whos.amung.us

poniedziałek, 26 stycznia 2015

PiS po Smoleńsku

Autor: Aleksander Chłopek

A bardziej konkretnie – gliwicki PiS. To już jest chyba ostatni moment, by to pytanie postawić.
 
Właściwie to nie ma nigdy dobrej chwili, by dzielić się swoimi krytycznymi uwagami i wątpliwościami na temat partii opozycyjnej. Partii, wobec której często tworzy się przemysł pogardy, a prawie zawsze atmosferę niechęci i lekceważenia i której się odbiera demokratyczne prawa opozycji. A jej elektoratem gardzi.
 
Nie ma dobrego czasu także i dlatego, że u nas zawsze są jakieś wybory, a jak nie wybory to sprokurowana wpadka polityków opozycji i w związku z tym dokładać i szkodzić nie wypada.
 
Jest jednak i tak, że dla prawdy nie ma chwil lepszych czy gorszych. Prawda jest poza czasem. I w imię prawdy zawsze trzeba stawiać pytania, wyjaśniać problemy i sytuacje. Pamiętając, że zło chce, by ci, którzy znają prawdę, milczeli.
 
Najczęściej jest tak, że ci, co czynią zło, liczą na milczenie. Oni dobrze wiedzą, że po stronie dobra przeważa ta sfera wrażliwości, która skłania do milczenia. Precyzyjnie i poetycko zauważył to już dawno temu Ryszard Krynicki: „Nie ze strachu, lecz by nikogo nie zranić/ skrywamy czasem swoją nędzę./ Niekiedy czynimy tak z prawdą.”
 
Więc miałem z tą moją prawdą kłopoty, czekałem, by nie szkodzić i nikogo nie zranić. By czas zrobił swoje, uspokoił, wyciszył emocje. Ale wyrzucić to z siebie muszę, choćby po to, by złu nie sprzyjać. I nie tylko dlatego – również po to, by bronić swego dobrego imienia. Bo pozbywano się mnie z Prawa i Sprawiedliwości w sposób dla mnie przykry i wymagający wyjaśnienia. Choć wiem, że tych wyjaśnień się pewnie nie doczekam. Pomimo tego, a właściwie dlatego, muszę pytania stawiać. A ponieważ dotychczasowe próby dochodzenia do prawdy drogą przewidzianą statutowo w partii przynosiły skutek odwrotny, więc czynię to publicznie.
 
Odniosę się tylko do kilku spraw najważniejszych, takich, które trwają w pamięci gliwickich pisowców do dziś i poruszają najmocniej. Trzeba więc, czytając, mieć świadomość, że to tylko wierzchołek.
 
Dlaczego ważne funkcje w PiS powierza się osobom o niejasnym życiorysie? Nie chodzi tylko o kontrowersyjne fakty z przeszłości, bo nawet wielu chrześcijańskich świętych miało swoje upadki (ważne, jak się z nich podnosiło), ale o tzw. białe plamy. O całe okresy w życiu, o których nic nie wiadomo, jakby bohater życiorysu przechodził co jakiś czas w stan hibernacji. Z takim życiorysem spotykamy się w przypadku posła Piotra Pyzika.
 
Dlaczego żadnych zastrzeżeń nie budzi ponad 30.-letnia i do dziś aktywna zażyła znajomość p. Pyzika z kimś, kto przez lata uchodził za opozycjonistę, a okazał się (w świetle materiałów ujawnionych 6 lat temu przez IPN) b. TW?
 
Dlaczego nie wyjaśniono sprawy (którą można nazwać aferą drukarni widmo) z wyborów parlamentarnych w 2001 roku, kiedy uniemozliwiono przeprowadzenie kampanii mnie i (podobno) jeszcze czterem kandydatom? Nasze materiały złożono w drukarni, która miała wykonać zlecenie szybko, tanio i rzetelnie. Po 3 tygodniach, a na 10 dni przed wyborami okazało się, że drukarnia nie istnieje, materiały wyborcze zniknęły. Konsekwencje były łatwe do przewidzenia - PiS w okręgu poniósł kęskę, uzyskaliśmy jeden mandat. Bardzo aktywny w tej sprawie wydawał się być p.Pyzik. Może też został przez kogoś wprowadzony w błąd? - nie wiemy, bo afery nie wyjaśniono. A wyjaśnienie tego oczywistego sabotażu na szkodę PiS miało szanse uwolnić p. Pyzika od wszelkich niejasności. Niejasności, które wróciły z całą mocą po 2008 roku, gdy poraził nas fakt, że przez prawie 30 lat pozostawał on pod koleżeńską opieką tajnego współpracownika. Jak w takiej sprawie nie stawiać pytań?
 
Pół roku później poproszono mnie o przyjęcie funkcji przewodniczącego PiS w Gliwicach, a p. Pyzik zniknął w Warszawie, ubiegając się tam o pracę w administracji Prawa i Sprawiedliwości. Z życiorysu by wynikało, że dla tego 44-letniego mężczyzny była to pierwsza praca w życiu. Ale za to dobra i zaszczytna.
 
Dlaczego nie wyciągnięto żadnych konsekwencji z afery narkotykowej w gliwickim Forum Młodych PiS? Ujęty w 2004 roku w kotle policyjnym w Gliwicach gang składał się z trzech młodych ludzi, członków FM. Opiekun gliwickiego Forum Młodych, pan S. (nazwiska nie ujawniam, bo jest poza polityką i ma prawo sobie tego nie życzyć), członek Rady Politycznej PiS, był co najmniej politycznie za tę aferę odpowiedzialny. Surowe konsekwencje wobec niego zapowiadał ówczesny śląski koordynator partyjny, którym dopiero co został p.Pyzik. Pan Pyzik swoje radykalne stanowisko jednak dość szybko zmienił i pana S. zamiast przykrych konsekwencji spotykały znów wyróżnienia - wysokie miejsca na kolejnych listach wyborczych i odpowiedzialne funkcje.
 
W sytuacji, gdy wszyscy są równi, ale niektórzy bezkarni i jeszcze nagradzani, coraz trudniej było zarządzać partią, podrywać ludzi do kolejnych akcji zbierania podpisów i zaangażowania w trzy zbliżające się wyborcze kampanie. W końcu jednak coś pękło - p.S. zerwał demonstracyjnie z PiS, przyjaciel p.Pyzika okazał się zaś w świetle dokumentów IPN tajnym współpracownikiem, a na Śląsk oddelegowany został inny koordynator. Wyglądało na to, że mój upór w dochodzeniu do prawdy przyniósł pożądany skutek, a słowa sprawiedliwość i prawo odzyskały prawdziwe znaczenie.
 
Po 10. kwietnia 2010 roku p.Pyzik wrócił do Gliwic. Z jakąś bliżej nieokreśloną misją – takie przynajmniej przekazywał wszem wobec informacje. Ja kandydowałem po raz trzeci na prezydenta Gliwic. Szybko pojawiły się problemy. I pytania.
 
Dlaczego p.Pyzik wspierał w wyborach samorządowych 2010 konkurencyjny komitet wyborczy? A może nie wspierał, może na spotkaniu wyborczym konkurencyjnego komitetu znalazł się przypadkiem? Jednak jego (i nie tylko jego) tam obecność wprowadzała znaczny wśród naszych wyborców dysonans poznawczy. Wiedzieliśmy przez kogo ten komitet jest wspierany i mieliśmy podstawy sądzić, że powstał tylko i wyłącznie po to, by odebrać nam część wyborców. I odebrał skutecznie, choć sam nikogo do Rady Miejskiej nie wprowadził.
 
Na przełomie 2010/11 r. musiałem się rozstać z moim dotychczasowym dyrektorem Biura, p. Wieczorkiem. W jakiś czas potem zatelefonował do mnie jeden z najważniejszych polityków PiS na Śląsku z pytaniem, czy wiem, ze mój b. dyr. Biura otworzył działalność gospodarczą? I czy wiem, że tego typu działalność można prowadzić, gdy się ma możnego protektora? Odpowiedziałem, że ja wchodząc do polityki w 2002 roku zamykałem swoją bardzo intratną działalność gospodarczą, a on przeciwnie. Powszechnie wiadomo, że w dzisiejszej polskiej rzeczywistości trudno być aktywnym politykiem i jednocześnie przedsiębiorcą, zwiększa się pole nacisku i uzależnień, sam się o tym szybko przekonałem i stąd moja decyzja. A co do możnego protektora, to się mogę domyślać, ale pewności nie mam.
Niejasności wokół p.Wieczorka narastały, więc 21.czerwca 2011 zwołałem posiedzenie gliwickiego Komitetu PiS, wcześniej go poinformowałem, że postawię mu kilka kłopotliwych pytań. W trakcie zebrania nie potrafił zarzutów wyjaśnić, a do protokołu wniósł mało znaczące poprawki. Protokół tego posiedzenia przesłałem pocztą elektroniczną obecnym wówczas członkom, otrzymałem i przechowuję akceptujące od nich maile.
 
Protokół otrzymał również wspomniany wyżej śląski polityk. W nim mógł przeczytać m.in. o zatrudnieniu w Biurze przez p. Wieczorka firmy ochroniarskiej. Bez mojej wiedzy. Fakt, atmosfera była wówczas po morderstwie w Łodzi napięta, jednak żadne Biuro w okolicy nie podjęło takiej decyzji, ani podjąć nie myślało. Dość powszechnie przecież wiedziano, że ochroniarskie firmy zazwyczaj są prowadzone przez b.służby. Polityk nie zauważył, że to jest być może jakiś ślad prowadzący do „możnego protektora”. Co oczywiście nie przesądza, że tak jest.
 
Czy problemy zawarte w tym protokole w jakikolwiek sposób zostały wyjaśnione? Nic o tym nie wiem. Jeżeli jednak tak, to byłbym tych wyjaśnień ciekawy. Bo nie mogła to być dla p. Wieczorka sprawa łatwa. Raczej należy sądzić, że „dotknęła” go abolicja, skoro został szefem PiS i kolejny raz radnym. Tylko czy można kandydować na tak ważne stanowiska z niewyjaśnionym fragmentem życiorysu?
 
I pytanie do mojego wówczas zastępcy w gliwickim Komitecie PiS. Miałeś, Marku, z nas wszystkich najbardziej krytyczną i wyjątkowo negatywną ocenę Piotra Pyzika. Nie kryłeś się z tymi uczuciami i było to dla wszystkich zrozumiałe, choć u większości z nas niechęć do tego pana łagodzona była pewnego rodzaju współczuciem. Co się takiego stało, że 15 czerwca 2011 r. na posiedzeniu Zarządu Okręgu 29 w Bytomiu zgłosiłeś p. Pyzika na kandydata do wyborów parlamentarnych? Co było przyczyną tej metamorfozy? I dlaczego pominąłeś dotychczasową procedurę i zgłosiłeś go bez uzgodnienia, choćby telefonicznego, z Zarządem PiS w Gliwicach i ze mną, przewodniczącym? Nigdy wcześniej kandydatura Pyzika nie była brana pod uwagę w żadnych wyborach. Nikomu by nawet do głowy nie przyszła myśl o postawieniu takiej propozycji. I nie bez powodu. Choć niektórzy się go bali, bo afiszował się poparciem bardzo wysokiej rangi polityka.
 
Zostałeś rok wcześniej upokorzony, w ostatniej chwili zdjęto Cię z jedynki na liście wyborczej do Sejmiku Śląskiego i wstawiono Pyzika. Rozumieliśmy Twoje rozgoryczenie, a nawet gniew. W tej sprawie natychmiast poprosiłem o rozmowę z Prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Wyszedłem z niej z przekonaniem, że była to decyzja jednorazowa i się nie powtórzy.
 
