whos.amung.us

środa, 5 listopada 2014

Jerzy Stuhr chłosta Polaków biczem satyry

Autor: Coryllus
 
Aktorowi nazwiskiem Stuhr poświęciłem kiedyś tekst zatytułowany „Głęboki humanizm skurwysynów” i właściwie powinienem na tym poprzestać. Jednakowoż nie mogę, bo pan ten wypuścił właśnie z siebie kolejny produkt, film pod tytułem „Obywatel”, a na portalu WP jakieś dziecko zrobiło z nim wywiad i poruszyło tę straszliwą kwestię, która jest stara jak czołg „Rudy 102”. Chłosta nas pan biczem satyry – napisała ta dziewczynka, a Jerzy Stuhr odpowiedział skromnie, że się stara. Ja się nie będę pochylał dziś jednak nad zawartością ideową nowej produkcji Stuhra, poświęcę ten tekst temu co kocham najbardziej czyli technikaliom (nie wiadomo nawet czy jest takie słowo, ale co tam). Otóż Jerzy Stuhr napisał, że w centrum Warszawy, w kiosku przy Marszałkowskiej kupił sobie broszurkę pod tytułem „Kto jest Żydem w Polsce”. Nie oburzył się tandetnie, ale przeczytał ją ze zrozumieniem i uwagą. Potem zaś powiedział w wywiadzie, że byłby rad gdyby Jarosław Kaczyński obejrzał jego film „Obywatel”, bo wtedy wiedziałby, że jego dzieło trafiło pod strzechy. W tym miejscu wypada zapytać, nie Stuhra bynajmniej, ale jego lekarzy, gdzie on miał ten nowotwór, czy to aby na pewno była białaczka, czy może jednak diagnoza została postawiona błędnie i pan Jerzy do dziś biega po świecie całkiem niedoleczony. Z jego wypowiedzi bowiem wynika, że Jarosław Kaczyński reprezentuje jakieś polskie strzechy, a do tego jest antysemitą, z którym koniecznie trzeba dyskutować o dystrybucji wydawnictw w centrach wielkich miast. Ano właśnie i tu jesteśmy przy wspomnianych technikaliach, których Stuhr nie rozumie, bo jest jedynie głupawym aktorzyną. Nie zastanawia się więc jak to się dzieje, że w centrach wielkich miast nie ma dzieł takich sierioznych antysemitów jak Grzegorz Braun, albo Leszek Żebrowski, nie ma tam moich książek, a powiem więcej – ich nie ma nawet w centrach takich miast jak Kalisz czy Puławy, co tam mówić o Warszawie. Stuhr o tym nie myśli, bo dla niego kupno antysemickiej broszurki w kiosku przy Marszałkowskiej to dowód na zbiorową antyżydowską histerię Polaków. Dla mnie to jest dowód, ale na coś innego zgoła, na to, że ktoś kontroluje system dystrybucji wydawnictw w Polsce. Nie jest bowiem łatwo umieścić swoje publikacje w lokalach śródmiejskich i nie ma mowy na przykład bym mógł to zrobić ja. Nie stać mnie po prostu. Nie tylko mnie zresztą, ale wielu innych wydawców także. No, a pan, który wydał tę broszurkę może to zrobić i pewnie jeszcze na tym zarabia, nie musi odpalać 55 procent zysku pośrednikom. Jak to możliwe? Może Jerzy Stuhr zanim nakręcił swój idiotyczny film powinien zerknąć na stopkę wydawniczą, która z pewnością znajduje się na końcu książeczki. Może powinien wpisać w googla nazwę wydawnictwa lub nazwisko wydawcy i zorientować się kim są ludzie produkujący takie śmieci. On tego jednak nie zrobił, wpadł za to na pomysł, by nakręcić film i dedykować go Jarosławowi Kaczyńskiemu. Z dystrybucją wydawnictw sprawa ma się w Polszcze tak, że kosztuje ona bardzo wielkie pieniądze, jeśli ktoś decyduje się na umasowienie sprzedaży musi być albo milionerem, albo mieć tak zwane chody w firmach, które zajmują się sprzedażą sieciową. Rozumiem, że Stuhr kupił swoją broszurkę w kiosku Ruchu albo Kolportera. No to sprawa jest jasna. Trzeba wpisać do wyszukiwarki po kolei nazwiska członków zarządu jednej i drugiej firmy, a obok każdego z nazwisk dopisać nazwisko wydawcy antysemickiej broszurki. I wtedy prawda stanie przed naszymi oczami w pełnej krasie. Może nie od razu, ale przy którymś kolejnym nazwisku na pewno, a może nawet przy dwóch nazwiskach. Czy Stuhr to zrobił? Nie. Dlaczego? Bo jest wysługującym się władzy komediantem, który udaje mędrca. Swoim studentom zaś opowiada, że nie można chodzić na kompromisy, bo wtedy nie powstaje prawdziwa sztuka. Oczywiście, że nie można. Nie można chodzić na kompromisy wobec publiczności, której można urągać na różne sposoby i rzucać jej na głowy mokre szmaty. Wobec władzy i pieniędzy Stuhr pójdzie na każdy kompromis, bywało tak dawniej i będzie jeszcze długo, póki pan Jerzy dręczyć nas będzie swoją obecnością.
 
Skąd Stuhrowi wziął się nagle Jarosław Kaczyński? Czy on się interesuje polityką na poważnie? A skąd, ci którzy mu tę broszurkę wsunęli do rąk powiedzieli, że ma gadać na Kaczyńskiego. I on gada. Czy coś z tego rozumie? Myślę, że nic. Ta jego głupia gęba jest głupia naprawdę. To nie jest złudzenie jak się mogło wydawać przed laty kiedy Stuhr występował w „Wodzireju” czy tym drugim filmie o amatorach.
 
Chciałem przypomnieć panu Jerzemu, że Jarosław Kaczyński miał brata – Lecha. Ten dopiero był prawdziwym antysemitą, w święta żydowskie normalnie zakładał jarmułkę i palił lampki chanukowe wprost po to, by szydzić z Żydów, by się naigrywać z ich obrzędów i tradycji. I proszę jak to się skończyło. Nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka. Może o tym wydarzeniu pan Stuhr zrobiłby jakiś film?
 
Im głębiej brniemy w ten wywiad tym idiotyzm Stuhra staje się wyraźniejszy. Mówi na przykład, że przed 1968 rokiem występował wraz ze swoją dziewczyną Anią w Centrum Krzewienia Kultury Żydowskiej (nie wiedziałem, że coś takiego było). Potem zaś dopiero dowiedział się, że Ania jest Żydówką. Zwróćcie uwagę za kogo nas pan Stuhr uważa, za kompletnych gamoni. Jak rozumiem, że tym centrum krzewienia prowadzono zajęcia dla Polaków zafascynowanych kulturą żydowską, a o tym, by pojawiali się tam jacyś prawdziwi Żydzi, nie mogło być nawet mowy? Czy tak?
 
Dalej Stuhr opowiada o tym, że polski antysemityzm wyrasta z kompleksu prowincji. Czyli chodzi mniej więcej o to, że Żydzi mieszkali dawniej w miastach, a Polacy na wsi. Później zaś Stuhr już wprost mówi o tym, że ten antysemityzm bierze się też stąd, że niektórzy Polacy, w tym jeden z bohaterów jego filmu mieszkali w dużych pożydowskich mieszkaniach i bali się powrotu Żydów. Kiedy, przepraszam? W 1968 roku ktoś się bał powrotu Żydów? Chyba pójdę na ten film, bo on będzie jeszcze lepszy niż „Bitwa warszawska”. No, ale przynajmniej się pan Stuhr wygadał, że chodzi o nieruchomości. No, ale ja dokładnie pamiętam, jak w którymś ze swoich wczesnych wpisów Eli Barbur napisał, że po wojnie jego rodzina zamieszkała w domu sanacyjnego generała. Czy tata pana Barbura nie bał się, że sanacyjni generałowie wrócą i zechcą odebrać swoje lokale? Może niech Stuhr włączy ten wątek do swojego kolejnego filmu. Żydowscy urzędnicy państwa ludowego zajmują mieszkania sanacyjnych wojskowych. To fascynujące i bardzo nowatorskie myślę, że na takim filmie sale byłby pełne i publiczność trzeba by było przeganiać sprzed kin wodą laną z sikawek.
 
Potem już tradycyjnie Stuhr bredzi o Kościele. Proszę oto link do całości http://wiadomosci.wp.pl/kat,1027139,title,Jerzy-Stuhr-chcialbym-zeby-Kaczynski-sie-smial,wid,17005184,wiadomosc.html
 
Wróćmy jednak do dystrybucji i centrów miast. Nie ma tam miejsca dla filmów Brauna, książek Żebrowskiego, o moich nawet nie ma co mówić. Na co jest więc miejsce w tych centrach? Na antysemickie broszurki i na filmy Stuhra, to jasne. Jeśli więc wiemy jak odbywa się dystrybucja treści w Polsce, dystrybucja masowa obejmująca kluczowe punkty, jeśli w kiosku na Marszałkowskiej znajdujemy antysemicką broszurkę, a w kinie przy Marszałkowskiej wyświetlają film Stuhra, to możemy postawić śmiałą hipotezę, że te dwie produkcje coś łączy. Nie tylko osoba pana Jerzego, ale także osoba dystrybutora, któremu zależy na tym, by akurat to było dostępne masom w centrum stolicy, a co innego było marginalizowane. Ja rozumiem, że piszę teraz rzeczy zbyt trudne dla pana Stuhra, one są zbyt zawiłe nawet dla jego syna Macieja, że o autorach z portalu WP nie wspomnę. Rozumiem, że to może być dla nich nie do pojęcia i zalatywać tak zwaną spiskową teorią, ale sprawy mają się tak, że ten pan w kiosku naprawdę nie pisze po nocach na maszynie tych wszystkich gazet, które u niego leżą na półkach. W kinie zaś nie rządzi bileterka, która przedziera papierki przy wejściu i od czasu do czasu na kogoś pokrzykuje. Film jest najważniejszą ze sztuk jak powiedział Lenin, a od kolportowania broszur rozpoczynały się wszystkie rewolucje jak świat światem. Rodzina Stuhrów może o tym nie wiedzieć, ale ludzie w centrum Warszawy wiedzą to z całą pewnością. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz