whos.amung.us

sobota, 7 lutego 2015

Nie ma nic w kopercie

Autor debiutujący: ks, Jan Dobrowolski
 
Miałem ochotę przedstawić moje doświadczenia z wizyty kolędowej w formie lekkiej i dowcipnej. W końcu, skoro ta praca jest tak ważna, skoro tak poważnie do niej podchodzę, to dystans jest wręcz niezbędny. Sztuką byłoby opisanie tylu śmiesznych i dziwnych sytuacji, które spotykają mnie w czasie tej nietypowej podróży w taki sposób, by śmiać mógł się z tego każdy chrześcijanin, a nawet anioł. Chciałem opisać tę coroczną pielgrzymkę po mieszkaniach, domach, willach i gospodarstwach w sposób pogodny niczym słoneczne południe w bezchmurny, styczniowy dzień. Po niemal miesiącu chodzenia nie mam już na to ochoty czy siły. Zetknąłem się po prostu ze zbyt wielką biedą. Prawda, w poprzednich latach też ją widziałem, tej zimy jednak potraktowałem ją poważniej, jako szczegół obrazu polskiego społeczeństwa, mówiący niezwykle wiele o jego całości. Uważam, że nędza naszych braci i sióstr jest dziś dla nas, katolików, największym wyzwaniem.
 
 
W Polsce stoją jeszcze chaty z XIX wieku, najdzielniejsze z dzielnych budowli, wzniesionych przez człowieka. Przerównujące miarę Egipskich piramid, gdyż pomimo całych burz społecznych, wojen i przewrotów udzielają ciągle schronienia żywym ludziom. Są pomnikiem sławiącym moc drewna w kraju deszczy, słot jesiennych, zim kruszących żelazne armie i upałów wysysających wszelkie soki z ziemi. robi wrażenie owa wielka moc chłopskiej ciesielki, która akurat przetrwała, choć wojna potrafiła pochłonąć całe miasta. Wbrew mierze wyznaczonej przez trwałość materiału ciągle służą te chatki ludziom za dom – w żadnym skansenie podobnych nie ma, nikomu nie zdałyby się wiarygodne, nikt nie chciałby ich zwiedzać. Piece, będące sercami tych budynków nie są wcale kaflowe, a podłoga… Cóż. Są to domy wymagające wyobraźni – gdy pomyśli się, ile stoją, ile przetrwały, wtedy dopiero patrzy się na nie z odpowiednim szacunkiem, który byłby nie do osiągnięcia, gdyby wyrabiać sobie o nich opinię tylko na podstawie obecnego wyglądu. Również wobec ich lokatorów powinno się, uważam, zastosować podobne ćwiczenie, przywodzące na myśl wołanie Jana Pawła II, o specyficzny rodzaj miłosierdzia – parafrazując nieco – o miłosierną wyobraźnię.
 
 
Trzeba bowiem, jak uważam, starać się o możliwie pozbawione uprzedzeń podejście do człowieka, o to, by spotkać się z nim i z jego życiem, pędzonym w mizernej stajence (mają opisywani przeze mnie ludzie, ironicznie zauważę, całoroczne Boże Narodzenie). Przekonanie, że to zawinione, nie do uniknięcia i nie do naprawienia, ta ich bieda, jest fałszywą ulgą. W ogóle miałem zawsze w myślach kilka prostych sądów, takiego osobistego kolędowego diabła, co czuwać ma, nad tym, że nic się nie zmieni. Raz perswadowałem to sobie na głos – zobacz w niej człowieka. Siedziałem wtedy w malutkim, zagraconym mieszkanku, z miłą starszą panią, co nie potrafiła się już myć ani trzymać moczu. Bardzo chciało mi się wyjść, ale posiedziałem chwilę dłużej, trochę porozmawiałem, za mało jak teraz mi się wydaje, pocieszyłem. Wieczorem myślałem o niej, o wielu innych ludziach, w mizernych chatach i w willach, z masą ich cierpień i perypetii. Herbert mi się wtedy przypomniał:
 
 
Rovigo nie odznaczało się niczym szczególnym było
arcydziełem przeciętności proste ulice nieładne domy
tylko przed albo za miastem (zależnie od ruchu pociągu)wyrastała nagle z równiny góra – przecięta czerwonym kamieniołomempodobna do świątecznej szynki obłożonej jarmużempoza tym nic co by bawiło smuciło zastanawiało oko
A przecież było to miasto z krwi i kamienia – takie jak inne
miasto w którym ktoś wczoraj umarł ktoś oszalał
ktoś całą noc beznadziejnie kaszlał
 
 
Poeta Katedr i włoskiego Renesansu poświęca wiersz zwykłemu miastu, zwyczajności, która może łatwo umknąć, niczym wspomniane w wierszu Rovigo, pośpiesznie mijane, sprowadzone do nazwy widzianej z okna pociągu. Moje zwykłe miasteczko, męczące i zanurzone w błocie ciepłej zimy, przykryte zwałami chmur, zamieszkują przecież żywi ludzie, wobec których jestem zobowiązany. Często są to ludzie, którym bieda nie pozwala na godne życie. Ludzie, którzy nie mają sąsiadów, mimo adresu w środku miasteczka lub przy głównej ulicy wioski. 
 
 
Bieda czasem zbyt wyraźnie łączy się z osamotnieniem, bardzo łatwo całymi latami, codziennie ignorować drugiego człowieka. Nie  ma ani krztyny przesady w średniowiecznej legendzie o św. Aleksym, który szmat czasu przeleżał pod drzwiami bogatego domu. Nieraz więc siedziałem z gorzkimi myślami, słuchając postulatów parafian, by zrobić pielgrzymkę do Meksyku czy Ziemi Świętej, podczas gdy przed momentem siedziałem w zziębniętej chatce, gdzie kobiecie skończył się opał. Pamiętam, że miała na karcie wpisane  jako miejsce urodzenia ZSRR. Po tamtym dniu błogosławienia mieszkań przypomniał mi się z kolei Chesterton:
 
 
Człowiek, który przemierza cały świat, żyje w świecie mniejszym niż mieszkaniec wioski. Bezustannie ogląda lokalny koloryt. Londyn to dla niego miejsce jak każde inne, porównywalne z Chicago; Chicago to miejsce jak każde inne, porównywalne z Timbuktu. Ale Timbuktu nie jest miejscem jak każde inne, bo tam przynajmniej żyją ludzie, którzy uważają je za kosmos i nie patrzą na koloryt lokalny, ale na świat pełen barw. Człowiek, podróżujący w salonie parowca, widział już wszystkie ludzkie rasy i myśli o sprawach, które dzielą ludzi – o kuchniach, ubiorach, poczuciu skromności, o pierścionkach, które Afrykanki wkładają do nosa, a Europejki do uszu, o niebieskich farbach, którymi malowali się starożytni Brytowie i czerwonych, którymi malują się współcześni Brytyjczycy. Człowiek, który uprawia kapustę na polu, nie widział wielkiego świata, ale myśli o sprawach, które łączą ludzi – jak głód i niemowlaki, i uroda kobiet, jak groźba czy obietnica, formująca się w niebie. (…)
 
 
Genialny tekst o podróży, bardzo w swojej istocie chrześcijański. By być chrześcijaninem naprawdę, trzeba wyruszyć w podróż. Zycie Jezusa rzadko było osiadłe, przy czym raczej nie zwiedzał On, ale właśnie się spotykał, przemierzał i poznawał Swoje okolice, trochę jakby Boska wszechwiedza to było dla Niego za mało, jakby potrzebował usiąść z ludźmi, wysłuchać ich i im właśnie od siebie powiedzieć, co wiedział i sądził o Bogu i świecie. Wobec wielkiej, wykluczającej biedy nie wystarczy złudzenie komunikacji, które dają media. Przynajmniej Kościołowi nie może ono wystarczyć.
 
 
Nie mam żadnej recepty, myślę trochę, co można zrobić, niepokoję się, sumienie jakby szczypie. W ubiegłych latach wypracowałem „sposób” na zaniesienie odrobiny uśmiechu biednym dzieciom, taszcząc w torbie z kartotekami spore ilości cukierków. Pisze o tym, by przywołać choć jeden pogodny obrazek, jak poczęstowałem spore rodzeństwo, od trzech do siedemnastu lat cukierkami, aż babcia ich się wzruszyła i przyznała, że poprzedni ksiądz z cukierkami był tam aż przed wojną. Rozumiecie sami, co mi się nasunęło, że widocznie znów coś się szykuje, jak nas poucza sławna scenka z „Misia”. Może wojny jeszcze nie mamy, ale stan relacji międzyludzkich, sąsiedzkich („Proszę księdza, trzydzieści tu chałup i sto dwadzieścia spraw sądowych o miedzę!”) sam w sobie jest już katastrofą, tym groźniejszą, im gorzej widoczną.
 
 
 W trakcie całej „Kolędy” brzmiały mi w uszach, oprócz różnych „świeckich” skojarzeń, słowa Benedykta XVI. W swojej pierwszej encyklice, Deus Caritas Est, stwierdzał, że świadectwo i głoszenie Ewangelii, sprawowanie sakramentów i posługa miłości wobec najbiedniejszych stanowią jedność – są troistym zadaniem Kościoła.
 
 
Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty.
 
 
Tak, tak, to nie diecezjalne „Caritas” ma „zająć się” danym przypadkiem, czy być punktem, gdzie trzeba się „zgłosić”, by otrzymać pomoc. Chodzi o coś zupełnie innego, sto razy potrzebniejszego niż opał, przyzwoite meble czy lekarstwa. Chodzi o to „słowo na m”:
 
 
Kościół jest rodziną Bożą w świecie. W tej rodzinie nie powinno być nikogo, kto cierpiałby z powodu braku tego, co konieczne. Jednocześnie jednak caritas-agape wykracza poza granice Kościoła; (…).
Uważam, że właśnie na najniższym szczeblu, w zaangażowaniu pracujących w parafiach księży, w przestawieniu budownictwa i „wykończeniówki” sakralnej na jakieś dalsze miejsce, rozgrywa się walka o przyszłość Kościoła w Polsce. Dziś sam dla siebie nie jestem wiarygodny jako ksiądz, biorąc pod uwagę z czym borykają się moi parafianie, a mam tu na myśli tak nędzę materialną, jak obojętność. Albo obudzimy siebie i sąsiadów, i rozpoczniemy nieustający „rok walki z biedą i opuszczeniem”, albo diabeł weźmie wszystkie ambitne projekty duszpasterskie, by wraz ze światem słusznie wyśmiać nasze świadectwo.
 
 
Mieli Państwo możliwość przeczytania tekstu autora debiutującego na łamach Tygodnika Solidarni, ks. Jana Dobrowolskiego. Tekst jak mogli się Państwo sam przekonać wyjątkowy. Takich treści brakowało w Tygodniku a Ksiądz Jan tą lukę wypełnia. Dziękuję. No i zapraszam do współpracy inne pióra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz