whos.amung.us

wtorek, 17 lutego 2015

"Crash test" dla miasta Warszawy

Autor: Integrator
 
 
No dobrze, a więc spłonął most Łazienkowski w Warszawie. My zaś całkiem nieoczekiwanie mogliśmy oderwać się od problemów Durczoka, którym bardzo skutecznie przekierowano naszą uwagę z rolników i górników. Pozwolono nam oderwać się niestety od tego cyrku tylko na chwilę, bo przecież nie po to system zgodził się rzucić jednego ze swych pupili plebsowi na pożarcie byśmy porzuciwszy ledwo nadgryzione kości, lecieli szukać sensacji gdzieś dalej. Przyjdzie czas na kolejne sensacje, ale nie wcześniej nim dokładnie wyssiemy szpik z tego co nam łaskawie dano a przede wszystkim nie wcześniej jak spece od inżynierii społecznej wymyślą co dalej zrobić ze strajkami. A więc Durczok, Durczok raz jeszcze Durczok. Delektujcie się, smacznego!
To są życzenia szczere, bo mnie tak po prawdzie nie smuci wasz odruch Pawłowa, który każe tak wielu lecieć z wywieszonym językiem za rzuconym patykiem. Bardziej to, że ci którzy powinni pełnić rolę kontrolną w każdym demokratycznym społeczeństwie, widząc pożar mostu a szczególnie to wszystko co nastąpiło później, nie potrafili wyciągnąć właściwych wniosków, nie biją na alarm. I nie mam tu bynajmniej na myśli tych wszystkich blogerów, którzy wrzucając do sieci swe szybkie i nieprzemyślane notki, niczym nie różnią się od dzieciarni, która też tam wrzuca cokolwiek wydaje im się warte uwagi tyle, że na „wykop” lub „facebooka”. Mam na myśli ludzi, którzy w rubryce zawód wpisują słowo dziennikarz. Widząc jak wam ten temat pożaru płytko przemknął, nie inaczej się do was dziś zwrócę jak właśnie w te słowy - z was są tacy dziennikarze jak z koziej dupy trąba! Zaglądacie tu nader często, by szukać pomysłów którymi potem publicznie jako własnymi błyszczycie, znajcie tedy co o was wszystkich myślę.
Zapyta mnie kto być może, o co ja się tak pieklę? W końcu pożar paru desek na moście to przecież nie tragedia. Nie o deski mi chodzi a o to czym tak naprawdę ten pożar był. I jak wiele powiedział o braku gotowości miasta Warszawy na scenariusze absolutnie najgorsze.  Ale po kolei.
Zwracam się do nie-dziennikarzy. Zobaczcie moi Państwo co przegapiliście zajęci rozporkiem Durczoka? Oto spalił się most, a dokładnie drewniane podesty umożliwiające dostęp ekipom konserwatorskim do jego podbrzusza. Pod mostem biegły światłowody Ministerstwa Obrony Narodowej, które w związku z pożarem utraciło kontakt ze światem. Podobno to były łącza do komunikacji jawnej a więc do przesyłania informacji nieważnych. Kłamstwo, bo każde informacje z takiego Ministerstwa, choćby przetargowe czy osobowe są dla obcych służb bezcenne. No i ostatni punkt tej tragedii to działania straży pożarnej, której błędy zadaje się sam komendant próbował maskować w durnowaty sposób tłumacząc, że w zimie nie ma pożarów. Wszyscy wiemy, że są, szczególnie gdy niektórzy ludzie próbując ratować się przed mrozem, ogrzewają się czym popadnie. Strażakom ta prawidłowość nie przeszkodziła, by na czas zimowy zamknąć  łódź gaśniczą. „Sikawki” z lądu nie sięgały płomieni, przez co ogień zgasł dopiero gdy wypaliły się wszystkie deski. Akcja trwała dwanaście godzin, czyli aż o dwie godziny dłużej od akcji gaszenia tego mostu z roku  1975, tyle, że wtedy nie dysponowano jeszcze takim wyśmienitym sprzętem jak dzisiaj. Tyle wiemy z telewizji i tego co napisali nam dziennikarze. A teraz zobaczcie czego nie napisano a co nam trzeba wiedzieć. Ach prawda, zanim o tym, musicie jeszcze dowiedzieć się cośkolwiek o słowie „Crash test”.
W skrócie, jest to badanie wytrzymałości obiektu poddawanego analizie w warunkach zbliżonych do ekstremalnych i możliwych. Na pewno każdy z Państwa słyszał o crash testach samochodowych, gdzie rozpędzonym autem tłucze się z odpowiednią siłą o ścianę by sprawdzić jego wytrzymałość na zderzenia a bardziej jeszcze szanse kierowcy na przeżycie. No właśnie. Crash test przeprowadza się także w bankach. Robi to nadzorująca je Komisja by sprawdzić czy w razie rauszu klientów na dany bank, ten poradzi sobie z wypłacalnością. Wiemy bowiem, że banki nie mają pokrycia w złocie dla gotówki którą pożyczają, ba, nie mają nawet tych pieniędzy które pożyczają bo od dawna to jest już tylko kwestia dopisywania lub ujmowania cyferek na koncie. Piękny biznes, żyć nie umierać ale nie o tym. Podobne testy przechodzą także firmy ubezpieczeniowe. I takiemu właśnie crash testowi niespodziewanie został poddany system zarządzania kryzysowego miasta Warszawy, ale i zarazem system bezpieczeństwa państwa.
Ja już nie chcę wchodzić w dyskusję czy to było zaniechanie, jak niektórzy twierdzą ze strony Walzowej, że tam były te drewniane podesty, bo one pewnie były tam też za Lecha Kaczyńskiego. Nawet nie interesuje mnie to czy te deski zapaliły się same (ciekawe jak?) czy może ktoś im pomógł się zapalić? Fakt jest faktem, był pożar i odsłonił niesłychana nędzę naszego państwa.
Bo proszę zobaczyć co wyszło przez ten pożar na światło dzienne. Po pierwsze Ministerstwo Obrony Narodowej ma światłowody do komunikacji ze światem zewnętrznych w jednym miejscu. Wszystkie sześć leciały jednym warkoczem pod tym mostem. Co oznacza, że w razie wojny, a przecież mosty niszczy się w pierwszej kolejność, Ministerstwo jednym ruchem zostałoby odcięte od pozostałych instytucji w kraju, w ogóle od świata zewnętrznego a więc informacyjnie jeśli nie sparaliżowane to mocno upośledzone. Daję słowo, że byłem pewien, że oni na takie wypadki mają łącza alternatywne, awaryjne. Okazuje się, że nie. Dwa, i tego już w ogóle pojąć nie mogę, jak można światłowody po których biegną informacje do tak ważnego ministerstwa poprowadzić w taki sposób, że ma do nich dostęp dokładnie każdy? Już nie chcę dawać słowa, ale tu też byłem pewien, że one biegną w sposób uniemożliwiający dostęp do nich zwykłym śmiertelnikom. Tu pojawia się przy okazji pytanie do naszego wywiadu - ile jeszcze podobnych światłowodów, innych ważnych instytucji, biegnie sobie ot tak jak zwykły kabel telefoniczny do mieszkania Kowalskiego? Pytam, bo to chyba nie jest już tajemnicą, że informacje biegnąc w światłowodach można przechwytywać jak się okazał w bardzo prosty sposób. Nie trzeba ich nawet przecinać, wystarczy go zgiąć pod kątem 180stopni by doprowadzić  do „wyciekania” sygnału. Można taki wyciek wykryć co prawda poprzez powstałe w wyniku tego zabiegu zakłócenie sygnału ale Amerykanie, a jak tak to i reszta służb, poradziła sobie i z tym, i potrzebne informacje nauczyli się pobierać z płaszcza światłowodu bez jego zginania. A co ważniejsze w sposób niedający się wykryć. To jest metoda nienowa, Amerykanie przechwytywali w ten sposób informacje ze światłowodów w Bagdadzie, ale jak widać naszym służbom to nie przeszkadza. Ale w sumie to ja ich też rozumiem, oni nie mają nic do ukrycia, oni o sprawach wagi państwowej rozmawiają nawet nie przez "tajne" światłowody ale całkiem otwarcie w restauracji „U Sowy”. Niemniej jakieś pozory mogliby jednak zachowywać, prawda? No dobrze, było "po pierwsze", było "po drugie" to teraz będzie "po trzecie". Chciałem tu opłakiwać skuteczność akcji samego gaszenia mostu przez strażaków, ale co ja miałbym tu więcej napisać, jak to że i tu wdarła się ta degrengolada, to bezhołowie które spycha ten kraj na skraj jakiegoś strasznego upadku.
No dobrze, specjalnie dla tych co zgubili wątek, idę z pomocą by wyjaśnić w czym rzecz. Ano w tym, że bez względu na przyczyny tego pożaru, przyszło nam podejść do testu, który sromotnie oblaliśmy. Proszę sobie wyobrazić, bo w dobie działań wojennych tuż przy naszej granicy czas stawiać i takie pytania, co by było gdyby Warszawa została nagle zbombardowana? W pierwszej kolejności oczywiście te mosty a potem parę ważnych budynków i jeszcze na dokładkę elektrociepłownie, filtry i przepompownie gazu? Nie trudźcie się, ten pożar wszystko pokazał.  Zostaje zerwana łączność z Ministerstwem Obrony Narodowej i pozostałymi kluczowymi centrami koordynowania działań. Strażacy nie są w stanie ugasić jednego mostu a tym bardziej pozostałych budynków rozsianych w różnych częściach miasta, będących punktami zapalnymi dla kolejnych. Dochodzi do sparaliżowania miasta, podobnie jak to miało miejsce na dniach, tyle, że w zwielokrotnionej skali. Warszawa staje się w jednej chwili gigantycznym kotłem.
 
Wiecie jak to brzmi? Jak prolog do książki, którą jak tak dalej pójdzie, ktoś w końcu napisze. Książki której tytuł będzie brzmiał: „Kolejna rzeź Warszawy”.
 
Ech, kiedy Wy się ludzie wreszcie obudzicie!?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz