whos.amung.us

wtorek, 30 grudnia 2014

Oddawać Święta!

Autor: Integrator

Wiem, że Sylwester tuż, tuż ale ja jeszcze przez chwilę o świętach muszę. Ten raz ostatni. Wszak póki Trzech Króli wciąż jeszcze przed nami, mam to prawo a nawet obowiązek w tym właśnie czasie poczynić takie oto dwie uwagi.

Raz to kolędy. Pewnie i wy to widzicie, że co roku, nie wiem jak ale idzie to po całej Polsce, ktoś je zmienia i na swoja modłę szlifuje. Dla przykładu w kolędzie „Dzisiaj w Betlejem” było kiedyś „i Józef stary, i Józef stary ono pielęgnuje”, dziś jest „i Józef święty, i Józef święty ono pielęgnuje”. Komu to przeszkadzało? W tej samej kolędzie całkiem jeszcze niedawno było „króla nad króle, króla nad króle” a teraz jest „króla na królami, króla nad królami”. Po jaki sens? Po jaką, przepraszam, cholerę, przecież to się teraz turdniej śpiewa? Albo ten chyba najbardziej rzucający się w oczy wers z kolędy „Wśród nocnej ciszy”, który gdy byłem dzieckiem brzmiał „cztery tysiące lat wyglądany” aż zmienił się nagle w „tyle tysięcy lat wyglądany”. Rozumiem, że tak jest lepiej? Poprawniej? To może od razu to „wyglądany” zmieńmy na „wyczekiwany”, po co się szczypać? No chyba, że plan jest taki, żeby powolutku, pomalutku i po cichu po jednym wyrazie na rok prostować te kolędy?

Nic z tego nie rozumiem i nie wiem kto a przede wszystkim po co przy tym grzebie ale faktycznie poszło już na cały kraj. I to nie jest tak, że jakiś organista wymyślił, że tak jest lepiej i sobie zmienił albo jakaś nawiedzona pani polonistka poszła z tym do proboszcza. Te zmiany są już w moim kościele, u mojej babci na wsi ale i u wujka w parafii, w gazetach i Internecie. Tylko po co? Pytam po co to zmieniać gdy to jest tak piękny i oczywisty łącznik z poprzednimi pokoleniami Polaków, którzy tak właśnie te sprawy postrzegali? Naprawdę już tacy jesteśmy mądrzy, tacy wyedukowani, że nam kolędy w pierwotnym brzmieniu przeszkadzają? Po co, raz jeszcze pytam, po co przy tym grzebiecie? W tym ich cały urok bo przecież nie w dzisiejszej, nowoczesnej i takiej poprawnej polszczyźnie!

Sprawa druga tyczy się uroku czy jak kto woli magii Świąt Bożego Narodzenia. A dokładnie to ich braku. Zdawało mi się zrazu, że ja już stary się robię to i nastroju świątecznego nie czuję. Choinka, prezenty, Święty Mikołaj, wieczerza wigilijna a ja nic a nic nie czuję. Absolutnie nic. Szczególnie te właśnie minione przeżyłem niezgorzej niż pierwszy z brzegu przedłużony weekend. No i wyobraźcie sobie, wymyśliłem, że to przez komercję tak mam, nie może być inaczej.

Wiem od żony, że w sklepach lecą już zimowe wyprzedaże, serio. Bo oni tam tak mają, że zimą sprzedają kolekcje wiosenne, a gdy trawa się ledwo zazieleni już handlują latem. Gdy my się opalamy w domach handlowych już jesienne ciuchy leżą a gdy liście zaczną z drzew spadać zastąpią je kolekcje zimowe. No i dobrze, kto lubi niech goni. Gorzej, że oni dokładnie to samo robią ze świętami, wszystkimi. A na to już zgody nie ma. Nawet mowy być nie może.

Bo zobaczcie sami. Od października można przecież w marketach kupować już znicze. Nieśmiało, tu i ówdzie, po trochę, ale im bliżej Wszystkich Świętych tym większe wjeżdżały palety. Gdy tylko ten czas się skończył a wiatr zdmuchnął ostatni płomyk na cmentarzu, na witryny sklepowe wskoczyły choinki i Mikołaje. Nie tylko na witryny. Na billboardy, na ulice, do naszych domów wraz z reklamami przez odbiorniki telewizyjne i radiowe. I tak od listopada aby tylko więcej sprzedać. No i nie ma się co dziwić, że gdy przyjdzie Wigilia to się odechciewa. I tej choinki, i tych Mikołajów. Bo ile można?

Kiedyś gdy tego wszystkiego nie było a o zbliżających się Świętach Bożego Narodzenia przypominał skrzypiący pod butami śnieg, wszystko smakowało inaczej. Tych wyjątkowych dni wyczekiwało się z utęsknieniem. Po prezenty szło się na tydzień przed, a choinkę ubierało z rana w Wigilię. Pościło się do wieczora a o północy szło na pasterkę. I żyło się tym wszystkim przez kolejne dni. Wszystko było takie nowe, świeże, rześkie, niemal pachniało świerkiem. Szkoda, że tak to teraz wygląda. Że zanim zaczną się Święta już jesteśmy nimi zmęczeni, już się tak ich opatrzymy, że mamy dość gdy w końcu przyjdą.

No, no, wiem ja, że na salonach nie ładnie się wydzierać ale co tam, w końcu to dla sprawy -  więc z całych płuc – ODDAWAĆ ŚWIĘTA!!! Wy, handlarze!
 
 

Krajobraz po wyborach

Autor: Aleksander Chłopek
 
Jeżeli wszystko w Polsce jest nieuczciwe, to dlaczego wybory miałyby być uczciwe? Wiem, przesadzam, tej uczciwości trochę tu i ówdzie wokół nas widzimy, ale całość sprawia wrażenie przygnębiające - i z tym się chyba w większości zgodzimy. Platforma takie zaprowadziła standardy i kraj robaczywieje.
 
Obciążać tym samą Platformę, to też niezbyt sprawiedliwe - niedowartościowane poczułyby się takie sympatyczne partie, jak PSL czy TR, a i media w tym procesie odegrały niebylejaką rolę, jeżeli wręcz nie najważniejszą.
 
Prawo i Sprawiedliwość w dopiero co zakończonych wyborach umocniło wyraźnie swoją pozycję silnej, opozycyjnej partii, zdolnej do równorzędnej walki z koalicją rządzącą. Ale niezdolnej do zwycięskiej batalii. Nie tylko z własnej winy.
 
Jak na taki bagaż afer, niegospodarności, nadużyć i najzwyczajniej brak klasy (ten festiwal kłamstw i obłudy!) rządzącej od 7 lat Platformy, to partia opozycyjna, PiS, nie ma się czym chwalić.
 
Ale też i do wstydu nie ma wielkich powodów. Bo już chyba do wszystkich dociera, że władza nie odda władzy. Ta władza - mainstream, establishment, czy jakkolwiek ich nazwiemy (mogą być "bezpieczniackie watahy" autorstwa St.M.) - posunie się do ostateczności, by przeżyć. Bo utrata władzy to dla nich autentyczne być albo nie być. W sensie dosłownym. Więc Smoleńsk, potem parodia śledztwa, teraz wynaturzone wybory, jutro kolejne "niespodzianki". I wcale nie będą silić się na zachowanie jakichkolwiek pozorów. Bo już nie próbują.
 
Ale my jednak wiemy, że ich jest mniej. Oni też to wiedzą i się boją. W Polsce odradzają się nowe siły - widać je na marszach niepodległościowych, w ruchu rodzin Radia Maryja, w decyzjach wyborczych młodych 18-29. latków. Sytuacja dziś jest jak z Wyspiańskiego sprzed 100 lat: "Jest tyle sił w narodzie/ Jest tyle mnogo ludzi/ Niechże w nie duch Twój zstąpi/ I śpiące niech pobudzi."
 
Im szybciej zrozumie to opozycja, tym lepiej. Dla nas i dla niej. I zacznie mówić innym językiem - do tych niezadowolonych, oburzonych, solidarnych, narodowych.  A przestanie mówić, rozmawiać, a właściwie kłócić się, z przedstawicielami rządzącego układu. I oczekiwać, że w kraju niedemokratycznych zasad zwycięży w demokratycznych wyborach.
 
Czeka nas długi marsz. Choć może nie tak długi - rozwoju wydarzeń nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Także i tych międzynarodowych. To, co dziś wydaje się odległe, może wydarzyć się już za rok.
 
 
Zapraszam wszystkie chętne pióra do współtworzenia Tygodnika Solidarni. Piszą dla nad Toyah, Coryllus, Integrator a ostatnio pan Aleksander Chłopek, Janusz Wojciechowski i BoZenka, która ubogaca Tygodnik swoim Szkicownikiem Politycznym. Możesz pisać i Ty.

niedziela, 28 grudnia 2014

Czy Cejrowski też popłynie na drugi brzeg?

Autor: Integrator

W tym roku po raz pierwszy nie kupiłem prezentów w Empiku. Z racji nadchodzących świat i związanej z tym tradycją wypełniania wolnego miejsca pod choinką, jak zwykle odpowiednio wcześniej wybrałem się na zakupy ale to co zwyczajowo miałem kupić tam właśnie, tym razem kupiłem w zwykłej księgarni. Nawet na Mikołaja, jako że tym razem pod poduszkę wsunąłem książkę, zakupy świadomie zrobiłem poza siecią Empik.

Sprawa była dość głośna więc każdy z Czytelników domyśla się skąd to tak i dlaczego toteż nie będę się nad przyczynami tej mojej decyzji bardziej rozwodził jak tylko jednym zdaniem, że sieć która chciała święto Bożego Narodzenia reklamować satanistą i aborcjonistką dla mnie od tej chwili nie istnieje. I wcale nie zamierzam tu popisywać się wielkimi słowami albo zachęcać Was do podobnego działania bo i tak każdy zrobi co uważa za słuszne. Ja na ten przykład kupuję od teraz gdzie indziej i jest z mi z tym dobrze. Zamiast szwędać się po wielkim sklepie a wcześniej szukać wolnego miejsca parkingowego w zapchanym centrum, kliknąłem gdzie trzeba i wyszło na to samo  tyle, że szybciej i w zgodzie z własnymi przekonaniami.

W sumie więc sprawy nie ma a jednak piszę bo odkąd odkryłem w sieci nagranie w którym Wojciech Cejrowski namawia nas by nie kupować jego książek w sklepach Empiku, trzymają się mnie same złe myśli. Dla tych co tego filmiku nie widzieli, bo mieli w tym czasie sto innych spraw na głowie, powiem tylko, że wygląda to tak, że on tam na stole ma przed sobą trzy statuetki dla najlepiej sprzedającego się autora tej sieci, mówi też, że Empik zatrudnił Nergala i Czunaszek a w takim razie on nie zarobi ale oni także. Przy czym pokazuje swoją nową książkę, która według niego dałaby mu i w tym roku mistrzowskie wyniki, rzecz jasna także czwartą już statuetkę. Ale jak leci dalej w tym filmiku, on ma to wszystko gdzieś, kładzie na jednej z tych nagród obrazek bodajże z małym Jezuskiem, dwie pozostałe przewraca i prosi nas jak było na wstępie. Nagranie ma niecałe dwie minuty więc najlepiej obejrzycie je sobie sami:



https://www.youtube.com/watch?v=oBE6dT_mFVg

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w porządku ale kolejne dni pokazały, że niekoniecznie. Oto zaledwie na dzień przed Wigilią, a więc w okresie gdy gorączka zakupów osiąga apogeum, Cejrowski publikuje na facebooku kolejny apel w którym namawia tym razem by jednak szturmować Empiki. Pisze tam Pan Podróżnik, że osobiście napisał do niego prezes tej sieci, żeby się na niego Cejrowski nie gniewał, no a że to jest co by nie mówić czas świątecznego pojednania, to on nie miał innego wyjścia jak mu od ręki wybaczyć. Ja tą informację, ten jego odwrócony apel  przegapiłem ale gdy tylko jedna dusza pokazała mi to nagranie tak, że mogłem zobaczyć prawdziwe zakończenie tej historii, zrozumiałem, że to wszystko była zwyczajna farsa. Cejrowski nas wszystkich podpuścił. Ja co prawda wszechwiedzącą istotą nie jestem i mogę się mylić ale korzystając z tytułu jednej z polskich komedii, uważam, że „sprawa się rypła”. I już Wam mówię jak do tego doszedłem.

Cejrowskiego lubiłem za nonkonformizm. Mniejsza o to czy on sobie mógł na niego pozwolić czy nie ale zawsze mówił co myśli, a że myślał po mojemu to z przyjemnością śledziłem jego poczynania. Do historii przejdą jego oryginalne wystąpienia w programach telewizyjnych jak chociażby ten w którym precyzyjnie punktuje Hołownię, człeka, który sławę i pozycję zdobył po tej stronie rzeki, by już po pieniądze przeprawić się na tamtą. Oczywiście jak i jego poprzednicy by nieść tam słowo Pana tym którzy się pogubili. Wracając do Cejrowskiego, w krótkim czasie stałem się regularnym widzem jego programów w których boso przemierzał świat a i czytelnikiem podróżniczych serii które wydaje. I nagle wszystko zaczęło się psuć. Najwyraźniej na tej ścianie pojawiły się najpierw małe rysy a potem już wyraźnie spękania by ostatecznie za sprawą zagrywki z Empikiem wszystko nagle legło w gruzach.

O co chodzi? Otóż zaczęło się całkiem przypadkiem gdy trafiłem na informacje, że Beata Pawlikowska to jest pierwsza Cejrowskiego żona. Gdy zaledwie z lekka pogrzebałem  w sieci okazało się, że choć wzięli ślub w 1993 roku to przez sześć lat ukrywali ten związek by wreszcie ogłosić, że nie są już razem. Zrobiła to w jakimś programie sama Pawlikowska a przy okazji wyszło, że by każdy z nich mógł żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami, jak rozumiem ona nie chciała w ogóle ślubu a on chciał kościelny, wymyślili taki kompromis, że wezmą ślub kościelny ale nie przekażą dokumentów do urzędu stanu cywilnego. Cejrowski miał więc jak chciał ślub kościelny a Pawlikowska w dowodzie tak jak chciała czyli, że jest nadal panną. W 2004 roku sąd biskupi unieważnił ślub kościelny („nasi” się przecież nie rozwodzą), a potem w sieci zaczęły rozkwitać plotki, że coś jest między Cejrowskim a młodszą od niego o dwadzieścia lat Joanną Nejfeld. Aż w końcu w 2010 gruchnęła sensacyjna wiadomości o ich ślubie, acz znów wszystko okryto tajemnicą. Tyle portale plotkarskie. Z poważniejszych spraw była potem jeszcze jego niewybredna krytyka Ojca Świętego Franciszka aż w końcu ta sprawa z Empikiem.

I coś mi się tak przez to wszystko wydaje, że z tym Cejrowskim to taka owsiakowska ściema. Obawiam się, że Cejrowski; człowiek który z jednej strony opowiada nam o moralność a w kwestii sakramentu małżeństwa pisze tak dziwne scenariusze; człowiek który tyle mówi o lojalności względem kościoła a zarazem pozwala sobie na wpisywanie się w tak prostacki nurt krytyki Papieża - musi być wbrew pozorom człowiekiem bardzo, ale to bardzo pogubionym. To jest najwyraźniej choroba duszy, przez co wszystko co możemy oglądać w wydaniu tego pana to tylko w miarę konsekwentne trzymanie się wyuczonych reguł gry, które przed laty poznał i dobrze opanował ale których nie rozumie i nie czuje. Ja się takich ludzi szczególnie boję, bo poprzez hasła i twarde postawy bardzo szybko usypiają naszą czujność by w najmniej spodziewanym momencie zadać ból i wprowadzić w stan, który postawi nas przed koniecznością wewnętrznego przełamywania kolejnych barier. Dokładnie z tym mechanizmem mamy do czynienia w przypadku sprawy z Empikiem. Szefowie Empiku najpierw próbowali „sprofanować” nam te Święta a potem bez choćby słowa „przepraszam” z ich strony wróciliśmy z powrotem kupować tam co trzeba bo Cejrowski powiedział, że już można. Bo trzeba wybaczać a w ogóle to szkoda tych drzew, które wycięto by wydrukować zalegające tam na półkach jego książki.

Być może to jego wezwanie byśmy nie kupowali jego książek było bardzo spontaniczne i nie do końca przemyślane stąd późniejsza próba wycofania się z tego. Niemniej gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że on ten swój protest przeprowadził w czasie gdy już było wiadomo, że Empik nie pokaże nam Nergala i Czubaszek to postaje wątpliwość, czy to nie była tylko i wyłącznie wyrafinowana forma reklamy? Obejrzyjcie sobie ten filmik raz jeszcze i zwróćcie uwagę, że gadając o złym Empiku Cejrowski jednocześnie bardzo wymownie eksponuje swoją nową książkę. Powtarzam raz jeszcze. Ja nie wiem jak było na prawdę, bo ja ani w jego głowie nie siedzę, nie jestem też jego menedżerem ale gdybym był na jego miejscu, ogłosiłbym taki bojkot zaraz na drugi dzień po wzmiance o Nergalu, namawiałbym nie tyle do niekupowania w tej sieci moich książek ale w ogól niczego w Empiku aż nie przeproszą, no i nie wyskakiwałbym z prezentacją nowej książki. Tak jest przecież bardziej naturalnie a skoro jest jak na nagraniu to mam przecież prawo podejrzewać, że to może być część większej kampanii.


Jeśli tak to właśnie było, jeśli on w tej operacji wziął udział świadomie, powtarzam raz jeszcze, jeśli zrobił ten bojkot celowo w okresie gdy było wiadomo, że Nergala już w Empiku nie zobaczymy a więc zrobił to po prostu dla kasy, i jeśli w chwili wygłaszania swego apelu wiedział, że będzie się z takiego za chwilę wycofywał by dać tym samym szansę bezbolesnego wykręcenia się z tej historii człowiekowi, który Darskiego zaakceptował, to mamy autentyczny skandal. Bo to by znaczyło, że Cejrowski jest już w trakcie przeprawiania się na tamtą stronę rzeki, a wtedy, używając określenia mojej dziewięćdziesięcioletniej babci, tą całą jego prawicowość i kościelność można o kant dupy pobić.  

czwartek, 25 grudnia 2014

Świąteczne życzenia w duchu polskiej tradycji. Ku chwale Boga.

Autor: Integrator
 
Wczoraj mieliście próbkę tego co niesie ze sobą akceptacja dla osób i działań, które są spoza okręgu naszych wartości i uderzają w to wszystko co dla nas ważne.
Dziś, w chwilę po Pasterce, chcę złożyć Wam świąteczne życzenia w duchu polskiej tradycji, mojej tradycji, tak jak to się robi na Podlasiu skąd pochodzę.
 
Jak obyczaj każe stary
podłóg Ojców naszych wiary
Pragnę Wam złożyć życzenia
w dniu Bożego Narodzenia
Niech ta Gwiazdka Betlejemska
co przyświeci Wam o zmroku
Zaprowadzi Was do szczęścia
w nadchodzącym Nowym Roku!
 
Dziękuję wszystkim którzy czytają to co mam tu do powiedzenia. Tym z którymi łączy mnie wspólne postrzeganie naszych polskich spraw ale i tym z którymi się nie zgadzam acz wszystko przed nami bo wiem, że wiele dobra można wyprowadzić ze zwykłej nawet rozmowy. Na koniec pozdrawiam tych, których wysłałem tam skąd nawet światło nie powraca. Dziś zrozumiałem, że nie ma rzeczy niemożliwych a więc być może, jednak, kiedyś, do zobaczenia.  
 
 Póki co świętujmy. Z Panem Bogiem!
 Integrator
 
 

wtorek, 23 grudnia 2014

Świąteczne życzenia w duchu Nergala. Ku przestrodze.

Autor: Integrator

Wiem, że czas leci bardzo szybko i to co było w zeszłym tygodniu wydaje się być odległym i niewartym uwagi, ale tak mnie ta rzecz skutecznie po dziś dzień trzyma, że nie mam wyjścia jak tylko wyrzucić to z siebie raz a dobrze tym tu właśnie sposobem. W tamtym to bowiem czasie bloger Toyah napisał niezwyczajny tekst o zabójstwie dokonanym przez dwójkę dzieci na rodzicach jednego z nich w małej miejscowości, nieopodal Białej Podlaskiej. Jako pierwszy a potem przez parę dni także jako jedyny konsekwentnie wskazywał nie tyle na samo okrucieństwo tej zbrodni (ciała zostały poćwiartowane) co na fakt, że dokonały je dzieci obracające się w świecie satanistycznych odniesień przez co tej strasznej nocy działały najpewniej pod wpływem opętania.

Nie chcę tu robić wykładów a potem wchodzić w spór czy diabeł istnieje a w konsekwencji czy opętanie to skutek paktu jaki się z nim podpisuje czy może tylko objawów choroby psychicznej dręczącej umysł i ciało. Starczy rzecz, że to jest coś w co ja wierzę a czując jak wielka i zła to siła zawsze trzymałem się z dala od wszelkich zabaw czy to w duchy czy w doszukiwanie się „innej” osoby w odbiciu własnej twarzy w lustrze. Nigdy też nie pozwoliłem sobie na utratę świadomości tak poprzez zażywanie specjalnych substancji czy choćby lecznicze hipnozy bo wiedziałem, że jest ona gwarantem mojego bezpieczeństwa w tych sprawach. Jest filtrem, który dzięki nabytym przekonaniom i doświadczeniom pewne rzeczy automatycznie odrzuca i stanowi tamę dla tego wszystkiego co aby mogło w nas wejść musi dostać naszą zgodę. Nawet Bóg który nas stworzył nie narusza naszej wolnej woli i czeka aż się na Niego otworzymy. W tym stanie rzeczy złu pozostaje próbować przedostać się do naszego wnętrza poprzez ominięcie świadomości lub wprowadzenia jej w błąd.  Jasnym jest, że zdrowy człowiek nie da dobrowolnie przyzwolenia by weszły w niego złe moce ale bezwiednie może zgodzić się na działania, które im to zadanie ułatwią. Należą do nich wszystkie te zabiegi, które docelowo wyłączają świadomość i decyzyjność, odsłaniając nas tak w pełni na to co szuka do nas drogi. Jak pracuje ta furtka dobrze widzą ludzie, którzy zajmują się technikami NPL bo celem ich jest nic innego jak wpływanie na podświadomość. Na kursy poświęcone tym technikom przychodzą biznesmeni szukający lepszego sposobu dotarcia do kontrahenta, liderzy grup chcący nauczyć się umiejętności porywania tłumów w końcu zwykli gówniarze czy lowelasi którym wmówiono, że mogą nauczyć się w ten sposób wyrywać dowolne panny na dyskotece. Pomijając fakt, że na dyskotece wyrywać nikogo szczególnie nie trzeba, bo większość przychodzi tam właśnie po to by zostać wyrwana, cała ta „szkoła” jest zabawą w ciuciubabkę z materią o której właściwościach prawie że wcale nie mamy pojęcia. Każda próba wprowadzania czegokolwiek do umysłu człowieka poprzez ominięcie świadomości jest dla niego zgubna i omija trzon jego jestestwa – wolną wolę. Toyah bardzo trafnie nazwał szatana TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji bo o ile on sam tej furtki otworzyć nie zdoła, to może próbować zachęcić nas czy prowokować byśmy sami ją mu otworzyli. Zajęci wprowadzaniem do głowy komuś czy samym sobie odpowiednich treści za pomocą specjalnych zabiegów manipulacyjnych czy medytacyjnych otwieramy lukę na którą tylko czeka TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. I nie przepuszcza. Wierzcie mi, czmychnie przez tak uchylone drzwi jak to zwykle czynią koty czy psy trzymane w domu. Kto ma ten wie o co chodzi.

Jesteśmy więc całkowicie bezbronni gdy tylko otworzymy się na te tematy, a że sama wzmianka o egzorcystach wywołuje salwę śmiechu to sprawa wydaje się być przesądzona w tym znaczeniu, że nawet gdy już zostaniemy zainfekowani jesteśmy zdani tylko na siebie przez co wcześniej czy później musi dojść do zniszczenia tego co na tym świecie najpiękniejsze czyli daru życia. Swojego lub cudzego bo to jest zawsze dla zła najprzedniejszy cel. Jeszcze lepiej (jestem pewien, że piekło wówczas świętuje), gdy ofiarą zagubionego człowieka padnie niewinne dziecko. W stan zaś najwyższej ekstazy wprowadzają ich tam tragedie jak ta z Białej Podlaskiej gdy uda się zbrukać niewinność dziecka a potem sprowadzić je do roli narzędzia, które zabija. Dokładnie z tym mieliśmy do czynienia w tej małej miejscowości ale, o czym nie wolno zapominać, to zdarzyło się przede wszystkim w naszym kraju.

Zastanawiałem się jak do tego mogło dojść i choć w pierwszym odruchu poszedłem na łatwiznę i wzorem mediów zrzuciłem wszystko na szkołę i rodziców to potem wyszło mi, że to nie tak. Owszem sprowadzono nas ekonomicznie do poziomu przy którym jedna pensja nie wystarczy i żeby można było żyć jako tako, do pracy musi iść nie tylko mężczyzna ale i kobieta, często oboje na klika etatów. Od początku przemian wysyłano też na Ministrów Edukacji ludzi najbardziej dziwnych i już choćby z wyglądu podejrzanych, i nie było w tym względzie wyjątku tak w przypadku Giertycha posłanego tam za PiSu czy strzygącej się jak spod miski Katarzyny Hall, którą dziś zastępuje Kluzik-Rostkowska a w której spojrzeniu też trudno szukać cienia rozsądku. Podobnie ma się sprawa z Kościołem który spacyfikowano na wszystkie możliwe sposoby aż rutynowym sposobem na demonstrowanie dziś młodzieńczego buntu stało się ostentacyjne lekceważenie księdza podczas lekcji religii czy po prostu nie branie w nich udziału. Wszystko zatem co do tej pory funkcjonowało tylko i wyłącznie celem objęcia opieką młodego człowieka by w tym najbardziej delikatnym czasie nie pogubił się, stoi przed nim w niemniejszym zagubieniu i rozterce. Świetnie za to ma się druga strona, która walczy o duszę młodego człowieka bez pardonu, bo dobrze wie, że od tego jaki on będzie zależeć także ich własna, diabelska przyszłość. I to nie jest slogan ale fakt.

Toyah pisał w swoich tekstach, a ja to odczytałem jako apele, żeby nie sprowadzać tego co się stało w Białej Podlaskiej tylko do dowodu na to jak bardzo źle działają wymienione instytucje rodziny, szkoły i kościoła, ale byśmy zwrócili uwagę na to z jaką siłą co raz bardziej wdziera się w świat dziecka to co złe i w kontakcie z czym dziecko jest bezbronne. O ileż bardziej bezbronne niż my dorośli, którzy choć też podatni na to zło, w znacznie większym stopniu umiemy odpierać wszelkiego rodzaju pokusy. Posiadamy też odpowiedni dystans do spraw dzięki którym nawet jeśli bardzo się w coś angażujmy, umiemy oderwać się od tego i zająć codziennym życiem. Dziecko nie umie. To co je fascynuje staje się całym jego światem. Święcie wierzy w to co słyszy i bardzo często nie umie się zatrzymać.

Kiedyś moja znaczne młodsza siostra, gdy była jeszcze w gimnazjum, z zapałem który mnie przeraził, usiadła do komputera by pokazać mi na youtube nagrania z egzorcyzmów. To były przerażające krzyki wypowiadane w języku którego nie rozumiałem a ona mi wyjaśniła, że to jest mówione od tyłu. Dużo tego nie słyszałem bo zaraz kazałem jej przerwać by wytłumaczyć, że właśnie w ten sposób wyraża zgodę na to by „coś” czego nie zna i nie rozumie mogło do niej przemawiać. Przeklinać ją, rzucać urok być może kusić a wszystko to bez jej wiedzy ale za jej  zgodą. Z tego co wiem, już nigdy nie próbowała w ten sposób zaspokajać swojej ciekawości dla tych spraw ja zaś dzięki temu wiem, że gdy dziś mamy przed sobą to okrutną zbrodnię, jej początków należy szukać w tej właśnie ciekawości, której nikt w porę nie ukierunkował. A przecież wszystko na świecie, także droga do opętania zaczyna się od zainteresowania sprawami całkiem niewinnymi. Patrzenie w lustro przy świeczce, zabawa w talizmany i tarota, może zodiaki i horoskopy w których mamy odnaleźć zapisaną w gwiazdach naszą przyszłość. Część osób traktuje to jako zabawę i wiele na tym poprzestaje ale wiele zagłębia się w temat nie widząc, że powoli tonie złapawszy się na haczyk wmawianego nam kłamstwa, że wszystkiego trzeba spróbować bo w małych ilościach nic przecież nie może zaszkodzić. Jestem pewien, że gdy spytamy to każdy gwałciciel czy pedofil opowie nam, że swoją drogę do tak ciężkiego występku zaczynał od oglądania soft erotyki, potem gdy impuls był już niewystarczający wchodził w twarde porno, aż po odbyciu różnego rodzaju inscenizowanych sadyzmów postanowił w końcu dać sobie porządnego kopa i spróbować jak to jest naprawdę. Myślę, że każdy narkoman zapytany jak zaczynał, opowie, że na początku był klej wąchany całkiem dla jaj z kumplem na klatce w jego bloku, może trawa na imprezie, potem tabletka na dyskotece a potem wciąż już było tylko za słabo i za mało. Z tematyką okultystyczną, ezoteryczną, energoterapeutyczną i tym podobnymi formami „wstępnego” kontaktu z materią o której nie mamy do końca pojęcia jest podobnie. A wracając do dzieci, myślę, że w sumie nie byłoby z tym problemu bo póki co znakomita większość rodziców wciąż sobie z tymi zagadnieniami umie radzić i w porę wyłapuje zainteresowanie swych pociech podobnymi tematami. Ci którym się nie udało, biegając od księdza do psychologa w poszukiwaniu ratunku, w większości przypadków także kończy tą przygodę całkiem nieźle. Problem w temacie który tu roztrząsamy pojawił się dość niedawno a dokładnie dopiero wtedy gdy do popularyzowania satanizmu zabrały się media co postawiło nas wszystkich przed całkiem nowym wzywaniem. Ale po kolei.

Ja ani muzykiem ani znawcą muzyki nie jestem. Słucham jej głównie w radio gdy jadę samochodem ale i to jest dla mnie za dużo, i gdy już mi się przeje i zapragnę znów usłyszeć ludzki głos chwytam za komórkę albo szukam stacji gdzie się siedzi i po dawnemu gada. Być może na tym właśnie polega fenomen Radia Maryja bo tam się w studio głównie rozmawia, można też zadzwonić a choćby i nawet z zabitej dechami wsi a usłyszy o twoich bolączkach i pomysłach reszta kraju. Ale nie o tym chciałem, no więc dla porządku raz jeszcze - na muzyce nie znam się wcale, słucham głównie tego co leci w radio - więc gdy dowiedziałem się z serwisu informacyjnego Radia (chyba) EskaRock, że zespól Behemoth, którego liderem jest Nergal został wyróżniony przez czasopismo „The Rolling Stones” szóstym miejscem na liście najlepszych kawałków 2014 roku, po powrocie do domu usiadłem sprawdzić co to za czasopismo? Zwłaszcza, że wyróżniona płaty nazywa się „The Satanist”. Tym sposobem trafiłem na stronę zespołu „The Rolling Stones”, którego nawet jeśli ktoś nie słucha to nazwę na pewno kojarzy bo z tym akurat jest tak, że jeśli ktoś z nas zostanie zaczepiony na ulicy przez młodą dziewczynę z mikrofonem, która zapyta nas jakich zespołów słuchamy a my z głupia franc (bo na przykład interesujemy się głównie sportem) odpowiemy na odczepnego, że „The Rolinng Stones” to mamy gwarantowany nie tylko szacunek w jej oczach ile spokój, bo przecież samo pytanie „A dlaczego?” w przypadku tego zespołu nie wchodzi w grę. Może jeszcze inaczej, żeby na pewno trafiło do Was w czym rzecz. To jest zespól wyniesiony na takie szczyty chwały, że gdyby ci ludzie przyjechali tu za rok, tuż przed wyborami prezydenckimi i zagrali na cześć Kaczyńskiego a potem powiedzieli, że niscy ludzie są cool a dla każdemu kto na niego zagłosuje obiecali bilety na swój koncert to Jarosław Kaczyński wygrałby te wybory z przysłowiowym palcem wiecie sami gdzie. A więc to jest absolutna siła. Ja stety lub nie takim emocjom nie ulegam i zamiast poprzestać na tym co już wiem o tym zespole zacząłem buszować po ich stronie i okazało się, że tam jest tyle odniesień do szatana, że w sumie Nergal to jest plastikowa podróbka i w żadnym razie pionier. On już tylko próbuje w tym dołku kopać dalej i głębiej ale nie on zaczął tą robotę. Żyjemy w czasach gdzie już wszystko opluto i zohydzono więc jemu zwyczajnie nie zostaje nic innego jak tylko robić to samo tylko, że mocniej. To jest to samo przekleństwo na jakie zdany jest współczesny artysta, który żeby zaistnieć musi wsadzić polską flagę w kupę. Ale wracając do „The Rolling Stones” wśród ich albumów znajdujemy takie jak: „Their Satanic Majesties Request", "Voodoo Lounge" albo "Beggars Banquet" który otwiera piosenka o nazwie "Sympathy for the Devil". Niemniej demoniczne są okładki wydawanych przez nich albumów gdzie nie brakuje odniesień do biblijnych symboli zła czy demonicznych tatuaży. Tak tylko na marginesie powiem, że „Stonsi” to nie wyjątek, proszę sobie na ten przykład zobaczyć jak wyglądają okładki albumów AC/DC „Stiff Upper Lip Life” albo „Higway to hell”. To jest przemysł który bez wątpienia z satanizmem romansuje, pytanie tylko kto tu kogo bardziej potrzebuje?


I co z tego zapytacie? W sumie nic. Bo raz, że większość z Was o takim „The Rolling Stones” nic nie wie a poza tym jeśli mówi się o tym zespole to jedynie w kontekście czegoś tak wybitnego, że tylko głupiec może tego nie rozumieć więc po co się wystawiać na drwiny i szukać dziury w całym. Niemiej ja bym tu zaryzykował stwierdzenie, że oni właśnie dlatego zostali tak bardzo spopularyzowani bo na tamte czasy a więc w formie nieco stonowanej i nie tak bezpośredniej jak to dziś robi Nergal wprowadzali do obiegu treści z kręgu zła, oswajając nas z nimi. Co z jednej strony pokazuje jak bardzo silne są środowiska, które te sprawy promują a z drugiej ich perfidię. Jeśli się bowiem przyjrzycie zdjęciom w sieci to ci rockmani czy jak tam ich zwią, są zawsze uśmiechnięci i tak bardzo mili, że nikt by nam nawet nie uwierzył, że ten zespół obraca się w kręgu satanistycznych odniesień. Tylko medialne doniesienia o seksualnych wyczynach czy ciągach narkotycznych mogą dać co niektórym coś do myślenia, reszta macha ręka i słucha tej muzy dalej.  


W podobny sposób promowany jest kult szatana w wykonaniu Nergala. To jest przecież co by nie mówić przystojny mężczyzna, uśmiechnięty a to co robi to przecież tylko zabawa. Tyle, że on w swych piosenkach (słowa można znaleźć w sieci) bez przerwy ubliża Bogu, chrześcijan wysyła na pożarcie lwom a imię Matki Bożej bezcześci używając w stosunku do niej takich określeń (choćby w utworze „Amen” z albumu wyróżnionego właśnie przez magazyn „The Rolling Stones”), za użycie których w stosunku do naszych mam każdy z nas bez ostrzeżenia i chwili zwłoki obił by mu mordę. Dlatego, choć może ja akurat jestem aż nazbyt wyczulony na te sprawy, szczególnie mnie drażni gdy ktoś mówi, że to tylko zabawa i udawany satanizm a ci co na prawdę 
 zaangażowani w oddawanie czci szatanowi gardzą Nergalem jak błaznem. Ja się z tym nie zgadzam i uważam, że to co robi Darski, którego Empik zatrudnił dziś do promowania Bożego Narodzenia, to jest rzecz najgorsza właśnie przez te udawanie ale i przez tą powszechną dostępność, które czynią jego twórczość wrotami do prawdziwego już satanizmu a potem opętania. Trudno przecież żeby media transmitowały na żywo relację z czarnych mszy i z detalami pokazywały te wszystkie zabiegi jakim Zuzia i jej kolega poddali ciało jego rodziców by wypełnić przepisy ich prawa. Do tych kręgów zła można więc dostać się tylko własnym silami i w efekcie celowych poszukiwań. Nergal zaś funkcjonuje w sferze publicznej i powszechnie dostępnej. W dzień jest bywalcem salonów, studiów telewizyjnych, programu The Voice of Poland czy redakcji prasowych gdzie przeprowadza się z nim fascynujące wywiady by wieczorem przebrany za Lucyfera móc rwać Pismo Święte i bluźnić w swych pieśniach wobec Boga. A przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że droga którą może przebyć nastolatek lub nastolatka od fascynacji silnym bądź przystojnym mężczyzną do tego co ów promuje na scenie może być naprawdę bardzo krótka.


A wracając do Zuzi, myślę, że jako dziecko zbyt bardzo wzięła sobie to wszystko do serca i utonęła w tym a potem stało się co się stało. Pytanie co zrobią z tym tematem media bo tu trudno doszukiwać się przyczyn tylko w dysfunkcyjnych schematach działania szkoły. To jest ideologia, której tamę musi stawić państwo a przynajmniej przestać udawać, że problemu nie ma. I tu (sam nie wierzę, że to piszę, być może to przez te Święta) ale ślę ukłony dla Putina bo jak dotąd on jeden nawet przez chwilę nie miał wątpliwości jak ten problem rozwiązać. Wypad zespołu Behemoth do Rosji skończył się pobytem w wiezieniu a na jednym z portali znalazłem nawet wzmiankę o warunkach jakie panowały w tym „hotelu”: „Przed procesem "Nergal" wyznał, że ostatnią noc on i jego zespół spędzili w fatalnych warunkach. Areszt był zaniedbany i brudny, a muzycy narzekali, że nie mogli nawet skorzystać toalety. Zaś ściany pomieszczenia pomazane były odchodami.” Zaiste nie wyszedł panom satanistom pobyt w Imperium Zła, bardzo szybko wrócili z podkulonymi ogonami, niemiej aż dziw bierze i trudno uwierzyć patrząc na ich teledyski, że to czym były pomazane ściany więzienia aż tak bardzo im przeszkadzało.

Gdy będziecie to czytali na niebie zapali się Pierwsza Gwiazdka. Chociaż w tym jednym dniu w roku bądźcie szczerzy i zdecydujcie po której stronie jesteście, bo mamy czasy które nie pozwalają stać bezczynnie i w rozkroku. Gdy zasiądziecie do stołów z rodzinami spójrzcie na Wasze dzieci i zadajcie sobie to proste pytanie czy wciąż i co roku chcecie by słuchały wspólnie z Wami kolęd czy może same, w ciemnym pokoju albumu „The Satanist” i otwierającego go utworu „Blow Your Trumpets Gabriel”. Mam zawsze z tym problem i tego nie robię ale dziś, przepraszam, zrobię wyjątek i go załączę. W końcu według „The Rolling Stones” to największy przebój tego roku. Dla niewprawionego ucha podpowiem, że to dzieło zaczyna się od słów: “I saw the virgin's cunt spawning forth the snake“. Jeszcze raz przeprasza. Choć sam już nie wiem za co. Przecież to tylko Nergal, bywalec salonów, twarz Empiku a wcześniej Telewizji Polskiej, no i w końcu on tak tylko dla zabawy.

Cóż, wybór jak zawsze należy do Was. Albo wy do tego w końcu podejdziecie poważnie albo wasze dzieci, ktoś musi. Tylko się nie pomylcie. Bo któregoś dnia może się tak przecież zdarzyć, że jednego dnia wasze Zuzie przytulą się do Was z miłością by kolejnego wpakować Wam nóż w serce aż po rękojeść. Wtedy zostaje życzyć Wam wesołych Świąt, być może już dla Was ostatnich.

wersja podobna łagodniejsza bo ocenzurowana

Może tatuaż dla dziecka pod choinkę?

Autor: Toyah
 
Wbrew, jak sądzę, dość powszechnemu przekonaniu, aby stworzyć tekst, który będzie miał wartość większą od zwykłej blogowej notki, nie wystarczy mieć dobry, ciekawy, a nawet oryginalny temat. To oczywiście jest najważniejsze, jednak jest jeszcze coś, bez czego, moim zdaniem, ani rusz, a mam tu na myśli to jedno czasem zdanie, niekiedy nawet jedno słowo, które umieszcza temat w kontekście znacznie szerszym, a przez to sprawia, że dopiero wtedy widzimy, że warto było. I często tak jest, że chodzą te myśli po głowie, a z nimi dziesiątki przeróżnych refleksji, często tak poruszających, że wydawałoby się, że nie pozostaje nic innego, jak tylko brać się za pisanie, a tu wciąż brakuje tej iskry, która gwarantuje, że to wszystko nie skończy się na jednym krótkim akapicie, a i on nam zajmie godzinę, dwie, a czasem i cały dzień użerania się z tą wrogą materią.
 
Ponieważ mam już te swoje doświadczenia, właściwie nigdy nie zdarza mi się, by siedzieć nad którymś z tych tekstów jakoś szczególnie długo, a już naprawdę nie przypominam sobie, bym któryś z nich pisał, pisał, pisał, a potem, dochodząc do wniosku, że z tego i tak nic już nie będzie, wyrzucał go w kosmos. No może raz, ale nie mam pewności. Jeśli już zaczynam coś pisać, doskonale wiem, po co to robię i co chcę, żeby z tego tekstu zostało, kiedy już skończę. Dziś na przykład, jeszcze tak naprawdę nie wystukałem pierwszego zdania, znam już zdanie ostatnie i jestem go pewien na tyle mocno, że mogę je z czystym sumieniem już teraz zapisać: „Bo obawiam się, że tak naprawdę nie pozostało nam o wiele więcej, jak tylko ten tatuaż”.
 
Oglądaliśmy wczoraj mecz Liverpool – Arsenal i znów pojawił się słowacki obrońca Martin Skrtel, calusieńki, może z wyjątkiem twarzy, wytatuowany. A ja sobie pomyślałem, że to jest to, co mi od pewnego już czasu chodzi mi po głowie – żeby napisać refleksję na temat owej zupełnie unikalnej w swojej dynamice mody, mody, której końca wprawdzie nie widać, ale ja go sobie potrafię świetnie wyobrazić, i nie jest to widok w żaden sposób nastrajający optymistycznie. Pamiętam jak jeszcze pracowałem w szkole, a był to początek lat 2000, i dwóch moich uczniów najpierw ogłosiło, że zamierzają sobie na łydkach zrobić tatuaże, no a następnie z tymi tatuażami przyszli na lekcje. Ponieważ byliśmy w pewnym sensie zaprzyjaźnieni, a oni chcieli znać moje zdanie, odradzałem im ten gest, używając, jak sądziłem, argumentu zupełnie oczywistego, że mianowicie za parę lat, kiedy już będą starsi i mądrzejsi, dojdą do wniosku, że te smoki, czy węże na nogach są zwyczajnie tandetne, tyle że już nie będzie tak prostej możliwości, by się ich pozbyć. A czym dalej, tym będzie gorzej. Będą mieli żony, dzieci, wnuki, a na nogach te tak strasznie krępujące wzory. I tak już do śmierci. Na nic. Co chcieli, to zrobili.
 
Był jeszcze jeden argument. Oto pewien mój kuzyn, kiedy jeszcze studiował, dał sobie wytatuować na ramieniu kolorową różę z jakimiś inicjałami i był bardzo z niej dumny dopóki, kiedy już skończył studia i szukał jakiejś lepszej pracy, nie dostał naprawdę dobrej oferty z ABW, tyle że wszystko w jednej chwili szlag trafił, kiedy oni zobaczyli, że on ma ten nieszczęsny tatuaż. Opowiadałem im i tę historię, licząc że może w ten sposób ich zniechęcę, i też na nic.
 
Od tego czasu minęło już dobre dziesięć lat i wszystko wskazuje na to, że nie miałem racji. Wystarczy się rozejrzeć, by zrozumieć, że kiedy pojawiły pierwsze studia tatuaży produkujące już nie kotwice, syreny, czy kropki na placach, czy pod okiem, ale co tylko sobie człowiek zażyczy, wszystko wskazuje na to, że to się nie skończy nigdy, a wręcz przeciwnie – już tylko się będzie rozwijało. Na końcu tej drogi nie stoją już tylko te chińskie literki, owe egzotyczne wzory, całe te tak pięknie ustylizowane zdania, które z całą pewnością coś znaczą, tyle że nam nic do tego, ale również przebite nosy, brwi, wargi, przedziurawione uszy, policzki, zniekształcone policzki, twarze i całe ciała. Tak właśnie – ciała. I moim zdaniem nie byłoby najgorzej się nam nad tym wszystkim zastanowić i wzorem Boba Dylana zawołać: „Because something is happening here and you don’t know what it is, do you, Mr. Jones?” Bo jak wiele na to wskazuje, w rzeczy samej, coś się dzieje i chyba jednak wypadałoby nam się zapytać, co to takiego?
 
Mój kumpel Gabriel Maciejewski, czyli, krótko mówiąc Coryllus, napisał dziś niezwykle istotny tekst – i tym samym stworzył tak przeze mnie wypatrywany kontekst dla poniższych refleksji – w którym zwrócił uwagę na powszechnie chyba przez nas lekceważony fakt, że jeśli chcemy kupić naszemu nastoletniemu dziecku świąteczny prezent, to jesteśmy praktycznie w sytuacji bez wyjścia. Dziś dla jedenastoletniego, dwunastoletniego, czy piętnastoletniego dziecka, jakakolwiek normalna oferta zwyczajnie nie istnieje. Gdy chodzi o różnego typu gadżety, ich jest tak dużo, a większość z nich tak zwyczajnie bezużyteczna, że nawet najgłupsze dziecko na nie już wzrusza ramionami. Książki naprawdę wartościowe są już dawno kupione i przeczytane, a nowych po prostu nie ma. Niby są te gry, ale raz że nie wszystkie dzieci lubią grać, a dwa że w końcu ile lat pod rząd można kłaść pod choinkę kolejną grę? Ile wreszcie lat pod rząd można dziecku kupować spodnie, koszulę, czy kurtkę? I to był właśnie dylemat, który Coryllus przedstawił w swojej notce.
 
A ja sobie myślę, że jeśli się głębiej nad tą ofertą zastanowić, to musimy dojść do wniosku, że tak naprawdę rzecz wcale nie tylko dotyczy nastolatków. Rzecz w tym – i jestem pewien, że większość z nas zdążyła to sama zauważyć – że w ogóle nie bardzo wiadomo, co takiego można kupić komuś pod choinkę, by mu sprawić radość. Weźmy mnie. Ja kiedyś, jeszcze w PRL-u, czy za wczesnej III RP, ucieszyłbym się wszystkim, jednak z biegiem lat ta półka stawała się coraz krótsza i dziś na niej poza flaszką, czy kompletem majtek czy skarpetek tak naprawdę nie ma nic. No, przyznam ewentualnie, że jakieś ładnie wydane CD, czy DVD z ulubionym filmem, czy muzyką, mogłyby mi sprawić przyjemność, ale obiektywnie patrząc, biorąc pod uwagę, że wszystko jest w jednej chwili do ściągnięcia z Internetu, a większość z nas słucha muzyki i ogląda filmy w komputerze, to też już nie jest prezent.
 
Ktoś powie, że ja jestem dziwny, więc nie powinienem się tu odzywać, no ale weźmy mojego syna, który oto od paru miesięcy zarabia ciężkie pieniądze, z którymi już nie bardzo wie co robić. Co chciał, to sobie już kupił i teraz, kiedy się go pytamy, co by chciał pod choinkę, to zupełnie szczerze odpowiada, że on nie potrzebuje tak naprawdę niczego. Podobnie jest z innymi. Oni najchętniej by powiedzieli by im położyć pod choinką kopertę z paroma setkami, tyle że ja i tak jestem pewien, że one by się rozeszły albo na codzienne domowe wydatki, w moim wypadku, czy wypadku mojej żony, lub na hamburgery w wypadku dzieci.
 
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że teza, którą chciałbym tu przedstawić może się okazać zbyt ryzykowna, ale wciąż mi chodzą po głowie te tatuaże i zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę to wszystko idzie w tym kierunku, by nam zostały już tylko one, a więc nowy tatuaż, nowy kolczyk, nowa dziura, czy nowy jakiś inny znak, który sobie damy zrobić na swoim ciele. Proszę zwrócić uwagę, że – jeśli na chwilę jeszcze zechcemy wrócić do tych prezentów – tak naprawdę jedyny uniwersalny prezent, jaki możemy sprawić swojemu dziecku, żonie, mężowi, bratu, czy nawet tacie, to jest t-shirt z odpowiednim napisem. Czy tam będzie napis Led Zeppelin, czy Beatlesi, czy zdjęcie Morrisseya, czy grafika z pierwszej płyty Joy Division, czy jakiś cytat z Shakespeare’a, lub Dr. House’a, cel jest jeden – wygłosić mniej lub bardziej ciekawy manifest. No a kiedy te koszulki już się nam znudzą, pozostaną już tylko tatuaże i te okaleczenia. I niewykluczone, że kiedy za rok czy za dwa zapytamy naszych bliskich, co by chcieli najbardziej pod choinkę, to nam odpowiedzą, że albo jeszcze jeden kolczyk w jeszcze jednym wciąż niezagospodarowanym miejscu na ciele, albo kolejny tatuaż to tu to tam.
 
I żeby już sprawy nie przeciągać, bardzo chciałbym wiedzieć, jak to się stało, że w ten właśnie sposób – zakładając oczywiście, że moja diagnoza jest trafna – określono naszą przyszłość: jako nieustanne modelowanie naszego ciała w taki sposób, by ono ostatecznie przypominało coś kompletnie innego od tego, co dla nas zamierzył Pan. Bo obawiam się, że tak naprawdę nie pozostało nam o wiele więcej, jak tylko ten tatuaż.

Prezent dla dwunastolatka

Autor: Coryllus
 
Tak jak w zeszłym roku, w tym także skonstatować musieliśmy, że nie ma na rynku odpowiednich prezentów dla wyrośniętego dwunastolatka ( w zeszłym roku dla jedenastolatka). Po prostu nie ma i już. Oczywiście w grę mogą wchodzić gadżety, ale ile gadżetów można mu kupić? Mogą być też ubrania, albo gry, ale te są w zasadzie identyczne, a i tak wszyscy grają w jakieś internetowe ustawki, za które nie trzeba płacić. Oferta dla nastolatków jest więc po prostu płaska. Właściwie nie istnieje, rynek nie jest kreowany przez nikogo, może poza samymi dzieciakami, które coś tam wymyślają w sieci. Nic po prostu nie ma. Ktoś oczywiście może powiedzieć, że warto kupić książkę. No to idźcie do księgarni i kupcie książkę dla chłopaka, który ma dwanaście lat i przeczytał już wszystkie książki jakie są w księgarniach i bibliotekach. Przeczytał je ze cztery lata temu. Harry Potter go nie interesuje, a cała literatura dla takich jak on jest w zasadzie funkcją Harry Pottera. Nie ma tam nic oryginalnego. Książki autorów anglosaskich to śmieci, serie wydawnicze są nie do przyjęcia. Te różne „Baśniobory” „Pozaświatowcy” i inne triumfy swobodnej wyobraźni, to bieda z nędzą tłuczona na jedno kopyto. Co on właściwie czyta spytacie? No najbardziej lubi Niziurskiego, ale przecież Niziurski to zabytek, w dodatku cały już przeczytany. Czasem weźmie też Ożogowską, ale ona też przeczytana, a poza tym nierówna i miejscami niezrozumiała. Współczesne książki produkowane w tym segmencie nie nadają się do niczego. Omawiałem tu kiedyś powieść ( o kurcze, powieść, raptem 180 stron) pod tytułem „Wszystkie lajki Marczuka”. Rzecz o dzieciach, które chcą zdobyć nagrodę wyznaczoną przez instytut Yad Vashem opisując Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie wojny. No i wygrywa chłopak, który wymyśla fikcyjnego bohatera – Marczuka. Okazuje się bowiem, że jedyny bohater, którego pamięta jego rodzina, nie ratował, ale wydawał Żydów Niemcom. Tak dziś wygląda literatura dla dzieci i młodzieży. Za chwilę ta młodzież popadnie w tak zwany wiek cielęcy i mowy nie będzie, żeby zainteresowała się jakąkolwiek literaturą. Poza tekstami na demotywatorach rzecz jasna. Dziwne jest to, że ani nasi, ani gazownia nie usiłują zagospodarować tego segmentu. To jest nawet więcej niż dziwne, to jest wstrząsające. W czasach czerwonego PRL-u, książki dla dzieci i młodzieży były ledwie liźnięte ozorem propagandy (jak napisałby redaktor Terlikowski), jakiś szpieg kręcący się po starych kopalniach, jakieś delikatne wspomnienie o sojuszu robotniczo- chłopskim. Szczytem szczytów był pan Samochodzik ormowiec. I to w zasadzie tyle. Nie to co teraz. Mamy albo żydożerców, albo tak gorących patriotów, że się w czasie przeglądania książek na ich temat kartki zaczynają palić. U mnie w księgarni leżą książki wydawnictwa Rafael, przeznaczone dla patriotycznie nastawionej młodzieży, budzące ducha i naświetlające wydarzenia historyczne tak jak trzeba. Ja tych książek nie kupię mojemu dziecku nigdy. Ponieważ nie będę mu potrafił wyjaśnić dlaczego publikacje te upstrzone są tak nędznymi i poronionym rysunkami, taką graficzną nędzą, skoro wydawcę stać na dystrybucję w całym kraju. Dlaczego one porażają naiwnością i biedą, dlaczego są tak nieszczere. Ja na te wszystkie pytania odpowiedzieć swojemu dziecku nie umiem. Mogę na nie odpowiedzieć Wam, ale Wy tę odpowiedź znacie od dawna. Chodzi o to, że wydawca nie dość, że oszczędza na produkcie to jeszcze uważa wszystkich swoich odbiorców za osoby z ilorazem w dolnej granicy normy. Takie, które na widok źle narysowanego husarza jadącego na czymś co może być skrzyżowaniem osła z żyrafą, ale nie koniem z pewnością, będą klaskać w dłonie i piszczeć. No więc taka jest oferta: propaganda albo bieda. Możecie wybierać.
 
Czego brakuje w tych książkach? Konkretu. Brakuje konkretnych historii, opartych o rzeczywiste wydarzenia. O tradycję lokalną i lokalną historię. I nie mówcie mi, że na Śląsku pisze się takie książki, nie pisze się ich wcale. Na Śląsku pisze się książki o kryzysie wzorca śląskiej męskości, albo się tłumaczy Brzechwę i Tuwima na śląski. I to wszystko.
 
Moje dziecko czyta tego Niziurskiego już któryś raz, bo tam są dobrze zarysowane postaci. Nie mówię, że od razu Marek Piegus jest dobry, bo jak go akurat nie lubię, a ekranizację tej powieści uważam za fatalną. No, ale są inne rzeczy, których ja nie czytałem, późniejsze i tam zaznacza się wyraźnie psychologiczna dojrzałość postaci postawionych wobec bardzo konkretnych wyborów. Tak wygląda osławiona „prawda ekranu” i dzieci to wyczuwają. Nie chcą Harry Pottera, nie chcą filmów i przygodach Koraliny w krainie demonów i innych bredni. Po prostu nie chcą.
 
Mamy więc na rynku ofertę rodzimą dla dzieci małych, wierszyki Małgorzaty Strzałkowskiej, Doroty Gellner i innych autorów, potem mamy ziejącą czarną dziurę z której wygląda Harry Potter, a następnie są już książki dla dorosłych, czyli tak naprawdę dla niedojrzałych emocjonalnie trzydziestolatków, oraz literatura i publicystyka polityczna. No i rzecz jasna powieści, które wszystkie jak jedna są o tym samym – o szczęśliwej miłości pozamałżeńskiej. Ktoś wczoraj napisał w komentarzu, że w sklepie Media Markt leżą obok siebie książki Ziemkiewicza i Bartoszewskiego. Czyli jest jeszcze gorzej niż myślałem. Księgarnie już nie istnieją, a księgarze nie mają pojęcia dlaczego nikt u nich nie kupuje. I płaczą rzewnymi łzami. Nasi i nie nasi liczą dudki, które im wydawca zapłacił za kolejną edycję ich przemyśleń na temat Polski i jej losu, a jest tego trochę więcej niż ostatnio, bo wydawcy wpadli na pomysł, by kolaborować z sieciami. To jest pomysł analogiczny do łowienia ryb prądem w stawie otaczającym pałac na wodzie w królewskich Łazienkach. Inaczej tego nazwać nie potrafię. Powinniście tam jeszcze wapna nasypać mili panowie, wtedy jeszcze więcej ryb wypłynie i zysk będzie większy.
 
Nie mogę na to patrzeć, rzygać mi się chce. Dyskusji na ten temat nie ma żadnej, bo każdy się trzęsie, że może być gorzej, że czytelnik nie kupi, nie zrozumie, że jest za głupi, by zrozumieć co autor i wydawca chcą mu tym włożonym do stawu kablem przekazać. Dno.
 
To wszystko musi się zmienić na poziomie oferty. I ja to piszę otwartym tekstem, bo wiem, że się nie zmieni, bo degradacja jako proces jest niezwykle pociągająca, a wychodzenie ze stanu upodlenia jest trudne, męczące, a bywa też kosztowne. A po co, jeśli można wyprowadzić forsę z firmy i zająć się czymś innym? Na przykład sprzedażą samochodów, albo papierosów, albo nawet myjnię z dojazdem do klienta założyć. Wiele rzeczy można robić. Książki nie są w końcu aż tak ciekawe. Ile można czytać tego Harry Pottera czy nawet Niziurskiego?
 
Zmiana na poziomie oferty nie jest możliwa, bo ofertę kształtują dotacje. Ktoś płaci i wymaga. Autor dostaje pieniądze i ma pisać o lajkach Marczuka. Koniec. Nie ma żadnej twórczości jest tylko propaganda. Im więcej dotacji tym więcej propagandy, im więcej propagandy tym ludzie mniej rozumieją o co chodzi i kupują więcej gadżetów i mniej książek. Im mniej książek kupują tym więcej ich leży w sieci Media Markt. Im więcej ich tam leży tym bardziej zacierają się granice pomiędzy autorami. I nikt już nie rozumie czym się Bartoszewski różni od Ziemkiewicza, skoro leżą na tej samej półce nieopodal pilotów do telewizora.
 
Przedwczoraj przeczytałem, że proponowane są zmiany w prawie autorskim. Jedna z nich przewiduje, że autorzy dostawać będą pieniądze za to, że ich książki pożyczane będą z biblioteki. Samorządy mają za to płacić według jakiegoś grafika. Jeśli myślicie, że to dobrze dla autorów to się mylicie. To bardzo źle. Z dwóch powodów. Po pierwsze: pieniądze mieliby dostawać tylko ci, których książki biblioteka zakupiła (tak to zrozumiałem). Biblioteka zaś kupuje książki według rozdzielnika, przede wszystkim kandydaci i laureaci Nike, potem jako coś zostanie – inni. Przeważnie nic nie zostaje. No więc jak ktoś jest na tyle głupi, by przekazywać książki do bibliotek dobrowolnie sam jest sobie winien. Pieniądz samorządowy popłynie znowu do tych co zawsze. Czy to dobrze dla nich. Źle, bo obecność ich książek w bibliotekach na opisanych zasadach oznacza koniec bibliotek publicznych. Po prostu koniec. Nikt tam nie zajrzy, bo i po co? Po Twardocha i Harlequiny? Mowy nie ma. Książka jeszcze bardziej niż dziś służyć będzie propagandzie i transferom pieniędzy, no i okradaniu samorządów rzecz jasna, które zemszczą się natychmiast na kimś, na jakiejś najsłabszej grupie w podległych sobie resortach. Czyli na nauczycielach po prostu. Tak to widzę, mogę się mylić oczywiście, ale na ten moment nie potrafię wyobrazić sobie tego inaczej.

niedziela, 21 grudnia 2014

O tym jak sałatka Pawłowicz zdradziła Ziemkiewicza

Autor: Integrator
 
Rafał Ziemkiewicz w programie „Świat się kręci”, gdzie rozmawiano o ataku profesor Pawłowicz na dziennikarkę TVNu, zrobił komentarz do sprawy jakoby to było celowe i obliczone przez panią poseł na zrobienie szumu, bardzo pożądanego w tym zawodzie. Doprawdy przykro słuchać, bardziej jeszcze oglądać jak z każdym wystąpieniem stacza się ten dziennikarz, tym razem w publicznej telewizji,  robiąc pogłos dla sprawy, która bez wątpienia miała przykryć ów historyczny fakt, że Bronisława Komorowski został postawiony w tych dniach przez obliczem sądu. Po raz kolejny pojawia się wątek WSI a nadto według Wojciecha Sumlińskiego, Komorowski przed sądem kłamał o czym dziennikarz zamierza poinformować prokuraturę. Sprawa jest absolutnie bulwersująca bo jeśli wierzyć Sumlińskiemu, gdy my wszyscy na wieść o katastrofie smoleńskiej wstrzymywaliśmy oddech oczekując informacji o ofiarach, Komorowski wdarł się do Pałacu Prezydenckiego by przejrzeć aneks do sprawozdania z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych do czego absolutnie w tym czasie nie miał prawa. Jeśli dziennikarz zdoła przedstawić wystarczające dowody to mamy tu zagadnienie najwyższej wagi. Dojdzie wówczas do odwrócenia ról w jakich występują dziś obaj panowie, to Komorowski zasiądzie na ławie oskarżonych a nadto będzie to najpoważniejsza klęska wizerunkowa człowieka, który na pewno już niedługo będzie starał się o reelekcję. Pojawi się też wystarczająca przesłanka by uruchomić procedurę odwołania tej persony ze stanowiska prezydenta Rzeczpospolitej, zatem to jest gra o wiele jeśli nie o wszystko.

 
Ziemkiewicz zdaje się o tym zapominać i nie bacząc na dramatyczne skutki swego udziału w tak zorganizowanej akcji odwracania uwagi od rzeczy ważnych, zasiadł przy jednym stole z ludźmi TVNu by sobie poużywać. Ja także dość często wyrażam negatywne opinie o posłach PiS stąd mając ten przykład na uwadze proszę zawczasu, by jeśli kiedykolwiek tak bardzo upadnę, ktoś kto mi to jasno wyświetli a przy tym nie miał litości jako i ja dziś jej dla tego liberalnego przechrzty nie mam. Jedno mieć rację, co innego leźć z tym do tych, którzy widzą tylko jedną stronę przymykając oko na cyrkowców z drugiej. Jakże żenujący obraz upadku człowieka, który kiedyś dla wielu z nas znaczył tak wiele.
 
 
Co zaś się tyczy już samej pani profesor to usprawiedliwienia dla jej popisów w żadnym razie nie ma. Ni dla sałatki spożywanej w ławie poselskiej ni dla ataku na dziennikarkę przez co tak sromotnie się podłożyła. Niepojęte, że za właściwą drogę wyjścia z tej opresji uznała tą, która wiedzie przez casus herbaty marszałka?! Wprawdzie przyjmuję, że mamy czasy gdzie dorośli zachowują się jak dzieci, które nie potrafią odmówić sobie jedzenia do czasu gdy znajdą się w bardziej ku temu odpowiednim miejscu. Dobrze to widać w marketach, gdzie nawet dojrzali mężczyźni przy okazji robienia zakupów zajadają się batonami, by na koniec wyłożyć do skasowania już tylko puste opakowanie. Myślą pewnie, że są uczciwi i tacy zaradni, tym czasem mówią nam przez to jak bardzo są niepoważni. No ale jeśli tak się sprawy mają w narodzie to nie ma się co dziwić, że zgodnie z zasadami demokracji, mamy reprezentujących i takie zwyczaje posłów, którzy też nie potrafią wytrzymać i niczym małe dzieci dziamgające w kościele herbatniki i chrupki, też tam coś podczas obrad podgryzają. Zważywszy na fakt, że tych dzieci mamy co raz więcej, wcale się nie zdziwię gdy w przyszłości będzie i takich posłów więcej a po sali sejmowej będą latali kelnerzy serwując im wcześniej zamówione dania.
 
 
Póki co wszystko działa po staremu, od tych spraw jest stołówka i jeśli pani Pawłowicz uważa, że wystarczającym sposobem na zamknięcie sprawy może być powołanie się na innych posłów podjadających w czasie pracy, to coś tu jest nie tak. W końcu rzecz polega na tym by brać przykład z lepszych, ciągnąć w górę, podnosić poprzeczkę i herbata Sikorskiego nie powinna mieć tu nic do rzeczy.  A gdyby temu panu postawiono przed nosem koryto a on by zaczął siorbać z niego niechby nawet w rytm hymnu narodowego to też by mu Pani Profesor akompaniowała sosem ze swej sałatki? Nie tędy droga, Pani Poseł, czasami lepiej i po prostu przeprosić.
 
 
Inna sprawa, że sytuacja sprzyjała takiej narracji, że Pawłowicz mogła wyjść z tych opresji niemalże obronną ręką. Tej bowiem sejmowej nocy próbowano przemycić kilka bardzo ważnych ustaw w tym legalizację związków homoseksualnych czy sprzedaż Lasów Państwowych. Próbowano to zrobić maszynowo i pod osłoną nocy gdy Polacy na ostatniej prostej zajęci są przygotowaniami do Świąt. Zważywszy na determinację koalicji rządzącej była uzasadniona obawa, że wykorzystując nieobecność posłów opozycji na sali sejmowej, mogą zechcieć nagłym głosowaniem przepchnąć wszystkie te paskudne sprawy. A w takich okolicznościach przyrody i tego, i niepowtarzalnych naturalną koleją rzeczy jest co najmniej czasowe zawieszenie co do zasady obowiązujących reguły gry. Nie mam wątpliwości, że gdybym był posłem, pilnowałbym tej nocy jak nigdy swojego fotela a rzeczoną sałatkę zjadłbym na tej sali w ramach protestu. Po czym z pustym pudełkiem udałbym się wprost przed kamery pokazać do jakich absurdów doprowadza Platforma chcąca spłacić swoje zobowiązania względem homoseksualnego lobby i światowej finansjery czyhającej na to co u nas ostatnie i wspólne. O tym profesor Pawłowicz nie pomyślała. I tu znów wracamy do zagadnienia narracji i kanałów przekazu o których ta partia nie ma pojęcia a o czym całkiem niedawno tu także pisałem.

piątek, 19 grudnia 2014

O leśnikach

Autor: Coryllus 
Dziś w nocy, w sejmie ma się odbyć głosowanie nad referendum w sprawie lasów. Nie wiem jaki będzie efekt tego głosowania, ale sam fakt, że zostało zaplanowane na godziny nocne, kilka dni przed świętami zalatuje zamachem stanu. Konstytucja 3 maja na odwyrtkę po prostu. Ktoś liczy na nieobecność posłów PiS albo na ich ogłupienie i brak dyscypliny. Nie wiem, jak powiadam jak to się skończy, ale postanowiłem napisać kilka słów o leśnikach przy tej okazji. Być może to już ostatni moment, by coś o nich napisać.
Inżynierowie pracujący w lasach państwowych są w mojej ocenie jedną z ostatnich grup zawodowych w Polsce, które odebrały gruntowne wykształcenie. Tak zawodowe jak i ogólne. Leśnicy, w ramach swojej pracy, która zawsze jest misją, chcą czy nie chcą muszą interesować się takimi sprawami jak własność ziemi i jej historia. To stawia ich w roli zbliżonej do tej jaką dawno temu odgrywało ziemiaństwo. Leśnicy, tak jak ich pamiętam, być może coś się zmieniło, byli zawsze bardzo świadomi swojej szczególnej funkcji i wyczuleni na próby jej zdeprecjonowania. Te zaś podejmowano zawsze, szydzenie z leśników to ulubiony sport kretynów ufających w to, że meble biorą się z fabryki mebli, a papier z papierni w Konstancinie, gdzie przerabia się makulaturę. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat ludzie pracujący w zawodzie poddawani są procesowi nieustającego rozmiękczania, który prowadzi wprost do tego, by ich zdegradować, by zrobić z nich psiarczyków. Nie ukrywam, że wielu pracowników lasów czeka na tę zmianę funkcji z utęsknieniem, bo wydaje im się, że ich los będzie wtedy lepszy. Nie będzie. Będzie stokroć gorszy, a ich degradacja będzie jedną z najboleśniejszych i najbardziej przykrych degradacji jakie zna świat. Nikt bowiem nie będzie się litował nad oszukanymi leśnikami, ponieważ nikt nie rozumie na czym polega ich misja. Smutne jest to, że wielu z nich także tego nie rozumie. Są nawet tacy, którzy uważają, że prywatyzacja lasów spowoduje, że oni także staną się ich właścicielami. To jest umysłowa aberracja. Żadna wielka własność, a lasy są wielką własnością, która ulega podziałowi i tak zwanej prywatyzacji nie utrzyma się w rękach pojedynczych ludzi. Lasy staną się w krótkim czasie własnością banków, podejrzanych organizacji ekologicznych i wielkich koncernów. Lasy te zostaną następnie wyrąbane i sprzedane, a ewentualne próby ich odnowienia zakończą się klęską bo nie będzie nikogo, kto wiedziałby jak się tym zająć. Nie będzie też zainteresowania ze strony nowych właścicieli, którzy zajmą się w tym czasie prywatyzowaniem lasów na Ukrainie. Ziemia po lasach zostanie sprzedana developerom albo koncernom górniczym jeśli okaże się, że coś pod nią leży. Media mogą ten rabunek przedstawić jako gospodarczy sukces Polski i pokazać ile to ludzi znalazło pracę dzięki prywatyzacji lasów, ale to będzie jedno z wielu kłamstw sączonych nam do głów i nic więcej.
Prywatyzacja lasów to ostateczne zerwanie z przeszłością Polaków, przeszłością rozumnego użytkowania własności. Lasy są bowiem ostatnim elementem dawnej, polskiej tradycji, której centralnym punktem była wielka własność. Lasy jako organizacja należą do państwa czyli do nas wszystkich, należy do nas także grunt i dobro, które użytkują. Nie jest to bynajmniej fikcja, ale o tym przekonamy się dopiero wtedy kiedy całe wyprodukowane w polskich lasach drewno zostanie wywiezione do Niemiec, a cena papieru skoczy tak, że nie będzie się już opłacało wydawanie „naszych”, opiniotwórczych tygodników. Nie wcześniej.
Ludzie podejmujący w publicznym dyskursie kwestię obrony lasów przed prywatyzacją są zwykle w mediach przedstawiani jako nieszkodliwi wariaci, a dzieje się tak dlatego, że las postrzegany jest zwykle w sensach rekreacyjnych i zoologicznych. Nie zaś jako ostatnia wielka własność, która nam pozostała. Zmienić ten sposób narracji będzie bardzo trudno, a to ze względu na przyrodzone ograniczenia dziennikarzy i ich ujawniający się coraz bardziej agresywnie kretynizm. Zwykle w czasie takich medialnych ustawek okazuje się, że wszystko jest ważniejsze, niż utrzymanie państwowej własności w lasach. Bo niby cóż by się miało stać w razie tej prywatyzacji? Otóż zmiana będzie zasadnicza i istotna. Polacy zamienią się po takim zabiegu w ludzi bez ziemi. W ludzi, którzy będą jak masy ogłupiałych Irlandczyków przepychani z jednego miejsca w drugie celem podniesienia wydajności w takim czy innym sektorze obcej gospodarki. Bo jasne jest, że nikt nie stworzy dla nikogo miejsc pracy w kraju. Prywatyzacja lasów to po prostu początek wynaradawiania. Jeśli nie ma wielkiej własności o charakterze narodowym nie może być również małej własności o takim charakterze. To jest oczywiste, ale jedynie dla niewielu ludzi. Większość uważa bowiem, że mieszkanie na kredyt to ich własność, że działka rekreacyjna, na której nic nie można postawić to także ich własność. To nieprawda.
Już kiedyś tłumaczyłem tutaj mechanizm rewolucji i mechanizm ograbiania ludzi z własności, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Jak wiemy w czasach dawnych, w czasach dziedziców, dzierżawców i dworów, nie było czegoś takiego jak oficjalista czy fornal zadłużony w banku. Nie istniały mikrokredyty, przedstawiane nam jako skończone dobrodziejstwo. Kredyt w banku miał pan dziedzic i to on właśnie był tarczą, która osłaniała biedaków przed agresją banków. I dlatego właśnie pan dziedzic był nielubiany i zwalczany, bo blokował klasie pracującej dostęp do kredytu. Taki jest istotny sens rewolucji, choć propaganda rewolucyjna mówi co innego. Karmi ludzi kłamstwem polegającym na tym, że obiecuje się – po zlikwidowaniu dziedzica – podział jego majątku między biedaków. To jest kolejna aberracja. Powtórzmy: nie istnieje mała własność narodowa, prywatna, bez wielkiej własności narodowej i prywatnej. Podział tej ostatniej powoduje, że cała własność przechodzi w ręce gangów lub w ręce banków. A często jest tak, że byty te są tożsame. Polska była przez stulecia rajem dla prawdziwych właścicieli, a to przez fakt, że działało to stare dobre prawo, tyle razy wykpiwane i oczerniane. Wróćmy jednak do likwidacji własności. Ona się odbywa przy ujadaniu propagandystów rewolucyjnych oraz czasem narodowych, tak jak to miało miejsce na kresach, gdzie dążenie do podziału własności dworskiej połączone było z nacjonalizmem ukraińskim. Naród ukraiński wystawiał sobie i nadal wystawia jak najgorsze świadectwo jeśli chodzi o rozumienie tych kwestii, bo za każdym razem kiedy go okradają wierzy, że teraz to już naprawdę, teraz już na pewno ziemia będzie należeć do nich. W Polsce chłop był jeszcze na tyle przytomny, żeby nie zrobić tego ostatniego kroku, żeby nie uwierzyć w tę rzekomą sprawiedliwość społeczną. Dworska ziemia została podzielona, ale chłopska została. Nie sposób jej uprawiać bez dopłat i kredytu, to jasne, ale ziemia ta nadal jest w rękach prywatnych. Ile czasu to jeszcze potrwa nie wiem, bo dopłaty degenerują rolników w sposób nieodwracalny, a polityka Unii jest całkowicie przeciwko własności prywatnej.
Wróćmy do lasów. Kiedy zostaną sprywatyzowane każdy właściciel jakiejkolwiek nieruchomości zostanie sam na sam z agresją banków. Nie utrzyma się nikt, mowy nie ma, a jeśli będzie próbował wprowadzi się takie regulacje prawne, żeby raz na zawsze realną własność zlikwidować, żeby przypieczętować sojusz wynarodowionego urzędnika z bankierem. Reszta zaś zostanie zapędzona do roboty, prostej, źle opłacanej i nie gwarantującej żadnego bezpieczeństwa.
Nie wiem ilu leśników to rozumie, mam nadzieję, że wielu. Nie wiem jak tam sytuacja wygląda wśród dyrektorów generalnych, ale są to dziś ludzie, którzy kończyli technika leśne w tym samym czasie co ja. Mamy więc trochę ze sobą wspólnego. Mili panowie, jeśli mogę się do Was zwrócić w ten sposób, chcę tu oznajmić, że wszystko co Wam obiecują to kłamstwo. Kłamstwo systemowe, a Wy nie kto inny, macie być ofiarami w tym przewale. Dlatego właśnie wiele się Wam obiecuje, by niczego nie dotrzymać. Leśnicy zostaną potraktowani tak, jak ukraińskiego chłopa potraktowała rewolucja bolszewicka, zostaną potraktowani jako najgorsi wrogowie nowego porządku, a jeśli dali się oszukać i współpracowali przy tworzeniu tego nowego porządku, będą potraktowani ze szczególnym okrucieństwem. Nie łudźcie się. Własność bowiem znajduje się pod szczególnie uważną obserwacją i ona stanowi centrum wszystkich istotnych posunięć gospodarczych i politycznych. Własność, a nie rakiety Iskander czy demokratyzacja życia w Chinach. Dobrze jest mieć tego świadomość.

wtorek, 16 grudnia 2014

Dzieci pana Bronisława

Autor: Integrator
 
Jak tylko sięgam pamięcią osoby pełniące zaszczytną funkcję głowy państwa darzyłem szczególnym szacunkiem. Czasem większym, głównie mniejszym ale nawet gdy na fali informacji medialnych przychodziły niedobre emocje, mając na uwadze czyj majestat ci wybrańcy ludu reprezentują, skutecznie powściągałem się w ich wyrażaniu. Z tego też powodu o ile dobrze pamiętam nigdy, przynajmniej na głos, nie nazwałem Wałęsy prymitywnym głupkiem a Kwaśniewskiego moczymordą choć osoby z którymi wymieniałem w tamtym czasie myśli żadnych oporów w tej materii nie miały. Pamiętałem jak za każdym razem tłumaczyłem, że jakby nie było panowie ci reprezentują nasze państwo i wypada w tym jednym przypadku ugryźć się w język a już szczególnie gdy jesteśmy zagranicą. Tak miałem przez bardzo długi czas aż nagle wszystko się zmieniło z tą chwilą gdy na ten symboliczny tron już w zaledwie chwilę po tragedii smoleńskiej próbował wedrzeć się niemal przemocą, by zająć go na dobre po wygranych wyborach - Bronisław Komorowski.
Jak idzie o mnie to jest to człowiek absolutnie wyjątkowy  w tym znaczeniu, że o wspomnianym wcześniej szacunku mowy być nie może a po drugie ilekroć go widzę na ekranie telewizora dostaję jak sądzę ciekawego z punktu widzenia psychologii uczulenia, które bez chwili zwłoki każe mi sięgać po pilota by tylko nie słuchać, by nie patrzeć. Ale wbrew temu co pewnie sobie myślicie nie ma we mnie ani krzty niechęci, czy nienawiści. O nie. Jest tylko pustka i zimna obojętność na wszystko co ten człowiek robi. Jeśli mogę tak to ująć, to na poziomie całkiem prywatnym trwam przez ostatnie cztery lata w czasie bezkrólewia.  
Ten nadzwyczajny stosunek do jego osoby może dziwić szczególnie, że tak bardzo nie przeszkadzał mi na tym fotelu nawet Kwaśniewski, przecież komunista, ale dobrze wiecie, że nic się nie bierze z księżyca. Bronisław Komorowski wytrwale pracował sobie na to wyróżnienie swym równie wyjątkowym stosunkiem do Lecha Kaczyńskiego, jakby nie było prezydenta. Dzięki temu niczego dziś nie jestem pewien jak tego, że człowiek który w swoim czasie nie potrafił okazać szacunku, już nawet nie względem osoby ale stanowiska, które zajmował jego poprzednik, sam na szacunek nie zasługuje. Komorowski osobiście nakreślał nowe standardy w tym temacie więc wszystko czym ja go dziś mogę honorować to ścisłym wypełnianiem względem niego tych właśnie standardów. To jest jak sądzę dość proste i logiczne więc pozwólcie, że na tym zakończę swoje wywody. O czym zatem będzie dalsza część notki? Śmieszna sprawa ale dalej o nim ale jakby nie o nim. Posłuchajcie.
Otóż gdy przy okazji kolejnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego media ponownie lansowały nam tego człowieka a ja w pospiechu wygrzebywałem spod sterty gazet pilota, chcąc nie chcąc zobaczyłem tych parę obrazów i złapałem tych kilka jego słów jak zawsze traktujących o wszystkim i zarazem o niczym, i nagle zdałem sobie sprawę z bardzo ważnego faktu - że jako obywatel tego kraju nic nie wiem o tym prezydencie. Bo spójrzcie tylko. O Wałęsie wiemy, że to elektryk był, że skakał czy nie skakał przez mur ale pracował w Stoczni, że ma gromadkę dzieci, dostał Nobla no i jeszcze tyle, że sam jeden pokonał PRL a ubeków z którymi spotykał się ot tak by pogadać rozgrywał niczym małe dzieci. Z Kwaśniewskim jest podobnie. Gdy nam przewodził nie omieszkano przypomnieć, że to jest komuch który przy Okrągłym Stole siedział po niewłaściwej stronie, że jest  alkoholik i rocznicę Katynia oblał z Ruskimi całym morzem wódki, prywatnie zaś mąż Joli, ojciec wychuchanej córuni. Tym podobnych informacji mamy naprawdę sporo więc chyba sami przyznacie, że na tym tle Bronisław Komorowski wygląda jak przybysz z kosmosu. No bo na dobrą sprawę co my o nim wiemy - że wyraz „ból” pisze przez „u” zwykłe? To wszystko co mamy wiedzieć o głowie państwa? Nie żartujmy proszę. Pytam więc raz jeszcze co wiecie o tym człowieku który dziś zajmuje Belweder? Bo ja mam w pamięci zaledwie ten „bul”, to WSI stale pojawiające się gdzieś w tle no i te kpiny ze snajpera, który nie umiał ustrzelić prezydenckiej Kaczki co to miała czelność wbrew interesom Putina przypomnieć światu o Gruzji. To wszystko co wiem, a więc nic nie wiem a już zupełnie nic nie wiem o jego dzieciach. A to przecież w każdym państwie jest dla obywateli niebywale interesująca sprawa.  
Ale zanim o tym, dajcie mi dosłownie chwilkę bym mógł rozmówić się z tymi co się już na samą zapowiedź tego tematu oburzyli. Z pewnością są tu tacy którzy to sobie wszystko ładnie ułożyli i o ile chętnie posłuchają nawet tych bardzo brzydkich słów o swym prezydencie to dyskusji o jego rodzinie nie zniosą. To jest odruch zdrowy i bardzo wskazany ale jak już powiedziałem Bronisław Komorowski to człowiek niezwyczajny i nie da się go od tak po prostu jak jego poprzedników zaszufladkować. Jego kadencja to nowy czas i nowe standardy i nie wiem dlaczego nie miałbym z nich nie korzystać? Tym bardziej, że jak idzie o jego rodzinę to któż jak nie on właśnie wypchnął ją przed siebie wykorzystując jako ważny argument w starciu z Jarosławem Kaczyńskim, kawalerem, o fotel prezydenta? Miało to służyć zdyskredytowaniu przeciwnika a w gruncie rzeczy ośmieszeniu go: ”Patrzcie co za niemota! Nawet rodziny nie potrafił założyć a chce przewodzić narodowi. Nikt poza kotem z nim nie umie wytrzymać. Za to Bronek... mąż, ojciec, głowa rodziny”. Pamiętacie to? Przekaz był bardzo jednoznaczny i na pewno precyzyjny ale też przez to ja nie widzę żadnych powodów dla których nie miałbym interesować się dziś tą jego rodziną, w szczególności jego dziećmi. Zwłaszcza, że mą ciekawość wręcz wybitnie podsycają media, które w tym temacie wykazują intrygujący brak aktywności. Zauważcie proszę, jak odmiennie to wszystko wyglądało gdy na fotelu prezydenckim zasiadali jego poprzednicy. Co jakiś czas mieliśmy informacje, nie tylko w prasie brukowej, o synach prezydenta Wałęsy, niemniej często wypływało coś o córce Kwaśniewskich. Głośno też było swego czasu o Marcie Kaczyńskiej którą pokazano nam (fakt, że na jej własne życzenie) jako dziewczę lekkich obyczajów a przede wszystkim rozwódkę i jakoś nikt nie podnosił wówczas głosów oburzenia. Nikt nie protestował, choć uderzanie w Kaczyńskiego od strony tak dla wszystkich wrażliwej było przekroczeniem wszelkich granic i niegodziwości jakich do tej pory doznał. Dobrze pamiętam, że to był czas pełnego rozpasania, czas kiedy nie obowiązywały żadne reguły. No a dziś gdy na miejscu Lecha Kaczyńskiego mamy już Bronisława Komorowskiego okazuje się nagle, że znów są jakieś granice. W dodatku takie które wszyscy zgodnie respektują. I to niby ma być OK? A gówno! – jak zwykł mówić w takich chwilach Nikodem Dyzma. Ja się na taki układ nie zgadzam! Posłuchajcie zatem co ja mam w tym temacie do powiedzenia.
Pisząc niedawno tekst o SKOKach trafiłem w tygodniu „wSieci” na informację, że przy okazji kupna za bezcen działek po zakładach Ursus  gdzieś w tym wszystkim pojawiło się nazwisko Komorowskiego wniesione tam przez syna prezydenta, Tomasza, radcę prawnego pełniącego w jeden ze spółek zaangażowanych w ten deal funkcję prokurenta. I właśnie wtedy, jak to zwykle bywa przy takich okazjach, nagle zdałem sobie sprawę, że jako obywatel Rzeczpospolitej nie umiem odpowiedzieć na tak zdawałoby się podstawowe pytanie jak to; ile dzieci ma prezydent mojego kraju? Nie umiałbym też powiedzieć, bo i tu mam lukę, czy to są tylko synowie, czy może tam są jakieś córki? A może wie ktoś z Was co te dzieci studiowały albo czym się dziś zajmują? Albo jak wygląda ich życie prywatne i w ogóle jak wygladają? Chciałbym to wszystko wiedzieć choćby w ograniczonym zakresie ale niemniejszym w jakim informowano nas o prywatnym życiu córki prezydenta Kaczyńskiego. A więc choćby tyle czy to są jeszcze kawalerowie i panny czy może już pozakładali rodziny? A jeśli tak to jak im się układa? Czy żyją po bożemu czy może wręcz przeciwnie mają na boku kochanki albo łażą po drogich burdelach skąd odwożą ich dyskretnie Borowcy po cywilu? Nic nie wiadomo, zupełna cisza.

Ja tu oczywiście niczego nie sugeruję, niczego złego nie zakładam ale dzięki mediom wiemy, że Marta Kaczyńska całkiem daleko upadła od jabłoni więc być może państwo Komorowscy też nie mają się czym chwalić. Chciałbym wiedzieć ale z jakiś powodów wszędobylscy dziennikarze i media w ogóle uznały, że tym razem wiedzieć nie musimy. Na prawdę Was to nie rusza?
Mnie bardzo i to nawet bardzo-bardzo bo wszyscy pamiętamy jak interesująco kończył się ten temat ilekroć media choć na chwile zajrzały za tą nieprzeniknioną kurtynę. Ilekroć  uchylono nam tego rąbka tajemnicy by pokazać jak się mają dzieci naszych wodzów robiło się tak głośno, że to co wylazło zamiatano potem pod dywan całymi miesiącami, że wspomnę tylko syna Tuska. Ja jeszcze raz powtarzam szczególnie tym którzy trwając w oburzeniu nie są w stanie odczytać intencji. Ja nie wiem jak jest z dziećmi Komorowskich i niczego nie przesądzam ale tradycja pokazuje, że też może być wesoło. Poza tym w ramach sprawiedliwego traktowania wszystkich uczestników tej zabawy, mamy prawo i tym razem wiedzieć jak się te sprawy mają dla odmiany u dzieci państwa Komorowskich. Czy nie tak?

czwartek, 11 grudnia 2014

Lemingi prawicowe

Autor: Integrator

Nie pamiętam kiedy dokładnie to było ale gdybym miał obstawiać to celowałbym  najpewniej w początek liceum, może koniec podstawówki, gdy mojemu koledze Rafałowi rodzice kupili komputer. Pamiętam jak dziś, że to był IBM i386 z 14-sto calowym kolorowym monitorem, szklanym podwieszanym filtrem i strasznie toporną myszką a więc z tym wszystkim co dawno już odeszło do lamusa ale wówczas, w świecie zdominowanym przez Atari, Commodore i  Amigę, to była czysta magia. No a przede wszystkim coś na czym można już było pograć i to nie tylko w znanego wszystkim Wolfsteina ale także w gierki, które były wyzwaniem i dla tych którzy szukali czegoś więcej niż tylko okazji by położyć trupem każdego szwaba jaki wyskoczyłby im na ekranie. Taką grą była z pewnością zręcznościowo-logiczna platformówka o nazwie Lemingi.

Chodziło w niej o to, by przy minimalnych stratach doprowadzić we wskazane miejsce całą bandę małych, rozczochranych ludzików omijając przy tym rozliczne pułapki. Urok gry polegał na tym, że Lemingi bez żadnej dyskusji i całkiem żwawo maszerowały jeden za drugim przed siebie i nawet jeśli któremukolwiek stało się co złego, nawet jeśli idący na przedzie Leming wpadał w przepaść, reszta bezrefleksyjnie szła za nim także wpadając w otchłań. Rolą gracza było takie przydzielanie wybranym Lemingom zadań aby doprowadzić jak największą ich ilość do wyjścia. Można było jednego Leminga zaprząc do blokowania drogi tak, żeby reszta mogła odbić się od niego i podążyć w przeciwnym kierunku, innemu można było nakazać budowanie kładki lub kopanie dołu tudzież drążenie tunelu, w zależności którędy wiodła droga do wyjścia. Ale co ja się tu będę gimnastykował. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku pokazującego o co w tej grze chodziło.

 



Ta gra już lata temu odeszła w zapomnienie lecz słowo Lemingi zmartwychwstało bo ktoś w geście bezinteresownej złośliwości czy raczej w ramach wdzięczności za „moherowe berety” postanowił użyć tego słowa względem przeciwnej strony. Mianem tym (bez wątpienia słusznie) opisano młodych wyborców Platformy Obywatelskiej, którzy bezmyślnie lezą jeden za drugim na zatracenie albo też dają się sterować za pomocą wytypowanych ze swego grona jednostek. Jeszcze tylko dla pełni obrazu dodam, że Lemingi jak chce Wikipedia to także „plemię gryzoni z podrodziny nornikowatych” z wyjątkowymi zdolnościami do rozmnażania ale raczej nie te zdolności miał na myśli  autor pojęcia w rozumieniu jakie tu dziś roztrząsamy.
A zatem mamy tych lecących przed siebie ludzików i tą młodzież bezrefleksyjnie głosującą na Platformę, która prowadzi ich ale i ten kraj na zatracenie. I niby wszystko pasuje, niby wszystko jest w porządku tyle, że ja mam poważne obawy czy oby to określenie nie ewoluowało? Czy przypadkiem przez nas, wyborców szeroko rozumianej prawicy, nie zaczęło zakresem swej definicji obejmować powoli i nas samych? Z pewnością niektórym podskoczyło już ciśnienie, ale dajcie mi proszę dokończyć, zanim w mniej lub bardziej cywilizowany sposoby wyrazicie tu swoje oburzenie. 

Ja dobrze wiem, że Leming to pojęcie przypisane wyłącznie li tylko wyborcom Platformy ale jeśli choć przez moment zapomnicie o tej partii a skupicie się wyłącznie na zjawisku ślepego przywiązania tych ludzi do tego co mówią ich posłowie, to zaraz odkryjecie jak wiele wspólnego ma to z waszym przywiązaniem do prezesa Kaczyńskiego, do posłów którym przewodzi i do bajek które z kolei oni Wam opowiadają.  Także i tu jak na dłoni widać brak zdrowego krytycyzmu, który Wam nie pozwala wyciągać wniosków, partii zmienić się na lepsze, a wszystkim nam razem wziętym do kupy wydźwigać się w końcu ku tak upragnionemu zwycięstwu. Niezgorzej od Lemingów trwacie w uporze choć tam gdzieś w tyle głowy wciąż tli się wątpliwość, że to być może to wszystko idzie jednak w bardzo złym kierunku. Strzeżcie tego płomyka, bo już tylko on pozwala Wam dryfować u wybrzeża prawdy. Jeśli go stracicie, zaleje Was fala kłamstw i uniesie ku głębinom z których nie ma powrotu.

Panie i Panowie Posłowie. Odkąd PiS oddał władzę nieustannie przegrywa wybory. To jest fakt i zamiast odważnie stanąć w tej prawdzie karmicie siebie i nas kłamstwami nie chcąc przyczyn tak fatalnego stanu rzeczy szukać w sobie, w partii jak trzeba to i w liderze. Dobrze wiemy, że są pośród Was wciąż tacy co to jedno mówią, co innego myślą a jeszcze co innego robią i to nie tylko gdy są w drodze do Madrytu. Cwaniactwo, nieuczciwość i bezczelność  obozu władzy zawsze nas bardzo drażniły lecz gdy wyszło na jaw, że i wy w tej materii możecie być nielepsi próbujecie nam wmawiać,  że jest już po sprawie, że to był zaledwie incydent. Przepraszam, a Kluzik-Rostkowska, a Sikorski, Marcinkiewicz, Kowal, Poncyliusz, Serafin i wielu, wielu, bardzo jeszcze wielu innych to też był tylko incydent? A Wy, teraz zwracam się do wyborców PiSu, jesteście pewni, że tym razem zostali już tylko ci prawi? Jeśli tak, to brawo! Jesteście jak te Lemingi tyle, że prawicowe. Tak jak i oni podążacie ku otchłani nie stawiając  sobie tak potrzebnego dziś pytania – dokąd my u licha tak wszyscy leziemy? Doprawdy nie umiem odgadnąć ile jeszcze trzeba Wam porażek, jak wiele „Hofmanów” i kolejnych kryzysów w tej partii byście zrozumieli, że to wszystko już od dawna nie działa, że wymaga gruntownego  remontu? Co się jeszcze musi stać by otworzyły się Wam oczy na tyle szeroko abyście mogli zobaczyć, że tam w środku jest już tak brzydko, że aby to mogło znów sprawnie działać, trzeba by wszystkich wyrzucić  a przyjrzawszy się im raz jeszcze i tym razem z bardzo bliska już tylko garstkę z nich przywrócić? Nie chcę tu też zaczynać dyskusji o jakości przywództwa w tej partii ale dobrze wiemy, że Kaczyński tego uzdrawiania już nie dokona. Na to trzeba siły, których on nie ma, być może też ochoty a nade wszystko czasu którego mu coraz bardziej brakuje.

Ale nie on jest dziś gwoździem programu. Chcę się tu skupić na Was i tylko na Was nawet jeśli miałbym pytać każdego z osobna czy potrafi wskazać co Was wyborców PiS różni od Lemingów z których tak bardzo drwicie? Czy i nie wy wyśmiewacie a nadto jeszcze od zdrajców wyzywacie każdego kto choć słowem zwątpi w wyznawaną przez Was wiarę ponownego zwycięstwa? Wiarę złudną i na wskroś fałszywą bo sami nie wiecie jakież to dokładnie zwycięstwo Prawo i Sprawiedliwość miałoby powtórzyć? W bezrefleksyjnym marszu za Prezesem nie umiecie już dostrzec tak oczywistego faktu, że PiS nigdy nie wygrał, nigdy samodzielnie nie rządził. Zawsze było tylko te trzydzieści procent, te cholerne trzydzieści procent i nic ponadto. Do diaska, o jakim ponownym zwycięstwie  Wy marzycie!?  O takim co to go nigdy nie było? Doskonale opanowaliście umiejętność rozmazywania wobec siebie samych oczywistych faktów. A czy chociaż pamiętacie jak to było z prezydentem? Bo i tu wcale nie było lepiej. Drwijcie ile chcecie ale tego faktu nie zatrzecie, że Lech Kaczyński nie byłby prezydentem, gdyby mu Lepper swych głosów w drugiej turze nie oddał. Czy nieprawdę mówię? Pytam więc raz jeszcze, a zważcie co odpowiecie, czy umiecie dostrzegać te fakty pędząc jak zaczarowani za Prezesem? Jak tylko to Lemingi potrafią?

Ad vocem. Od zawsze najbardziej drażnił nas w Platformie Obywatelskiej jej wstręt do zachodnich standardów, gdzie choćby ci najwięksi przyłapani na przekrętach a choćby i na niekompetencji zmuszeni są złożyć stanowisko. Piękny to zwyczaj i słusznie prawicie, że trzeba być Lemingiem by tego nie widzieć. Ciekawe jestem tylko czy i tą część tych zachodnich standardów widzicie gdy przywódcy polityczni na Zachodzie rezygnują z przewodzenia partii po przegranych wyborach? Widzicie? Nie po drugich ani trzecich a już na pewno nie po siódmych z kolei, ale nawet po tych pierwszych. To też są standardy zachodnie. Widzicie to, moje wy pędzące na oślep za Prezesem Lemingi prawicowe?