whos.amung.us

wtorek, 23 grudnia 2014

Prezent dla dwunastolatka

Autor: Coryllus
 
Tak jak w zeszłym roku, w tym także skonstatować musieliśmy, że nie ma na rynku odpowiednich prezentów dla wyrośniętego dwunastolatka ( w zeszłym roku dla jedenastolatka). Po prostu nie ma i już. Oczywiście w grę mogą wchodzić gadżety, ale ile gadżetów można mu kupić? Mogą być też ubrania, albo gry, ale te są w zasadzie identyczne, a i tak wszyscy grają w jakieś internetowe ustawki, za które nie trzeba płacić. Oferta dla nastolatków jest więc po prostu płaska. Właściwie nie istnieje, rynek nie jest kreowany przez nikogo, może poza samymi dzieciakami, które coś tam wymyślają w sieci. Nic po prostu nie ma. Ktoś oczywiście może powiedzieć, że warto kupić książkę. No to idźcie do księgarni i kupcie książkę dla chłopaka, który ma dwanaście lat i przeczytał już wszystkie książki jakie są w księgarniach i bibliotekach. Przeczytał je ze cztery lata temu. Harry Potter go nie interesuje, a cała literatura dla takich jak on jest w zasadzie funkcją Harry Pottera. Nie ma tam nic oryginalnego. Książki autorów anglosaskich to śmieci, serie wydawnicze są nie do przyjęcia. Te różne „Baśniobory” „Pozaświatowcy” i inne triumfy swobodnej wyobraźni, to bieda z nędzą tłuczona na jedno kopyto. Co on właściwie czyta spytacie? No najbardziej lubi Niziurskiego, ale przecież Niziurski to zabytek, w dodatku cały już przeczytany. Czasem weźmie też Ożogowską, ale ona też przeczytana, a poza tym nierówna i miejscami niezrozumiała. Współczesne książki produkowane w tym segmencie nie nadają się do niczego. Omawiałem tu kiedyś powieść ( o kurcze, powieść, raptem 180 stron) pod tytułem „Wszystkie lajki Marczuka”. Rzecz o dzieciach, które chcą zdobyć nagrodę wyznaczoną przez instytut Yad Vashem opisując Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie wojny. No i wygrywa chłopak, który wymyśla fikcyjnego bohatera – Marczuka. Okazuje się bowiem, że jedyny bohater, którego pamięta jego rodzina, nie ratował, ale wydawał Żydów Niemcom. Tak dziś wygląda literatura dla dzieci i młodzieży. Za chwilę ta młodzież popadnie w tak zwany wiek cielęcy i mowy nie będzie, żeby zainteresowała się jakąkolwiek literaturą. Poza tekstami na demotywatorach rzecz jasna. Dziwne jest to, że ani nasi, ani gazownia nie usiłują zagospodarować tego segmentu. To jest nawet więcej niż dziwne, to jest wstrząsające. W czasach czerwonego PRL-u, książki dla dzieci i młodzieży były ledwie liźnięte ozorem propagandy (jak napisałby redaktor Terlikowski), jakiś szpieg kręcący się po starych kopalniach, jakieś delikatne wspomnienie o sojuszu robotniczo- chłopskim. Szczytem szczytów był pan Samochodzik ormowiec. I to w zasadzie tyle. Nie to co teraz. Mamy albo żydożerców, albo tak gorących patriotów, że się w czasie przeglądania książek na ich temat kartki zaczynają palić. U mnie w księgarni leżą książki wydawnictwa Rafael, przeznaczone dla patriotycznie nastawionej młodzieży, budzące ducha i naświetlające wydarzenia historyczne tak jak trzeba. Ja tych książek nie kupię mojemu dziecku nigdy. Ponieważ nie będę mu potrafił wyjaśnić dlaczego publikacje te upstrzone są tak nędznymi i poronionym rysunkami, taką graficzną nędzą, skoro wydawcę stać na dystrybucję w całym kraju. Dlaczego one porażają naiwnością i biedą, dlaczego są tak nieszczere. Ja na te wszystkie pytania odpowiedzieć swojemu dziecku nie umiem. Mogę na nie odpowiedzieć Wam, ale Wy tę odpowiedź znacie od dawna. Chodzi o to, że wydawca nie dość, że oszczędza na produkcie to jeszcze uważa wszystkich swoich odbiorców za osoby z ilorazem w dolnej granicy normy. Takie, które na widok źle narysowanego husarza jadącego na czymś co może być skrzyżowaniem osła z żyrafą, ale nie koniem z pewnością, będą klaskać w dłonie i piszczeć. No więc taka jest oferta: propaganda albo bieda. Możecie wybierać.
 
Czego brakuje w tych książkach? Konkretu. Brakuje konkretnych historii, opartych o rzeczywiste wydarzenia. O tradycję lokalną i lokalną historię. I nie mówcie mi, że na Śląsku pisze się takie książki, nie pisze się ich wcale. Na Śląsku pisze się książki o kryzysie wzorca śląskiej męskości, albo się tłumaczy Brzechwę i Tuwima na śląski. I to wszystko.
 
Moje dziecko czyta tego Niziurskiego już któryś raz, bo tam są dobrze zarysowane postaci. Nie mówię, że od razu Marek Piegus jest dobry, bo jak go akurat nie lubię, a ekranizację tej powieści uważam za fatalną. No, ale są inne rzeczy, których ja nie czytałem, późniejsze i tam zaznacza się wyraźnie psychologiczna dojrzałość postaci postawionych wobec bardzo konkretnych wyborów. Tak wygląda osławiona „prawda ekranu” i dzieci to wyczuwają. Nie chcą Harry Pottera, nie chcą filmów i przygodach Koraliny w krainie demonów i innych bredni. Po prostu nie chcą.
 
Mamy więc na rynku ofertę rodzimą dla dzieci małych, wierszyki Małgorzaty Strzałkowskiej, Doroty Gellner i innych autorów, potem mamy ziejącą czarną dziurę z której wygląda Harry Potter, a następnie są już książki dla dorosłych, czyli tak naprawdę dla niedojrzałych emocjonalnie trzydziestolatków, oraz literatura i publicystyka polityczna. No i rzecz jasna powieści, które wszystkie jak jedna są o tym samym – o szczęśliwej miłości pozamałżeńskiej. Ktoś wczoraj napisał w komentarzu, że w sklepie Media Markt leżą obok siebie książki Ziemkiewicza i Bartoszewskiego. Czyli jest jeszcze gorzej niż myślałem. Księgarnie już nie istnieją, a księgarze nie mają pojęcia dlaczego nikt u nich nie kupuje. I płaczą rzewnymi łzami. Nasi i nie nasi liczą dudki, które im wydawca zapłacił za kolejną edycję ich przemyśleń na temat Polski i jej losu, a jest tego trochę więcej niż ostatnio, bo wydawcy wpadli na pomysł, by kolaborować z sieciami. To jest pomysł analogiczny do łowienia ryb prądem w stawie otaczającym pałac na wodzie w królewskich Łazienkach. Inaczej tego nazwać nie potrafię. Powinniście tam jeszcze wapna nasypać mili panowie, wtedy jeszcze więcej ryb wypłynie i zysk będzie większy.
 
Nie mogę na to patrzeć, rzygać mi się chce. Dyskusji na ten temat nie ma żadnej, bo każdy się trzęsie, że może być gorzej, że czytelnik nie kupi, nie zrozumie, że jest za głupi, by zrozumieć co autor i wydawca chcą mu tym włożonym do stawu kablem przekazać. Dno.
 
To wszystko musi się zmienić na poziomie oferty. I ja to piszę otwartym tekstem, bo wiem, że się nie zmieni, bo degradacja jako proces jest niezwykle pociągająca, a wychodzenie ze stanu upodlenia jest trudne, męczące, a bywa też kosztowne. A po co, jeśli można wyprowadzić forsę z firmy i zająć się czymś innym? Na przykład sprzedażą samochodów, albo papierosów, albo nawet myjnię z dojazdem do klienta założyć. Wiele rzeczy można robić. Książki nie są w końcu aż tak ciekawe. Ile można czytać tego Harry Pottera czy nawet Niziurskiego?
 
Zmiana na poziomie oferty nie jest możliwa, bo ofertę kształtują dotacje. Ktoś płaci i wymaga. Autor dostaje pieniądze i ma pisać o lajkach Marczuka. Koniec. Nie ma żadnej twórczości jest tylko propaganda. Im więcej dotacji tym więcej propagandy, im więcej propagandy tym ludzie mniej rozumieją o co chodzi i kupują więcej gadżetów i mniej książek. Im mniej książek kupują tym więcej ich leży w sieci Media Markt. Im więcej ich tam leży tym bardziej zacierają się granice pomiędzy autorami. I nikt już nie rozumie czym się Bartoszewski różni od Ziemkiewicza, skoro leżą na tej samej półce nieopodal pilotów do telewizora.
 
Przedwczoraj przeczytałem, że proponowane są zmiany w prawie autorskim. Jedna z nich przewiduje, że autorzy dostawać będą pieniądze za to, że ich książki pożyczane będą z biblioteki. Samorządy mają za to płacić według jakiegoś grafika. Jeśli myślicie, że to dobrze dla autorów to się mylicie. To bardzo źle. Z dwóch powodów. Po pierwsze: pieniądze mieliby dostawać tylko ci, których książki biblioteka zakupiła (tak to zrozumiałem). Biblioteka zaś kupuje książki według rozdzielnika, przede wszystkim kandydaci i laureaci Nike, potem jako coś zostanie – inni. Przeważnie nic nie zostaje. No więc jak ktoś jest na tyle głupi, by przekazywać książki do bibliotek dobrowolnie sam jest sobie winien. Pieniądz samorządowy popłynie znowu do tych co zawsze. Czy to dobrze dla nich. Źle, bo obecność ich książek w bibliotekach na opisanych zasadach oznacza koniec bibliotek publicznych. Po prostu koniec. Nikt tam nie zajrzy, bo i po co? Po Twardocha i Harlequiny? Mowy nie ma. Książka jeszcze bardziej niż dziś służyć będzie propagandzie i transferom pieniędzy, no i okradaniu samorządów rzecz jasna, które zemszczą się natychmiast na kimś, na jakiejś najsłabszej grupie w podległych sobie resortach. Czyli na nauczycielach po prostu. Tak to widzę, mogę się mylić oczywiście, ale na ten moment nie potrafię wyobrazić sobie tego inaczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz