whos.amung.us

sobota, 28 lutego 2015

By twierdzą mógł być każdy próg!

Autor: Integrator


Pod jednym z moich tekstów, gdzie wtrąciłem akapit o rzezi wołyńskiej, ktoś w formie komentarza zostawił historię odnośnie tych strasznych wydarzeń opowiedzianą mu ongiś przez dziadka. Oto gdzieś tam, na tej mokrej od polskiej krwi ziemi, stał lekko ufortyfikowany dom, co miało znaczyć zaledwie tyle, że w piwnicy było zapasów jedzenia na parę miesięcy a domownicy i służba byli bardzo dobrze obeznani z bronią. Rzecz jasna tą broń posiadali. Ukraińcy siepacze wiedzieli o tym dlatego mimo, że wielokrotnie idąc „rezać Lachy” przechodzili obok, nikomu z nich nawet przez myśl nie przeszło by zbliżyć się do tej „twierdzy”. Dobrze wiedzieli, że tam mogła ich czekać nagła śmierć podczas gdy wokoło była masa domów do których można było wejść bez najmniejszego oporu, mieszkańców wyrznąć  bezkarnie niczym bydło, wcześniej jeszcze poznęcać się nad nimi dla urozmaicenia sobie tej przecież ciężkiej roboty. Szła zatem ta hołota, (której dziś próbuje się przypisać znamiona armii), dzierżąc w rękach wszelkie narzędzia gospodarcze jakimi można było zadawać śmierć, ale też tylko tam gdzie mieszkali bezbronni, gdzie nie czekała na nich nawet zbłąkana kula.

Obraz ten najlepiej pokazuje, że owszem, trzeba mieć silną armię, nade wszystko plan działania na wypadek napaści wroga, ale przede wszystkim niesie wniosek, że nikt lepiej nie stanie w obronie własnego domu jak właśnie domownicy. Nikt jak oni nie ma odpowiedniej motywacji by stawić opór najeźdźcy, nikt też jak oni nie zna lepiej okolic w których nawet jeśli się nie wychowali to zdążyli wystarczająco dobrze je poznać. Przy odrobinie wsparcia ze strony zawodowych planistów, nauczyliby się w sposób świadomy wykorzystywać do obrony uwarunkowania, które daje im ich miejsce zamieszkania, ale też odpowiednio wcześniej mogliby zabezpieczyć jej słabe strony. Żeby to jednak było możliwe musimy mieć broń, która na wypadek wojny będzie dostępna dla każdego. To jest warunek podstawowy, bez którego wszelkie opowieści o oddziałach Obrony Terytorialnej nie mają sensu.

Zanim jednak o tym, muszę niestety wtrącić akapit o Romualdzie Szeremietiewie. Bardzo dokładnie wsłuchuję się w jego rozliczne, szczególnie ostatnio zintensyfikowane, wystąpienia w których podkreśla konieczność budowania takiego sytemu. Słusznie i bardzo obrazowo porównuje państwo posiadające taki system do jeża, którego kolce równomiernie rozsiane po kraju mogą zadać duże straty wrogowi. Obecność takiej osoby w sferze medialnej, choćby tylko internetowej, dodaje otuchy zważywszy na fakt, że rząd Platformy i prezydent Komorowski, jeszcze rok temu wciąż wzywali do zaciśnięcia przyjaźni polsko-rosyjskiej, której symbolicznym początkiem miało być ściskanie się Tuska z Putinem nad wciśniętym w smoleńskie błoto ciałem prezydenta Kaczyńskiego. Na tych ludziach nie można polegać, to są jednostki zdeprawowane, które nie czują więzi z tym krajem, które gdzieś tam w tyle głowy dobrze wiedzą, że w razie konfliktu nic im nie grozi, bo zgodnie z niechlubną tradycją udadzą się na emigrację. W tej sytuacji Pan Szeremietiew to głos rozsądku ale i nadzieja, że są oprócz niego także inni którzy widzą zagrożenia o których on mówi na głos ale z racji pełnionych funkcji, nie mogą wypowiadać się z taką swobodą jak były wiceminister MON. To co głosi, pomimo, że przekaz jest słaby, jest bezcenne i nie pozwala tym na górze tak całkiem przespać czas który wciąż mamy by poprawić naszą zdolności obronne. A jednak mam pretensję do Pana Szeremietiewa za to, że dziś mając absolutną pewność, że ta ekipa nie jest zainteresowana budowaniem systemu Terytorialnej Obrony Kraju, godzi się brać udział w tych pozorowanych ruchach. Z licznych nagrań video dostępnych w sieci ale i jego tekstów płynie jasny przekaz, że on wie, że nic z tego nie będzie. Dlaczego więc dalej użycza temu projektowi swoje nazwisko, tego nie rozumiem? Wiem, że łatwo jest mówić, co by się zrobiło będąc na czyimś stanowisku, podczas gdy tak naprawdę tylko znalezienie się w podobnej sytuacji może zweryfikować takie twierdzenia, no ale ja widząc już od środka i z bardzo bliska jak jest naprawdę z deklaracjami tej ekipy, zrezygnowałbym. Pan Szeremietiew mimo wszystko trwa, dając w ten sposób rządzącym argument do odbijania napływających z dołów zarzutów, że nic nie robią podczas gdy wojna w najlepsze rozwija się tuż przy naszych granicach. Robimy - odpowiedzą na taki zarzut - powołaliśmy człowieka, który ma doświadczenie i od dawna akcentował konieczność zmian. Więc w czym problem? Trudno polemizować bo faktycznie tak jest. Pan Szeremietiew został powołany, przyjął na siebie konkretne obowiązki, w dodatku jest przez prawicowych wyborców postrzegany jako nasz człowiek, tyle, że nic z tego nie wynika. A perfidia tej zagrywki jest aż nazbyt widoczna. Bierze się człowieka z nazwiskiem, z legendą, nie daje się odpowiedniego finansowania ani politycznego wsparcia co pozwala tworzyć pozory działania. Przepraszam, że użyję tego argumentu, ale z pełną świadomością przerzucono ogrom pracy tworzenia czegoś z niczego na człowieka bardzo chorego. Sam nie raz o tym pisał, a teraz jakby to wszystko nie miało znaczenia, ma iść w teren i niczym młody junak rwać temat kłami? Robić całe tysiące kilometrów, odbywać dziesiątki wielogodzinnych spotkania, w końcu przebijać się przez rzesze urzędników ministerialnych z których każdy intuicyjnie wie, że z tym Panem trzeba grzecznie ale jak idzie o zaangażowanie w sprawę to bez przesady? Ten projekt przy tak przyjętych założeniach nie mógł się udać i Pan Szeremietiew wie to najlepiej. Trudno mi pogodzić się z faktem, przy całym szacunku jaki mam dla tego człowieka, że zdecydowała się pełnić rolę listka figowego, zamiast postawić sprawę twardo a w razie braku konkretów odmówić udział w działaniach które są już tylko częścią gry dezinformacyjnej jaką ekipa rządząca krajem prowadzi z obywatelami tego kraju. Nawet jeśli  miałby później już tylko nagrywać, pisać i apelować do naszych serca, do naszych dusz. Wszystko będzie lepsze od dawania tym ludziom alibi na wypadek gdyby doszło do najgorszego.

 A wracając do sprawy Terytorialnej Obrony Kraju czy jak to woli samoobrony terytorialnej. Ja nie wierzę, by takie zadanie dało się wykonać odgórnie. Nie ma na to już czasu, ani prawdziwej woli, a już najgorzej jest z umiejętnościami organizacyjnymi ludzi pracujących na usługach rządzącej ekipy, która jak dotąd wsławiła się bardziej w demontowaniu i wyprzedawaniu niż organizowaniu czy budowaniu czegokolwiek od podstaw. Nie wierzę, też we wszelkiego rodzaju zbiórki pieniędzy jak chociażby te z których rzekomo miano by kupować broń bo to się kończy jak zwykle, na pomyśle, a zebrane fundusze przepuszczane są na sprawy bieżące. Tych zaś jest zawsze w nadmiarze i stale przybywa. Od choćby ostatni pomysł zniesienia obowiązku meldunku. Jak podają media, żeby ten nikomu niepotrzebny pomysł zrealizować trzeba zmienić aż 100 ustaw, a ja od siebie tylko dodam, że za pewne będzie trzeba powołać jeszcze ekipę doradców, następnie ekipę ekspertów, ekipę wprowadzającą zmiany w życie, w tym podgrupę koordynującą ustalenia międzyresortowe, kto wie, może jeszcze jakąś grupę, która będzie weryfikowała postępy już wymienionych.  No i do tego wszystkiego grupę dyrektorów bo przecież znajomi królika tez muszą z czegoś żyć.  Pracy będzie więc co nie miara, zajęcie będą mieli wszyscy począwszy od parlamentarzystów a skończywszy na lobbystach, którzy w sytuacji tak masowej korekty ustaw, chętnie przy okazji wcisną tam dodatkowe zapisy zgodne z interesem ich pracodawców. To całe pozorne dbanie o państwo, o nasz komfort życia, jak i te wszystkie komisje obronne i planowania, to jeden wielki blef obliczony na stworzenie pozoru, że w tym trudnym wojennym czasie próbujemy jako państwo działać. Mówię Wam, stoimy w miejscu i nic się nie zmienia.

Zatem, wychodząc naprzeciw zarzutom, że „łatwo to się tylko krytykuje” chcę poddać pod dyskusję inną propozycję organizowania terenowych grup oporu. Uważam, że pomysłem wcale ciekawy a przede wszystkim możliwym do wykonania byłoby utworzenie na terenie każdej gminy czy dzielnicy (w przypadku dużego miasta) magazynów w których przechowywano by broń na wypadek wojny. Magazyny te z uwzględnieniem specyfiki walki w mieście, stopniowo odpowiednią bronią zapełniałoby państwo, ale także każdy z obywatel mógłby mieć prawo przechowywania tam dodatkowej broni, którą kupiłby na własny koszt, a cenę zakupu tej broni mógłby odliczać jako koszt od swych przychodów. Mogłyby to robić nie tylko osobie fizycznej ale także przedsiębiorca, który zamiast w sposób sztuczny szukać kosztów mógłby tą drogą pomniejszyć należny państwu podatek. Jak wiemy, zainteresowanie taką formą inwestowania w swoje zakłady wyrazili sami przedsiębiorcy, którzy w obronie terytorialnej widzą ratunek dla zachowania majątku swojego przedsiębiorstwa. Będzie to także potężny zastrzyk gotówki dla naszego przemysłu obronnego bo zamówienia na karabiny i amunicję pójdą w miliony, z czego zysk będzie można inwestować w projekty, które dziś z powodów finansowych pozostają w sferze pomysłu lub utkwiły na poziomie deski kreślarskiej.

To jest pomysł realny i możliwy do wykonania w bardzo krótkim czasie, a przecież tego czasu nam najbardziej potrzeba. Nie wymaga też czasochłonnych debat i ustaleń. To jest zaledwie kwestia rozporządzenia, które regulowałoby tworzenie i funkcjonowanie cywilnych arsenałów broni. Nie trzeba by też tworzyć specjalnych regulacji prawnych dotyczących kupowania broni przez obywateli nieposiadających pozwolenia na jej posiadanie bo indywidualny zakup broni można by dokonywać na miejscu w magazynie wprost od przedstawicieli producenta gdzie też zostawałaby od razu zdeponowana. Jak idzie o same magazyny to można takie budynki znaleźć w niemal każdej miejscowości, a te niespełniające wymagań niewielkim kosztem dostosować do nowej funkcji.

W tym pomyśle chodzi przede wszystkim o to by w pierwszym rzucie zgromadzić w bliskiej okolicy odpowiednią ilość broni dostępnej dla obywateli na wypadek wojny. Chodzi o to by każdy sołdat, który wedrze się na tą ziemię, nie mógł bezkarnie grabić i poczynać sobie do woli z naszymi kobietami i dziećmi, bo będzie musiał zmierzyć się z faktem, że w każdej chwili może go dosięgnąć wystrzelona zza przysłowiowego węgła kula.  Chodzi o to, żebyśmy na wypadek wojny nie czekali bezbronni na oprawców, raczej tworzyli małe „twierdze”, rój szerszeni skutecznie nękający wroga. Dopiero w kolejnych krokach można zastanowić się nad doborem odpowiednich form szkolenia militarnego podczas których cywile nauczą się tworzyć wzajemnie wspierające się grupki wykorzystujące znajomość terenu. Bo to wymaga czasu którego już nie mamy.  

Wszystko. Ale zanim popuścicie wodzy fantazji a w waszych głowach wszystkie argumenty  na „tak” zderzą się z tymi na „nie” zapraszam do zapoznania się z bardzo ciekawą, polską produkcją wprost z radomskiego "Łucznika". Oto karabinek modułowy MSBS - z możliwością podpięcia granatnika – jako ciekawa propozycja na wypadek walk także w mieście. Oto prezentacja nagrana podczas targów:



Dla tych wszystkich którzy się na broni nie znają, polecam inny film, prezentujący wyższość karabinka MSBS nad karabinkiem Beryl. Jak sami zobaczyć, ten pierwszy jest zoptymalizowany pod kątem cywili, którzy nie są obeznani z bronią. Jak ulał pasuje więc na wyposażenie wspominanych magazynów:



I jeszcze na koniec informacja dla malkontentów. To są karabiny sprzedawane dla wojska w cenie 3-5 tys. złotych  za sztukę. Ostateczna cena jest jednak kwestią skali i wcale możliwe jest zejście do kwoty 200-300zł za sztukę, jeśli tylko obecna produkcja wahająca się na poziomie kilkudziesięciu sztuk zostanie zwielokrotniona w ramach zamówień opiewających na miliony sztuk.  Proszę pamiętać, że przy wielotysięcznej produkcji koszt wyprodukowania jednego polskiego Stena oscylował w granicach zaledwie paru funtów.

Cóż. Karabinek docenili Rosjanie, znajdziecie jego prezentację na rosyjskojęzycznych stronach o militariach. Dla tych którzy wiedzą o czym mówię, docenili go także producenci gier komputerowych wprowadzając ten karabinek na wyposażenie żołnierzy  w grze „Call of Duty”. No a my przy naprawdę niewielkim wysiłki możemy go po prostu mieć.




czwartek, 26 lutego 2015

„Ziemio, nie zakrywaj krwi mojej!” – kazanie pasyjne na motywach księgi Hioba.

Autor: ks. Jan Dobrowolski
Zaczęły się nabożeństwa Gorzkich Zali. Jedno z pierwszych kazań, jakie napisałem w życiu, było właśnie kazaniem pasyjnym, ćwiczeniem zadanym na homiletyce ( to przedmiot uczący przemawiania z ambony). Mieliśmy napisać kazanie o postaciach, w których cierpieniu w Starym Testamencie kryła się zapowiedź Męki Pańskiej; oczywiście, dziś napisałbym je całkiem inaczej, inne będzie też kazanie pasyjne, które wygłoszę dziś wieczór w mojej aktualnej parafii. Wtedy wypadło mi powiedzieć do kursowych kolegów i księdza profesora na temat Hioba, a byłem właśnie po lekturze książki „Dawna droga, którą kroczyli ludzie niegodziwi” Rene Girarda, poświęconej w całości właśnie tej trudnej do zrozumienia postaci. Jest w tym kazaniu zresztą myśl, do której chcę wrócić w dłuższym tekście… Oto moje słowa sprzed pięciu lat, zapraszam, jeśli ktoś ma ochotę przeczytać.
Drodzy bracia!
            Polska ziemia, po której chodzimy, nosi w sobie szczątki tych, którzy byli przed nami. Chodzi nie tylko o naszych przodków, spoczywających na cmentarzach niedaleko kościołów, do których uczęszczali za życia. Są bowiem także groby żołnierzy, często nieznanych; zarówno tych, którzy walczyli za Boga, honor i Ojczyznę, jak i tych których przygnało tu szaleństwo, a którzy ginęli pod sztandarami z karykaturą krzyża lub mroczną, czerwoną gwiazdą. Są także groby niewinnych ofiar totalitaryzmu, których miejsce znane jest tylko oprawcom, jak groby żołnieży NSZ, na których komuniści stawiali szalety lub sadzili las… Te miejsca świadczą o strasznych dziejach tej ziemi. Każdy z nas ma pewnie jakieś wspomnienia z odwiedzania takich grobów. Czasem upamiętnia je pomnik i tak właśnie jest w Bełżcu, gdzie Niemcy w czasie II wojny wymordowali tysiące Żydów. Do dziś pamiętam doskonale wizytę w tamtym miejscu. Prosta aleja prowadzi w głąb ogromnego kopca, usłanego kamieniami i żwirem. Ściany korytarza wznosza się coraz wyżej, przypominając sciany wód morza, które Bóg rozdzielił, aby środkiem mógł przejść Izrael. Ale przez ten kopiec nie można przejść; czarny korytarz kończy się surową ścianą, na której wypisane są słowa z księgi Hioba: Ziemio, nie zakrywaj krwi mojej, by mój krzyk nie zaznał ukojenia (Hi 16, 18). Słowa te robią kolosalne wrażenie, gdy czyta się je właśnie tam, wśród prochów niewinnie zgładzonych ludzi.
            Niektórzy widzą w Hiobie niewinnego człowieka, za którego udrękę odpowiedzialny jest Bóg. Faktycznie, łatwo zapomnieć, iż w klęskach rodziny Hioba swój udział mieli także Chaldejczycy i Sabejczycy, a nie tylko siły natury. W tej księdze nie wolno nam jednak zatrzymywać się na samym prologu, gdzie w poetycki sposób ukazane są stosunki i układy Boga z szatanem. Najważniejszym przesłaniem tej księgi nie jest bowiem jakaś „obrona Boga”, gdzie wytłumaczona jest na chłodno metafizyka zła. Nie ma tam teologii, która by to wyjasniała. Nie też chodzi w tej księdze tylko o proste stwierdzenie, iż zło nie zawsze jest karą za grzechy. Cierpienie, szczególnie dotykające niewinnych, pozostaje tajemnicą. Rozjaśnia ją niewątpliwie światło krzyża naszego Pana, Jezusa Chrystusa, ale póki żyjemy, nie pojmiemy całkowicie tego misterium.
            Krzyż naszego Pana – on rozjaśnia wszystko; także Ojcowie Koscioła doskonale rozumieli, iż aby pojąć najgłębszy sens Starego Testamentu, trzeba nam patrzeć na jego karty w świetle Chrystusa. To Krzyż jest Prawdą Boga, inną od prawdy tego świata. Dlatego Ojcowie widzieli w Hiobie zapowiedź Męki Chrystusa. Ta straszna zbrodnia, jaką było zabicie Jezusa Chrystusa nie została dokonana przez siły natury. Jezusa zabił tłum. Podobnie, ludzie nie cierpią najbardziej, gdy dotyka ich ból z ręki losu czy przyrody. To ręce braci, bliskich, których twarze wykrzywione są w spaźmie nienawiści, ranią najmocniej.
            Właśnie Krzyż naszego Pana pozwala nam nieco inaczej spojrzeć na Hioba. W swych wypowiedziach rzadko wraca on do tematu utraconego majatku, nie wspomina też o zmarłych dzieciach. Tym, co sprawia, iż bohater tej księgi wije się z bólu, jest postawa ludzi z jego otoczenia. Skarzy się on na prześladowania: Nawet mali chłopcy pogardzają mną, a kiedy chcę wstać, urągają. Urazę mają do mnie zaufani moi, a ci, których kochałem, zwrócili się przeciwko mnie (Hi 19, 18-19). Podobnych cytatów w mowach Hioba jest bardzo wiele. Zadręczony i zaszczuty, złamany cierpieniem przyjaciel Boga lęka się o swoje życie. Modli się nawet, aby jego krew, tak jak krew Abla, wołała do Boga, gdy tłum w końcu go zamęczy. A jeszcze wczoraj wszyscy mu gratulowali, oczy wszystkich były w nim utkwione, każdy chciał być taki jak on – Hiob czesto wspomina ten okres. Był to czas, gdy miał on przy sobie ludzi, którzy byli z nim tylko dla własnego egozimu. Teraz zaś, gdy wszystko się odwróciło, już nie warto trzymać z Hiobem… Podobny scenariusz znamy z Ewangelii – ten sam tłum, który wiwatował „hosanna!” na cześć Jezusa,  niedługo potem wrzeszczał „ukrzyżuj!”… Jest to straszliwa prawda o ludzkim sercu, prawda o wspólnotach, które budowane są na grzechu, które odrzucają Boga i Jego przykazania jako fundament porządku. Ilekroć tak się dzieje, wzrastają pomiedzy ludźmi niszczycielskie siły. Warto tu zacytować list św. Jakuba: skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Gdy wzrasta grzech, wzrasta też przemoc. Co więcej, im bardziej idziemy za naszymi pożądaniami, tym mocniej naśladujemy innych w ich pożądaniach i chcemy dokładnie tego, co oni. Jest to prosta droga do walki wszystkich ze wszystkimi.
            Pierwszy ową morderczą zazdrość żywił szatan, nieprzyjaciel Boga i ludzi. Chociaż wymieniony z imienia tylko we wstępie księgi, jest on obecny w ukryciu we wszystkich wypowiedziach tak zwanych przyjaciół Hioba. Zły duch jest bowiem tym, który proponuje ludziom fałszywe rozwiązania prawdziwych problemów. Takim fałszywym rozwiązaniem, jakie podsuwa wspólnocie, w której żyje Hiob, jest znęcanie się nad nim. Niech cała przemoc i nienawiść spłynie ze wszystkich na jednego… Oczywiście, żeby mieć spokojne sumienie, trzeba wybrać kogoś, z kim nikt się nie liczy, kogoś, kto uczynił coś, co zasługuje na karę. Tak oto wspólnota wyżywa się na Hiobie, tłumacząc, iż jest on zły, grzeszny, bo przecież zdarzyło mu się nieszczęście, czyli – sam Bóg go ukarał! Ludzie ci, budujący wzajemne relacje na odrzuceniu Hioba, mają fałszywą wizję Boga. On nigdy nie jest z tłumem. Bóg zawsze jest z tą jedną zaszczutą istotą, która nie ma żadnych praw, a w której stronę najszacowniejsi członkowie wspólnoty za chwilę cisną kamienie. Bóg był z Hiobem, był też z kobietą, w której obronie stanął, wypowiadając to wspaniałe zdanie: kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. To właśnie jest Bożą Prawdą dla naszego życia.
            Można zadać retoryczne pytanie – kto z nas jest bez winy? Czy nasza wspólnota jest wolna od postaci takich jak Hiob, na które wylewa się przemoc? Czy naprawdę nigdy nie zrzucamy całej odpowiedzialności za zło na jednego lub kilku ludzi, których z jakiegoś powodu nie lubimy? Prawda jest taka, że jeśli choć trochę jesteśmy świadomi tego, co dzieje się w tym domu, to winniśmy czuć teraz wstyd, łącznie ze mną… Ilekroć bowiem nasze relacje przypominają kompromis egoistów, to ktoś będzie cierpiał, ktoś będzie oczerniony i odrzucony.
            Co zrobić, aby tak nie było? Po pierwsze, trzeba nawrócenia każdego z nas. Każdy grzech, choćby ukryty, sprawia, iż łatwiej mi być brutalnym dla ludzi, których spotykam. Gdy ja grzeszę, ktoś na pewno będzie cierpiał – Jezus Chystus będzie cierpiał za mój grzech w konkretnym człowieku z mojego otoczenia. Dlatego trzeba postu, aby wygasić pożądania i uspokoić pragnienia. Po drugie, więzy, które łączą każdego z nas z Chrystusem muszą być silniejsze niż te, które łączą nas między sobą. Jeśli bowiem większą wagę przywiązuję do bycia z braćmi niż do przebywania z Bogiem, to znaczy, iż moja „przyjaźń” polega na egoizmie. Po trzecie, ilekroć w naszych rozmowach dostrzegamy tylko to, co złe w człowieku i o tym mówimy, powinniśmy wiedzieć, że budujemy wspólnotę na fałszu. Tak łatwo jest jednoczyć się nie dla czegoś dobrego, lecz przeciwko komuś, kogo nie lubimy. Chociaż w innej skali, jest to ten sam mechanizm, który zaprowadził Jezusa na Krzyż, a tysiace ludzi do obozów zagłady. Tak, drodzy bracia – grzech to bardzo poważna i smutna sprawa.
            Powaga i smutek – pamietam, że taki nastrój towarzyszył mi, gdy w Bełżcu czytałem wspomniane słowa z księgi Hioba. Jest to straszne miejsce, pozbawione w dodatku jakiegokolwiek symbolu nadziei. Gdy jednak czytałem wyryte na ścianach, w niekończacych się rzędach, imiona ofiar: Abraham, Jakub, Elżbieta, Samuel, Roman, Maria…, w pewnym momencie natknąłem się na pewne piękne imię, imię, które rozpogodziło mi oblicze i wlało otuchę w serce. Modliłem się wtedy, aby Bóg faktycznie miał miłosierdzie dla nas i świata całego, aby święta Krew Boga obmyła nas z przemocy i niepokoju, tak, by nikomu już nie działa się krzywda. Myślę, że tak jak Bóg z wichru przemówił do Hioba, pokazując, iż zawsze staje po stronie ofiar, a nie katów, tak też nieznanej mi kobiecie, właścicielce tego imienia, ukazał Swoje piękne, miłosierne oblicze. A na imię miała Anastazja, od grekiego Anastasis, czyli Zmartwychwstanie.

środa, 25 lutego 2015

"Ida" symbolem 25 lat naszej wolności

Autor: Toyah
 
Wbrew dość popularnej opinii, to że „Ida” dostanie Oscara za najlepszy film zagraniczny, wcale nie było pewne. Oczywiście, i sama dość już przecież zabawna nominacja, i cały tworzony przez dwa ostatnie lata wokół tego filmu zgiełk, ale też polityczne nastroje budowane wokół Polski, wskazywały, że tak się stanie, jednak ostatecznie mogło być różnie. Oscara mogły zupełnie spokojnie otrzymać gruzińsko-estońskie „Mandarynki”, natomiast „Idzie” mogła przypaść nagroda za zdjęcia, albo zgoła nic. Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że Akademia nie ma najmniejszego problemu, by stuprocentowego pewniaka odesłać z kwitkiem w postaci nagrody za montaż, efekty specjalne, czy kostiumy, a główne Oscary przyznać komuś innemu.
     Tym razem jednak stało się tak, jak obstawiała większość, włącznie z tymi, dla których nie podlegało nawet dyskusji, że wspomniane wcześniej „Mandarynki”, ale też i pozostałe nominowane w kategorii filmy, od „Idy” są lepsze. „Ida” wygrała i dziś szczęśliwi są nie tylko autorzy filmu, nie tylko Agnieszka Odorowicz z Agnieszką Holland i całą jej rodziną, ale my wszyscy. Polski film wreszcie dostał Oscara. To co się nie udało przez Wajdę, nie udało przez Polańskiego, udało się temu… jak mu tam? Pawlikowskiemu.
      Coryllus w dzisiejszej notce pisze, że jemu ludzie którzy znają się na filmie powiedzieli, że „Ida” pod względem technicznym zrealizowana jest sprawnie. I to akurat nie podlega kwestii. Rzecz w tym jednak, że dziś, pomijając może filmy, jakie w Polsce się kręci na co dzień, technicznie wszystko jest na pewnym stałym poziomie. A już z całą pewnością, każdy z filmów nominowanych do Oscara, z tym jednym wyjątkiem, któremu poświęciłem wczorajszą notkę, zrealizowany został na wysokim poziomie zawodowstwa. O co więc chodzi z „Idą”? Otóż sprawa polega na tym, że od „Idy” lepsze były niemal wszystkie polskie filmy kręcone w latach 60-tych, włącznie z „Wojną domową” i przygodami kapitana Sowy, natomiast ta nominacja i ta nagroda są wynikiem pewnej paskudnej umowy i kropka. Tu nawet nie ma o czym gadać. Każdy kto widział ten film musi to przyznać: „Ida” to jest film zaledwie nieco lepszy od tego, co dziś w Polsce się kręci każdego roku.
     Bardzo dobrze to zresztą widać, jeśli się zwróci uwagę na fakt, że oni jej nie przyznali Oscara za zdjęcia. Ja nie twierdzę, że zdjęcia do „Idy” powinny były zostać nagrodzone, nie. Każdy z nominowanych w tej kategorii filmów zdjęcia miał od „Idy” znacznie bardziej oryginalne i poruszające, natomiast faktycznie, jeśli już coś w „Idzie” zwraca uwagę to akurat tylko te zdjęcia. Nie tak poruszające, jak zdjęcia w „Żywocie Mateusza”, czy nawet w „Soli ziemi czarnej”, ale tam naprawdę poza zdjęciami nie ma nic. Za zdjęcia jednak „Ida” Oscara nie dostała. Dlaczego? Ano dlatego, że z tego oni by się jednak musieli jakoś tłumaczyć; z „najlepszym filmem” już problemów nie ma. Cóż to bowiem za kategoria „najlepszy film”? Podobał im się i już.  Co tu jest do wyjaśniania? Dziś to nawet przyznaje Janusz Kamiński, sam dwukrotnie nagradzany za zdjęcia dla Spielberga, że oni „Idzie” dali tę nagrodę, bo im się zwyczajnie spodobała jej forma. A ja mogę już tylko dodać, że tak faktycznie było najwygodniej. W końcu byłoby niezręcznie przyznać, że polska zakonnica-żydówka, której ciocia była komunistycznym prokuratorem, to naprawdę fantastyczny pomysł.
     Dziś, jak już wspomniałem wcześniej, cała Polska cieszy razem z tego sukcesu, a sam pan prezydent ogłosił, że ta nagroda to wręcz symbol tego, czym jest jego prezydentura. No i dobrze. Ja jestem gotów nawet przyznać, że nie tylko ta nagroda, ale sam film jest symbolem tego, czym jest ta prezydentura. Mam nadzieję, że już niedługo.
 
 

wtorek, 24 lutego 2015

Kupmy sobie Oscara!

Autor: Integrator
 
 
Planowałem podzielić się dziś z Wam refleksjami poczynionymi przeze mnie w temacie tygodnika prowadzonego przez braci Karnowskich, wszak najwyższy już czas zająć i mi w tej sprawie niedwuznaczne stanowisko. Niestety, posypał mi się plan dnia przez co dopiero późnym wieczorem dotarłem do domu. No a poza tym mamy dziś tą „Idę”, więc parę słów o tym, bynajmniej nie w sposób jak to poczynili inni. Nie chcę tu stękać a wcześniej dowodzić jaki to brzydki bo antypolski film. Chcę Wam na przykładzie tej nominacji pokazać jak my jako ludzkość zdziadzieliśmy i to w zaledwie parę lat po przekroczeniu progu nowego tysiąclecia. Naprawdę. I wystarczy się tylko z lekka rozejrzeć by zrozumieć, że to już niemal reguła. Gdy poprzednie pokolenia starały się dokładać coś cennego do sumarycznego dorobku cywilizacji którą stanowimy, nasze stać jedynie na stopniowe wyciąganie cegieł z tej budowli co przecież skończy się w sposób wiadomy. Tak sobie więc myślę, że jak już przeminiemy, a po upływnie tego tysiąclecia zaczną nas nasi następcy najpierw odkopywać a potem studiować, bez wątpienia sklasyfikują ten czas jako okres pokoleniowego zastoju na mieliźnie, w każdej dziedzinie.
Weźmy dla przykładu tą „Idę”. Toyah, zwrócił dziś w swoim tekście słusznie uwagę, że dostała ona Oscara w kategorii „najlepszy film”. Nie za reżyserię, nie za zdjęcia co byłoby faktycznym uznaniem kunsztu twórców tego obrazu ale ot tak po prostu – „Ida” spodobała się jury, a skoro się spodobała to dali jej tą figurkę i basta. Toyah pisze, że to pójście na łatwiznę, bo w tej kategorii nie trzeba niczego udowadniać. Gusta nie podlegają dyskusji. Dostała po co przyszła bo się spodobała, koniec , kropka.  Ja się z tą jego uwagą całkowicie zgadzam i wcale nie dlatego, żeby deprecjonować to osiągnięcie, bo ja się na filmach nie znam, nie mam więc mandatu by się w tym temacie za bardzo popisywać. Nie przytaczam też uwag Toyaha by dokopać twórcom filmu, a więc by stało się zadość powszechnej w naszym kraju dyscyplinie, że gdy komuś coś się uda reszta solidarnie cięgnie go za nogi w dół. Piszę to wszystko jedynie po to by pokazać Wam, że wszelkie konkursy nie mają dziś już żadnego znaczenia. To wszystko co dziś mamy to już tylko -  jak twierdzi z kolei w swych tekstach uparcie Coryllus - jedna, wielka ustawka, tudzież jak wcześniej wspomniałem, skutek powolnego a powszechnego osiadania na mieliźnie.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że jadąc samochodem usłyszałem dziś w radio, to chyba była radiowa Jedynka, jak szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej opowiada o kulisach imprezy na której najpierw przydziela się a potem oficjalnie wręcza te Oscar'y. To co ta pani nam zakomunikowała to jest rzecz absolutnie wstrząsająca, dlatego wybaczcie, nim przejdę do sedna, będę te informacje na Was cedował powoli i partiami. Po pierwsze dowiedzieliśmy się z tego krótkiego wywiadu, bo zapomniałem dodać, że to był wywiad, że na ten film poszła połowa budżetu tego Instytutu. To jest bardzo ważna informacja i moim zdaniem, ktoś powinien w końcu zdać pytanie na podstawie jakich kryteriów jednemu filmowi przydziela się trzy miliony złotych, ot tak, bez żadnego wskazania, że projekt zakończy się sukcesem? Jako obywatel, chciałbym wiedzieć, jak to jest, kto albo co powoduje, że jednych odprawia się z kwitkiem a potem przychodzi ktoś z pomysłem na film o poszukującej zakonnicy i leci na to połowa budżetu? To chyba nie jest pytanie bezzasadne, prawda? Ja oczywiście aż tak tępy nie jestem, żeby nie wiedzieć, że większość z tych filmów, które ostatnio dofinansowano mają wspólny mianownik, że wymienię tylko ostatnie zakwalifikowane do wsparcia i zrealizowane filmy jak „Pokłosie” (film o dobrych Żydach i złych Polakach),  „Płonące wieżowce” (o homoseksualistach), „W imię…” (o księdzu homoseksualiście). Wszelako nie chciałbym sprawy spłaszczać. Być może tam są też jakieś ładne obrazy, warto więc zrobić podsumowanie i pokazać jaka jest prawda. Na szczęście i na poczet mojego względnie dobrego samopoczucia, odkryłem także dobrą stronę tego medalu. Mniemam, że jeśli na jedną produkcję poszła aż połowa budżetu to za resztę, siłą rzeczy powstanie/powstało mniej „tęczowych” produkcji. Czy tak? Ok, to cofam wszystko co napisałem. Warto było!
To jednak nie koniec tej opowieści. Chwilę po tym, szefowa PISF (jestem pewien, że jej się to wymsknęło) powiedziała nam wszystkim którzy ją słuchali w tym radio, że członkowie jury głosowali na „Idę” nie mając pojęcia o czym ten film jest. Nie wiem co Wy teraz sobie myślicie ale dla mnie to jest autentyczny szok! I jeśli ktoś właśnie rozlał kawę,  to ja bardzo przepraszam, ale mnie się to wczoraj też przydarzyło. Moi Państwo, pani Agnieszka Odorowicz (mam nadzieję, że z wrażenia nie pomyliłem osób) powiedziała, bardzo wyraźnie a przepytujący ją reporter Jedynki radiowej to potwierdził, że dawniej obowiązywała pośród członków jury żelazna reguła, że każdy z nich musiał obowiązkowo przed głosowaniem obejrzeć wszystkie kandydujące filmy. To wydaje się oczywiste, ale w obliczu tej informacji trzeba to wyraźnie podkreślić, że kiedyś gdy przychodził ku temu czas, każdy podnosił rękę czy tam naciskał guzik wiedząc dokładnie o czym jest obraz, który przed sekundą poparł. Aż tu nagle okazuje się, że to historia, że tak już nie ma, w dodatku, że to jest informacja tak powszechna w środowisku filmowym, że ci dwoje rozprawiają o tym na falach eteru całkiem bez zażenowania. I tylko pani dyrektor, przez takie podejście członków jury do tematu, do końca żyła w dyskomforcie niewiedzy co do rezultatu tak dla nas ważnego głosowania, bo (teraz z pamięci): tam wiele zależy od tego kto co komu opowie o danym filmie, i od tego czy poleci pozostałym dany obraz czy raczej do niego zniechęci. 
Był taki czas gdy ja z niedowierzaniem przyglądałem się jak z roku na rok traci na znaczeniu nagroda Nobla. To chyba będzie najlepszy ku temu przykład, gdy przypomnę, że jej pokojową wersję wręczono Obamie za „pracę na rzecz pokoju na świecie” podczas gdy odmówiono jej, ot chociażby, Janowi Pawłowi II. Jemu to wyróżnienie nie było do niczego potrzebne, to się rozumie, ale sami przyznacie, że wszystko traci sens gdy pokojową nagrodę przyznaje się człowiekowi, który kończąc jedną wojnę szykuje się do kolejnej? No a teraz ten numer z Oscar'em. Jakaś banda znanych i pewnie bogatych jak cholera buców, rozkłada ostatnią prestiżową imprezę, bo nie chce się jej poświęcić paru wieczorów by zapoznać się z materią nad którą potem pracuje.
Mielizna. Absolutna mielizna.  I znak czasów. Ale też nowe wyzwanie. Bo jeśli tak to wygląda, to trzeba nam się w tym mimo wszystko jakoś odnaleźć. Czytaj, dopasować. Proponuję zatem i to bardzo na serio, żeby za rok ktoś z Ministerstwa Kultury pojechał odpowiednio wcześniej z teczką pełną zielonych pieniędzy i spróbował tą drogą przekonać członków jury do przyszłorocznej naszej produkcji. Tym bardziej, że naszym atutem (czuję to przez skórę), poza rzecz jasna tą kasą, będzie na pewno jakiś piękny film o księdzu pedofilu zmagającym się z wirusem HIV. Wiem, bo to przecież nasz chleb powszechny, nasza rzeczywistość o której Polski Instytut Sztuki Filmowej we właściwy sobie sposób nie omieszka poinformować resztę świata. A jeśli się ta misja nie uda, ta z tą teczką, to ja bynajmniej pretensji mieć nie będę. To jest wcale trudna sprawa pozyskać  głosy ludzi, których w podobny sposób z pewnością zechcą przekonywać do swych obrazów „aniołowie stróże” od konkurencji.

niedziela, 22 lutego 2015

Rozumiem Orbana

Autor: Integrator
 

Chcę dziś zabrać głos w sprawie Orbana. I nie dlatego, że zrobili to już niemal wszyscy, bo w takich przypadkach ja akurat czuję się zwolniony z głosu, ale dlatego, że powieszono na nim niemal wszystkie przysłowiowe koty, a mnie się wydaje, że bardzo niesłusznie. Chcę tym tekstem stanąć w jego obronie. Tak, właśnie tak. Posłuchajcie co ja ma Wam w tym temacie do powiedzenia.
 
Wszyscy dobrze wiemy co myśli sobie o tym człowieku Europa, no ale wiemy też co ona myśli sobie o wielu sprawach ważnych dla Polaków więc to jej (nie)święte oburzenie nie powinno być dla nas żadnym wyznacznikiem. Prawdę mówiąc trochę by to nawet dziwnie wyglądało gdyby oni tam zaczęli nagle myśleć o Węgrzech jakoś inaczej. 
 
Całe szczęście tu u nas w Polsce sprawa nie jest już tak oczywista a linia podziału zwolenników i przeciwników premiera Węgier biegnie mniej więcej tak samo jak ta oddzielająca koalicję od opozycji. Mieliśmy tego najlepszy przykład podczas ostatniej wizyty Orbana w Polsce, gdzie jak głoszą media, został przyjęty przez premier Kopacz-Smoleńską bardzo chłodno. Niegrzeczne to było i nierozsądne zachowanie ale też łatwe do przewidzenia, wszak ludzie którzy dziś rządzą tym krajem mają kluskę zamiast kręgosłupa, a ich polityka polega na niczym innym jak tylko na posłusznym wpisywaniu się w unijne dyrektywy, tudzież z właściwą lokajowi wprawą czytanie w myślach tegoż „dyrektywodawcy" by wykonać jego wolę zanim on sam o czymkolwiek pomyśli. Gorzej, że w związku z ostentacyjnym eksponowaniem swych kontaktów z Putinem, Orban wprawił niespodziewanie naszych prawicowych polityków w zakłopotanie z którego ci nijak nie potrafią się wygrzebać. Robią dobrą minę do złej gry, próbują sprawę zbyć milczeniem, tymczasem ja tu nie widzę powodów do takich zachowań. Panie i Panowie, to jest w końcu polityka! Tu nie ma miejsca ani na emocje ani na sentymenty a już na pewno spraw ważnych dla swojego narodu Orban nie postawi na jednej szali tylko dlatego, że gdzieś tam kiedyś „Polak i Węgier jak dwa bratanki". No bądźmy poważni! Spróbujcie raczej postawić się w sytuacji tego człowieka, chociażby przez chwilę, a zaraz decyzje, które on dziś podejmuje, wydadzą się Wam jeśli nie oczywiste, to przynajmniej przestaniecie (zwracam się tu szczególnie do niedawnych jego zwolenników w Polsce) niepotrzebnie ze wstydem zamiatać rzęsami podłogę. 
 
Orban, jak wiemy to jest człowiek, który poszedł na wojnę z gigantami tego świata. Nie tylko uderzył w interesy banków i wielkich koncernów, ale doprowadził do furii światową finansjerę, spłacając zadłużenie Węgier co de facto odebrało tym pierwszym możliwość wpływania na decyzje rządu węgierskiego. Urwał się, jak to mówimy w Polsce, z łańcuch a to nie spodobało się bardzo wielu instytucjom, które dzięki tego typu zależnościom rozgrywają rządy państw narodowych niczym pionki na szachownicy. Mało tego, on sobie tych wszystkich pieniędzy nie upchał w sejfie w piwnicy, ani nie ukręcił prywatnych lodów przy okazji (jak to robi większość polityków tego kalibru), przeciwnie, on to wszystko zrobił dla szarego węgierskiego obywatela, który dzięki polityce Orbana mógł odczuć w swym życiu szereg konkretnych korzyści. Od tak podstawowych jak niższy rachunek za gaz czy prąd, po pomoc w spłaceniu kredytów frankowych. Jeśli przez chwilę się nad tym zastanowicie, zobaczycie, że to co u nas jest z wielką pompą ogłaszane, by po tygodniu nikt już o niczym nie pamiętał, tam jest konsekwentnie realizowane. Ale nie w tym rzecz.
 
Otóż problem Orbana polega na tym, że on musi się odnaleźć w grze jaką toczą nieustannie między sobą poszczególne państwa. Węgry są zbyt małe i nie są w stanie ani przewodzić większej grupie, która wspólnie mogłaby walczyć o swoje prawa, ani jak się okazuje, nie mogą być równoprawnym członkiem grupy państw stłoczonych w Unii Europejskiej, już choćby dlatego właśnie, że za sprawą Orbana odważyły się obrębie własnego państwa prowadzić niezależną politykę. Musi Orban w takiej sytuacji przyłączyć się go kogoś kto będzie w stanie bronić tak wypracowanej niezależności i niestety, gdy spogląda w lewo to jest na Zachód, widzi całą masę naburmuszonych ludzi, szefów państw, którzy zamiast wziąć z niego przykład, mają do niego pretensję, chyba tylko za to, że się odważył i mu się udało. Orban nie raz próbował tłumaczyć co zrobił, co chce zrobić i dlaczego chce to zrobić ale to zawsze wiązało się z jeszcze większym oburzeniem, gdzieniegdzie nawet pojawiały się propozycje sprowadzenia politycznych czy ekonomicznych restrykcji. Chciał nie chciał, spojrzał Orban w prawo, na Wschód, i zobaczył uśmiechniętego Putina z szeroko otwartymi ramionami. I choć jestem pewien, że rozumie jak drogo może go taki uścisk kosztować, zwyczajnie nie ma wyjścia. Tak, tak moi Państwo, to Europa wpycha Węgry w objęcia Putina. One tam same i dla przyjemności nie lezą.  I jeśli ktokolwiek z Polaków miałby wątpliwości kto tu od nas wrzucił kamyk do węgierskiego ogródka, to ja śpiesznie donoszę, że zrobiła to Platforma Obywatelska z premierem Tuskiem a teraz Kopacz-Smoleńską na czele. To ci ludzie, zamiast wykorzystać okazję i uczynić Polskę ambasadorem Węgier wobec Zachodu, co dałoby nam uprzywilejowaną pozycję w grupie podobnych państw, z nadgorliwością właściwą służącemu uderzyli w naturalnego sojusznika.
 
Nie rozumiem więc, naprawdę nie mieści mi się to w głowie, dlaczego wymagamy by Orban miał w takim układzie wspierać nasze projekty energetyczne? Przecież to jego zachowanie jest absolutnie zrozumiałe. Bo przepraszam jako on ma w tym interes? Tylko polityka międzynarodowa w wydaniu polskiego rządu polega na dawaniu czegoś za nic. Wszyscy inni, w tym Orban, prowadzą politykę faktów. A z jego strony kalkulacja jest oczywista. Jeśli nam pomorze, nie tylko przestanie nam być potrzebny, nie tylko dalej będzie ostentacyjnie „chłodno przyjmowany” przez Kopacz-Smoleńską to jeszcze straci jedynego sojusznika jakim jest dla niego w tej chwili Rosja. Wybór jest chyba oczywisty?
 
Zrozumcie proszę, Orban nie ma wyjścia. Albo wesprze się na Rosji, która póki co niczego od niego nie oczekuje i nie ingeruje w politykę uniezależniania węgierskich interesów od światowych instytucji finansowych, albo będzie musiał zrezygnować z tej drogi w zamian za przyjęcie do rodziny unijnych państw, której liderzy wyznaczą mu miejsce pośród planktonu od którego oczekuje się wyłącznie ślepego posłuszeństwa. Mówię o ławce na której dziś siedzi Polska.
 
Cóż. W tak zarysowanej perspektywie, Orban nie ma innego wyjścia, jak trzymać właśnie z Rosją. Kończę i pozdrawiam z nadzieją, że teraz rozumiecie.

piątek, 20 lutego 2015

Trzy głosy o przemocy. Szatańskie wersety i ręka anioła (część 2).

Autor: ks. Jan Dobrowolski
 
Współczesność jest groźna dla wierzącego i myślącego człowieka nie dlatego, że proponuje fałszywe rozwiązania. Gorsze jest to, że stawia nas często wobec fałszywej alternatywy. Realia medialnej (internetowej chociażby) wymiany myśli tworzą często wrażenie, że wybór istnieje tylko w obrębie tych dwóch czy czasem trzech idei, które pojawiają się w dyskusji. Oto przykład: Religia jest źródłem przemocy! – powie nam Richard Dawkins czy inny niechętny wierze ateista. Religia nie ma nic wspólnego z przemocą! – odpowie na to, przypuśćmy, jakiś biskup, chcąc przy okazji zbudować „platformę porozumienia” z wyznawcami innych religii. Według mnie, te stanowiska są jednakowo błędne, stanowią jednak dobry punkt wyjścia. Dobry przyczynek do zastanowienia się: czy przypadkiem co najmniej jedna religia, mająca wiele wspólnego z przemocą, nie doprowadziła w ciągu wieków do jej zmniejszenia?
Konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet jest dzieckiem swoich czasów, specyficznej atmosfery intelektualnej, którą przesiąknięta jest nasza Europa. Od zakończenia II wojny światowej wielu ludzi uwierzyło, że trzeba zmienić totalnie wszystko, by wyeliminować różne formy dyskryminacji, prześladowań, że stary świat wraz z pojęciami takimi jak rodzina, ojczyzna, a nawet mąż i żona, musi zostać zniszczony. Konwencja, napisana pod patronatem Rady Europy podziela ten punkt widzenia – już sama tradycyjnie rozumiana rola kobiet naraża ją na przemoc otoczenia, jest owocem męskiej dominacji. To wiemy, łatwo dostrzec tę ideologię i jej zagrożenia. Ciekawe jest jednak odkrycie, że hasła walki z przemocą głoszone są w świecie, który od długiego już czasu doświadcza stałego spadku przemocy. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, jest to faktem, badanym zresztą coraz częściej przez naukowców. Jednym z nich jest Steven Pinker, który tłumaczy ten zaskakujący fakt ( mówienie o nim przypomina trochę wspominanie o globalnym ociepleniu, gdy wieczorem trzeba iść podłożyć do pieca, a rano – odśnieżyć podjazd) w swojej książce „the Better Angels of Our Nature”. Żeby uświadomić sobie stały spadek przemocy w świecie, wystarczy, według mnie, podstawowa znajomość historii i literatury. Jednak warto skonfrontować to przekonanie z jak najszerszym spektrum faktów, co Pinker robi w sposób bardzo udany. Przy okazji popełnia jednak, według mnie, pewien interesujący błąd, który może rzucić sporo światła zarówno na wspomnianą we wstępie konwencję, jak i szerzej – na związek religii z przemocą.
Książka Pinkerta z aniołami w tytule zaczyna się od rozdziału poświęconego historii. Kto to powiedział, że nie warto pisać osobnych dziejów ludzkiej głupoty, gdyż pokrywają się one z historią powszechną? Chyba Twain? Pinker pokazuje, że z tego samego powodu nie warto pisać osobnych dziejów ludzkiej przemocy. Od prehistorii aż po XX wiek ukazuje niezbyt ciekawą i poruszającą panoramę stosunków międzyludzkich, obfitujących w agresje, wojny, prześladowania i ludobójstwo. Ze szczególnym zainteresowaniem przeczytałem rzecz jasna część tego rozdziału poświęconą Biblii. Pinker szkicuje czytelnikowi dzieje zbawienia widziane przez pryzmat przemocy. Cytuję i tłumaczę jednocześnie:
Biblia jest jedną długą celebracją przemocy.
Już jej pierwsze rozdziały ukazują ludobójstwo niespotykane w dziejach: ginie jedna czwarta całej populacji! Pinker cytuje nawet Raymunda Schwagera, katolickiego teologa, zajmującego się tematem przemocy:
Stary Testament zawiera ponad sześćset fragmentów, które otwarcie mówią o narodach, królach oraz pojedynczych ludziach,  którzy atakują, niszczą i zabijają innych…
Schwager stwierdza przy tym, że kolejne setki wersów mówią o zaangażowaniu Boga w przemoc. Cytat ten przypomniał mi kryminał Larssona, zadeklarowanego socjalisty, pod znamiennym tytułem „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Dobrze napisana książka prezentuje świat współczesnej Szwecji, bardzo egzotyczny dla księdza z małego miasteczka, którym jestem, a podejrzewam, że również dla większości moich parafian. Obok głównego bohatera, zaangażowanego w trójkąt miłosny i wiele przelotnych „przyjacielskich” romansów spotykamy jego nastoletnią córkę, która, ku jego utrapieniu, została właśnie chrześcijanką. Nie zdradzając za dużo z intrygi, pomaga ona ojcu w sprawach Biblii. Chodzi o serię cytatów z Pięcioksiegu, z których każdy mówi o przemocy wobec kobiet, trzeba przyznać, dość mocnych cytatów (powiedzmy, nie nadawałyby się na materiał do niedzielnego kazania albo osobistej medytacji Pisma). Przesłanie Larssona jest proste – psychopata w straszliwy sposób znęcający się nad przypadkowymi ofiarami, czerpie „duchową strawę” z nakazów Prawa Mojżeszowego. Jest to obecne w kulturze dość szeroko, tak przypuszczam – to spojrzenie na Biblię jako na księgę mroczną, opresyjną. Któż z fanów dobrego, amerykańskiego kina nie pamięta tej strasznej sceny, gdy Samuel L. Jacson w tarantinowskim „Pulp Fiction” cytuje księgę Ezechiela, dwudziesty piąty rozdział, przed egzekucją na zlecenie mafii. Stwierdza potem: 
Myślałem, że to niezły tekst przed skasowaniem klienta.
Zasadniczo, refleksja Pinkera nad Biblią pokrywa się z punktem widzenia Larssona czy Tarantino. Nie przytacza on przy tym poglądów przeciwnych, jego analiza przemocy w Biblii jest czysto ilościowa. Było to dla mnie rozczarowaniem, gdyż cytowany wyżej Schwager, jeden z nielicznych teologów przytaczanych na kartach „the Better Angels of Our Nature”, był zwolennikiem głębszego i według mnie bardziej realistycznego podejścia. Sam odnalazł je w myśli jednego z najbardziej kontrowersyjnych antropologów naszych czasów, Rene Girarda. Znany jest zwłaszcza z opracowania mechanizmów kozła ofiarnego, ale jego zainteresowania są szersze; od analizy wielkich powieści po totalną apologię chrześcijaństwa. Dużo tu bardzo ciekawych rzeczy, chcę jednak tutaj skupić się na jednej prostej uwadze, jaką Girard, a za nim Schwager czynią na temat religii i przemocy. Pinker dokładnie rozprawia się w swojej książce z mitem „dobrego dzikusa”, pokazując skalę przemocy wśród prymitywnych ludów. Lektura tego fragmentu jego książki nie była dla mnie zaskoczeniem, wcześniej to samo spotkałem u Girarda. Różnica polega jednak na tym, iż Girard więcej uwagi poświęca przemocy wewnątrz plemion, natomiast Pinker dokładnie analizuje przemoc zewnętrzną, to jest wojny, zasadzki na członków innych grup, porwania podróżnych, etc. Girard zauważa, że przemoc wewnętrzna mogłaby doprowadzić do samozagłady wielu wspólnot lub przynajmniej do daleko idącego zniszczenia. Co sprawia, że mroczne siły, takie jak nienawiść, złość, a zwłaszcza – zazdrość i pożądanie, nie doprowadzają jednak tych ludzi do zagłady? Według autora koncepcji kozła ofiarnego, nieocenioną rolę gra tu religia. Mówiąc krótko – pierwotne kulty pierwotnych ludzi, pełne często rytualnej przemocy, a nawet ofiar z ludzi, mają ostatecznie na celu zmniejszenie napięcia wewnątrz grup.
Prymitywna i niedoskonała jest ich pogańska wiara, ale, według Girarda – dosłownie ratuje życie, zmniejszając, lub regulując wybuchy przemocy. O ile Pinker wrzuca wszystkie religie do jednego worka, gdyż wszystkie mówią o przemocy, to Girard potrafi nie tylko dostrzec, że niektóre z nich starają się ową przemoc opanować. Girard widzi także wielką tradycję religijną, która potrafiła z biegiem czasu zlikwidować pogaństwo i zmienić relacje miedzy ludźmi tak, jak drożdże przemieniają zakwaszoną nimi mąkę. Według niego, Biblia zawiera w sobie nie tylko „jakiś sposób na przemoc”. Więcej – tak, jak zawiera się w niej, według chrześcijan, objawienie prawdy o Bogu i człowieku, tak Biblia objawia również prawdę o ludzkiej przemocy.
Proces uspokojenia, swoistej „pacyfikacji”, który Pinker przypisuje rzeczom takim jak empatia, rozum czy samokontrola oraz potędze państwa („Lewiatan” z myśli Hobbesa), dla Girarda jest owocem ewangelizacji świata – poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli. Prawdą nawracającą katów i ocalającą ofiary ma być specyficzna tendencja Boga Starego Testamentu do stawania po stronie ofiar, czy to jednostek, czy narodów. To pierwsza różnica pomiędzy Nim a pogańskimi bożkami. Druga to nacisk na sferę ludzkich pragnień; w dekalogu, który zakazuje szeregu form przemocy, od zabójstwa po kradzież, znajdujemy przecież genialne „nie pożądaj”, godzące w źródło ludzkich grzechów. Nowy Testament to zaś objawienie Krzyża. Pełne przemocy opisy strasznej egzekucji są Ewangelią, gdyż otwarcie mówią o tym, co się zdarzyło. Ludzie zabili Niewinnego bez żadnego dobrego powodu, a Bóg stanął ostatecznie po Jego stronie. Ciekawe jest rozważyć w tym kontekście, jakie zarzuty najczęściej stawiane są Kościołowi i co mają wspólnego właśnie z Męką Chrystusa?
Błąd Pinkera widać najlepiej w tym, jak dużą negatywną rolę przyznaje religii, nie dostrzegając przy tym, że już sam prosty fakt jej istnienia sugeruje, że była i jest czymś bardzo ważnym dla ludzi. Pogaństwo, ze swymi mitami w fałszywy sposób, choć do pewnego stopnia skuteczny, pomagało ludziom panować nad przemocą. Chrześcijaństwo zaś, ze swoją prawdą, pokonało pogaństwo i stworzyło świat, w którym przemoc musi się ukrywać i w którym ciągle topnieje. Autor „the Better Angels of Our Nature” zdaje się nie dostrzegać tego, że nurt liberalnej i ateistycznej myśli, do którego należy, rozwinął się nie przez przypadek w ramach cywilizacji zachodniej, niegdyś na wskroś chrześcijańskiej. Z drugiej strony, nie sposób wręcz uciec przed tą prawdą – być może dlatego na okładce swojego dzieła umieścił obraz przedstawiający mężczyznę z nożem, związanego chłopca i anioła, chwytającego rękę z narzędziem mordu. Pinker nie wierzy w Boga, który posłał owego anioła, ale jego świetnie udokumentowana książka o zmniejszeniu się przemocy między ludźmi jest tak naprawdę wielką apologią chrześcijaństwa.