whos.amung.us

środa, 4 lutego 2015

Czy pobożni konserwatyści zrobią z nas Świadków Jehowy?

Autor: Toyah
 
Kiedy minęło wystarczająco dużo czasu, by środowisko dziennikarskie skupione wokół braci Karnowskich zechciało pójść po rozum do głowy, sprawdzić, co słychać na blogach i zrozumieć wreszcie, że branie udziału w owej perfidnej grze rozpętanej przeciwko obecnemu papieżowi przez bezbożników, chluby im ani nie przynosi, ani przynieść nie może, wypchnięto do przodu red. Piotra Zarembę, żeby uspokoił nastroje. I dobrze. Skoro już red. Narbutt tak ładnie pokazała, jak się to robi, jej kolegom nie pozostaje nic innego, jak brać przykład z koleżanki.
 
      Przeczytałem jednak opublikowany na portalu wpolityce.pl tekst Zaremby i chyba jeszcze bardziej niż to, że oni już autentycznie sobie bez nas rady dać nie mogą, uderzyło mnie to, że i tam pojawia się sugestia, że środowiska krytykujące papieża Franciszka za jego rzekomą zdradę prawd Wiary, to tak zwani „konserwatyści”. Czemu mnie to tak zaskoczyło? Przede wszystkim dlatego, że czego jak czego, ale choćby pozorów logicznego myślenia u redaktorów z mainstreamu można by się chyba jednak było spodziewać. Jak bowiem można w przytomności umysłu o ludziach, którzy już nawet nie to, że nazywają Ojca Świętego idiotą, ale oskarżają go o szkodzenie Kościołowi i gorszenie niewinnych, mówić, że to są tak zwani „religijni konserwatyści”? Religijni konserwatyści to ludzie, którzy odmawiają rano i wieczorem pacierz, przed i po jedzeniu wykonują znak krzyża, w niedzielę i święta chodzą do kościoła, w piątek poszczą, przechodząc obok kościoła zdejmują czapkę, przed przyjściem kolędy kładą na stole biały stół, zapalają świeczkę, a obok kładą kopertę dla księdza, no i ewentualnie płaczą ze zdenerwowania przy spowiedzi. No i oczywiście ani im w głowie krytykować nie tylko papieża, ale i choćby księdza proboszcza. To oni są tymi konserwatystami i tradycjonalistami, a nie ci co nie potrafią się skutecznie pomodlić, jeśli nie mogą tego robić w tak zwanych „językach” i przy okazji jeszcze ewentualnie „zasnąć w Duchu Świętym”. Myślałem więc, że to Piotr Zaremba wie.
 
      No ale też sądziłem, że on to wie, bo jak by nie było czytał nie tylko te nasze teksty na blogach, ale też pod owymi tekstami wszystkie komentarze, więc czegoś się chyba jednak nauczył. Tymczasem zero. Rzucił okiem na tytuły, przeleciał parę razy akapity, siadł i powiedział co wiedział.
 
      A sprawa wcale nie jest błaha. Oto mamy bowiem autentyczną agresję skierowaną przeciwko temu papieżowi, a w konsekwencji przeciwko Kościołowi Świętemu, któremu, gdyby komuś trzeba było przypominać, w końcu ślubujemy wierność podczas każdej mszy, i słowa, które wymagają tego, by je powiedzieć i to powiedzieć bez oszczędzania się, powiedziane być muszą. Proszę zwrócić uwagę na to, za co lud bezbożny tak rzekomo ceni papieża Franciszka i za co nasi „konserwatyści” go tak nienawidzą. Oto okazuje się, że Papież obiecał światowej perwersji zbawienie, ateistów zapewnił, że bramy Nieba stoją dla nich otworem, zapowiedział, że trzeba dopuścić kobiety do kapłaństwa, zlikwidował grzech cudzołóstwa, a rozwodników dopuścił do sakramentów, zaapelował do biskupów, żeby już przestali jęczeć na temat aborcji, ogłosił, że Katechizm to nudy na pudy, uściskał się z jakimiś masonami, pocałował w rękę księdza-geja, no i wreszcie – to już zupełnie ostatnio – zaapelował do katolików, żeby przestali się mnożyć jak króliki i niejako przypieczętowując to swoje zaprzaństwo, razem z arcybiskupem Manilii (też, jak rozumiem, masonem) publicznie pokazał gest Szatana. I przyznać muszę, że jest to kolekcja nie lada. Aż trudno uwierzyć, że wystarczył ten rok, czy dziś już niemal dwa, by rozpirzyć tę Skałę w drobny pył.
 
      A ja sobie myślę, że tych wszystkich ateistów, satanistów, pederastów i zwykłych durni ja jeszcze rozumiem. Ich potęga Kościoła Chrystusowego tak przydusiła, że oni już uwierzą we wszystko, co w tym ich obłąkaniu daje im choćby pozorną szansę na to, by zrzucić z siebie ten grzech i poczuć się zwycięzcami. Papież wezwie nas byśmy się nawracali, bo Krew Jezusa została wylana za każdego z nas, a oni to od razu uznają za odpuszczenie grzechów; Papież powie, że największy grzesznik dostąpi zbawienia, jeśli tylko szczerze szuka Boga, a natychmiast wszyscy grzesznicy otworzą flaszki; Papież powie nam, że nas kocha, a sataniści wszystkich krajów zakrzykną: „On jest nasz!”
 
I jak mówię, to ja jeszcze rozumiem. Ten poziom desperacji można na swój sposób usprawiedliwić. Gdy idzie jednak o tak zwanych „naszych” to ja się poddaję. Wygląda mianowicie na to, że tu mamy do czynienia już nie tylko ze zwykłą niewiedzą, ale z normalną głupotą, lenistwem i oczywistą złą wolą. Jak bowiem można, uważając się za człowieka Kościoła, przyjąć za dobrą monetę plotkę, że Papież wraz z arcybiskupem Manilii wykonali publicznie znak Szatana; jak można mając choćby odrobinę inteligencji uwierzyć w to, że Papież ogłosił, że grzech nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nic nie szkodzi; jak można wreszcie przyjąć za fakt, że Papież obiecał cudzołożnikom bezwarunkowe zbawienie, bo „Jezus kocha wszystkich”?
 
      No ale dobra. Może faktycznie satanista został papieżem. W historii bywało różnie. Były czasy, gdy mieliśmy i antypapieży i dwóch papieży na raz, a nawet i papieżycę. W końcu kto wie, co to za ziółko z tego Franciszka? No ale przecież wystarczy wsłuchać się dokładnie w to co on mówi, by wiedzieć, że on nie wypowiedział jednego słowa, które stałoby w sprzeczności z Ewangelią, czy choćby i Katechizmem. Każde słowo przez niego wymówione to coś, co każdy z nas słyszał już dziesiątki razy z ust rodziców, księży, nauczycieli, przyjaciół, no i jak najbardziej od samego Jezusa. Tymczasem oto przed nami stają owi „konserwatyści” i zachowują się jakby chcieli nas przygotować na to, że już lada dzień się dowiemy, że ten Jezus to owszem na ogół miał rację, ale przyznać trzeba, że czasami ta Jego racja była podawana jakoś tak niezbyt zrozumiale i przede wszystkim zbyt słabo. I ja się nie zdziwię, jak któregoś dnia oni się zbiorą wszyscy do kupy i napiszą nową, bardziej wiarygodną wersję owych Ewangelii, a więc zrobią coś, co już dawno próbowały przeróżne sekty, ze Świadkami Jehowy na czele. A wszystko dla naszego dobra, żebyśmy wiedzieli, jak ma być, no i oczywiście jak ma nie być. No i tam, jak rozumiem, nie będzie już tych dziwnych sugestii, że Pan jest do końca sprawiedliwy i równie do końca miłosierny, bo to coś śmierdzi jakąś masonerią.
 
     No właśnie – Świadkowie Jehowy. Kiedy słucham takiego Terlikowskiego, Ziemkiewicza, Łosiewicz, czy innych specjalistów od utrzymywania naszego Kościoła w pionie, przypominają mi się Świadkowie Jehowy i słowa, które słyszałem jeszcze jako dziecko, że oni sukces swojej misji opierają na tym, że niezmiennie przychodzą do nas z jednym elementem tego całego bogactwa, jakim jest nasza wiara i podsuwają nam to pod nos, jakby nie istniało nic więcej. I to jest dokładnie to samo, co robią ci „tradycyjni” katolicy, o których pisze Piotr Zaremba: biorą ten kamień, walą nim nas prosto w twarz, a ponieważ są, jak już to sobie powiedzieliśmy, niedouczeni, leniwi i głupi, nawet nie wiedzą, że to nie jest w ogóle żaden kamień, tylko coś im się przywidziało.
 
     Jeszcze wiosną zeszłego roku w Watykanie pojawił się ksiądz Michele de Paulis, gdzieś tam lokalnie znany ze swojego poparcia dla homoseksualizmu 93-letni staruszek. Spotkał się z Franciszkiem, po spotkaniu obaj koncelebrowali mszę, a po mszy Franciszek ucałował go w rękę. Po paru miesiącach de Paulis zmarł. Czemu ten dziwny ksiądz tuż przed śmiercią chciał się zobaczyć z papieżem, czy to on był inicjatorem tego spotkania, czy Papież, o czym oni rozmawiali, co mu Papież powiedział i co od niego usłyszał – tego nie wiemy. Tak naprawdę nie wiemy nic. I to oczywiście nie przeszkadza „konserwatywnym katolikom” dostawać na Franciszka cholery, że pocałował w rękę jakiegoś pederastę. Zamiast go normalnie popchnąć tak, żeby wleciał do piekła. Daję słowo, że ja nie potrafię przestać myśleć o tych Świadkach Jehowy i tylko sobie myślę, jak to wszystko czasem się fatalnie przeplata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz