whos.amung.us

wtorek, 27 stycznia 2015

O wojnie ekonomicznej i kolaborantach

Autor: Integrator
 
Gdyby ktokolwiek miał problem a chciał możliwie trafnie określić stan aktualnych relacji ekonomicznych między Unią Europejska i Rosją to ja służę pomocą i śpiesznie wyjaśniam, że to się nazywa wojna. Przywykliśmy co prawda używać tego słowa gdy słychać świst kul a niebo przeszywają rakiety, ale dobrze wiemy, że są dziś bardziej wyrafinowane sposoby wydzierania przez jedną nację drugiej tego na czym jej tak bardzo zależy. Można co prawda wciąż starym sposobem zbrojnie najechać sąsiada (nie inaczej wygląda to dziś na Ukrainie), ale to bezwzględnie pociąga za sobą także straty własne, gorzej, zniszczeniu może ulec obiekt pożądania. A przecież można wziąć to wszystko po cichu i bez tarmoszenia. Tak rzeczy ruchome, jak i nieruchome. Co tylko dusza zapragnie. Przy odrobinie wysiłku i za niewielkie pieniądze. Spójrzcie tylko jak to ładnie wygląda w praktyce.
 
U nas dla przykładu można kupować ziemię całymi hektarami. Co prawda na razie tylko przez podstawione słupy, ale od 2016 będzie mógł robić to każdy bez najmniejszego problemu. Ba, chętni na taki deal będą mogli przebierać w ofertach do woli bo już teraz postępująca nędza zmusza tysiące Polaków do wyzbywania się swej ojcowizny. Dalej, można kupować fabryki a nawet całe koncerny. Potem je zamykać jeśli są konkurencją dla fabryk „najeźdźcy” albo pod groźbą zamknięcia, wykorzystując tanią siłę roboczą zarabiać tu krocie. W takim wariancie wystarczy rozpocząć transfer zysków do własnego kraju drenując w ten sposób system finansowy państwa „okupowanego”. Celem kupna jednakoż nie zawsze musi być zysk kapitałowy, nie musi być nim także zamiar zabicia konkurencji. Można kupować całe przedsiębiorstwa po to tylko by zablokować dotychczasowemu odbiorcy możliwość uniezależnienia się od „najeźdźcy” drogą inwestowania we własne źródła energii. Na ten właśnie przykład Rosja kupiła koncesje na polskie „łupki”. Nikt inny nie będzie mógł tego gazu wydobywać, nie będzie robiła tego też Rosja bo ma własny gaz, który chce nam sprzedawać. I sprzedaje a my kupujemy po cenach najwyższych z całej Unii. Abstrahując od tych cen, wykupienie koncesji na gaz łupkowy to klasyczna blokada pola do rozwoju, w tym przypadku rozwoju konkurencyjnych źródeł energii. Nie inaczej jest z węglem. By „zaatakowany” kraj uciekając się do własnych zasobów nie wymknął się z energetycznego oblężenia, zasypuje się jego rynek węglem z własnych kopalń sprzedawanym po zaniżonych cenach. Poza zyskiem ze sprzedaży można go tak skłonić do wyhamowywania krajowego wydobycia. Jeszcze lepiej jeśli uda się za pomocą odpowiednich programów restrukturyzacji doprowadzić jego kopalnie do ruiny tak, że wcale zasadną będzie myśl by pozbyć się tego kłopotu raz na zawsze i ten cały bajzel zwyczajnie sprzedać. Ale też nie byle komu. Najlepiej „najeźdźcy”, najlepiej za grosze, najlepiej za pośrednictwem podstawionych (czytaj zaprzyjaźnionych) firm. Ale gdyby i to było mało.  By zabezpieczyć się  już na przyszłość i kompleksowo w tym surowcowym temacie, można inicjować w organach ustawodawczych „najechanego” kraju rozwiązania, które pozwolą kupić „najeźdźcy” od razu także i złoża sąsiada. W tym te ukryte głęboko pod naszymi lasami. Ach właśnie, byłbym zapomniał, te przecież też można kupić. To przecież nie tylko ziemia ale ponad 400 miliardów złotych w samym tylko drewnie.
 
Nie wierzycie? Uwierzcie! To się dzieje na naszych oczach i jest to wojna bezpardonowa. Rosja toczy ją z Zachodem a my jesteśmy jednym z frontów tej wojny. W dodatku najcięższym bo jako najbliższy sąsiad „agresora” stanowimy dla niego naturalny kąsek.
 
Wiem z doświadczenia, że przyjdą tu zaraz różne „mądre” głowy, a posłuchawszy co opowiadam, zapytają mnie czy słyszałem o słowie „biznes” i prawach wolnego a globalnego rynku? Płonne nadzieje Panowie. To już nie jest wolny rynek a to co się u nas dzieje ma wszystkie znamiona ekonomicznej inwazji. Zajrzyjmy dla pewności do słownika. Wojna ekonomiczna to zbiór zamierzonych działań, których celem jest za pomocą narzędzi ekonomicznych przejęcie strategicznych części majątku danego państwa. Tak to mniej więcej leci. I choć piszę o Rosji to nie tylko ona występuje u nas w roli ekonomicznego „agresora”. Warto i o tym niuansie pamiętać.
 
Ale wracając do Rosji, bo jej zabiegi w tym temacie są niemal książkowe. Państwo to prowadzi wojny wielopoziomowe i wielowątkowe z centralnym ośrodkiem koordynującym te działania bez którego niewiele akcji zakończyłoby się sukcesem. Nie brakuje Rosji też determinacji, ważnego przecież w tym fachu czynnika. No, ale, przecież, mimo wszystko, jednak - nie oszukujmy się - bez pomocnej ręki wyciągniętej przez decyzyjne grupy „atakowanego” kraju, a choćby i tylko bez okazanej przychylności, ekonomiczny „agresor” nic nie byłby w stanie ugrać. Szczególnie gdy gra idzie o majątek będący częścią systemu bezpieczeństwa energetycznego kraju. I nie mam tu bynajmniej na myśli agentów, choć ich wkład w to dzieło jest bezsprzeczny. Moje myśli tym razem krążą wokół elit rządzących państwem. Jeśli są zdrowe, zabezpieczają strategiczne gałęzie w sposób szczególny, a już bezwzględnie złoża naturalne. Elity zainteresowane obroną interesów swojego kraju obejmują także w pierwszej kolejności ochroną strategiczne spółki przed zakusami sąsiadów. Bez takiego parasola i tego wysiłku każde zderzenie się z interesem ekonomicznym silniejszego państwa kończy się masakrą. A na prawdę niewiele potrzeba dla pokoleniowej tragedii. Wystarczy, że zawładną państwem elity chore, słabe i wyzute z poczucia międzypokoleniowej więzi, a od razu to co wspólne postrzegają jako swoje. Jako towar podlegający li tylko prawom popytu i podaży. Dziś trzon polskiego rządu to właśnie tego typu ludzie. Ale nie brakuje i pomniejszych kolaborantów pośród nas.
 
Przypomniała mi się właśnie głośna sprawa sprzed laty gdy Rosjanie toczyli zażartą walkę z Wielką Brytanią o  kontrolę nad koncernem British Petroleum (to te zielone stacje paliwowe z znaczkiem BP). Rosja próbowała przejąć go w sposób wyjątkowo agresywny, i w wyniku pewnych operacji udało się jej nawet na chwilę pozyskać większość we władzach tej spółki. Tam naprawdę było bardzo ostro a w obronę koncernu zaangażował się od początku i z całą mocą brytyjski wywiad.  Z resztą nie tylko ten jeden. Ostatecznie próba przejęcia przez Rosję strategicznej dla Anglików firmy nie powiodła się, i z tego co czytałem wciąż należy do Brytyjczyków. Jakże groteskowo w obliczu takiej determinacji, brzmi informacja o wyprowadzeniu przez rosyjskojęzyczne sprzątaczki firmowej dokumentacji z siedziby Orlenu? Albo wyzbywania się udziałów w państwowym gigancie ubezpieczeniowym, bankach i innych składowych naszego narodowego majątku? Także tego o znaczeniu strategicznym!


Bądźmy szczerzy. O nasz majątek nikt nie musi się specjalnie starać.  Wystarczy złożyć ofertę i czekać a na pewno ktoś się zgłosi. Może tylko by pogadać, a może by się dogadać.
 
No dobrze ale po co ja to wszystko piszę? Po to by przeczytać to mogli ci którym tak już wyprano mózgi, że nie potrafią wyciągnąć wniosków chociaż widzą jaki syf nam zrobiono w kraju. Daj Boże by przeczytawszy to zaczęli myśleć choć odrobinę inaczej. Trzeba im choć tyle pamiętać, że wojna ekonomiczna ma to do siebie, że odpór „najeźdźcy” może dać już zaledwie garstka ludzi w gestii których leży zarządzanie własnością narodu. Głównie od  kondycji moralnej tych ludzi zależy, czy węgiel z Rosji dalej będzie zalewał nasz rynek, czy sprzedamy kopalnie, które odbudowuje się latami albo czy wyzbędziemy się złóż których przecież "odbudować" się nie da. Piszę także dla jasności, żeby nikt nawet przez chwilę nie błądził, że ten rząd może pracować dla dobra naszego kraju. Zrozum - ty który to czytasz - ci ludzie to kolaboranci. Gotowi do współpracy z każdym, choćby i ekonomicznym agresorem. Nie tylko na polu ekonomii, ale każdym innym. Jak trzeba ideologicznym, jak trzeba to i religijnym. Na każdym. Byleby udało się w końcu wyrwać z korzeniami wszystko to dzięki czemu wciąż trzymamy się w kupie.
 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

PiS po Smoleńsku

Autor: Aleksander Chłopek

A bardziej konkretnie – gliwicki PiS. To już jest chyba ostatni moment, by to pytanie postawić.
 
Właściwie to nie ma nigdy dobrej chwili, by dzielić się swoimi krytycznymi uwagami i wątpliwościami na temat partii opozycyjnej. Partii, wobec której często tworzy się przemysł pogardy, a prawie zawsze atmosferę niechęci i lekceważenia i której się odbiera demokratyczne prawa opozycji. A jej elektoratem gardzi.
 
Nie ma dobrego czasu także i dlatego, że u nas zawsze są jakieś wybory, a jak nie wybory to sprokurowana wpadka polityków opozycji i w związku z tym dokładać i szkodzić nie wypada.
 
Jest jednak i tak, że dla prawdy nie ma chwil lepszych czy gorszych. Prawda jest poza czasem. I w imię prawdy zawsze trzeba stawiać pytania, wyjaśniać problemy i sytuacje. Pamiętając, że zło chce, by ci, którzy znają prawdę, milczeli.
 
Najczęściej jest tak, że ci, co czynią zło, liczą na milczenie. Oni dobrze wiedzą, że po stronie dobra przeważa ta sfera wrażliwości, która skłania do milczenia. Precyzyjnie i poetycko zauważył to już dawno temu Ryszard Krynicki: „Nie ze strachu, lecz by nikogo nie zranić/ skrywamy czasem swoją nędzę./ Niekiedy czynimy tak z prawdą.”
 
Więc miałem z tą moją prawdą kłopoty, czekałem, by nie szkodzić i nikogo nie zranić. By czas zrobił swoje, uspokoił, wyciszył emocje. Ale wyrzucić to z siebie muszę, choćby po to, by złu nie sprzyjać. I nie tylko dlatego – również po to, by bronić swego dobrego imienia. Bo pozbywano się mnie z Prawa i Sprawiedliwości w sposób dla mnie przykry i wymagający wyjaśnienia. Choć wiem, że tych wyjaśnień się pewnie nie doczekam. Pomimo tego, a właściwie dlatego, muszę pytania stawiać. A ponieważ dotychczasowe próby dochodzenia do prawdy drogą przewidzianą statutowo w partii przynosiły skutek odwrotny, więc czynię to publicznie.
 
Odniosę się tylko do kilku spraw najważniejszych, takich, które trwają w pamięci gliwickich pisowców do dziś i poruszają najmocniej. Trzeba więc, czytając, mieć świadomość, że to tylko wierzchołek.
 
Dlaczego ważne funkcje w PiS powierza się osobom o niejasnym życiorysie? Nie chodzi tylko o kontrowersyjne fakty z przeszłości, bo nawet wielu chrześcijańskich świętych miało swoje upadki (ważne, jak się z nich podnosiło), ale o tzw. białe plamy. O całe okresy w życiu, o których nic nie wiadomo, jakby bohater życiorysu przechodził co jakiś czas w stan hibernacji. Z takim życiorysem spotykamy się w przypadku posła Piotra Pyzika.
 
Dlaczego żadnych zastrzeżeń nie budzi ponad 30.-letnia i do dziś aktywna zażyła znajomość p. Pyzika z kimś, kto przez lata uchodził za opozycjonistę, a okazał się (w świetle materiałów ujawnionych 6 lat temu przez IPN) b. TW?
 
Dlaczego nie wyjaśniono sprawy (którą można nazwać aferą drukarni widmo) z wyborów parlamentarnych w 2001 roku, kiedy uniemozliwiono przeprowadzenie kampanii mnie i (podobno) jeszcze czterem kandydatom? Nasze materiały złożono w drukarni, która miała wykonać zlecenie szybko, tanio i rzetelnie. Po 3 tygodniach, a na 10 dni przed wyborami okazało się, że drukarnia nie istnieje, materiały wyborcze zniknęły. Konsekwencje były łatwe do przewidzenia - PiS w okręgu poniósł kęskę, uzyskaliśmy jeden mandat. Bardzo aktywny w tej sprawie wydawał się być p.Pyzik. Może też został przez kogoś wprowadzony w błąd? - nie wiemy, bo afery nie wyjaśniono. A wyjaśnienie tego oczywistego sabotażu na szkodę PiS miało szanse uwolnić p. Pyzika od wszelkich niejasności. Niejasności, które wróciły z całą mocą po 2008 roku, gdy poraził nas fakt, że przez prawie 30 lat pozostawał on pod koleżeńską opieką tajnego współpracownika. Jak w takiej sprawie nie stawiać pytań?
 
Pół roku później poproszono mnie o przyjęcie funkcji przewodniczącego PiS w Gliwicach, a p. Pyzik zniknął w Warszawie, ubiegając się tam o pracę w administracji Prawa i Sprawiedliwości. Z życiorysu by wynikało, że dla tego 44-letniego mężczyzny była to pierwsza praca w życiu. Ale za to dobra i zaszczytna.
 
Dlaczego nie wyciągnięto żadnych konsekwencji z afery narkotykowej w gliwickim Forum Młodych PiS? Ujęty w 2004 roku w kotle policyjnym w Gliwicach gang składał się z trzech młodych ludzi, członków FM. Opiekun gliwickiego Forum Młodych, pan S. (nazwiska nie ujawniam, bo jest poza polityką i ma prawo sobie tego nie życzyć), członek Rady Politycznej PiS, był co najmniej politycznie za tę aferę odpowiedzialny. Surowe konsekwencje wobec niego zapowiadał ówczesny śląski koordynator partyjny, którym dopiero co został p.Pyzik. Pan Pyzik swoje radykalne stanowisko jednak dość szybko zmienił i pana S. zamiast przykrych konsekwencji spotykały znów wyróżnienia - wysokie miejsca na kolejnych listach wyborczych i odpowiedzialne funkcje.
 
W sytuacji, gdy wszyscy są równi, ale niektórzy bezkarni i jeszcze nagradzani, coraz trudniej było zarządzać partią, podrywać ludzi do kolejnych akcji zbierania podpisów i zaangażowania w trzy zbliżające się wyborcze kampanie. W końcu jednak coś pękło - p.S. zerwał demonstracyjnie z PiS, przyjaciel p.Pyzika okazał się zaś w świetle dokumentów IPN tajnym współpracownikiem, a na Śląsk oddelegowany został inny koordynator. Wyglądało na to, że mój upór w dochodzeniu do prawdy przyniósł pożądany skutek, a słowa sprawiedliwość i prawo odzyskały prawdziwe znaczenie.
 
Po 10. kwietnia 2010 roku p.Pyzik wrócił do Gliwic. Z jakąś bliżej nieokreśloną misją – takie przynajmniej przekazywał wszem wobec informacje. Ja kandydowałem po raz trzeci na prezydenta Gliwic. Szybko pojawiły się problemy. I pytania.
 
Dlaczego p.Pyzik wspierał w wyborach samorządowych 2010 konkurencyjny komitet wyborczy? A może nie wspierał, może na spotkaniu wyborczym konkurencyjnego komitetu znalazł się przypadkiem? Jednak jego (i nie tylko jego) tam obecność wprowadzała znaczny wśród naszych wyborców dysonans poznawczy. Wiedzieliśmy przez kogo ten komitet jest wspierany i mieliśmy podstawy sądzić, że powstał tylko i wyłącznie po to, by odebrać nam część wyborców. I odebrał skutecznie, choć sam nikogo do Rady Miejskiej nie wprowadził.
 
Na przełomie 2010/11 r. musiałem się rozstać z moim dotychczasowym dyrektorem Biura, p. Wieczorkiem. W jakiś czas potem zatelefonował do mnie jeden z najważniejszych polityków PiS na Śląsku z pytaniem, czy wiem, ze mój b. dyr. Biura otworzył działalność gospodarczą? I czy wiem, że tego typu działalność można prowadzić, gdy się ma możnego protektora? Odpowiedziałem, że ja wchodząc do polityki w 2002 roku zamykałem swoją bardzo intratną działalność gospodarczą, a on przeciwnie. Powszechnie wiadomo, że w dzisiejszej polskiej rzeczywistości trudno być aktywnym politykiem i jednocześnie przedsiębiorcą, zwiększa się pole nacisku i uzależnień, sam się o tym szybko przekonałem i stąd moja decyzja. A co do możnego protektora, to się mogę domyślać, ale pewności nie mam.
Niejasności wokół p.Wieczorka narastały, więc 21.czerwca 2011 zwołałem posiedzenie gliwickiego Komitetu PiS, wcześniej go poinformowałem, że postawię mu kilka kłopotliwych pytań. W trakcie zebrania nie potrafił zarzutów wyjaśnić, a do protokołu wniósł mało znaczące poprawki. Protokół tego posiedzenia przesłałem pocztą elektroniczną obecnym wówczas członkom, otrzymałem i przechowuję akceptujące od nich maile.
 
Protokół otrzymał również wspomniany wyżej śląski polityk. W nim mógł przeczytać m.in. o zatrudnieniu w Biurze przez p. Wieczorka firmy ochroniarskiej. Bez mojej wiedzy. Fakt, atmosfera była wówczas po morderstwie w Łodzi napięta, jednak żadne Biuro w okolicy nie podjęło takiej decyzji, ani podjąć nie myślało. Dość powszechnie przecież wiedziano, że ochroniarskie firmy zazwyczaj są prowadzone przez b.służby. Polityk nie zauważył, że to jest być może jakiś ślad prowadzący do „możnego protektora”. Co oczywiście nie przesądza, że tak jest.
 
Czy problemy zawarte w tym protokole w jakikolwiek sposób zostały wyjaśnione? Nic o tym nie wiem. Jeżeli jednak tak, to byłbym tych wyjaśnień ciekawy. Bo nie mogła to być dla p. Wieczorka sprawa łatwa. Raczej należy sądzić, że „dotknęła” go abolicja, skoro został szefem PiS i kolejny raz radnym. Tylko czy można kandydować na tak ważne stanowiska z niewyjaśnionym fragmentem życiorysu?
 
I pytanie do mojego wówczas zastępcy w gliwickim Komitecie PiS. Miałeś, Marku, z nas wszystkich najbardziej krytyczną i wyjątkowo negatywną ocenę Piotra Pyzika. Nie kryłeś się z tymi uczuciami i było to dla wszystkich zrozumiałe, choć u większości z nas niechęć do tego pana łagodzona była pewnego rodzaju współczuciem. Co się takiego stało, że 15 czerwca 2011 r. na posiedzeniu Zarządu Okręgu 29 w Bytomiu zgłosiłeś p. Pyzika na kandydata do wyborów parlamentarnych? Co było przyczyną tej metamorfozy? I dlaczego pominąłeś dotychczasową procedurę i zgłosiłeś go bez uzgodnienia, choćby telefonicznego, z Zarządem PiS w Gliwicach i ze mną, przewodniczącym? Nigdy wcześniej kandydatura Pyzika nie była brana pod uwagę w żadnych wyborach. Nikomu by nawet do głowy nie przyszła myśl o postawieniu takiej propozycji. I nie bez powodu. Choć niektórzy się go bali, bo afiszował się poparciem bardzo wysokiej rangi polityka.
 
Zostałeś rok wcześniej upokorzony, w ostatniej chwili zdjęto Cię z jedynki na liście wyborczej do Sejmiku Śląskiego i wstawiono Pyzika. Rozumieliśmy Twoje rozgoryczenie, a nawet gniew. W tej sprawie natychmiast poprosiłem o rozmowę z Prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Wyszedłem z niej z przekonaniem, że była to decyzja jednorazowa i się nie powtórzy.
 
Ale ktoś chciał, by się powtórzyła. I wymyślił, że w tym celu wystarczy tylko udowodnić p. Prezesowi, że nie mówiłem prawdy, bo p.Pyzik cieszy się absolutnym poparciem gliwickiej organizacji. Wiedziano, że zdyskredytuje się moją wiarygodność, jeżeli kandydaturę Pyzika zgłoszą Gliwice, a najlepiej osoba poszkodowana, która nie chowa urazy, fakt swojego  niedawno  wyeliminowania uważa, po przemyśleniu, za słuszny. I tak się stało. Wprawiłeś nas wszystkich w osłupienie. Pytany później, odpowiadałeś, że to był żart, że nie sądziłeś, że ktoś to weźmie na serio. Jednak wzięto i wiedziałeś, że tak będzie. Dlatego po paru dniach z tego głupiego, przyznasz, tłumaczenia wycofałeś się. Ale przyczyn wiarygodnych nie podałeś, choć przysłałeś mi maila, w którym próbowałeś swoją decyzję wyjaśnić – dla mnie nieprzekonująco. Do dziś pozostają otwarte pytania: czy ktoś Cię, Marku, do tego skłonił? Czy miało to jakiś związek z Twoimi bliskimi relacjami z towarzystwem, który współtworzą b. tajny wspólpracownik oraz obecny poseł PiS?
 
Jest wiele pytań - tylko szczera odpowiedź na nie może wyjaśnić przyczyny niezwykłych zdarzeń, jakie miały miejsce w gliwickim PiS od połowy 2010 roku. Powtórzę - znamienne, że niemal zaraz po tragedii smoleńskiej. Czyżby b. służby uaktywniły się tak gwałtownie z powodu moich jednoznacznych wówczas wypowiedzi o zamachu i radykalizacji poglądów w licznych wypowiedziach sejmowych i publikacjach? Czyżby?
 
I wreszcie sprawa dla mnie najboleśniejsza. Zbigniewa Ziobrę zapraszałem do Gliwic od roku 2006. Obiecywał i ciągle coś wypadało, przenosiliśmy wizyty na każdy następny rok. W ciągu 6 lat odwiedziło Gliwice, głównie na moje zaproszenia, blisko 30 posłów, dwukrotnie pan Prezes, a na ministra Ziobrę czekaliśmy. W 2011 obiecał już na pewno, że będzie. Pojawił się termin wizyty, powiadomiłem o tym Warszawę. W drodze ze spotkań wyborczych z Opola do Raciborza miał p. Ziobro dwie godziny dla Gliwic. Wynająłem salę, rozesłałem zaproszenia, zapowiadało się dobre, z pełną salą gliwiczan, spotkanie. Półtorej godziny przed nim zatelefonował p. Ziobro. Usłyszałem: „Panie Aleksandrze, przed chwilą zadzwonił pan Prezes i nie wyraził zgody na moją wizytę, co więcej, ostrzegł mnie, że jeżeli spotkanie się odbędzie, to poniosę odpowiedzialność za wyniki wyborów w Gliwicach. Ja mimo tego decyduję się przyjechać, ale proszę, by na spotkaniu był p. Pyzik.” Odpowiedziałem: „Nie tylko p. Pyzik, ale będą i pozostali kandydaci, bo ich zaprosiłem. Proszę jednak nie przyjeżdżać, panie Ministrze. Nigdy bym sobie nie darował, gdyby moja osoba i spotkanie w Gliwicach miało być przyczyną jakichkolwiek nieporozumień między Prezesem a Panem. Pańską nieobecność jakoś usprawiedliwię „powodami obiektywnymi”, a spotkanie sam poprowadzę z kandydatami, którzy przyjdą.” I tak się stało. Pyzik też był. Zachowałem się przyzwoicie i lojalnie, tak jak należało. Wartość zgody i jedności w PiS była dla mnie ważniejsza od osobistych korzyści wyborczych, które bym uzyskał ze spotkania z Ministrem. O żadnym spisku „Ziobrystów” nie słyszałem i wątpię, czy był. Ta sytuacja chyba dość wymownie o tym świadczy.
 
Ale długo nie mogłem dojść do siebie po tym zdarzeniu. I do dzisiaj nie mogę zrozumieć, co się stało, jak mógł p. Prezes sądzić, że spotkanie w Gliwicach ze Zb. Ziobro mogło negatywnie wpłynąć na wyniki wyborów?! W sytuacji, gdy dla nas było oczywiste, że Pyzik w roli „lokomotywy” na liście ciągnie nas w dół, prowadzi do klęski. I doprowadził.
 
Nie obwiniam pana Prezesa, że miał do mnie ograniczone zaufanie. Przecież byłem – co z tego, że przez moment - w PZPR. Zawsze, gdy chciano mnie zdyskredytować, wypominano mi ten fakt. A ja nie miałem na swoją obronę nic, żadnych dokumentów, ani żadnych świadków. Służby, skoro mnie nie mogły zwerbować, zadbały o równie skuteczną formę politycznego dyskredytowania. Z moich akt usunięto prawie wszystko, co mogło świadczyć o moich zasadach i nieugiętej postawie (przepraszam za brak skromności, lecz poniżany przez lata, mam do tego prawo). Świadkowie, proszeni przeze mnie o opisanie tamtych zdarzeń wykręcają się brakiem pamięci albo po pierwszej rozmowie nie odbierają telefonu i unikają na ulicy. I wiem, że nie ze złej woli - ze strachu. Tak mocno do dziś w ludziach siedzi! Na szczęście nie dotyczy to wszystkich. I na szczęście parę miesięcy temu uzyskałem z archiwum dokumenty, uwalniające mnie od podejrzeń i insynuacji związanych z pezetpeerowską przeszłością. Nie służyłem pezetperowi, a gdy przyszedł czas, miałem odwagę i zapłaciłem wysoką cenę za obronę Solidarności i uczniów. (http://1312eksa46.salon24.pl/598758,polska-wola-o-ludzi-sumienia)
 
Więc co mógł zrobić p. Prezes przy tych wszystkich, preparowanych przez ludzi złej woli (w dużej części służbowo), donosach, oskarżeniach, pomówieniach? Także i ze środowisk prawicowych, też przecież niewolnych od wpływów różnej maści „widnych, tajnych i dwupłciowych” współpracowników. Ale nie przestaję sam siebie pytać: jakie musiały padać oszczerstwa pod moim adresem, że podjął p. Prezes aż tak drastyczną i krzywdzącą mnie decyzję? I jacy „inni szatani byli (w tym) czynni”?
 
Wiem, że odpowiedź na to pytanie - odpowiedź choćby tylko przed sobą - bardzo może panu Prezesowi pomóc w wyjaśnieniu różnych sytuacji i rozpoznaniu sił, które wokół niego intrygują. I to jest główna przyczyna, dla której publikuję ten tekst. Bo nie tylko o mnie tu chodzi - ja jestem poza partią i poza wyborczymi ambicjami, nie oczekuję niczego, ale Pan Jarosław Kaczyński ma z racji pokładanych w nim nadziei i z racji ciągle wielkich możliwości, ważne do spełnienia zadania. Dla Polski ważne.
 
Mam prawo publicznie dochodzić do prawdy, skoro nie można było inaczej. Ja się nie ubiegałem i nie prosiłem o szefowanie gliwickiemu PiS-owi. Mnie o to poproszono. Podjąłem się tej misji (tak – misji!) z pełną świadomością ogromnych strat zawodowych i finansowych, które z tego tytułu poniosę. Zrezygnowałem z pracy, dającej mi ogromną satysfakcję, a także z działalności gospodarczej, przynoszącej zyski, przewyższające poselskie uposażenia. Zresztą, by być posłem, nawet wtedy nie marzyłem. Ale nie mam do nikogo pretensji, nie wystawiam rachuków. To była moja świadoma decyzja, w którą wpisane było ryzyko.
 
Mam prawo do oceny i krytyki, choć sam jestem mocno niedoskonały, mam tego pełną świadomość. Udało mi się jednak przejść przez trudne okresy życia (łatwych było niewiele)) godnie dlatego, że ani stanowiska, ani pieniądze nie były dla mnie nigdy istotną wartością. Więc mogę napisać, że mam prawo do krytyki i oceny, bo zawsze podejmowałem się zadań zawodowych oraz publicznych i społecznych nie z myślą o własnych korzyściach. Za to z mocnym przeświadczeniem, że do polityki idzie się nie po kasę, wpływy i atrakcyjne życie. Lecz by służyć. Podobnie traktowałem pracę nauczyciela.
 
Świadczyłem o tym swoim życiem, także w Sejmie – byłem parlamentarzystą, który po dwóch kadencjach zubożał. To rzadki przypadek. Wystarczy sprawdzić i porównać moje pierwsze i ostatnie oświadczenia majątkowe. I porównać z zapobiegliwością finansową dzisiejszego gliwickiego posła PiS-u. Nie interesowały mnie też kombinacje na delegacjach, kilometrówkach, zwrotach za noclegi na wyjazdach i nie wiem, co tam jeszcze leżało w poselskich możliwościach finansowych. Większość moich kolegów i koleżanek miało prawo korzystać z tych finansowych przywilejów, ja ich nie krytykuję. Pozostałych też nie, każdy musi to rozważyć w swoim sumieniu. Ja tylko akcentuję, że jestem inny. Frajerem, słyszałem często, w pracy zawodowej też. Nie szkodzi, lubię u siebie tę przypadłość. A nawet ją pielęgnuję. I tak już zostanie.
 
Ostatnio w wąskim gronie prawicy gliwickiej uniemożliwiono mi postawienie p. Wieczorkowi, kandydatowi na prezydenta Gliwic, kilku ważnych pytań. Uniemożliwiono dość brutalnie, używając mocniejszych niż frajer, określeń. Także i dlatego powstał ten tekst.
 
Bo jak mamy wygrać Polskę, wolną, prawdziwie niepodległą, wreszcie prawą i sprawiedliwą, gdy boimy się kilku pytań, co nienowe? Gdy boimy się prawdy?
 
Dwuletnia kwerenda po archiwach bardzo mi pomogła. Dzięki niej mogłem spojrzeć na swoje 40 lat dorosłego życia, jak na obiekt badawczy, materiał do analiz i refleksji. I wyraziście ujrzeć, że każda z tych 4 dekad była bliźniaczo do siebie podobna. I każda z poważną ingerencją służb, także w życiu prywatnym. I podobnie w III RP, kiedy już na początku tzw. transformacji odwoływano mnie z Zarządu Miasta (dla porządku - wraz z całym składem) w trakcie przygotowywania przeze mnie zmian komisarycznych w wojskowym kierownictwie Piasta Gliwice.
 
Dziś na szczęście możemy o tym pisać i sprawy badać. Jeszcze możemy.
 
Przykład Gliwic w żadnej mierze nie może być uogólniany i przekładany na sytuację typową dla Prawa i Sprawiedliwości w terenie. Tak nie jest. Znam z licznych rozmów z koleżankami i kolegami przeróżne sytuacje w okręgach. Bywają konflikty, wewnętrzne walki, osobiste animozje, jak zawsze w polityce. Ale nigdy nie na taką skalę i nie z służbami w tle. Przykład Gliwic jest wyjątkowy, tak jak wyjątkowy jest w roli polityka Piotr Pyzik.

sobota, 24 stycznia 2015

Cejrowski, Terlikowski, Ziemkiewicz. Długa jest lista nauczycieli Franciszka.

Autor: Integrator

Gdy rok temu zaczynałem moją przygodę z regularnym pisaniem, popełniłem na wstępie tekst „Do czego prowadzi nas Franciszkomania?” w którym zamartwiałem się (można było wtedy mniemać, że na zapas) tym co się już wtedy rozkręcało wokół osoby Ojca Świętego. Żeby nie dublować tego co raz powstało, podeprę się kawałkiem tamtych rozważań:
„I to jest właśnie sedno o którym tu chciałem. Papież Franciszek, za sprawą trików medialnej inżynierii, traci z każdą chwilą trwania "Franciszkomanii" cząstkę swej Świętobliwości, stając się jednym z nas, wspólnym kolegą, po prostu Franciszkiem. I tak z następcy św. Piotra, któremu Jezus powierzył misję prowadzenia Jego Kościoła, i któremu z tej racji oddajemy cześć i szacunek, gdzieś tam w ukrytej części naszej świadomości lepi się kogoś fajnego, niemniej przez to już całkiem pospolitego. Stąd tylko krok do tego by przyjmować to co On chce nam powiedzieć bez specjalnej uwagi, a i Jego samego nawet jeśli jest głową naszego Kościoła z przymrużeniem oka. I ja bym się nie zdziwił, gdyby nagle jakiś mądrala prowadzący poranną audycję radiową, lub wieczorny program rozrywkowy zaczął mówić o Franciszku mając na myśli właśnie Ojca Świętego. A potem komentując, jakąś Jego naukę, np. o dżender, bo to ostatnio powód dla nich wszystkich do dobrej zabawy, uznałby za stosowne powiedzieć, że on się z Franciszkiem nie zgadza. Tak po prostu. Dając przy tym sygnał reszcie mu podobnych do masowej krytyki Papieża, która niczym lawina zwali się pomiędzy maluczkich, przełamując w nich granice w kwestii szacunku dla Ojca Świętego z pradziada  na dziada przenoszone. I tego właśnie we "Franciszkomanii" najbardziej się boję.”
Pisząc te słowa, dziś to mogę już przyznać otwarcie, nawet przez chwilę nie przypuszczałem, że to przed czym tam przestrzegałem stanie się poważnym problemem w tak krótkim czasie. Mało, ja w najczarniejszym scenariuszu tej opowieści nie brałem pod uwagę takiego wariantu, że za obdzieranie Ojca Świętego z szacunku, który każe nam go stawiać najwyżej pośród współczesnych nam ludzi, wezmą się u nas katoliccy publicyści. No i proszę.
Nie tak dawno umarł Józef Oleksy, a przez media przeleciało powtarzane przez innych wspomnienie, że choć to był komuch z krwi i kości to zawsze miał szacunek dla Kościoła. Nie inaczej do sprawy podchodził Sojusz Lewicy Demokratycznej za rządów którego było nam różnie, ale nikt w tamtym czasie z Kościoła nie kpił, nikt nie podnosił ręki na księży, ba, nikt nawet nie pomyślał by wojować z krzyżem. Wiele od tamtego czasu się zmieniło, ale i ten który później takie wojny prowokował, mam tu na myśli Palikota, nie poszedł bynajmniej tak daleko by krytykować Papieża, a już bez wątpienia nie pozwolił sobie nazwać go jak Ziemkiewicz, idiotą.
Bardzo nie lubię pisać o rzeczach oczywistych bo to jest praca iście jałowa, ale że jest to jak wszyscy czujemy sprawa wyjątkowa to zrobiwszy w tej regule wyjątek i ja wtrącę parę zdań o tym co aż pewne. Niech tam. Otóż twierdzi nam Ziemkiewicz a wcześniej Terlikowski, że to co powiedział Papież było dla katolików obraźliwe, a nawet jeśli tak nie było a oni pospieszyli się z oceną, to zostało nam tak przez niego podane, że nie było siły by ten bełkot inaczej odczytać. Spójrzmy zatem jak to w oryginale leciało.
„Chrześcijanin nie musi robić dzieci seryjnie. Aby być dobrymi katolikami nie musimy być jak króliki. Nie! Chodzi o odpowiedzialne rodzicielstwo. ”
Nie chcę ogłaszać tu konkursu na mądralę roku bo jak widać poprzeczka nisko postawiona a wymóg czytania ze zrozumieniem stawia się już małym dzieciom w podstawówce ale proszę niech mi to ktoś wyjaśni jak z tak prostego przesłania mogli wprawni przecież publicyści wysnuć aż tyle bredni? Zgodzę się, że „robienie dzieci” i te nieszczęsne „króliki” dalekie są od przyjętej u nas w tym temacie kultury słowa ale nawet jeśli Ojciec Święty pracując kiedyś pośród biedoty z przyzwyczajenia „pojechał” ulicznym slangiem, to i tak przesłanie jest jasne. Nie pojmuję zatem co poza pychą i chęcią nagłego  zaistnienia w sieci mogło pchnąć tych ludzi do tak strasznego kroku?! Oni się co prawda teraz gęsto tłumaczą, że przekaz był przez media spreparowany no i uparcie, że ta myśl była jednak niezbyt klarowna ale pozwólcie, że ja nad tym z litości tylko kurtynę litości spuszczę.
Albo i nie. Nieklarowna? Ja nie twierdzę, że jestem lepszym katolikiem od takiego Terlikowskeigo, który pełni dziś funkcję katolika dyżurnego, nawet nie od Ziemkiewicza, który ma wyraźną pretensję do Kościoła, że nie uznał mu rozwodu, mam za to te minimum wiedzy, która pozwala mi z całą pewnością przyjąć, że Papież nie mógłby w tak kluczowej sprawie dla Kościoła wypowiedzieć się wbrew jego nauce. Kościoła w dodatku na czele którego stoi. Jak dla mnie może On składać myśli jak umie, może to robić nieudolnie albo niczym wprawny eurydyta, a umiejętność wsłuchiwania się z pokorą w naukę, która płynie z Watykanu od wieków pozwala mi zrozumieć, że Papież chciał tak jak stoi w tej nauce no i że zrobił to tak jak umiał. Z tej pokory niezbędnej dla poprawnego rozumienia nauki Kościoła ci dwaj panowie najwyraźniej zostali już wyprani a to ich niestety skazuje na oczywiste i dalsze błądzenie. Ich, Cejrowskiego, który niedawno także pozwolił sobie na niewybredne komentowanie słów tego Papieża, i wielu im podobnych.
Idzie ciężki czas to pewne ale nie powinno to być dla nas wielkim zaskoczeniem wszak w Piśmie Świętym mamy wiele uwag o fałszywych nauczycielach i wilkach w owczej skórze a w przepowiedniach o bezwzględnych atakach na głowę Kościoła. Trzeba zatem każdemu z nas być znacznie bardziej czujnym, bo to najwyraźniej początek czasów także opisanych w tej Księdze.

piątek, 23 stycznia 2015

Magdalena Ogórek. Wróg publiczny numer jeden.

Autor: Integrator

O Magdalenie Ogórek, kandydatce wystawionej przez Sojuszu Lewicy Demokratycznej do walki o fotel prezydenta było już tyle mądrych, celnych ale i głupich a kąśliwych uwag, że w sumie mógłbym już darować sobie i Wam ten temat. W sumie po co próbować przebijać się przez ten szum jaki się w koło niej wytworzył, skoro wiadomo, że i tak nic z tego nie będzie? Pokaże się nam jeszcze parę razy, opowie co obija się jej wewnątrz ładnej główki, a potem i tak wygra Komorowski. Czy to nie oczywista prawda? Otóż nie i dlatego właśnie piszę. Oni co prawda chcą byśmy tak właśnie myśleli, ale im bardziej oni chcą, tym ja bardziej podejrzewam, że mają wszelkie przesłanki ku temu by brać tą kobietę bardzo na serio. A pisząc „oni”, ma tu na myśli sztab Komorowskiego. Ale po kolei.

Pisałem tu jakiś czas temu, że jeśli narracja wokół Andrzej Dudy będzie przez PiS budowana w taki sposób jak do tej pory, a więc brzydko mówiąc będzie nam sprzedawany jako miły duduś, którego główną zasługą było noszenie kapci za Lechem Kaczyńskim, a zadaniem na resztę życia ma być kontynuowanie rozpoczętych przez niego prac, o zakresie których my dokładnie nic nie wiemy, to on, ten Duduś, przepraszam Duda, przepadnie w wyborach - że podeprę się stwierdzeniem pewnego górala - jak pierdel w powietrzu. A tak żeby było już ładniej i po miastowemu - przegra on te wybory bardzo. Przegra je za sprawą naszych speców od przegrywania wszystkiego, którzy albo dalej będą robić mu kampanię tak jakby Duda w niej udziału nie brał albo wymyślą coś tak głupiego, że ludzie z Pałacu nie będą musieli nawet kiwnąć palcem. Jak ktoś nie wierzy, niech sobie przypomni jak znacznie do zwycięstwa Komorowskiego przyczyniła się szefowa sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego, pani Kluzik-Rostkowska. Podczas gdy rzesze ludzi pracowały ciężko w terenie by ten człowiek zajął miejsce brata, ona - wówczas z racji pełnionej funkcji człowiek numer dwa w partii, -o dbywała potajemne spotkania z Palikotem. Ja co prawda nie wiem jak to wygląda teraz, i czy tym razem w sztabie pana Dudy siedzi jakiś inny „kluzik” ale wszystko wskazuje na to, że tak właśnie jest i że sytuacja po obu stronach tej akurat barykady jest pod kontrolą.

Podobnie sprawy mają się z PSL’em. Co prawda był z tym przez chwilę problem bo i chłopom zachciało się stawać w te szranki, ale skutecznie ich od tego odwiedziono. Dostali i to wprost z PKW sygnał nader jasny, że albo poprą Borowego albo za czeski błąd w sprawozdaniu finansowym dostaną figę z makiem z kasy państwowej. Podziałało. I nie dziwcie się choćby przez chwilę. Chłopy proste są ale bynajmniej nie tępe. W dodatku nikt jak oni nie umie liczyć pieniędzy, szczególnie państwowych pieniędzy, więc spasowali.

I byłoby wszystko jak należy, a Komorowski mógłby spokojnie hasać z flintą po polskich lasach (no proszę jaki rym – hasać po polskich lasach), co to je chciał po cichu sprzedać Amerykanom a pieniądze z tego szwindlu przelać Żydom, gdyby nie ta Ogórek. Dlaczego?  Bo ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci z Pałacu mają wszystko już tak uklepane, że jeśli tylko na jednej scenie staną obok siebie Duda, jakś komuch no i Prezydent przecież Bronisław Komorowski, to oni już tak to poprowadzą, że ten ostatni wygra z palcem w… bucie. Dobrze oni tam wszyscy wiedzą, że nie ma takiej siły, żeby wyborca PiS oddał głos na Komorowskiego, albo by jego wyborca postawił „ptaszka” przy nazwisku Duda. Tu jest sprawa oczywista i prosta a siły dokładnie policzone więc jeśli tylko pójdą chłopy głosować na Komorowskiego to nie będzie potrzeby robić drugiej tury. 

I tu niespodziewanie na scenę wchodzi nie „jakiś komuch” ale pani ładna czyli pani Ogórek a więc ktoś kto może odebrać głosy prezydentowi (w żadnym przecież razie Dudzie), może też uaktywnić wyborców, którzy nie głosują, a to już zmienia bardzo wiele. Słowo daję, że gdy tylko na chwilę wcielam się myślami w rolę takiegoż wyborcy, świetnie się z tą kandydaturą czuję. Bo spójrzcie jak to wtedy w mojej głowie leci: „Duda to człowiek Kaczyńskiego więc pewnie nienawidzi, pewnie też będzie chciał o ten Smoleńsk walczyć z Ruskimi. Odpada! Komorowski? Niby ok, niby z Platformy, ale taki dziadziowaty, nudny a jeszcze strzela do sarenek. W dodatku wciąż ta gruba obok. Też odpada. Poza tym ten czy tamten wygra i tak będą się dalej naparzać. Za to ta Ogórek? Całkiem, całkiem dziewuszka”. Teraz rozumiecie?


Szanowni. Magdalena Ogórek to idealna hybryda. Tu jest wszystko co wyborcom potrzeba w pigułce. Prezencja? Proszę bardzo! Młodość? Ależ oczywiście. Doświadczenie? Polityczne, medialne, w modelingu i jakie tylko chcecie. Wykształcenie? Nawet doktor. Wiara? Jasna sprawa, jak my wszyscy - katoliczka, w dodatku teolog. Tak można jeszcze długo. A na końcu taka jeszcze myśl się telepie, że jeśli nie może być lepiej to niech już chociaż będzie piękniej. Prawda? Prawda. A skoro tak, to Magdalena Ogórek stała się właśnie wrogiem całego systemu. Wrogiem numer jeden. 

czwartek, 22 stycznia 2015

Tylko świnie siedzą w kinie

Autor: Coryllus

Nie chodzę do kina dla własnego zdrowia psychicznego. Uważam bowiem, że film nie spełnia żadnej funkcji edukacyjnej ani nie jest sztuką. Jest najbardziej nachalną propagandą. Wielkie wytwórnie podporządkowane są interesom mocarstw i realizują ich politykę i ich wizję świata. Tak zwane małe kinematografie muszą wierzyć w misję kina, bo to dale szansę na zarobienie paru groszy i buduje całą finansową piramidę, która z założenia ma charakter przestępczy. Nie ma czegoś takiego jak uczciwe finansowanie filmu. Nie wierzę w to. Film to polityka, albo mafia. Rzekome artystyczne hierarchie są w kinie lansowane po to, żeby ukryć istotę rzeczy czyli potężną machinę propagandową. Szczególnie dotyczy to kinematografii małych i aspirujących. Do dzieł, które maskują propagandową funkcję filmu należy Ida. To nie jest żaden pretekst do dyskusji i nie jest to żadne mówienie prawdy w oczy. Można powiedzieć bowiem wiele prawd w oczy i nieco mimo ich nie angażując do całej sprawy Heleny Wolińskiej, niech jej ziemia lekką będzie. Tu, w przypadku Idy, mamy wyraźny znak. Sygnał i informację skierowaną wprost do nas. Film Ida próbuje nam po raz kolejny pokazać kto tu rządzi i jak. Takie próby podejmowano już wcześniej, w filmie „Prymas. Trzy lata z tysiąca”, gdzie Luna Brystygierowa pokazana była jako groźna, ale ludzka pani. Tak jakby nie była częścią systemu. Jakby jej decyzje wobec ludzi związanych z Kościołem zależały tylko i wyłącznie od jej kaprysów. Propagandowa wymowa takich filmów jest straszliwa, bo ona wymierzona jest właśnie w ludzi młodych, o których toczy się tu wieczna i coraz bardziej idiotyczna dyskusja zatytułowana „Jak trafić do młodzieży”. Oto przykład: trzeba im pokazać starszą wrażliwą panią, która ratuje swoją krewną przed klasztorem. Panią, która została zaszczuta i zniesławiona. W tamtych czasach Helena Wolińska nie była zniesławiona, a jeśli już to przez swoich współpracowników, bo inne, poza resortowe informacje do niej nie docierały. Jeśli pani owa w filmie skarży się na swój los dotyczy to czasów nam współczesnych i nas tutaj licznie zgromadzonych, którzy w swojej pysze pozwalamy sobie na krytyczne uwagi wobec postaci tak świetlanej. To jest dopiero horrendum, bo ten film mówi nam wprost: uważajcie gnojki, bo jeszcze nie padło ostatnie słowo w dyskusji. Ida jest najbardziej chamską z dotychczasowych akcji propagandowych, gorszą niż przybicie Stuhra do wrót stodoły. Omawianie jej kategoriach artystycznych, ze względu na to, że jest to film czarno-biały, że ma tam różne metafizyczne stylizacje, a główna aktorka wydaje się być postacią nieziemską to jest podpucha dla frajerów. Taka sama jak zwykle. Podpucha „na wielką sztukę”, po to, żeby wytrącić z ręki argumenty aspirującym durniom. Wszystko razem podkręcone jest przez nominację do Oskarda. No bo przecież polski film, bo może dostać międzynarodową nagrodę i wtedy prestiż kina polskiego w świecie wzrośnie. Jak nie wiem, że też dorośli ludzie łykają takie brednie. Co to jest prestiż polskiego kina w świecie? Czy jest ten cały Oskard? Czy ktoś widział kiedyś Holendra, który śledzi doniesienia z Hollywood, czekając na to, że jakiś holenderski film zostanie nagrodzony i podniesie to prestiż holenderskiego kina w świecie? Powiedzcie mi czy ktoś widział taką postać? Film Ida wejdzie do kin i jak napisał dziś Kłopotowski również do telewizji na całym świecie. Z kin wyjdzie, bo tam przerób jest straszliwy i w następnym sezonie nikt nie będzie już pamiętał o jakiejś Idzie. No, ale telewizje będą ten fil eksploatować w nieskończoność. Jestem przekonany, że ktoś postara się, by trafił on nie do pasm śledzonych przez bezmyślnych pożeraczy popcornu, którym jest wszystko jedno czy oglądają Idę, pornosa czy Stalowego Sylwka z karabinem, ale do pasm eksploatowanych przez tak zwanych koneserów kina. Film będzie poprzedzany dyskusjami, do których doprosi się księdza, jakąś pańcię z miejscowych środowisk żydowskich i kogoś jeszcze dla równowagi. Na przykład transwestytę, który był w Polsce na paradzie równości i widział tam transparent z napisem „Polska dla Polaków”. O czym oczywiście musi opowiedzieć w telewizji. Dyskusje zaś zainstalowane będą nie po to, by wytłumaczyć ciemniakom, że Ida to wielka sztuka, ale właśnie po to, by podkreślić, że jest to propaganda, a także, że ów aspekt propagandowy jest najważniejszy w tym filmie.
 
I na to w salonie pojawia się Maciej Świrski ze swoim pomysłem, żeby przed filmem dołączyć napisy informujące widzów o rzeczywistych proporcjach win, jakie obciążały narody w tamtych czasach. Bardzo przepraszam, ale kto czyta napisy przed filmem i kogo one interesują? Jeśli nie pokazano w filmie Niemców mordujących rodziców Idy, to znaczy, że był to efekt zamierzony, jeśli pani Odorowicz dała pieniądze na tę produkcję, to znaczy, że ona jest zainteresowana tworzeniem filmów w takim właśnie kształcie i ich dystrybucją. Żadne podpisy nic tu nie pomogą, przeciwnie, wywołają efekt odwrotny od zamierzonego. Maciej Świrski zostanie dołączony do tego filmu w pakiecie, a jeśli już jakieś napisy się umieści przed filmem, to informować będą one właśnie o tym, że Polacy protestują przeciwko antypolskiej wymowie tego obrazu. A skoro protestują to znaczy, że coś jest na rzeczy. I dopiero zrobi się ciekawie.
 
Następny w kolejce jest Kłopotowski, który jak zwykle zaczyna z grubej rury, pisze o zbrodniach popełnionych na Polakach i pisze o Hanah Arendt zaszczutej przez Żydów, ale konkluzja jest jak zwykle taka sama; błogosławmy Idzie, niech idzie....w świat niech idzie oczywiście i niech ją ludzie oglądają, a nie nie idzie w p….u, jak to nam się akurat marzy.
 
Mili panowie czas wydorośleć i powiedzieć sobie pewne rzeczy wprost. Kino nie jest żadną rozrywką, a już na pewno nie jest rozrywką tanią. To jest propaganda wymierzona w nas, produkowana za nasze pieniądze i nie ma za nią ani jednej szczerej intencji. Doszukiwanie się tam czegoś takiego, jakieś próby łagodzenia wymowy filmów agresywnie propagandowych to dziecinada. Wobec takich produkcji należy zachować postawę obojętną. Nie uczestniczyć, nie zauważać. Tylko świnie siedzą w kinie. Nie płacę, nie parkuję, nie dokładam się do tego ponadto co mi zabierają w podatkach. Każdy ruch wobec tego filmu podkreśla jego propagandową misję czyni ją bardziej skuteczną. Precz z tym. Nie ma żadnej sztuki w kinie. To są mrzonki. Dystrybucja zaś i popularność filmów nie zależy od widzów, którzy mają różne gusta, ale od macherów od promocji. Wydoroślejmy więc i nie patrzmy nawet w tamtą stronę.

piątek, 16 stycznia 2015

Rosyjski wątek w "Charlie Hebdo"?

Autor: Integrator

Przepraszam ale zacznę jak już raz wcześniej. Mamy w kraju taki bałagan a przy tym całe stosy niezałatwionych spraw, że badanie problemów spoza granic kraju nie powinno nas dziś zbytnio zajmować. Ale, że jest w tym francuskim cieście rzecz skryta a przy tym dla nas bardzo ważna, to raz ten jeszcze jeden porozmawiać nam o tym wypada. 

Otóż biorąc sprawy wprost jak nam je media przynoszą, wszystko co ma dziś miejsce we Francji można przyjąć jako prosty skutek otwarcia granic (zwłaszcza dla przybyszów z odległej nam pod każdym względem cywilizacji), z drugiej do wyjątkowej mutacji liberalizmu, która dar jakim jest wolność słowa przekształciła tam w narzędzie do szydzenia z wszystkiego co dla wielu wciąż ważne i święte. Chciałoby się rzecz mają Francuzi o co prosili a już na pewno tyle, że dziś już tylko od nich samych zależy czy wyciągną z tej nauki słuszne wnioski. Najnowsza okładka „Charlie” pokazuje, że (o zgrozo) wybrali jednak drogę trwania w uporze, a szkoda, bo historia pokazuje, że to co się tam stało może być tylko formą zaliczki a nadto, że wojująca mniejszość, którą Francja przyjęła z otwartymi rękami i pełnym socjalem, dziś już jest w stanie całkowicie pokryć zapotrzebowanie Francuzów na podobne atrakcje.

Problem jest poważny i z każdym rokiem osiąga kolejne progi bo przeciwnie do spaczonych ideologiami GENDER Europejczyków, muzułmanie nie wiedza i nie chcą wiedzieć co też kryje się pod hasłami jak choćby regulacja poczęć, walka z dzieckiem nienarodzonym czy w ogóle płodnością. Z każdym rokiem za sprawą płodnych muzułmanek przybywa we Francji potencjalnych żołnierzy Allaha skutecznie zmieniających stosunek sił na szkodę gospodarzy. Już dziś jadąc paryskim metrem, można odnieść wrażenie, że jest się raczej w kraju arabskim niż europejskiej stolicy. To jest siła której bagatelizować już się nie da, a jej destrukcyjne oblicze mogli Francuzi oglądać zaledwie parę lat temu gdy płonęły przedmieścia Paryża.

Póki co Francja odzyskuje wzrok i od razu przeciera oczy ze zdumienia. Do żywego odczuwa skutki walki ze wszystkim co katolickie a tkwiąc po uszy w standardach którymi przez lata zatruwała resztę świata, wyrzucić tej mniejszości od tak poza granice kraju nie może. Zwłaszcza, że część z nich to obywatele i rodowici Francuzi a na tą przypadłość nikt jeszcze leku nie wynalazł. Dopiero pod tym kątem patrząc na ostatnie wydarzenia, sprawa z „Charlie” wydaje się być gwiazdką z nieba. I choć śmierć rysowników nie wstrząsnęła jak należy „białą Francją” to bardzo twórczo i z tym deficytem nienawiści do muzułmanów szybko sobie poradzono. Dobrze wiemy, że tam nie było żadnej egzekucji stróża prawa, nie było mrożącego krew w żyłach strzału w głowę, za to sam pomysł - powinszować zmyślności - trafił niemal w dziesiątkę. Artystę zabić można, sami czasem robią sobie takie rzeczy w ramach artystycznego performersu, ale wciąż obowiązują tam nienaruszalne kanony a jeden z nich mówi, że nie wolno choćby tylko ranić policjanta. A że stało się to przy okazji wyznawcy Allaha stracili tam wszystkie nabyte wcześniej prawa. Nikomu teraz nie drgnie powieka gdy policja będzie wlokła kolejnego i kolejnego a potem jeszcze jednego śniadego biedaka, nawet gdyby środkiem Pól Elizejskich.

Taki mamy czas, że liczy się dobry pretekst bo to jest mandat do działań niestandardowych a gdy trzeba to i wojennych. Można dużo gadać o pokoju ale gdy tylko znajdzie się dobry pretekst, wszyscy zaraz ochoczo polerują rakiety. Wiedział o tym Busch gdy na chwilę przed atakiem na Irak odkryto tam (dziś już wiemy, że tylko rzekomą) broń biologiczną, wiedział i Putin wysadzając w powietrze bloki z Rosjanami gdy szukał pretekstu do inwazji na Czeczenię. Francja także zna te reguły i tylko dlatego akt terroru na podrzędnej przecież gazecie rozwija w ogólnoświatową tragedię. Tragedię, która da ich władzom nieme przyzwolenie i ten mandat by rozwiązała temat wrogiej mniejszości, że tak powiem, ostatecznie. Tyle jak idzie o zyski dla Francuzów. Niemcy i Anglia też już zawiązały w tej sprawie stosowną koalicję. I tylko Stany Zjednoczone uparcie milczą. Maczały w tym palce, jak twierdzą niektórzy? Nie sądzę. Raczej rozpoznały sytuację i czekają lepszej chwili by się włączyć.

I ja bym pewnie też w cudze sprawy nosa nie wsadzał, gdyby nie fakt, że wciąż mam w pamięci wystąpienie Ławrowa, który widząc niespodziewany sprzeciw Europy wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, próbował tą jedność rozbić, wzywając do współpracy w temacie zwalczania jak to określił wspólnych bolączek ludzkości; obrony praw człowieka, walki z terroryzmem i wirusem ebola. Dlaczego ja właśnie tą jego wypowiedź wyciągam? Otóż dlatego, że ta jedność jest dziś Rosji wyjatkowo nie na rękę a jesli tak to zechce rozbić ten sojuszu za wszelką cenę. Teraz rozumiecie?

No dobrze. Dla tych co nie czytają między wierszami już tak wprost napiszę. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się wkrótce okazało, że na krótko przed zamachem na tą redakcję kręciły się tam rosyjskie służby. Wiem, że to teza bardzo oryginalna ale sami pomyślcie, czy to nie najkrótsza droga do rozbicia oporu na którego czele, (za sprawą okrętów których nie przekazała Rosjanom), symbolicznie stoi dziś Francja? Akt terrorystyczny w tak newralgicznym miejscu Europy, mógłby złamać koalicję w swym postanowieniu i skłonić co wrażliwszych do rozmów z Rosjanami. A to już wystarczająco szeroka furtka by mogli wymsknąć się z politycznego oblężenia.

A my? Co z nami? My się w tej grze nie liczymy. Jesteśmy dziś dla Rosji zaledwie jako ta kałuża, która stoi im na drodze do Europy. A przy tym tak łatwo nas skłócić, ogłupić, a gdy trzeba przekupić. Płacimy Rosji najwyższą stawkę za gaz w Unii. Sprzedaliśmy im koncesję na łupki, już wkrótce sprzedamy kopalnie. Prawda, że niemieckim koncernom.  Prawda też, że należącym do Rosjan.

Cała nadzieja, że Francuzi to widzą i że podołają. No i że włączą się w końcu Ameryka wciąż pilnująca swej dominacji. Bo Niemcy jak zwykle po cichu już się z Rosją układają.  Jak idzie o ten duet, to kością niezgody zawsze był tu tylko kształt linii biegnącej wzdłuż ich przyszłej, wspólnej granicy.

Zapraszam dobre pióra do współpracy. Szczególnie jeśli jesteś ekspertem w jakieś dziedzinie, bo to dziś prawdziwa rzadkość. 

środa, 14 stycznia 2015

Mieli sobie ludowcy kandydata na prezydenta…

Autor: Integrator
Dziś będzie krótko. Jak na moje możliwości i standardy do których zdążyłem już przyzwyczaiłem czytelników będzie nawet bardzo krótko. No ale czy jest sens pisać coś więcej ponad te kilka zdań? Oceńcie sami.
Parę dni temu pojawiła się w mediach informacja, że PSL rozważa wystawienie własnego kandydata w wyborach prezydenckich. Partia z jednej strony boi się, że jeśli znów sromotnie przegra, a przegrywa w tym turnieju regularnie, to utraci splendor który zyskała osiągając dobry wynik w wyborach samorządowych. Z drugiej czuje, że jeśli nie wystawi kandydata, to w tak gorącym czasie nie będzie o nich słychać wcale, wypadną na z gry, a to stwarza poważne niebezpieczeństwo, że wyborcy zapomną o nich na dobre i w wyborach parlamentarnych odeślą ich na ławkę rezerwowych na cztery, bardzo długie i chude lata, a kto wie, może i na dłużej?
Póki co zaczepiony przez dziennikarzy prezes Piechociński nie wykluczył startu człowieka ludowców w wyborach, pojawiło się nawet nazwisko wybrańca - Adam Jarubas, a zaraz po tym ruszyła medialna inwazja głosów zatroskanych o przyszłość państwa, wskazujących, że to może pokrzyżować wyborcze plany Bronisława Komorowskiego. Bo im więcej kandydatów tym mniejsza szansa na wygraną w pierwszej turze, a jak tak to i niebezpieczeństwo, że tron spod siedzenia wyrwie mu niepałający do niego miłością Andrzej Duda.  
No i proszę stał się nagły cud. Jak dobrze liczę kolejny już w PKW choć pierwszy w nowym roku. Niemal jak na zamówienie gruchnęła dziś informacja, że Komisja odrzuciła sprawozdanie finansowe PSL'u za 2013 rok. Zarząd struktur powiatowych Sandomierza zamiast na konto partyjne, zbierał pieniądze na konto odrębne, których w efekcie w kwocie ponad 17 tysięcy złotych partia nie uwzględniła w sprawozdaniu.
Co z tego? Ano to, że jeśli Sąd Najwyższy przychyli się do decyzji PKW to PSL’u już nie ma. Nie ma bo nie ma czegoś takiego jak partia bez pieniędzy. Te zaś jeśli wszystko się potwierdzi, zostaną im odebrane na okres trzech lat – nie będą mogli korzystać z milionowych subwencji jakie partie otrzymują z budżetu państwa po przekroczeniu progu 3%. A pamiętajmy, że tam i tak już jest z groszem nietęgo. PSL wciąż przecież spłaca wielomilionowy dług względem Skarbu Państwa, który powstał w efekcie odrzucenia przez PKW rozliczenia kampanii wyborczej do parlamentu z roku 2001 i nakazu zwrotu wypłaconych im z budżetu pieniędzy.
No to, że tak to ujmę, mieli sobie ludowcy kandydata na prezydenta…

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Tragedia we Francji. Prawda czy teatrzyk?

Autor: Integrator
 
Wydarzenia we Francji to nie jest obszar moich zainteresowań. Mamy u nas całkiem sporo własnych problemów wymagających zdecydowanych i szybkich decyzji ze strony władz więc na cóż jeszcze szukać atrakcji na podwórku sąsiada? Trzymałem się tego zdania przez cały  weekend ale, że ze śmierci francuskiego policjanta zrobiono sensację niemal każdego serwisu informacyjnego w końcu i ja trafiłem na jedną z tych zmultiplikowanych stron gdzie umieszczono to wszystkim już znane nagranie. Obejrzałem je więc jak i pewnie cała reszta świata i przyznam szczerze, że choć należę do pokolenia, które wychowało się na filmach gdzie trup ściele się gęsto to akcja, którą zobaczyłem naprawdę mną wstrząsnęła. W końcu to nie jakieś tam inscenizowane strzelanki rodem z Hollywood po których aktorzy zmywają makijaż i idą napić się piwa ale wideo wprost z ulicy, nagranie czegoś co wydarzyło się niemal na oczach przechodniów a w chwilę później dzięki Internetowi na oczach nas wszystkich.
 
To jest rzecz straszna i zdaję sobie sprawę, że pisanie o tym w tak delikatnym czasie to jest zadanie dla szaleńca ale jakoś nie widzę sensu pisania li tylko o sprawach, które możecie przeczytać gdzie indziej a już na pewno daleki jestem od pisania w taki sposób by wpasowywać się w oficjalnie przyjęte wersje wydarzeń.
 
W czym problem? Już tłumaczę ale zanim o tym, zobaczcie tak na wszelki wypadek nagranie o którym piszę, by nie było wątpliwości, że mówimy o tym samym.
 
To jeszcze raz w czym rzecz? Otóż na moje oko coś tu jest nie tak a nawet bardzo nie tak. Leży co prawda na ulicy ten postrzelony policjant i zwija się z bólu – przepraszam, że tak to ujmę -  jak najbardziej właściwie ale na tym kończy się to do czego przyzwyczaiły moje pokolenie wspomniane filmy. Bo jakby nie było po strzale z kałasznikowa, w dodatku z tak niewielkiej odległości – znów przepraszam, że tak to ujmę – z głowy policjanta na moje wyczucie zostałoby na prawdę niewiele. Dobrze wiemy co się dzieje z arbuzem trafionym z dużo mniejszego kalibru a kto nie wie niech sobie poszuka na youtube. Tym czasem tu nie ma nic. Po raz trzeci przepraszam, że tak to wprost napiszę – głowa jest tam gdzie była – ręce zamiast opaść w bezładzie przez chwilę są jeszcze nad głową no i nie ma na chodniku nawet śladu krwi. A przecież tam wszędzie powinien być ten "arbuz". Jest za to tuż po wystrzale, na prawo od głowy policjanta, lekka mgiełka, jak po odbiciu pocisku od betonu.
Ja nie mam najmniejszych powodów by usprawiedliwiać muzułmanów bo dobrze wiem co robią chrześcijanom w tej części świata od której świat odwrócił dziś swe oblicze pozwalając im tam kończyć swą krwawą robotę. Ale nie ma we mnie także zgody na to by z kolei problem jaki ma dziś Francja z tą mniejszością rozwiązywać w taki właśnie sposób. Ja mogę tylko gdybać ale gdy z jednej strony mamy państwo zainteresowane usunięciem ośmio-już-procentowej mniejszości a z drugiej parę państw mających w tamtej części świata kilka niedokończonych interesów to wszystko jest możliwe. Ale dokładnie wszystko.
I co? I nic. Ja mam tylko to nagranie i przeczucie. Oni już teraz cały świat po swojej stronie i naszą zgodę by mogli dokończyć to co zaplanowali.

niedziela, 11 stycznia 2015

Polska Rzeczpospolita Złodziejska na przykładzie górnictwa

Autor: Integrator


Urodziłem się w mieście. Tu mieszkam, tu uczęszczałem do szkoły ale każde wakacje, niemal każde święta i w ogóle dłuższe przerwy w nauce spędzałem na wsi. A tam wśród całej masy prac jakie wiążą się z prowadzeniem gospodarstwa, co roku pojawiał się także temat zakupu węgla do ogrzewania zimą domu. Z powodów ekonomicznych (węgiel poza sezonem jest tańszy), ale i czysto praktycznych babcia kupowała go zawsze latem i wyglądało to tak, że najpierw jechało się do najbliższego składu obejrzeć co jest, płaciło się w kasie co należy a potem gdy samochód zrzucił na podwórku tą zakupioną tonę lub dwie węgla, zakasywało się rękawy i wrzucało go szuflą do komórki. Dziś, ilekroć pojawia się temat kopalni czy w ogóle węgla ja przypominam sobie te parę scen, no i narzekanie babci, że to tak wszystko drogo kosztuje. Pamiętam też, że w tamtym czasie babcia płaciła coś ponad 600 zł za tonę a ja nie mogłem pogodzić się z gdzieś zasłyszanym faktem, że koszt wydobycia jednej tony węgla to naówczas około 150-200zł zł.


To było wiele lat temu, dziś węgiel w Warszawie można kupić najtaniej po 850-900zł za tonę a ja skoro mam już te parę lat więcej i możliwość przyjrzenia się sprawie bliżej, pozwólcie, że spojrzę wraz z Wami na te wszystkie liczby bo są bardzo wymowne. Pracę tą co prawda z racji wagi sprawy, winni wykonać tu najprzedniejsi dziennikarze ale wiemy, że tego nie zrobią. Jedni bo pracują dla rządu, inni bo im się nie chce zgłębić tematu, inni wolą robić sensację i wywiady ze strajkującymi górnikami, by za chwilę lecieć na drugi koniec miasta robić relację z pożaru jakieś budy. Nieważne. Trzeba nam to rozgryźć samemu a więc do dzieła.


Premier Kopacz-Smoleńska kilka dni temu ogłosiła, że czas wziąć się za kopalnie, bo biorąc na ten przykład Kampanię Węglową, trzeba było ostatnim czasem dopłacić do niej 400 mln złotych, a żeby było obrazowo, w listopadzie do jednej tony węgla aż 66 złotych. To jest według niej dobry powód by rozpocząć kampanie przeciwko górnikom, no a przede wszystkim to całe paplanie o ich przywilejach i wynagrodzeniach, które jak chce pan premier stanowią najpierwszy problem nierentowności tej branży. Cóż. Napuszczanie jednych na drugich, to jest stara zagrywka rządzących ale mam nadzieję, że Wy się akurat na to nabrać nie dacie. Szczególnie, że to jest kłamstwo. I to tak bezczelne, że choć trudno w to uwierzyć, to co opowiada nam ta kobieta o stanie górnictwa przebija w moim uznaniu kłamstwa o przekopywaniu ziemi w Smoleńsku na metr w głąb i udziale polskich patomorfologów w badaniu ciał poległych tam polskich notabli. Z tą różnicą, że to akurat kłamstwo można na szczęście od ręki obnażyć.

Zacznijmy od tego, że odwrotnie do tego co twierdzi premier Ewa Kopacz-Smoleńska to nie państwo dopłaca do polskiego górnictwa a polskie górnictwo dopłaca do państwa i to kwoty tak znaczne, że jego budżet mógłby się bez nich wywrócić. Żeby nie było wątpliwości, (pamiętajmy, że mamy do czynienia z oszustami gotowymi podważać każde przedstawione materiały i dowody) podeprę się danymi, które oni sami wytworzyli i które Ewa Kopacz-Smoleńska z pewnością widziała, zanim poszła tak paskudnie kłamać na konferencji. Poniżej przedstawiam wykres ze strony www.solidarnosckatowice.pl przedstawiający sumy jakie polskie kopalnie corocznie przekazują do budżetu państwa pod postacią różnego rodzaju opłat.









Jak widać w 2013 roku było to ponad 7 miliardów złotych co dla przykładu stanowi dwie trzecie kwoty jaką wydajemy na wymiar sprawiedliwości albo jedną czwartą naszych wydatków na wojsko. Jest to potężny zastrzyk gotówki o którym trudno szukać choćby wzmianki w komunikatach jakie pani premier kieruje do nas czyli społeczeństwa. Dlatego dla pełni obrazu, no a przede wszystkim by nie mielić tej trawy bezrefleksyjne jak ta krowa na miedzy, rozbierzmy jeszcze tą kwotę na poszczególne składowe i zobaczmy gdzie dokładnie te pieniądze lądują.


Otóż prawie dwa miliardy to wpłaty z tytułu podatku VAT, który tak przy okazji jest najwyższy dla tej branży w Unii Europejskiej. Dla porównania w Czechach i Hiszpanii podatek ten wynosi 21 proc., w Niemczech 19 proc., a w Wielkiej Brytanii 20 proc. U nas to jest 23 proc.. Dalej, prawie miliard branża górnicza wpłaciła do budżetu państwa w postaci podatku o osób fizycznych i prawnych. Do tego dochodzi jeszcze akcyza i wypłata z zysku wypracowanego przez kopalnie będące przecież jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa i są to grube miliony. Dla przykładu w 2011 roku było to ponad 300mln złotych, z czego sama tylko Kompania Węglowa, będąca dziś w kłopotach finansowych, wpłaciła 80 mln. Kolejne miliardy wyciągane przez państwo z branży kopalnianej to wpłaty do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Funduszu Pracy, Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Funduszu Emerytur Pomostowych na które spółki węglowe przeznaczyły w 2013 roku ponad 3,6 mld zł. Firmy z branży górniczej mają ponadto obowiązek dokonywania odpowiednich wpłat do Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz narodowego i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej. Ale to nie wszystko. Na końcu tego łańcuszka pokarmowego są jeszcze tzw. gminy górnicze, które poza udziałem w płaconych przez firmy górnicze podatków, pobierają potężne kwoty tytułem opłat eksploatacyjnych, podatku od nieruchomości i innych opłat lokalnych, które wszystkie w sumie kosztowały tą branżę tylko w 2013 roku prawie 280 mln złotych. W efekcie jak podaje Górnicza Izba Przemysłowo-Handlowej, o ile opodatkowanie jednej tony węgla w Polsce jeszcze w 2000 roku wynosiło 35 zł i 45 groszy to w 2013 roku udział kosztów w cenie wydobycia jednej tony węgla to ponad 95 zł. O tym pani Kopacz-Smoleńska zapomniała wspomnieć na swej konferencji, w zamian opowiedziała nam o 65 złotych jakie trzeba dopłacać do wspomnianej tony z budżetu państwa.


Może więc o tym dopłacaniu jeszcze. Proszę sobie wyobrazić, że Kampania Węglowa eksportuje średniorocznie prawie 4 mln ton węgla za granicę, a do końca 2014 roku zmierzała jeszcze podwoić ten wynik. Powiecie, że to dobrze tyle, że ceny za ten minerał w portach w Amsterdamie czy Antwerpii są dziś równe cenom węgla u nas w kraju więc po takiej tylko cenie polskie spółki górnicze mogą sprzedać tam swój surowiec. I robią to choć połowę zysku pożera w takim układzie koszt dowiezienia węgla do odbiorcy statkami i koleją.  To znaczy, że na każdym milionie ton węgla wysłanym za granicę polskie kopalnie biorące udział w takim przedsięwzięciu tracą około 160 mln złotych. Co ciekawe, te same kopalnie, ten sam węgiel sprzedają krajowym elektrowniom po wyższej cenie żeby „nie tworzyć precedensu”. No więc skoro już o tych dopłatach miało być, to przez taką politykę rządu dopłacamy raz - do eksportu węgla za granicę, dwa - do droższego prądu, który elektrownie wytwarzają po zawyżonych cenach węgla. Te wszystkie informacje można znaleźć w Internecie a mimo to premier rządu pozwala sobie na tak ciężkie kłamstwo robiąc przy tym dziwne miny i jakby figury akrobatyczne. Całkiem tak jakby to nie ona podpisała pakiet klimatyczny, w którym zobligowaliśmy się w sposób drastyczny do ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Kopacz-Smoleńska po powrocie ze szczytu obwieściła sukces twierdząc, że dostaliśmy "na maksa". Teraz dopiero widać, że po głowie. 

 

Gdy do tego wszystkiego dołożymy fakt, że kopalnie państwowe sprzedają węgiel poprzez pośredników (wszyscy dobrze znamy od czasu rządów SLD określenie „baronowie węglowi”), to nie ma się co dziwić, że wydobycie węgla może być nierentowne - ono w takim układzie nawet musi być nierentowne. Jest jednocześnie najlepszym przykładem zarzynania kolejnej, mlekodajnej krowy. Przypominam, dziś w Warszawie dobry węgiel można kupić najtaniej po 850zł za tonę podczas gdy koszt wydobycia jednej tony, nawet przy tak wielkich opłatach publicznoprawnych jakimi obłożono kopalnie -  od wyliczenia których zaczęliśmy ten tekst - to niewiele ponad 300 złotych. Dużą cześć tej różnicy pożerają pośrednicy choć mogłyby ją inkasować kopalnie. Ale tego rozwiązania problemu górnictwa nikt z rządu nie chce zauważyć, lepiej przecież opowiadać o wysokich pensjach górników zapominając, że w ich wysokość wkalkulowane jest wysokie ryzyko utraty życia.

Ale, wróćmy na powierzchnię bo tracimy wątek. Gdyby ktoś miał wątpliwości to może sobie zrobić podobna analizę dla kopalń prywatnych. Dla przykładu "Bogdanka" w której Skarb Państwa posiada tylko 5% akcji jest najbardziej dochodową kopalnią węgla kamiennego w Polsce. Inne kopalnie prywatne jak Przedsiębiorstwo Górnicze Silesia czy Zakład Górniczy Siltech także wcale dobrze sobie radzą podczas gdy Kompania Węglowa, Jastrzębska Spółka Węglowa i Katowicki Holding Węglowy, spółki Skarbu Państwa, odnotowują straty. Cóż się dziwić? Z tych pierwszych nie transferuje się niemal całego zysku do wiecznie dziurawego budżetu państwa, nie ma baronów, nikt też nie sprzedaje świadomie węgla za granicę ze stratą.

Czas kończyć bo przecież co bym tu nie napisał i tak braknie słów by najtrafniej opisać zabieg jaki przeprowadza się dziś na jednym z naszych cenniejszych skarbów narodowych. Świadomie wysysa się z polskich kopalń soki witalne by za chwilę mogła pani premier z miną niewiniątka a zarazem zatroskanego męża stanu robić show, którego celem jest wzbudzenie w opinii publicznej przekonania, że  nie ma innej drogi jak zamykanie i sprzedawanie. I ja nie mam wątpliwości, że to idzie właśnie w tym kierunku, bo przecież to jest ta sama drogą, którą przeszła stocznia i setki innych wielkich przedsiębiorstw państwowych. Droga na którą jeszcze przed Świętami Platforma Obywatelska próbowała przekierować, głosowaniem po północy, także nasze Polskie Lasy. To jest ta sama droga po przejściu której przedsiębiorstwa najzwyczajniej padają, albo sprzedane za grosze nagle cudownie ozdrawiają.

Ale mam cichą nadzieję, że tym razem trafia kosa na kamień. Kopacz-Smoleńska w swej pysze zagalopowała się już tak dalece, że nie tylko z nazwy zechciała być Żelazną Damą (tak nam ją próbują sprzedawać media) ale i dotknąć tej trudnej materii tak jak Margaret Thatcher. Jejku, jejku.  Moi Państwo! Nie ta głowa, nie ta klasa, to w ogóle nie ten kaliber. „Zobaczyła żaba, że konia kują i sama nogi podstawia”. Mam nadzieję, że górnicy wytłumaczą tej pani co to polskie przysłowie oznacza?

Już prawie jesteśmy u celu ale że zacząłem od wspomnień to i zakończyć podobnie wypada. Ci co mnie czytają, wiedzą, że z pierwszego wykształcenia jestem inżynierem budownictwa lądowego. Trochę przez to lat spędziłem na budowie, a że tam pracy szukają także ci którym się nie powiodło, to trafili mi się razu pewnego także górnicy. Jeden prawie płakał gdy opowiadał, że jego kopalnię sprzedano Czechom bo nam się wydobywać tam węgla nie opłacało a im proszę bardzo. Drugi wzdychał, że jego kopalnię zalano a przy tym ubolewał bardzo nad tym, że gdyby tylko pozwolono mu sprzedać na złom ten cały sprzęt jaki został tam pod ziemią to on by już dziś nie musiał pracować. 


Czyż nie pięknie się nam rozwija, nasza Polska Rzeczpospolita Złodziejska? 

czwartek, 8 stycznia 2015

Duda, Duda i po Dudzie. Poświątecznie.

Autor: Integrator
 
Okres świąteczny to czas wyjątkowy i choćby się niebo waliło, wyjścia nie ma, ugryźć się w język trzeba i czekać aż minie tradycją przecież ustanowiony okres ochronny. Tak jest co roku, tak było i tym razem, toteż obejrzawszy nagranie z życzeniami świątecznymi Andrzeja Dudy, mogłem bądź to cisnąć laptopem o ścianę a wcześniej wyżyć się tu obficie bądź korzystając z czasu łask wszelakich wznieść oczy ku niebu i prosić o cierpliwość. Tak też uczyniłem a że udzielono mi jej bez liku, dzielnie wytrwałem do końca by móc dziś już na spokojnie napisać skąd u mnie te nerwa.
Otóż Prawo i Sprawiedliwość, nad którego poprawą wizerunku bez powodzenia od lat pracują - według szefostwa - najtęższe głowy, wymyśliło, że trzeba się tym specom wziąć i za Andrzeja Dudę, kandydata tej partii na prezydenta. Na sam wpierw i na dzień dobry wymyślili, wszak czas ku temu najlepszy, że byłoby dobrze gdyby usiadł pan Duda przy świątecznym stole z rodziną i powiedział nam jakieś ładne słowa, które zapadną głęboko w serca. Jak wymyślili tak też zrobili a jak im to wyszło możecie sami zobaczyć tu klikając:
To się w sumie ładnie ogląda, spot jest neutralny i pozytywny ale jest tam coś, co ma miejsce już nie pierwszy raz, coś czego ani on ani PiS nie widzą a to przecież prawdziwa kotwica dla tego okrętu, i zadania które mu wyznaczono. Rzecz idzie o Lecha Kaczyńskiego.
Ja oczywiście aż tak tępy nie jestem bym nie umiał zrozumieć, że to był człowiek znacznego formatu, którego na tle tej słabizny jaka przemieszcza się po polskiej scenie politycznej trudno zapomnieć. Tym trudniej dla młodego człowieka którego przez te wszystkie lata wspólnej pracy dla Polski w sposób naturalny napełniał podziw i szacunek dla swego nestora. Okazji do dzielenia się tą estymę powinien jednak pan Duda mimo wszystko szukać podczas prywatnych spotkań, w małym gronie przyjaznych ludzi, w żadnym zaś razie jego podziw dla Lecha Kaczyńskiego nie powinny być stałym gwoździem programu wyborczego. A jest i wszyscy to widzimy.
Moi Państwo. Andrzej Duda, przyjmując pewne zaokrąglenia, to jest człowiek całkowicie i nikomu nieznany. My się rzecz jasna możemy oszukiwać i mówić, że tak nie jest a potem powtarzać wyuczone opowieści, że pracował w Trybunale Stanu i blisko Lecha Kaczyńskiego, ale dobrze wiemy, ze to jest wszystko. Dalej nie ma już nic. Nie znamy go z programów publicystycznych, nie wiemy czy i jak bardzo jest wyrobiony w potyczkach słownych a w jakim stopniu umie zarządzać grupą. Brzydko mówiąc nie mieliśmy szans dobrze się z nim obwąchać. Jest cała masa polityków PiSu których znamy znacznie lepiej, no ale właśnie kogoś takiego, właśnie Andrzeja Dudę, partia wystawiła nam na prezydenta. Że nam, to jeszcze pół biedy, bo my wyjścia wielkiego nie mamy i albo nie pójdziemy głosować albo zagłosujemy właśnie na niego. Problem w tym, że musimy do tego człowieka przekonać ludzi z poza naszego świata. Musi to zrobić sztab ze swojej strony ale i my sami musimy mieć argumenty, żeby spotkanie ze znajomymi w chwilę po odpaleniu tematu wyborczego nie przekształciło się w zwykłą pyskówkę. I tu wchodzi na scenę pytanie – jak to zrobić? – bo przecież wszystko co o nim wiemy to w sumie tyle, że to podobno miły i dobry człowiek.
To jest odcinek na którym trzeba wykonać pracę informacyjną tym czasem narracja wokół Andrzeja Dudy, przypominam, że kandydata na prezydenta już w majowych wyborach, budowana jest w taki mniej więcej sposób, że gdziekolwiek zabierze głos, albo udzieli wywiadu, jakikolwiek, zawsze choćby jedno zdanie musi poświęcić Lechowi Kaczyńskiemu. Dlaczego? Pewnie dlatego, że ktoś pracujący dla naszych z Nowogrodzkiej wymyślił, że dobrze będzie jeśli wyciągnięty z zaplecza i nikomu nieznany człowiek zostanie pokazany nam w duecie z osobą znaną na której renomie jak na przysłowiowej kobyle popędzi ku wygranej. To się może wydawać dobrym planem gdy patrzy się na świat jeno z okien twierdzy na Nowogrodzkiej ale to jest plan nie na zwycięstwo a straszliwą klęskę.
To fakt, że Andrzej Duda jest nierozpoznawalny ale jeśli już  podjęto decyzję, że to on właśnie będzie reprezentował prawicę w walce o tron, to w pierwszej kolejności trzeba zrobić wszystko by każdy pijak błądzący po warszawskiej ulicy wiedział przynajmniej tyle, że to jest  kandydat PiSu na prezydenta, no i że to nie jest ten Duda od Solidarności. Bo wbrew pozorom ta zbieżność nazwisk wcale mu nie pomaga a nadzieja, że znajdą się tacy co pomylą jednego z drugim i chcąc oddać głos na szefa związku zagłosują na naszego Andrzeja, może okazać się płonna. Jeszcze raz powtarzam, nie tędy droga. Nie w rozmywaniu jego osoby a w wyrazistości i unikatowości.
 
Z tym ostatnim jest najwięcej kłopotu bo zdaje się nikt w sztabie nie rozumie tak oczywistej sprawy jak ów fakt, że nie da się zbudować aury wyjątkowości wokół człowieka, który w co drugim zdaniu robi wtręt o Lechu Kaczyńskim. To jest błąd zasadniczy, przez który Andrzej Duda zaliczy porażkę, która będzie się za nim ciągnęła latami. Zrozumcie. Nieustanne wspominanie Lecha Kaczyńskiego, utwierdza mnie i tysiące takich jak ja w przekonaniu, że to jest człowiek bez ikry i pomysłu. Już nawet nie na prezydenturę ale w ogóle na życie. Ja go nie znam, osobiście nigdy go na oczy nie wiedziałem ale gdy oglądam produkcje jak te jego życzenia mam wrażenie, że to jest ktoś miałki, nijaki, co gorsza człowiek bez własnej wizji któremu kazano w koło powtarzać coś o kontynuowaniu „misji zapoczątkowanej przez Lecha Kaczyńskiego.”
I tym sposobem doszliśmy do sedna spraw. Zanim ktokolwiek zdąży się oburzyć, niech każdy zada sobie to pytanie – jak dokładnie miałaby wyglądać nasza Polska w „wizji Lecha Kaczyńskiego”? Co on chciał wówczas osiągnąć takiego, że to trzeba dziś Andrzejowi Dudzie koniecznie kontynuować? Intuicyjnie tylko czuję, że chciał uczciwej i silnej Polski ale nie mam już bladego pojęcia co do specyfiki obranej drogi, która miała go tam doprowadzić. Nie mam pojęcia i tak mi się jakoś wydaje, że Wy także macie z tym problem. Otóż Moi Państwo, prawda jest jedna i niestety taka, że bez względu na przyczynę tego stanu rzeczy, my nie wiemy jaką dokładnie Lech Kaczyński chciał wykonać tu pracę. I nie spędzałoby mi to dziś snu z powiek, wszak Lech Kaczyński to już niestety historia, póki ktoś nie wymyślił, że w oparciu o coś czego my nie rozumiemy i nie znamy, będzie budowana „jakość” Andrzeja Dudy, pisowskiego kandydata na prezydenta.
To  jeszcze raz, tak w pigułce bo na prawdę źle to wszystko wygląda. Zamiast pracować nad wyrazistością kandydata by co bardziej świadomi wyborcy nie mylił go z szefem Solidarności a ci pogubieni wiedzieli chociaż tyle, że to pisowski zawodnik do wyborczego sparingu z Komorowskim, robią „nasi” Andrzejowi Dudzie gębę potulnej pierdoły, której życiowym sukcesem było noszenie ongiś kapci za prezydentem. To jest bardzo skuteczna metoda by przekonać tych wątpiących, że Duda to kolejna pacynka, ulepszona wersja Marcinkiewicza, która nie umie wydusić z siebie więcej niż to, że chce kończyć misję Lecha Kaczyńskiego o której przeciętny Polak wie mniej więcej tyle ile o samym kandydacie.