Ale ktoś chciał, by się powtórzyła. I wymyślił, że w tym celu wystarczy tylko udowodnić p. Prezesowi, że nie mówiłem prawdy, bo p.Pyzik cieszy się absolutnym poparciem gliwickiej organizacji. Wiedziano, że zdyskredytuje się moją wiarygodność, jeżeli kandydaturę Pyzika zgłoszą Gliwice, a najlepiej osoba poszkodowana, która nie chowa urazy, fakt swojego  niedawno  wyeliminowania uważa, po przemyśleniu, za słuszny. I tak się stało. Wprawiłeś nas wszystkich w osłupienie. Pytany później, odpowiadałeś, że to był żart, że nie sądziłeś, że ktoś to weźmie na serio. Jednak wzięto i wiedziałeś, że tak będzie. Dlatego po paru dniach z tego głupiego, przyznasz, tłumaczenia wycofałeś się. Ale przyczyn wiarygodnych nie podałeś, choć przysłałeś mi maila, w którym próbowałeś swoją decyzję wyjaśnić – dla mnie nieprzekonująco. Do dziś pozostają otwarte pytania: czy ktoś Cię, Marku, do tego skłonił? Czy miało to jakiś związek z Twoimi bliskimi relacjami z towarzystwem, który współtworzą b. tajny wspólpracownik oraz obecny poseł PiS?
 
Jest wiele pytań - tylko szczera odpowiedź na nie może wyjaśnić przyczyny niezwykłych zdarzeń, jakie miały miejsce w gliwickim PiS od połowy 2010 roku. Powtórzę - znamienne, że niemal zaraz po tragedii smoleńskiej. Czyżby b. służby uaktywniły się tak gwałtownie z powodu moich jednoznacznych wówczas wypowiedzi o zamachu i radykalizacji poglądów w licznych wypowiedziach sejmowych i publikacjach? Czyżby?
 
I wreszcie sprawa dla mnie najboleśniejsza. Zbigniewa Ziobrę zapraszałem do Gliwic od roku 2006. Obiecywał i ciągle coś wypadało, przenosiliśmy wizyty na każdy następny rok. W ciągu 6 lat odwiedziło Gliwice, głównie na moje zaproszenia, blisko 30 posłów, dwukrotnie pan Prezes, a na ministra Ziobrę czekaliśmy. W 2011 obiecał już na pewno, że będzie. Pojawił się termin wizyty, powiadomiłem o tym Warszawę. W drodze ze spotkań wyborczych z Opola do Raciborza miał p. Ziobro dwie godziny dla Gliwic. Wynająłem salę, rozesłałem zaproszenia, zapowiadało się dobre, z pełną salą gliwiczan, spotkanie. Półtorej godziny przed nim zatelefonował p. Ziobro. Usłyszałem: „Panie Aleksandrze, przed chwilą zadzwonił pan Prezes i nie wyraził zgody na moją wizytę, co więcej, ostrzegł mnie, że jeżeli spotkanie się odbędzie, to poniosę odpowiedzialność za wyniki wyborów w Gliwicach. Ja mimo tego decyduję się przyjechać, ale proszę, by na spotkaniu był p. Pyzik.” Odpowiedziałem: „Nie tylko p. Pyzik, ale będą i pozostali kandydaci, bo ich zaprosiłem. Proszę jednak nie przyjeżdżać, panie Ministrze. Nigdy bym sobie nie darował, gdyby moja osoba i spotkanie w Gliwicach miało być przyczyną jakichkolwiek nieporozumień między Prezesem a Panem. Pańską nieobecność jakoś usprawiedliwię „powodami obiektywnymi”, a spotkanie sam poprowadzę z kandydatami, którzy przyjdą.” I tak się stało. Pyzik też był. Zachowałem się przyzwoicie i lojalnie, tak jak należało. Wartość zgody i jedności w PiS była dla mnie ważniejsza od osobistych korzyści wyborczych, które bym uzyskał ze spotkania z Ministrem. O żadnym spisku „Ziobrystów” nie słyszałem i wątpię, czy był. Ta sytuacja chyba dość wymownie o tym świadczy.
 
Ale długo nie mogłem dojść do siebie po tym zdarzeniu. I do dzisiaj nie mogę zrozumieć, co się stało, jak mógł p. Prezes sądzić, że spotkanie w Gliwicach ze Zb. Ziobro mogło negatywnie wpłynąć na wyniki wyborów?! W sytuacji, gdy dla nas było oczywiste, że Pyzik w roli „lokomotywy” na liście ciągnie nas w dół, prowadzi do klęski. I doprowadził.
 
Nie obwiniam pana Prezesa, że miał do mnie ograniczone zaufanie. Przecież byłem – co z tego, że przez moment - w PZPR. Zawsze, gdy chciano mnie zdyskredytować, wypominano mi ten fakt. A ja nie miałem na swoją obronę nic, żadnych dokumentów, ani żadnych świadków. Służby, skoro mnie nie mogły zwerbować, zadbały o równie skuteczną formę politycznego dyskredytowania. Z moich akt usunięto prawie wszystko, co mogło świadczyć o moich zasadach i nieugiętej postawie (przepraszam za brak skromności, lecz poniżany przez lata, mam do tego prawo). Świadkowie, proszeni przeze mnie o opisanie tamtych zdarzeń wykręcają się brakiem pamięci albo po pierwszej rozmowie nie odbierają telefonu i unikają na ulicy. I wiem, że nie ze złej woli - ze strachu. Tak mocno do dziś w ludziach siedzi! Na szczęście nie dotyczy to wszystkich. I na szczęście parę miesięcy temu uzyskałem z archiwum dokumenty, uwalniające mnie od podejrzeń i insynuacji związanych z pezetpeerowską przeszłością. Nie służyłem pezetperowi, a gdy przyszedł czas, miałem odwagę i zapłaciłem wysoką cenę za obronę Solidarności i uczniów. (http://1312eksa46.salon24.pl/598758,polska-wola-o-ludzi-sumienia)
 
Więc co mógł zrobić p. Prezes przy tych wszystkich, preparowanych przez ludzi złej woli (w dużej części służbowo), donosach, oskarżeniach, pomówieniach? Także i ze środowisk prawicowych, też przecież niewolnych od wpływów różnej maści „widnych, tajnych i dwupłciowych” współpracowników. Ale nie przestaję sam siebie pytać: jakie musiały padać oszczerstwa pod moim adresem, że podjął p. Prezes aż tak drastyczną i krzywdzącą mnie decyzję? I jacy „inni szatani byli (w tym) czynni”?
 
Wiem, że odpowiedź na to pytanie - odpowiedź choćby tylko przed sobą - bardzo może panu Prezesowi pomóc w wyjaśnieniu różnych sytuacji i rozpoznaniu sił, które wokół niego intrygują. I to jest główna przyczyna, dla której publikuję ten tekst. Bo nie tylko o mnie tu chodzi - ja jestem poza partią i poza wyborczymi ambicjami, nie oczekuję niczego, ale Pan Jarosław Kaczyński ma z racji pokładanych w nim nadziei i z racji ciągle wielkich możliwości, ważne do spełnienia zadania. Dla Polski ważne.
 
Mam prawo publicznie dochodzić do prawdy, skoro nie można było inaczej. Ja się nie ubiegałem i nie prosiłem o szefowanie gliwickiemu PiS-owi. Mnie o to poproszono. Podjąłem się tej misji (tak – misji!) z pełną świadomością ogromnych strat zawodowych i finansowych, które z tego tytułu poniosę. Zrezygnowałem z pracy, dającej mi ogromną satysfakcję, a także z działalności gospodarczej, przynoszącej zyski, przewyższające poselskie uposażenia. Zresztą, by być posłem, nawet wtedy nie marzyłem. Ale nie mam do nikogo pretensji, nie wystawiam rachuków. To była moja świadoma decyzja, w którą wpisane było ryzyko.
 
Mam prawo do oceny i krytyki, choć sam jestem mocno niedoskonały, mam tego pełną świadomość. Udało mi się jednak przejść przez trudne okresy życia (łatwych było niewiele)) godnie dlatego, że ani stanowiska, ani pieniądze nie były dla mnie nigdy istotną wartością. Więc mogę napisać, że mam prawo do krytyki i oceny, bo zawsze podejmowałem się zadań zawodowych oraz publicznych i społecznych nie z myślą o własnych korzyściach. Za to z mocnym przeświadczeniem, że do polityki idzie się nie po kasę, wpływy i atrakcyjne życie. Lecz by służyć. Podobnie traktowałem pracę nauczyciela.
 
Świadczyłem o tym swoim życiem, także w Sejmie – byłem parlamentarzystą, który po dwóch kadencjach zubożał. To rzadki przypadek. Wystarczy sprawdzić i porównać moje pierwsze i ostatnie oświadczenia majątkowe. I porównać z zapobiegliwością finansową dzisiejszego gliwickiego posła PiS-u. Nie interesowały mnie też kombinacje na delegacjach, kilometrówkach, zwrotach za noclegi na wyjazdach i nie wiem, co tam jeszcze leżało w poselskich możliwościach finansowych. Większość moich kolegów i koleżanek miało prawo korzystać z tych finansowych przywilejów, ja ich nie krytykuję. Pozostałych też nie, każdy musi to rozważyć w swoim sumieniu. Ja tylko akcentuję, że jestem inny. Frajerem, słyszałem często, w pracy zawodowej też. Nie szkodzi, lubię u siebie tę przypadłość. A nawet ją pielęgnuję. I tak już zostanie.
 
Ostatnio w wąskim gronie prawicy gliwickiej uniemożliwiono mi postawienie p. Wieczorkowi, kandydatowi na prezydenta Gliwic, kilku ważnych pytań. Uniemożliwiono dość brutalnie, używając mocniejszych niż frajer, określeń. Także i dlatego powstał ten tekst.
 
Bo jak mamy wygrać Polskę, wolną, prawdziwie niepodległą, wreszcie prawą i sprawiedliwą, gdy boimy się kilku pytań, co nienowe? Gdy boimy się prawdy?
 
Dwuletnia kwerenda po archiwach bardzo mi pomogła. Dzięki niej mogłem spojrzeć na swoje 40 lat dorosłego życia, jak na obiekt badawczy, materiał do analiz i refleksji. I wyraziście ujrzeć, że każda z tych 4 dekad była bliźniaczo do siebie podobna. I każda z poważną ingerencją służb, także w życiu prywatnym. I podobnie w III RP, kiedy już na początku tzw. transformacji odwoływano mnie z Zarządu Miasta (dla porządku - wraz z całym składem) w trakcie przygotowywania przeze mnie zmian komisarycznych w wojskowym kierownictwie Piasta Gliwice.
 
Dziś na szczęście możemy o tym pisać i sprawy badać. Jeszcze możemy.
 
Przykład Gliwic w żadnej mierze nie może być uogólniany i przekładany na sytuację typową dla Prawa i Sprawiedliwości w terenie. Tak nie jest. Znam z licznych rozmów z koleżankami i kolegami przeróżne sytuacje w okręgach. Bywają konflikty, wewnętrzne walki, osobiste animozje, jak zawsze w polityce. Ale nigdy nie na taką skalę i nie z służbami w tle. Przykład Gliwic jest wyjątkowy, tak jak wyjątkowy jest w roli polityka Piotr Pyzik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz