whos.amung.us

wtorek, 24 lutego 2015

Kupmy sobie Oscara!

Autor: Integrator
 
 
Planowałem podzielić się dziś z Wam refleksjami poczynionymi przeze mnie w temacie tygodnika prowadzonego przez braci Karnowskich, wszak najwyższy już czas zająć i mi w tej sprawie niedwuznaczne stanowisko. Niestety, posypał mi się plan dnia przez co dopiero późnym wieczorem dotarłem do domu. No a poza tym mamy dziś tą „Idę”, więc parę słów o tym, bynajmniej nie w sposób jak to poczynili inni. Nie chcę tu stękać a wcześniej dowodzić jaki to brzydki bo antypolski film. Chcę Wam na przykładzie tej nominacji pokazać jak my jako ludzkość zdziadzieliśmy i to w zaledwie parę lat po przekroczeniu progu nowego tysiąclecia. Naprawdę. I wystarczy się tylko z lekka rozejrzeć by zrozumieć, że to już niemal reguła. Gdy poprzednie pokolenia starały się dokładać coś cennego do sumarycznego dorobku cywilizacji którą stanowimy, nasze stać jedynie na stopniowe wyciąganie cegieł z tej budowli co przecież skończy się w sposób wiadomy. Tak sobie więc myślę, że jak już przeminiemy, a po upływnie tego tysiąclecia zaczną nas nasi następcy najpierw odkopywać a potem studiować, bez wątpienia sklasyfikują ten czas jako okres pokoleniowego zastoju na mieliźnie, w każdej dziedzinie.
Weźmy dla przykładu tą „Idę”. Toyah, zwrócił dziś w swoim tekście słusznie uwagę, że dostała ona Oscara w kategorii „najlepszy film”. Nie za reżyserię, nie za zdjęcia co byłoby faktycznym uznaniem kunsztu twórców tego obrazu ale ot tak po prostu – „Ida” spodobała się jury, a skoro się spodobała to dali jej tą figurkę i basta. Toyah pisze, że to pójście na łatwiznę, bo w tej kategorii nie trzeba niczego udowadniać. Gusta nie podlegają dyskusji. Dostała po co przyszła bo się spodobała, koniec , kropka.  Ja się z tą jego uwagą całkowicie zgadzam i wcale nie dlatego, żeby deprecjonować to osiągnięcie, bo ja się na filmach nie znam, nie mam więc mandatu by się w tym temacie za bardzo popisywać. Nie przytaczam też uwag Toyaha by dokopać twórcom filmu, a więc by stało się zadość powszechnej w naszym kraju dyscyplinie, że gdy komuś coś się uda reszta solidarnie cięgnie go za nogi w dół. Piszę to wszystko jedynie po to by pokazać Wam, że wszelkie konkursy nie mają dziś już żadnego znaczenia. To wszystko co dziś mamy to już tylko -  jak twierdzi z kolei w swych tekstach uparcie Coryllus - jedna, wielka ustawka, tudzież jak wcześniej wspomniałem, skutek powolnego a powszechnego osiadania na mieliźnie.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że jadąc samochodem usłyszałem dziś w radio, to chyba była radiowa Jedynka, jak szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej opowiada o kulisach imprezy na której najpierw przydziela się a potem oficjalnie wręcza te Oscar'y. To co ta pani nam zakomunikowała to jest rzecz absolutnie wstrząsająca, dlatego wybaczcie, nim przejdę do sedna, będę te informacje na Was cedował powoli i partiami. Po pierwsze dowiedzieliśmy się z tego krótkiego wywiadu, bo zapomniałem dodać, że to był wywiad, że na ten film poszła połowa budżetu tego Instytutu. To jest bardzo ważna informacja i moim zdaniem, ktoś powinien w końcu zdać pytanie na podstawie jakich kryteriów jednemu filmowi przydziela się trzy miliony złotych, ot tak, bez żadnego wskazania, że projekt zakończy się sukcesem? Jako obywatel, chciałbym wiedzieć, jak to jest, kto albo co powoduje, że jednych odprawia się z kwitkiem a potem przychodzi ktoś z pomysłem na film o poszukującej zakonnicy i leci na to połowa budżetu? To chyba nie jest pytanie bezzasadne, prawda? Ja oczywiście aż tak tępy nie jestem, żeby nie wiedzieć, że większość z tych filmów, które ostatnio dofinansowano mają wspólny mianownik, że wymienię tylko ostatnie zakwalifikowane do wsparcia i zrealizowane filmy jak „Pokłosie” (film o dobrych Żydach i złych Polakach),  „Płonące wieżowce” (o homoseksualistach), „W imię…” (o księdzu homoseksualiście). Wszelako nie chciałbym sprawy spłaszczać. Być może tam są też jakieś ładne obrazy, warto więc zrobić podsumowanie i pokazać jaka jest prawda. Na szczęście i na poczet mojego względnie dobrego samopoczucia, odkryłem także dobrą stronę tego medalu. Mniemam, że jeśli na jedną produkcję poszła aż połowa budżetu to za resztę, siłą rzeczy powstanie/powstało mniej „tęczowych” produkcji. Czy tak? Ok, to cofam wszystko co napisałem. Warto było!
To jednak nie koniec tej opowieści. Chwilę po tym, szefowa PISF (jestem pewien, że jej się to wymsknęło) powiedziała nam wszystkim którzy ją słuchali w tym radio, że członkowie jury głosowali na „Idę” nie mając pojęcia o czym ten film jest. Nie wiem co Wy teraz sobie myślicie ale dla mnie to jest autentyczny szok! I jeśli ktoś właśnie rozlał kawę,  to ja bardzo przepraszam, ale mnie się to wczoraj też przydarzyło. Moi Państwo, pani Agnieszka Odorowicz (mam nadzieję, że z wrażenia nie pomyliłem osób) powiedziała, bardzo wyraźnie a przepytujący ją reporter Jedynki radiowej to potwierdził, że dawniej obowiązywała pośród członków jury żelazna reguła, że każdy z nich musiał obowiązkowo przed głosowaniem obejrzeć wszystkie kandydujące filmy. To wydaje się oczywiste, ale w obliczu tej informacji trzeba to wyraźnie podkreślić, że kiedyś gdy przychodził ku temu czas, każdy podnosił rękę czy tam naciskał guzik wiedząc dokładnie o czym jest obraz, który przed sekundą poparł. Aż tu nagle okazuje się, że to historia, że tak już nie ma, w dodatku, że to jest informacja tak powszechna w środowisku filmowym, że ci dwoje rozprawiają o tym na falach eteru całkiem bez zażenowania. I tylko pani dyrektor, przez takie podejście członków jury do tematu, do końca żyła w dyskomforcie niewiedzy co do rezultatu tak dla nas ważnego głosowania, bo (teraz z pamięci): tam wiele zależy od tego kto co komu opowie o danym filmie, i od tego czy poleci pozostałym dany obraz czy raczej do niego zniechęci. 
Był taki czas gdy ja z niedowierzaniem przyglądałem się jak z roku na rok traci na znaczeniu nagroda Nobla. To chyba będzie najlepszy ku temu przykład, gdy przypomnę, że jej pokojową wersję wręczono Obamie za „pracę na rzecz pokoju na świecie” podczas gdy odmówiono jej, ot chociażby, Janowi Pawłowi II. Jemu to wyróżnienie nie było do niczego potrzebne, to się rozumie, ale sami przyznacie, że wszystko traci sens gdy pokojową nagrodę przyznaje się człowiekowi, który kończąc jedną wojnę szykuje się do kolejnej? No a teraz ten numer z Oscar'em. Jakaś banda znanych i pewnie bogatych jak cholera buców, rozkłada ostatnią prestiżową imprezę, bo nie chce się jej poświęcić paru wieczorów by zapoznać się z materią nad którą potem pracuje.
Mielizna. Absolutna mielizna.  I znak czasów. Ale też nowe wyzwanie. Bo jeśli tak to wygląda, to trzeba nam się w tym mimo wszystko jakoś odnaleźć. Czytaj, dopasować. Proponuję zatem i to bardzo na serio, żeby za rok ktoś z Ministerstwa Kultury pojechał odpowiednio wcześniej z teczką pełną zielonych pieniędzy i spróbował tą drogą przekonać członków jury do przyszłorocznej naszej produkcji. Tym bardziej, że naszym atutem (czuję to przez skórę), poza rzecz jasna tą kasą, będzie na pewno jakiś piękny film o księdzu pedofilu zmagającym się z wirusem HIV. Wiem, bo to przecież nasz chleb powszechny, nasza rzeczywistość o której Polski Instytut Sztuki Filmowej we właściwy sobie sposób nie omieszka poinformować resztę świata. A jeśli się ta misja nie uda, ta z tą teczką, to ja bynajmniej pretensji mieć nie będę. To jest wcale trudna sprawa pozyskać  głosy ludzi, których w podobny sposób z pewnością zechcą przekonywać do swych obrazów „aniołowie stróże” od konkurencji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz