whos.amung.us

wtorek, 17 lutego 2015

Trzy głosy o przemocy. Czciciele ognia i prorocy popiołów (część 1).

Autor: Ks. Jan Dobrowolski
 
Widziałem kiedyś intrygujący fragment filmu dokumentalnego: buddyjscy mnisi gdzieś w dalekiej Azji prowadzą na smyczy oswojonego tygrysa. Pomiędzy drzewami druga ekipa ubranych na pomarańczowo postaci stara się utrzymać w miejscu sporego jelonka. Tygrys zachowuje się bardzo grzecznie, jak tłumaczy narrator, od małego oswojony z ludźmi, karmiony jest tylko mielonymi kurczakami bez kropelki krwi i warzywami, a mnisi chcą z niego zrobić zupełnego wegetarianina. Mimo to wygląda dobrze, kawał tłustego kota, pod którym załamałaby się przeciętna wersalka, dźwigająca w Europie nieraz i po kilka kotów, z tym, ze innego kalibru. Być może zresztą nie jest dobrym wegetarianinem. Potwierdza to dalszy ciąg sceny: tygrys przekracza niewidzialną zarówno dla mnichów, jak i dla widzów linię i skacze w kierunku jelenia. Widać ocenił, że jest dostatecznie blisko. Jeleń też rozumie, że to jeszcze nie ten dzień, że dziś pojednania tygrysio-jeleniego nie będzie. Znika więc wśród drzew, za nim migają widzom pręgi tygrysa, ciągnącego za sobą na smyczy pomarańczowego mnicha. Pogodna opowieść o sile ludzkiej fantazji, nieprawdaż? Myślę o niej także jako o przypowieści – walka z przemocą nie może brać rozumu w nawias.
Teraz już będzie bardzo poważnie. Pacyfizm, czy to ideowy, czy realny, polegający na lekceważeniu ryzyka wojny czy napaści jest groźnym złudzeniem. Nietrudno pojąć, iż może prowadzić do wybuchu przemocy ponad wszelką miarę. Jest prawdą nie tylko to, że przemoc rodzi przemoc. Przemoc może również postawić tamę przemocy i ją zakończyć. słowem – nie jest złem absolutnym.
Znamy Włodzimierza Sołowiowa jako autora sugestywnego opisu antychrysta, od stulecia przeszło inspirującego myślicieli miary Josefa Ratzingera. Jednak w jego pismach („Trzy rozmowy”) znajdujemy również interesującą opowieść o wojnie. Należy ona do niewielu pochwał, jakich doczekała się walka zbrojna na kartach literatury ostatnich stuleci. Oto historia wdzięcznie tłumacząca na bardzo aktualnym przykładzie, dlaczego obrzydzenie dla wojny bywa najbardziej diabelskim rodzajem zbrodni:
„A więc po trzecim października wkroczyliśmy od razu do tej dzikiej Azji. Byłem na lewej flance i dowodziłem przednią grupą zwiadowczą. Miałem niżogrodzkich dragonów, trzy sotnie kozaków kubańskich i baterię artyleria konnej. Kraina niewesoła: jeszcze w górach dosyć ładnie, ale na dole widać tyle co puste wypalone wsi i stratowane pola. Pewnego razu (…) zstąpiliśmy w dolinę, a na mapie była tam zaznaczona duża ormiańska wieś. Tymczasem żadnej wsi nie ma, choć rzeczywiście była spora, i to jeszcze niedawno: dym dało się widzieć z odległości wielu wiorst. Skupiłem ciaśniej swój oddział, bo chodziły słuchy, że można się natknąć na silną jednostkę kawaleryjską. Jechałem z dragonami, przodem postępowali kozacy. (…) Patrzę: kozacy podjechali i stanęli jak wryci – ani się ruszą. (…) Wielki tabor z ormiańskimi uciekinierami nie zdążyły się uratować; dopadli go tutaj i rozprawili się z nim po swojemu. (…) Kiedy to ujrzałem, ogarnęła mnie początkowo śmiertelna groza."
Opowiada to rosyjski generał, uczestnik wojen z Turkami na Kaukazie i w Armenii, jakie imperium carów toczyło w XIX wieku. Mówi o masakrze dokonanej przez dziką kawalerię baszybuzuków na Ormianach. Cóż to za plemię, owi tureccy najemnicy? Poganie – czciciele ognia, jeden z wielu szczepów Bliskiego Wschodu; przypuszczam, że mogą mieć coś wspólnego z Jazydami, których prześladuje Państwo Islamskie. Co do losu wspomnianej wioski: cóż, co można było zrobić najgorszego, zostało tam zrobione. Rosjanin patrzy teraz ze swoimi żołnierzami na ślady śmierci tak okrutnej, że sugestywne opisy Sołowiowa najłatwiej mi pominąć. Jednak generał nie oszczędza ich swoim słuchaczom, a robi to dlatego, by się wytłumaczyć. Chce im bowiem opowiedzieć o największym duchowym doświadczeniu, jakiego doznał w życiu.
Opowiada więc. Początkowa groza ustąpiła nadziei, gdy okazało się, że ktoś jednak przeżył „kuchnię” baszybuzuków”:
Przytaił się w studni. Słyszał rozpaczliwe krzyki, zresztą i tak wiedział  czym się to skończyło. Potem usłyszał, jak baszybuzuki wracają i skręcają na inną drogę. Z pewnością, mówi, idą teraz do naszej wsi i to samo zrobią z naszymi. Lamentuje, załamuje ręce.
Po krótkiej rozmowie okazało się, że jako miejscowy zna krótszą drogę przez góry, przejdą konie, przejdą, choć z trudem, również armaty. Nasz generał szybko wydał rozkazy i gotował się z radością na walkę:
w tej chwili coś się we mnie przejaśniło. Serce jakby roztajało i świat Boży znów się ku mnie uśmiechnął.
Droga okazała się trudna, ale dali radę, sprawnie stawili się na miejscu, zdążyli. Generał od razu przyjął specyficzną taktykę, obliczoną nie na rozbicie wrogiego oddziału, lecz na jego zniszczenie. Użył przy tym słów, jakie dziś pewnie mało komu przeszłyby przez gardło:
Bóg każe mi ich wytłuc, nie rozpędzić. 
Kozacy wykonali więc uderzenie, ale pozorowane, od razu rozpoczęli odwrót. Mieli naprowadzić baszybuzuków prosto na rosyjską artylerię. Plan wymagał zimnej krwi, by dopuścić szarżę dzikusów naprawdę blisko dział. Udało się, generał tak opisał efekt końcowy:
Pobłogosławił Bóg wszystkim moim sześciu nabojom. Takiego piekielnego gwizdu jak długo żyję nie słyszałem. Nim zdążyli się opamiętać – druga salwa kartaczy. Patrzę, cała horda gna już z powrotem. W ślad za nimi trzecia salwa. Taka się zrobiła kotłowanina, jakbyś rzucił w mrowisko kilka zapalonych zapałek. (…) Wtedy my z kozakami i dragonami uderzamy z lewej flanki i zaczynamy siekać jak kapustę. (…) Kozacy i dragoni wszystkich wyrąbali.
Oczywiście, nie wszystkim jego słuchaczom spodobała się ta opowieść. Była ona zresztą argumentem w dyskusji o relacji przemocy i wiary. Na dalszych kartach „Trzech rozmów” Sołowiowa pewien wyznawca poglądów Tołstoja oburzał się na masakrę, jaką generał zgotował tym kanibalom, dzieciobójcom i okrutnikom poza wszelkimi miarami. Zarzucał rosyjskiemu dowódcy, że ten nie nawracał ich swoim przykładem.
Metody baszabuzuków przypomniała mi niedawna egzekucja jordańskiego pilota; widać niektórych czcicieli spod znaku półksiężyca również fascynują płomienie. Opowieść Sołowiowa skutecznie przypomina nam, ludziom nie lubiącym przemocy, którzy nie zjadają obcych dzieci, ba! nie zjedli by nawet kota sąsiadów, jaką trucizną jest ideowy pacyfizm. Taką samą głupotą jest zresztą ten nienazwany, wynikający trochę z braku refleksji, a trochę z idei. Z naiwnego przekonania lekkoduchów oddanych konsumpcji, że dziś prawdziwych byczybuzuków, tureckich rasistów czy bolszewików już nie ma. Otóż są. Jedni spalą wioskę, drudzy wymyślą plan i dokonają tego, co spotkało miliony Ormian w Turcji równo sto lat temu. Dlatego ani wiara katolicka, ani zdrowy rozsądek nie może pozwolić, byśmy nabrali pogardy dla wojska i sprawiedliwej wojny. Dlatego też Polska musi być zbrojna.
Jeszcze jedna, bardzo aktualna sprawa. Przyjęta niedawno przez polski sejm konwencja Rady Europy stawia bardzo mocną diagnozę: źródłem przemocy wobec kobiet jest struktura społeczna. Tradycyjna rodzina, znane nam role społeczne kobiet i mężczyzn, religia oraz inne sprawy, których nie lubi współczesny neomarksizm – to wszystko sprawia, że niektóre kobiety w naszym kraju przechodzą w swoich domach piekło. Dokument ten zdaje się wręcz sugerować, że dopóki społeczeństwo będzie w ogóle rozróżniało płeć jako istotną cechę człowieka, przemoc wobec kobiet jest nieunikniona. Stąd choćby zdanie „dziewczynki nie wolno bić nawet kwiatkiem”, wpojone mi przez matkę w okolicach trzeciego roku życia, jest nie na miejscu, bo przecież na takim właśnie rozróżnieniu się opiera. Problem z konwencją jest wielki i nie chodzi oczywiście o walkę z przemocą wobec kobiet, gdyż ta jest świętym obowiązkiem każdego katolika (Przykazanie miłości!). Jednym z niewielu pożytków płynących z tego dokumentu jest zresztą fakt, iż nam o tym przypomina. Jednak błąd, jaki popełnili eksperci od marksizmu kulturowego, wynajęci przez Radę Europy, błąd co do źródeł przemocy, może mieć straszne konsekwencje. Jest to fałsz, który może rozbroić całe społeczeństwo. Może zostawić nas bezbronnymi wobec naprawdę strasznych form niszczenia człowieka – od terroryzmu, do ludobójstwa czy totalitarnego państwa, jeśli tylko uwierzymy w tą propagandę. Ten błąd jest naprawdę podstawowy – konwencja kreuje fikcyjny świat. Oskarża szereg rzeczy, które realnie wpływają na obniżenie agresji i nienawiści między ludźmi. Jedną z nich jest religia.
Na koniec taki obrazek: Oto spełniona nadzieja ideologów w rodzaju opisanego przez Sołowiowa pacyfisty! Uśmiechnięte siły samoobrony (no bo nie armia przecież! Wojsko – cóż to za maskulinistyczna, hierarchiczna, jeszcze w dodatku chrześcijańska, etc. instytucja!) nakłaniające szarżujących baszybuzuków do opamiętana transparentami „Jestem ormiańskim dzieckiem”. Innymi słowy – w brzuchu trojańskiego konia, którego wciągnęli do polskiego prawa nasi posłowie, kryją się wojownicy. Trudno dojrzeć ich znak – może to półksiężyc z gwiazdą, może sierp i młot… A może, po prostu – ogień. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz