, rozbiór psychiki i dóbr materialnych.

W wewnętrznym świecie człowieka toczy się walka o dobro. Podobnie w świecie zewnętrznym, jest dążenie do obrony materialnych i niematerialnych dóbr. Była walka o nasze lokomotywy, stocznie, huty, samoloty, motocykle, o lekcje historii w szkołach, o pamięć i prawdę, oraz sprawiedliwość.

Dziś nauczyciele bronią szkół, górnicy starają się ratować „czarne złoto”, leśnicy próbują ocalić lasy, ci którzy leczą, starają się o zapewnienie normalnych warunków do leczenia, rolnicy bronią ziemi i podobnie jak inni producenci, zwykłej, potrzebnej do życia i wzrastania, normalności. W nierównej walce o poszanowanie tajemnicy zawodowej, stają nie tylko dziennikarze.

Warto pochylić się nad determinacją dorosłych osób, które podejmują protesty głodowe. Podobnie, ciężko jest dzieciom, które z nadzieją na bycie szanowanymi, w swej desperacji próbują głodzeniem się wpłynąć na swych opiekunów. Zarówno bunt, jak i zdolność dostosowania się mają wartość. Problemem jest to, iż w niekorzystnych okolicznościach normalne postawy przyjmują postać skrajną i destrukcyjną.

Im gorzej jest w rzeczywistości, tym silniejsze staje się myślenie życzeniowe. Głęboko w psychice tkwi przekonanie, że wszystko będzie w porządku, jeśli stanie się posłusznym i oddanym władzy rodzicielskiej. Jak echo z przeszłości, w dorosłym życiu, z nadzieją na spokój, utrzymywana jest więc gotowość dostosowania się do oczekiwań władzy.

Dochodzi do oswajania się z nadużyciami. Niepostrzeżenie dla siebie samej, ofiara przejmuje system myślenia i postawy ciemiężyciela. Jest w stanie usprawiedliwić, bądź zapomnieć każdą aferę. Podobnie jak żony alkoholików, które za dobrą monetę przyjmują wierutne kłamstwa i bardziej niż o swoje dobro dbają o interes sił destrukcji. Potęguje to kolejne frustracje i nieuświadomiony gniew do siebie samego.


Propaganda i dbałość o wizerunek władzy jest ważniejsza od troski o tworzenie warunków do zaspokajania potrzeb i ambicji ludzi. Kłamstwo wraz z nowomową, nowomyśleniem i nowopotrzebami stały się oficjalnie usprawiedliwione i „słuszne”.

Na wewnętrznej straży takiej poprawności tkwi lęk przed alienacją, odrębnością i byciem napiętnowanym szaleństwem. Lęk mający głębokie i realne źródła w historii (np. płonące na stosach „czarownice”) jest umiejętnie pielęgnowany. Osoby, które sygnalizują nieprawidłowości, są szykanowane i na różne sposoby dyskryminowane. Przykłady osób zgłaszających oszustwa wyborcze, którzy są atakowani hasłami o „odmętach szaleństwa”, bądź usuwanego dziennikarza zadającego niewygodne pytanie i śledztwa wobec tych, którzy ujawniają prawdę, nie należą do najdrastyczniejszych. Utrwalane jest etykietowanie ludzi, jako tzw. „ciemnogród”, „mohery” itd.

Zrozumiały w tej sytuacji lęk i chęć uniknięcia alienacji społecznej doprowadza jednak do wewnętrznego wyobcowania, do odcięcia się od naturalnej potrzeby życia w prawdzie oraz od zdolności do wnikliwego myślenia i pamiętania. Bezwiedna rezygnacja z tak ważnych funkcji umysłu zmniejsza poczucie własnej wartości osobistej, a także rodzinnej i narodowej.

Poczucie wartości obniża realna często bezsilność wobec dokonującej się przemocy. Media bombardują obrazami osób, które są ofiarami okrutnego losu, trapiących chorób i nieszczęść. Poczucie zagrożenia potęgowane jest jawną i oficjalną bezkarnością urzędników, którzy na wiele sposobów szkodzą tym, którym powinni stwarzać dobre warunki do życia.

Kształtuje się niejasne przeczucie, że wszystko, co jest silniejsze, co posiada władzę, powoduje jedynie krzywdę. Dzieci w swoich rodzinach i dorośli w swoim państwie, którzy są drastycznie wykorzystywani, przeżywają silne wzburzenie, następnie pomieszanie, w końcu poczucie słabości. Nie chodzi tu jednak o uznanie słabości zwykłej i naturalnej, lecz o totalne poczucie braku wpływu.
W niekorzystnych warunkach dochodzi do negatywnej i w dużej mierze nieświadomej identyfikacji psychicznej: „jestem zerem, marionetką, stworzoną do tego, by mieć się źle”, „gdybym był coś warty, byłbym dobrze traktowany”. Ofiary paradoksalnie czują się winne za swój los. Źle traktują samych siebie i funkcjonują poniżej swych możliwości.

Uruchamia się błędne diabelskie koło. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata.

W sytuacji, gdy przy braku poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie, powstaje jakikolwiek spójny obraz świata, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia.

Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Może dojść do psychicznego zasupłania się na nowe i dobre, oraz poczucia, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie, pod kontrolą.

Może dojść do irracjonalnego zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości „niewłaściwych” faktów, bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie.

Wyparcie prawdy ma ochronić człowieka przed przeżywaniem trudnych i gwałtownych emocji, które budzą lęk przed utratą kontroli, przed psychiczną i zewnętrzną anarchią, „podpalaniem kraju”.

Kłopotliwe treści wyparte ze świadomego myślenia i przeżywania przechodzą do nieświadomości, gdzie żyją swoim życiem i nie są już kontrolowane. Czasem można doznać wrażenia, że „przeszłość depcze po piętach”. Nie tylko „Ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtarzanie”. Historia się powtarza, podobnie jak i przebyte urazy, po to, by w końcu właściwie, adekwatnie nań zareagować. „Prawda was wyzwoli” może dotyczyć wyzwolenia od odnawiania traumatycznych zdarzeń. Przykładem może być kłamstwo katyńskie – smoleńskie.

Zjawiające się wątpliwości na temat miłości do władzy, która jest destrukcyjna, rozpraszają tzw. autorytety. Najczęściej są to fałszywe autorytety bądź ludzie zasłużenie kiedyś podziwiani i lubiani, którzy z różnych powodów przeszli na „ciemną stronę mocy”.

Jak pisał C. G. Jung, zło często kroczy pod wzniosłymi sztandarami.

Innym podstępnym autorytetem, do którego odwołują się wewnętrzni i zewnętrzni tyrani, jest rozsądek. Prawda jest jednak taka, że czasem osiąga się znacznie więcej, postępując pozornie wbrew rozsądkowi. Gdybyśmy wszyscy mieli się kierować wyłącznie rozsądkiem, nawet i ten tekst, by nie powstał.

Pogarda do prawdy i dobra, stała się zorganizowanym i hałaśliwym przemysłem. Czy może być dobrze? Człowiek wciąż się zastanawia, gdyż przeczuwa, że „nosi w sobie tajemnicę o niebotycznej wartości” - cytat z komentarza na Blogu (www.osiejuk.salon24pl). Możliwe jest przyzwoite zachowanie, dbałość o godność i o dobre życie, a „życie pełne jest heroizmu”. (Max Ehrman, Dezyderaty).

Jednak pod wpływem ciągłego nadmiernego napięcia, w stanie chaotyzacji i zmiętolenia psychiki, umysł się zawęża i człowiek się kurczy. Wolny wybór bardziej ogranicza brak wewnętrznej niż zewnętrznej przestrzeni. Z czasem, czymś niewiarygodnym i trudnym staje się wolność i dobre życie oparte na prawdzie. Kolejny raz uruchamia się mechanizm błędnego diabelskiego koła. Pogłębia się niskie poczucie własnej wartości i wszystko traci sens. Człowiek który psychicznie opuszcza siebie i nie angażuje się, może czuć rozgoryczenie i pustkę. W takim stanie „ratunkiem” staje się odurzenie. Ofiara przechodzi na stronę swojego prześladowcy. Nie pomaga wiedza, iż w ten sposób zabija się siebie, niestety, coraz częściej także dosłownie. Zabójczo na człowieka i jego cywilizację działa nieświadome poczucie winy.

Dziwna miłość do destrukcyjnej władzy przynosi katastrofę w świecie zewnętrznym, jednak problem w gruncie rzeczy rozstrzyga się na głębokim, nieświadomym poziomie psychiki.

W psychoterapii stwarza się warunki do psychicznego wzrastania i do adekwatnego zaspokajania potrzeb i celów pacjenta. Pacjent potrzebuje zmian na lepsze w swoim życiu, ale także występuje świadomy i nieświadomy opór przed nimi. Jednym z kluczy do sukcesu w psychoterapii jest zrozumienie oporu przed zmianą.

A życie państwa jest jak życie człowieka.


Katowice, luty - marzec 2015r.


niedziela, 22 marca 2015

Wszyscy ludzie EMPiK-u, czyli co tak skwierczy?

Autor: Krzysztof Osiejuk (toyah)
 
Gdyby ktoś miał wątpliwości, to ja wiem naturalnie, że są rzeczy, których czynić nie wypada, a wśród nich znajduje się też czytanie bloga człowieka podpisującego się Józef Moneta. Powiem więcej: jeśli jest tak, że nie wypada zaglądać na blog Józefa Monety, to należy też uznać, że tym bardziej nie wypada odwoływać się do tego, co tam jest napisane, jako do źródła inspiracji. Mało tego. Jest tak, że jeśli ktoś już przeczytał, co tam ma do powiedzenia bloger Józef Moneta i ów tekst wydał mu się interesujący, to już z całą pewnością nie godzi się tym chwalić. Tymczasem sprawy się mają tak, że ja nie wiadomo czemu wczoraj na blog blogera Józefa Monety zajrzałem, jego tekst przeczytałem i uważam go z, z naszej perspektywy, absolutnie bezcenny, a to z tej prostej przyczyny, że bez niego nie moglibyśmy sobie powiedzieć tego, co powiedzieć trzeba, a przez to bylibyśmy jeszcze głupsi, niż jesteśmy.
 
      Na szczęście, kiedy wspominam o tekście Józefa Monety, to nie mam na myśli tekstu jako takiego, bo tam tekstu praktycznie nie ma, a to co w środku, to nic więcej, jak dwa cytaty. Pierwszy z nich, to wypowiedź Tomasza Terlikowskiego dla Telewizji Republika związanej z wykorzystaniem przez „Empik” do świątecznej promocji wizerunków Marii Czubaszek i Adama Darskiego. Posłuchajmy:
 
       „Empik już od jakiegoś czasu przysuwa się w kierunku lewicowym. Staje się księgarnią dla ‘lemingów’. Nie trzeba oglądać spotów, żeby się o tym przekonać. Mam wrażenie, że co raz więcej ludzi normalnie myślących powie Empikowi ‘bye, bye’. Empik chce wywołać skandal i chce, żebyśmy o tym rozmawiali”.
 
        Drugi fragment notki Józefa Monety to już nawet nie cytat, ale duże kolorowe zdjęcie państwa Terlikowskich i informacja podana przez portal fronda.pl,  że w EMPiK-u w Warzawie, w dniu 18 marca bieżącego roku – a więc ledwo co wczoraj – odbędzie się spotkanie z autorami i promocja książki Małgorzaty i Tomasza Terlikowskich „Masakra piłą mechaniczną w domu Terlikowskich”.
 
       Józef Moneta, a więc człowiek, którego podstawowym, jeśli jedynym, zadaniem na blogach jest dbanie o to, by Polska, jako byt niepotrzebny i bez jakiejkolwiek przynależności,  ostatecznie zdechła, szydzi naturalnie z owego upiornego wręcz zakłamania Terlikowskich, ja jednak już się tylko zastanawiam, jak jest skonstruowany ów system, który z jednej strony dopuszcza do ekscesów takich, jakie zaprezentowali nam ci państwo, a z drugiej wynajmuje takiego Józefa Monetę, że by owe ekscesy tropił i je bez żadnej litości ujawniał. No bo zastanówmy się przez chwilę, z czym mamy do czynienia. Terlikowscy wydają książkę o tym, jakie to wyzwanie i udręka mieć dzieci i jak bardzo trzeba się modlić, by Dobry Bóg pozwolił tę gehennę  przetrzymać i nie skończyć tak, jak ten nieszczęśnik, który przed rokiem spalił na śmierć całą swoją rodzinę, książkę o której pies z kulawą nogą nie słyszał i nie usłyszy, i która dosłownie nikogo nie interesuje, EMPiK urządza książce promocję w samym centrum Warszawy, jej autorzy bez najmniejszego poczucia wstydu na ten deal idą, a wynajęty przez ten sam system, który to wszystko opracował, bloger ów przekręt ujawnia, wznosząc tumany antyprawicowego szyderstwa, a my mamy wierzyć, że to wszystko tak jakoś wyszło? I że tu nikt nie miał nic złego na myśli? Bądźmy poważni.
 
       Myślę, że większość z nas pamięta zamieszanie, jakie jeszcze w czasie Adwentu powstało w związku z tym, że kierownictwo EMPiK-u porozwieszało po swoich księgarniach plakaty z twarzami Nergala i Marii Czubaszek, żeby zachęcać nas do przedświątecznych zakupów. Oczywiście, protest był natychmiastowy, a jej liderem mianował się sam Wojciech Cejrowski, który publicznie wezwał do nie kupowania jego książek w EMPiK-u. Po kilku dniach EMPiK uznał, że cel został osiągnięty, plakaty zdjął, Cejrowskiego oficjalnym pismem zapewnił, że nic złego nie miał na myśli, Cejrowski przeprosiny przyjął i ogłosił koniec bojkotu. Jak się dziś okazuje, z bardziej znanych postaci, protestował również Tomasz Terlikowski, ale on też, jak widzimy, z EMPiK-iem się pogodził.
 
      I można by było wyrazić radość z faktu, że wszystko dobrze się skończyło i wrócić do codziennych trosk, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że faktycznie wygląda na to, że dokładnie ta sama firma, która twarzami swojej przedświątecznej akcji promocyjnej uczyniła Marię Czubaszek i Adama Darskiego, dziś, jakby na jednym oddechu, organizuje promocję Tomaszowi Terlikowskiemu i jego katolickiej wizji rodziny. Nie oszukujmy się. Tu wcale, wbrew temu, co próbuje nam powiedzieć Józef Moneta, nie chodzi o jakąś niekonsekwencję czy wręcz zakłamanie. Nic podobnego. Firmy takie jak EMPiK oraz ludzie tacy jak Tomasz Terlikowski, a więc w żaden sposób nie debiutanci, którzy dopiero próbują się rozejrzeć po okolicy i ocenić sytuację, działają w oparciu o pełną konsekwencję i nawet jeśli od czasu do czasu uznają, że czas na zmiany, to owe zmiany i tak podporządkowane są podstawowej myśli strategicznej. Rzecz w tym, że nawet jeśli od maja tego roku władze EMPiK-u w każdym swoim salonie każą umieścić figurkę Matki Bożej z Lourdes, Wojciech Cejrowski zostanie członkiem władz firmy, Tomasz Terlikowski szefem działu religijnego w „Gazecie Wyborczej”, Adam Darski nagra płytę z pieśniami eucharystycznymi, a Maria Czubaszek przed sama śmiercią przyjmie Komunię Świętą, to dla nas te ruchy nie będą znaczyć nic. Dlaczego? Już to napisałem: liczy się strategia, a ona pod samego początku obejmuje udział ich wszystkich i każdy z nich wie doskonale, co ma robić, co mówić i gdzie stać. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że te plakaty z Nergalem tak naprawdę nie miały zapowiadać Świąt, ale właśnie wydanie książki Terlikowskich.
 
         Moim zdaniem, to co w tym wszystkim jest znacznie ciekawsze, niż wczorajsze spotkanie, jakie państwo Terlikowscy mieli z czytelnikami w EMPiK-u na Marszałkowskiej, to ta książka, przypomnijmy, pod tytułem „Masakra piła mechaniczną w domu Terlikowskich”. Chodzi o to, że Terlikowscy mają pięcioro dzieci i w związku z tym uważają swoje życie za ofiarę. Otóż ja znam rodziny, które mają jedno dziecko, a ich życie stanowi „masakrę”, jakiej pusty łeb Terlikowskiego nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić. Tyle że oni nie piszą książek o tym, jak to Chrystusowa Miłość pozwala im mężnie i z radością ową „masakrę” znosić. A nie piszą, bo nie mają do tego ani czasu, ani głowy. Pięcioro dzieci i wieczór autorski w EMPiK-u! Co za bezczelność i co za fałsz! Kiedy papież Franciszek wspominał o katolikach, którzy z posiadania dzieci czynią argument na rzecz swojej gnuśności, broniłem go przed atakami wściekłej faryzei, ale dziś widzę, że wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, jak ważny problem opisał Papież i jak celnie, choć z charakterystyczną dla siebie delikatnością, się do niego odniósł. Trzeba było dopiero Terlikowskich z tą ich piłą na wieczorze w EMPiK-u, żeby zobaczyć tę smołę.

czwartek, 19 marca 2015

Wychowani do ADHD

Autor: Integrator

Urodziny chrześniaka to dobra okazja by wybrać się do kina a przy okazji posiąść wiedzę o kondycji młodego pokolenia, które niechybnie wzrasta by już wkrótce zająć nasze miejsca. Jeśli nie jest się nauczycielem, a przynajmniej rodzicem gromadki dzieci za źródło wiedzy w tej trudnej materii musi starczyć to kino. No więc spróbowałem i nie bez smutku przyznaję, że po tym doświadczeniu z zaskakującą mocą na powrót zagościła w mym sercu troska o przyszłość tego kraju.

Pamiętam, że gdy miałem zaledwie parę lat rodzice bezwzględnie zwracali mi uwagę ilekroć zachowywałem się niestosownie, szczególnie w miejscach publicznych, a całą gamę zachowań, które powodowały ich reakcję otwierało „chałasowanie”. Karcili mnie wówczas w sposób skutecznie docierający do wyobraźni dziecka, zadając mi pytanie czy jestem w lesie? I choć w lesie też wydzierać się za bardzo mi nie pozwalali, by nie płoszyć zwierząt, to owo przyrodnicze odniesienie działało. Z czasem nauczyłem się, że w miejscach publicznych, a już bez wyjątku w pomieszczeniach gdzie przebywają ludzie, nie wolno schodzić poniżej poziomu wyznaczonego kanonami dobrego wychowania. Tak jest do dziś i gdy jadę autobusem rozmawiam przez komórkę głosem ściszonym a gdy w kinie chcę się podzielić jakąś uwagą przekazuję ją szeptem. Cieszę, że gdy widzę, że podobnie wychowano mojego chrześniaka i jednocześnie z przerażeniem odkrywam, że to jest rzecz absolutnie wyjątkowa.

Bez znaczenia czy dzieci były z rodzicami czy same, wszystkie bez wyjątku wbiegły na salę kinową z okrzykami na ustach i buczało tak to rozbrykane towarzystwo do czasu aż każde z nich odnalazło swoje miejsce. Gdy proces usadawiania dobiegł końca okazało się, że choć wolnych foteli jest na sali bardzo dużo, przede mną i za mną wszystkie miejsca zostały obstawione. Z przodu usiadła mama z synkiem, za mną cała banda kilkuletnich chłopców. Jak idzie o nich, to był wcale przykry widok bo choć każdy z nich był naprawdę dobrze ubrany, i każdy z nich trzymał w dłoniach popcorn i colę, to wszyscy przyszli sami. Radzili sobie jak umieli, każdy przed każdym grał przysłowiowego chojraka a i tak było widać, że to nie jest to czego oni z głębi serca pragną.  

Zanim opiszę jak się to rozbrykane towarzystwo dalej sprawowało muszę wtrącić tu taką uwagę. Otóż nie pojmuję jakim typem człowieka trzeba być a dokładnie na jak niskim poziomie braku wyczucia trzeba operować, by przed bajką dla dzieci wyświetlać reklamy w których najpierw jakaś blond cizia żując gumę mogła prezentować swoje walory, a w kolejnej skąpo ubrane panie w zwolnionym tempie prężyły się próbując zachęcić obecnych na sali do kupienia ciuchów? Co za niepojęta durnota! Ludzie którzy w taki sposób dobierają reklamy według mego skromnego zdania, osiągnęli poziom zbydlęcenia, który nie pozwala im już odnotowywać sytuacji szczególnych podczas, których wypada pukną się w to co im jeszcze wyrasta z szyi i zadać sobie pytanie - co ja wyprawiam!? To zbydlęcenie nie uznaje żadnych zasad więc pozwala im umieszczać reklamy nagich kobiet myjących się mydełkiem Fa albo prawie nagich prezentujących bieliznę przed seansem na który z racji tematyki przychodziły siostry zakonne i księża. Byłem świadkiem takiej sceny o ile dobrze pamiętam gdy w kinach leciał film " O Karolu który został Papieżem" i nigdy nie zapomnę zakłopotania w jakie wpędzono tych ludzi.  

A wracając do rozbrykanych małolatów gdy już wszyscy dobrze naoglądaliśmy się reklam, puszczono w końcu bajkę i mogłem w bardziej dyskretny sposób obserwować to co wyprawiało się na sali. Wierzcie lub nie ale zaledwie po dwudziestu minutach od rozpoczęcia bajki chłopiec który przyszedł z mamą wstał, przeciągnął się i powiedział, że on się nudzi. No i że w związku z tym chce już iść do domu. Mama kazał mu usiąść i przestać gadać na głos ale na nic się to zdało bo to dziecię do końca seansu już tylko kręciło się w fotelu, przybierając coraz to inne pozycje by w końcu wylądować na podłodze, skąd regularnie podnosiła go mama tylko po to by mógł cały proces schodzenia do parteru rozpoczynać od nowa. I tak przez cały seans. Z tyłu było nielepiej bo każdy z owych pięciu chłopców choć z przejęciem śledził to co działo się na ekranie, to z niemniejszym zacięciem kopał w oparcie fotela naprzeciwko. Tak się przy tym zgrali, że gdy tylko jeden kończył to zaczynał kopać kto inny. Każdemu z osobna zwracałem uwagę, każdy z nich z nieukrywanym przejęciem przepraszał, tylko po to by za chwilę znów oddać się tej czynności. Ja się im bardzo uważnie przyglądałem i jestem pewien, że oni nie robili tego ani ze złością ani na złość, zwyczajnie tego nie kontrolowali. To było jedno z tych zachowań i czynności stadnych, które oni wzajemnie u siebie podglądali i od siebie przejmowali. A że po drodze nie było nikogo kto zwróciłby im uwagę, zachowanie to utrwaliło się i stało się czynnością automatyczną, niekontrolowaną.

Rozmawiam czasami z nauczycielami o tym co się dziś z dziećmi wyprawia, no a najchętniej bo poznawczo wysłuchuję wszelkich frustracji w związku z faktem, że mamy tak okropną młodzież i bezustannie zachodzę w głowę jak to jest, że tak wiele osób wyczulonych jest na złe zachowanie a tak niewiele potrafi dostrzec przyczyn tego stanu rzeczy. Jakby sprawę nie badać w przeważającej większości te dzieci takim się przecież nie rodzą. One takie są bo takich mają rodziców. Można próbować uciekać od tej konkluzji ale one są obrazem nas samych, dowodem nieskuteczności systemu wychowawczego który względem nich stosujemy, jeśli w ogóle. Nam się najpierw wielu rzeczy nie chce, mniejsza o to czy to z braku czasu czy zwykłego lenistwa, a potem „robimy Eurekę” i zaskoczeni odkrywamy, że nasze dzieci nie są takimi jakimi sobie je wymarzyliśmy. Dobrze jeszcze gdy umiemy się do tego przyznać wszak są i tacy zawodnicy, którzy przyczyn wolą szukać w kryzysie Kościoła i szkoły, podczas gdy to są komórki owszem wychowawcze, ale też takie które mogą tylko wesprzeć rodziców w zadaniu wychowawczym, w żadnym razie nie mogą ich zastąpić. A już najbardziej bawią mnie tłumaczenia rozhisteryzowanych mam, które braki w wychowaniu swych dzieci próbują przykrywać syndromem ADHD. Co ja mówię - braki w wychowaniu - w wielu przypadkach dzieci stają się chodzącymi pomnikami klęski procesu wychowawczego ich rodziców. Tak się składa, że mam paru znajomych psychologów i oni z przekąsem twierdzą, że prawdziwe ADHD zdarza się im naprawdę bardzo rzadko. Twierdzą, że w większości przypadków przychodzą do nich, to ich słowa, rozwydrzone bachory którym się na wszystko pozwala. Co ciekawe, większość z tych dzieci wie co się kryje pod skrótem ADHD i z premedytacją wpisują się w ten typ zachowań by za chwilę usprawiedliwiać je tym zaburzeniem.


Jest jeszcze taka strona tego mało zaszczytnego medalu, że nierzadko w nas samych drzemią małe dzieci, które nie pozwala nam skupić się należycie na zadaniu wychowawczym. Widziałem wczoraj w markecie dwóch dorosłych ludzi jak chodząc z koszykiem pomiędzy półkami zajadali się - jedno batonem, - drugie piło soczek z butelki. Tak sobie to sprytnie wymyślili, że jak skończą konsumować, przedstawią opakowanie w kasie i wszystko będzie jak być powinno ale nie widzą, że tu absolutnie nic nie jest tak jak powinno. Nie rozumieją, że to jest zachowanie właściwe dzieciom w dodatku tym najmłodszym, które nie potrafią sobie odmówić niczego bez względu na to czy są w kościele czy sklepie, którym dla świętego spokoju daje się coś do pochrupania. Ta niedojrzałość dorosłych może mieć jednak twarz znacznie bardziej ponurą. Całkiem niedawno miałem okazję rozmawiać z panią, która okazała się być lekarzem w przychodni gdzie wykonuje się badanie płodu pod kątem wad genetycznych. Okazuje się, że bardzo wiele matek nie jest dziś w stanie nawet przez wzgląd na zdrowie dziecka noszonego pod sercem zrezygnować z palenia papierosów. Pani doktor ilekroć przychodzi do niej kobieta na odpowiednie badania, z obowiązku pyta czy pali a jeśli otrzyma odpowiedź potwierdzającą, z tegoż samego obowiązku ale i z troski o dziecko przypomina o zgubnym działaniu nikotyny na jego rozwój. Proszę sobie wyobrazić, że w bardzo wielu przypadkach pani doktor spotyka się ze słabo-tłumioną złością mam-palaczek, które nie życzą sobie by im takie rzeczy wypominano. One wszystkie dobrze o tym zagrożeniu wiedzą ale że nie chcą rezygnować z przyjemności palenia, tudzież podjąć się trudnej walki z nałogiem, upychają wyrzuty sumienia gdzieś bardzo głęboko w sobie. Pani doktor twierdziła, że ma pacjentki, które w geście wielkiej ofiary z dwóch paczek papierosów dziennie zeszły do połowy jednej i na tym poziomie wyrzeczenia poprzestają już do końca ciąży!


Ostatnim czasem bardzo dużo mówi się o gender. Nie chcę pomniejszać zagrożenia jakie płynie z tej nowej formy totalitaryzmu, który za przyczyną organizacji międzynarodowych próbuje narzucać wszystkim nam globalny schemat wychowawczy i który w gruncie rzeczy sprowadza się do próby przemodelowania zachowań społecznych i deprawowania dzieci począwszy już od wieku przedszkolnego. Naszła mnie jednak i taka myśl, że owszem, mogą posłowie narzucić nam jeszcze niejedną ustawę uderzającą w rodzinę, mogą wprowadzić aborcję na receptę albo związki homoseksualne ale na nic się to zda jeśli nie będzie komu z tych pomysłów korzystać. A nie będzie komu jeśli dobrze wychowamy dzieci, tak by mogły w dalszej konsekwencji zakładać zdrowe rodziny. Prawda?