whos.amung.us

wtorek, 27 stycznia 2015

O wojnie ekonomicznej i kolaborantach

Autor: Integrator
 
Gdyby ktokolwiek miał problem a chciał możliwie trafnie określić stan aktualnych relacji ekonomicznych między Unią Europejska i Rosją to ja służę pomocą i śpiesznie wyjaśniam, że to się nazywa wojna. Przywykliśmy co prawda używać tego słowa gdy słychać świst kul a niebo przeszywają rakiety, ale dobrze wiemy, że są dziś bardziej wyrafinowane sposoby wydzierania przez jedną nację drugiej tego na czym jej tak bardzo zależy. Można co prawda wciąż starym sposobem zbrojnie najechać sąsiada (nie inaczej wygląda to dziś na Ukrainie), ale to bezwzględnie pociąga za sobą także straty własne, gorzej, zniszczeniu może ulec obiekt pożądania. A przecież można wziąć to wszystko po cichu i bez tarmoszenia. Tak rzeczy ruchome, jak i nieruchome. Co tylko dusza zapragnie. Przy odrobinie wysiłku i za niewielkie pieniądze. Spójrzcie tylko jak to ładnie wygląda w praktyce.
 
U nas dla przykładu można kupować ziemię całymi hektarami. Co prawda na razie tylko przez podstawione słupy, ale od 2016 będzie mógł robić to każdy bez najmniejszego problemu. Ba, chętni na taki deal będą mogli przebierać w ofertach do woli bo już teraz postępująca nędza zmusza tysiące Polaków do wyzbywania się swej ojcowizny. Dalej, można kupować fabryki a nawet całe koncerny. Potem je zamykać jeśli są konkurencją dla fabryk „najeźdźcy” albo pod groźbą zamknięcia, wykorzystując tanią siłę roboczą zarabiać tu krocie. W takim wariancie wystarczy rozpocząć transfer zysków do własnego kraju drenując w ten sposób system finansowy państwa „okupowanego”. Celem kupna jednakoż nie zawsze musi być zysk kapitałowy, nie musi być nim także zamiar zabicia konkurencji. Można kupować całe przedsiębiorstwa po to tylko by zablokować dotychczasowemu odbiorcy możliwość uniezależnienia się od „najeźdźcy” drogą inwestowania we własne źródła energii. Na ten właśnie przykład Rosja kupiła koncesje na polskie „łupki”. Nikt inny nie będzie mógł tego gazu wydobywać, nie będzie robiła tego też Rosja bo ma własny gaz, który chce nam sprzedawać. I sprzedaje a my kupujemy po cenach najwyższych z całej Unii. Abstrahując od tych cen, wykupienie koncesji na gaz łupkowy to klasyczna blokada pola do rozwoju, w tym przypadku rozwoju konkurencyjnych źródeł energii. Nie inaczej jest z węglem. By „zaatakowany” kraj uciekając się do własnych zasobów nie wymknął się z energetycznego oblężenia, zasypuje się jego rynek węglem z własnych kopalń sprzedawanym po zaniżonych cenach. Poza zyskiem ze sprzedaży można go tak skłonić do wyhamowywania krajowego wydobycia. Jeszcze lepiej jeśli uda się za pomocą odpowiednich programów restrukturyzacji doprowadzić jego kopalnie do ruiny tak, że wcale zasadną będzie myśl by pozbyć się tego kłopotu raz na zawsze i ten cały bajzel zwyczajnie sprzedać. Ale też nie byle komu. Najlepiej „najeźdźcy”, najlepiej za grosze, najlepiej za pośrednictwem podstawionych (czytaj zaprzyjaźnionych) firm. Ale gdyby i to było mało.  By zabezpieczyć się  już na przyszłość i kompleksowo w tym surowcowym temacie, można inicjować w organach ustawodawczych „najechanego” kraju rozwiązania, które pozwolą kupić „najeźdźcy” od razu także i złoża sąsiada. W tym te ukryte głęboko pod naszymi lasami. Ach właśnie, byłbym zapomniał, te przecież też można kupić. To przecież nie tylko ziemia ale ponad 400 miliardów złotych w samym tylko drewnie.
 
Nie wierzycie? Uwierzcie! To się dzieje na naszych oczach i jest to wojna bezpardonowa. Rosja toczy ją z Zachodem a my jesteśmy jednym z frontów tej wojny. W dodatku najcięższym bo jako najbliższy sąsiad „agresora” stanowimy dla niego naturalny kąsek.
 
Wiem z doświadczenia, że przyjdą tu zaraz różne „mądre” głowy, a posłuchawszy co opowiadam, zapytają mnie czy słyszałem o słowie „biznes” i prawach wolnego a globalnego rynku? Płonne nadzieje Panowie. To już nie jest wolny rynek a to co się u nas dzieje ma wszystkie znamiona ekonomicznej inwazji. Zajrzyjmy dla pewności do słownika. Wojna ekonomiczna to zbiór zamierzonych działań, których celem jest za pomocą narzędzi ekonomicznych przejęcie strategicznych części majątku danego państwa. Tak to mniej więcej leci. I choć piszę o Rosji to nie tylko ona występuje u nas w roli ekonomicznego „agresora”. Warto i o tym niuansie pamiętać.
 
Ale wracając do Rosji, bo jej zabiegi w tym temacie są niemal książkowe. Państwo to prowadzi wojny wielopoziomowe i wielowątkowe z centralnym ośrodkiem koordynującym te działania bez którego niewiele akcji zakończyłoby się sukcesem. Nie brakuje Rosji też determinacji, ważnego przecież w tym fachu czynnika. No, ale, przecież, mimo wszystko, jednak - nie oszukujmy się - bez pomocnej ręki wyciągniętej przez decyzyjne grupy „atakowanego” kraju, a choćby i tylko bez okazanej przychylności, ekonomiczny „agresor” nic nie byłby w stanie ugrać. Szczególnie gdy gra idzie o majątek będący częścią systemu bezpieczeństwa energetycznego kraju. I nie mam tu bynajmniej na myśli agentów, choć ich wkład w to dzieło jest bezsprzeczny. Moje myśli tym razem krążą wokół elit rządzących państwem. Jeśli są zdrowe, zabezpieczają strategiczne gałęzie w sposób szczególny, a już bezwzględnie złoża naturalne. Elity zainteresowane obroną interesów swojego kraju obejmują także w pierwszej kolejności ochroną strategiczne spółki przed zakusami sąsiadów. Bez takiego parasola i tego wysiłku każde zderzenie się z interesem ekonomicznym silniejszego państwa kończy się masakrą. A na prawdę niewiele potrzeba dla pokoleniowej tragedii. Wystarczy, że zawładną państwem elity chore, słabe i wyzute z poczucia międzypokoleniowej więzi, a od razu to co wspólne postrzegają jako swoje. Jako towar podlegający li tylko prawom popytu i podaży. Dziś trzon polskiego rządu to właśnie tego typu ludzie. Ale nie brakuje i pomniejszych kolaborantów pośród nas.
 
Przypomniała mi się właśnie głośna sprawa sprzed laty gdy Rosjanie toczyli zażartą walkę z Wielką Brytanią o  kontrolę nad koncernem British Petroleum (to te zielone stacje paliwowe z znaczkiem BP). Rosja próbowała przejąć go w sposób wyjątkowo agresywny, i w wyniku pewnych operacji udało się jej nawet na chwilę pozyskać większość we władzach tej spółki. Tam naprawdę było bardzo ostro a w obronę koncernu zaangażował się od początku i z całą mocą brytyjski wywiad.  Z resztą nie tylko ten jeden. Ostatecznie próba przejęcia przez Rosję strategicznej dla Anglików firmy nie powiodła się, i z tego co czytałem wciąż należy do Brytyjczyków. Jakże groteskowo w obliczu takiej determinacji, brzmi informacja o wyprowadzeniu przez rosyjskojęzyczne sprzątaczki firmowej dokumentacji z siedziby Orlenu? Albo wyzbywania się udziałów w państwowym gigancie ubezpieczeniowym, bankach i innych składowych naszego narodowego majątku? Także tego o znaczeniu strategicznym!


Bądźmy szczerzy. O nasz majątek nikt nie musi się specjalnie starać.  Wystarczy złożyć ofertę i czekać a na pewno ktoś się zgłosi. Może tylko by pogadać, a może by się dogadać.
 
No dobrze ale po co ja to wszystko piszę? Po to by przeczytać to mogli ci którym tak już wyprano mózgi, że nie potrafią wyciągnąć wniosków chociaż widzą jaki syf nam zrobiono w kraju. Daj Boże by przeczytawszy to zaczęli myśleć choć odrobinę inaczej. Trzeba im choć tyle pamiętać, że wojna ekonomiczna ma to do siebie, że odpór „najeźdźcy” może dać już zaledwie garstka ludzi w gestii których leży zarządzanie własnością narodu. Głównie od  kondycji moralnej tych ludzi zależy, czy węgiel z Rosji dalej będzie zalewał nasz rynek, czy sprzedamy kopalnie, które odbudowuje się latami albo czy wyzbędziemy się złóż których przecież "odbudować" się nie da. Piszę także dla jasności, żeby nikt nawet przez chwilę nie błądził, że ten rząd może pracować dla dobra naszego kraju. Zrozum - ty który to czytasz - ci ludzie to kolaboranci. Gotowi do współpracy z każdym, choćby i ekonomicznym agresorem. Nie tylko na polu ekonomii, ale każdym innym. Jak trzeba ideologicznym, jak trzeba to i religijnym. Na każdym. Byleby udało się w końcu wyrwać z korzeniami wszystko to dzięki czemu wciąż trzymamy się w kupie.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz