whos.amung.us

czwartek, 27 listopada 2014

O tym, jak obserwatorzy OBWE zabrali babci dowód

Autor: Toyah
 
Pisałem tu o tym parokrotnie, ale nie zaszkodzi to powtórzyć. W moim pojęciu, jednym z największych nieszczęść, jakie trapi nasze społeczeństwo jest brak pamięci. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby każdy z nas miał w głowie takie miejsce, gdzie trzymałby choćby trzy czy cztery fakty z naszej najnowszej historii, które kiedyś uważał za ważne i o czymś jednak decydujące, wszystko stałoby się na tyle proste, że aby podejmować kolejne decyzje, nie musielibyśmy ani się z nikim konsultować, ani niczego sprawdzać, ani nawet jakoś szczególnie się nad wyborem zastanawiać.
Oczywiście, kiedyś było wszystko proste. Człowiek wiedział, że jeśli któryś z nich coś powie, to znaczy, że jest dokładnie odwrotnie; jeśli któryś z nich nam coś doradzi, to mamy postępować jakkolwiek, tylko nie tak, jak nam powiedziano; jeśli ktoś, kto jest stamtąd, proponuje nam jakiś deal, trzeba wiać gdzie pieprze rośnie. Czemu tak? Bo tak. Bo to jest cała nasza wiedza i jest to wiedza dobra. Dziś już z tą wiedzą nie jest tak wygodnie. Dziś musimy patrzeć, słuchać i starać się zapamiętywać.
Co pamiętam ja? Pamiętam, jak sądzę, dość dużo. Oczywiście czasem mam problemy ze szczegółami, a więc z niektórymi twarzami, czy datami, jednak co do tego, co ważne, pamiętam wszystko wystarczająco dobrze. Jakis czas temu tu na blogu wspominałem dwa niezwykłe zdarzenia jeszcze z roku 2005, kiedy to po podwójnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości cała Polska, w ramach akcji prowadzonej przez radio RMF FM, została oblepiona wielkimi czarnymi banerami, wzywającymi kolejne grupy zawodowe do emigracji. Pamiętam najpierw pierwszego bohatera owej akcji, jakiegoś człowieka z Łodzi, który uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, a następnie drugiego z nich, drobnego dworcowego pijaka, którego ciągano po wszystkich możliwych mediach, by mógł bezkarnie obrażać polskiego prezydenta.
Dziś jednak chciałbym wrócić pamięcią do roku 2007, kiedy to CBA wykryło korupcję na szczeblu władzy, dokonało serii zatrzymań, a ponieważ zatrzymania dotyczyły polityków koalicji rządowej, nastąpił ciężki i gwałtowny kryzys polityczny, w wyniku którego Jarosław Kaczyński podał rząd do dymisji, a prezydent Kaczyński rozwiązał Sejm i zostały rozpisane nowe wybory.
Pamiętam też oczywiście nieco wcześniejszy proces odwoływania wszystkich kolejnych ministrów, bez jakichkolwiek uzasadnień merytorycznych, bez jakichkolwiek widocznych argumentów poza jednym – że on czy ona to minister zły i niekompetentny. To nie były takie czasy, gdzie któryś z nich coś nabroił i opozycja składała wniosek o jego odwołanie. Wtedy było tak, że Sejm był miejscem nieustannej, bezwzględnej i najbardziej brutalnej awantury, trwającej dzień za dniem, wspieranej przez opanowane przez opozycję media, gdzie każdy – dosłownie każdy – minister musiał się zmagać z wnioskiem o odwołanie. Kiedy dziś się tak powszechnie wspomina Zbigniewa Religę, jako polskiego bohatera, to ja nie mogę nie pamiętać, jak on był traktowany wówczas, podczas tamtego przewrotu.
Ale pamiętam jeszcze coś. Kiedy wszystko się jeszcze dopiero decydowało, ale każdy już wiedział mniej więcej, jak wygląda przyszłość, jednym z głównych bohaterów owej awantury był Janusz Kaczmarek, z jednej strony ktoś kto stał w samym centrum afery, która do niej doprowadziła, a z drugiej kandydat tych, którzy do niej z kolei doprowadzili, na premiera. I pamiętam, że wówczas polityczna sytuacja owego Kaczmarka w niczym nie przypominała tej, w jakiej się dziś znajduje prof. Gliński. Z niego ani nikt się nie śmiał, ani nie szydził, ani go z Sejmu nie wyrzucał, tłumacząc, że jemu tam się kręcić nie wolno. To był kandydat na premiera, zgłoszony przez samego Romana Giertycha, który ma swoje prawa i swoją powagę.
No i na końcu pamiętam jeszcze coś. Oto, kiedy już Jarosław Kaczyński uznał, że dalsze rządzenie nie ma perspektyw i że jedyne co mu pozostaje, to albo dać się skorumpować, albo odwołać do głosu społeczeństwa, cała opozycja, całe media, tak zwane autorytety, cała popularna kultura, wezwały do objęcia procesu wyborczego nadzorem ze strony obserwatorów OBWE. Ja to pamiętam znakomicie, jak z każdej strony słychać było głosy, że Jarosław Kaczyński będzie próbował sfałszować nadchodzące wybory, w związku z czym należy się o pomoc i ochronę zwrócić do organizacji międzynarodowych. To w pewnym momencie stało się pierwszym tematem polskiej debaty: jak ochronić polskie społeczeństwo przed niewątpliwą próbą sfałszowania wyborów. I wtedy nikt nie krzyczał, że dla takiego kraju jak Polska kontrola OBWE to wstyd i hańba. Nikt nie zastanawiał się, jak ów fakt, że z wszystkich krajów europejskich akurat Polska została uznana za miejsce, które wymaga szczególnej tego typu ochrony, wpłynie na naszą reputację. Ale i sam Jarosław Kaczyński, premier ustępującego rządu, jakoś szczególnie z tą przedziwną koncepcja nie walczył i ostatecznie wybory jesieni roku 2007 przeszły do historii, jako te, nad których uczciwością musieli stać obserwatorzy OBWE. I na szczęście bardzo skutecznie, bo ani resztki po reżimie Prawa i Sprawiedliwości nie zdołały nic zniszczyć, ani też owa niespotykana w cywilizowanym świecie akcja propagandowa prowadzona przez Leszka Balcerowicza i jego Forum pod tytułem „zabierz babci dowód” nie spotkała się z jakąkolwiek krytyką. Wybory wygrała Platforma, po paru latach doszło do Smoleńskiej Katastrofy, no i wtedy dopiero dostaliśmy wszyscy okazję ujrzenia, jak się robi politykę w Chicago i okolicach.
Mija 7 lat od czasu, gdy obserwatorzy OBWE zabrali dowód babci i wrócili do swoich codziennych zajęć gdzieś w odległych zakątkach Europy, a my wciąż liczymy te głosy. A najsmutniejsze jest to, że mi akurat nawet się nie chce sprawdzać, jak się sytuacja zmienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz