whos.amung.us

niedziela, 16 listopada 2014

Czy warto czytać wiersze seksoholików i pijaków?

Autor: Coryllus
 
Tygodnik „W sieci” jest lekturą tak niezwykle inspirującą, że trudno się odeń oderwać. Po felietonach Skwiecińskiego i Jachowicza przeczytałem tekst Wencla. I tu dopadł mnie smutek prawdziwy. O ile tamci odnoszą się przynajmniej do jakiejś rzeczywistości, do faktów, z którymi przyszło im się zmierzyć, o tyle Wencel realizuje się już tylko we własnych projekcjach. Najlepsze w tym jest jednak to, że on je miewa bardzo rzadko, tak więc o jednej i tej samej musi pisać bez przerwy przez pół roku, inaczej nie będzie mógł siąść do klawiatury. Ileż to miesięcy minęło od czasu kiedy eska w salonie24 oburzała się, że Wencel deprecjonuje Tuwima i Brzechwę? Miesięcy, a może lat? Ja nie wiem, ale było to dawno temu. I teraz, jak gdyby nigdy nic, jakby go Skwieciński z Jachowiczem nie pouczyli w kwestii blogosfery czołowy poeta prawicy wali na łamy „W sieci” tego starego kloca o tym jacy okropni są Tuwim i Brzechwa, bo się zaprzedali komunie. Przez to właśnie nie można czytać ich wierszy dzieciom. A czyje wiersze można czytać dzieciom? Tego Wencel nie pisze, a szkoda. Problem bowiem „prawicowych” twórców polega na tym, że oni są do tego stopnia zadaniowani, że nie mogą pisać wierszy dla dzieci. Takich jak Małgorzata Strzałkowska na przykład czy Dorota Gellner. Nie mogą, bo wtedy automatycznie pozbawieni zostaną poetyckiego nimbu. Okaże się bowiem, w przypadku takiego Wencla, że kiedy nie pisze o Wołyniu, Syberii albo nie porusza innych sierioznych tematów nie potrafi napisać nic. Ze szczególnym wskazaniem na tekst rymowany.
 
Problem z poezją polska nie polega zaś na tym, że mamy przymus czytania Tuwima i Brzechwy, ale na tym, że mało jest dobrej poezji dziecięcej i dobrych książek dla dzieci. Wencel ich nie napisze, bo to by dopiero była katastrofa. Autorzy zaś najpopularniejszych książek dziecięcych związani są z gazownią, bo tam dostają dobre warunki i nikt jakoś nie chce im dać lepszych. No to piszą i my to czytamy i jesteśmy szczęśliwi. Moje dzieci wychowały się na wierszykach Strzałkowskiej, wszystkim je polecam. Tuwima też czytaliśmy, nie to co cytuje Wencel o granicy sąsiedzkiej od wschodu, czego się już dawno w szkole nie przerabia, ale „Lokomotywę” i „Grzesia kłamczucha”. Brzechwę też czytaliśmy i co z tego?
 
Najlepsze zaś w tym wszystkim jest to, że nasi „prawicowcy” z jednej strony czepiają się Tuwima, z drugiej ni cholery nie robią by napisać coś dla najmłodszych, a z trzeciej czynią swoim patronem różne postaci, których demaskacja nastąpiła wprost w wyniku upływu czasu. Jedni hołubią Leopolda Tyrmanda, inni Krzeczkowskiego, a jeszcze inni Kosseckiego. Tych się czas nie ima, ich myśli poprzepisywane nie wiadomo skąd, ich kłamstwa są wieczne i zawsze można je do czegoś wykorzystać, co innego Brzechwa z Tuwimem. Wencel nazywa ich lirycznymi wampirami. Pisze, że ta poezja zatruwa krew. No, żesz....jak można być tak bezczelnym....Wencel, który wyznał parę lat temu, że jest seksoholikiem i pijakiem będzie się teraz zajmował weryfikowaniem poetów? To co wiersze kurwiarzy i pijaków można czytać, a Brzechwy nie? A to niby z jakiej racji? W „Panu Maluśkiewiczu” nie ma słowa o PZPR, to samo jest z tomem „Sto bajek” i „Słoniem Trąbalskim”. Tam się nic panie Wencel złego nie przemyca, czego powiedzieć nie można o tekstach wymienionych przeze mnie tuzów prawicowej myśli.
 
No dobrze, ja się może niepotrzebnie czepiam Wencla, bo to jest biedny głupek, którego ktoś wrobił w poezję i mianował na wieszcza. On nie czyta ani Tyrmanda, ani Krzeczkowskiego, ani Kosseckiego i w ogóle nie wie pewnie kim są wymienieni panowie. No, ale ktoś temu Wenclowi puścił tekst na łamy? Rozumiem, że redaktor naczelny, współautor napisanej wraz z Erykiem Mistewiczem książki pod tytułem „Anatomia władzy”. Tu już sprawa nie jest taka prosta, bo Karnowscy nie są takimi chłopkami roztropkami jak nasz poeta, mają coś tam poukładane w głowach, mniejsza jak, ale mają. I co? Mistewicz tak, Brzechwa nie?
 
Ja oczywiście szydzę, bo sprawa nie ma aż takiej głębi jak próbuje nam to sugerować Wencel. Oni wszyscy są tam teraz wprost zagonieni, szukają bowiem tematów topowych, które uratują sprzedaż. Kiedy bowiem wszystko leci na pysk i zbliża się kraksa, trzeba uderzać w struny oburzenia i patosu. Może kogoś to wzruszy. O czym ma pisać taki Wencel, jak on ni cholery nie rozumie? No o poezji, a ponieważ mianowali go poetą chrześcijańskim, to mu się zdaje, że atak na Tuwima i Brzechwę, nie dość, że komuchów to jeszcze Żydów, będzie przez prawicową tłuszczę mile widziany i odebrany właściwie. Może i przez kogoś będzie, przeze mnie nie będzie. Nie będzie, bo Wencel jest postacią fikcyjną, postacią z nieprawdziwego zdarzenia, która poruszana jest jakimś nierozpoznanym póki co mechanizmem. Niemożliwe jest bowiem, by człowiek nie potrafiący pisać niczego, ze szczególnym wskazaniem na wiersze został poetą. To się mogło zdarzyć jedynie w sytuacji kiedy w jakiejś ustawce zostało wolne miejsce i trzeba je było obsadzić kimś z łapanki.
 
E, ty tam jak się nazywasz?
  • Jo?
  • Tak ty
  • Wosiek...a co?
  • Słuchaj no Wosiek....będziesz tym no...jakże się to nazywa...będziesz poetą. Chcesz?
  • Jo?
  • Tak ku...wa ty, głuchy jesteś czy co?
  • Ni, jo nie głuchy...słysza przecie...co mom pisać?
  • Takie tam różne, tu jest redaktor Skwieciński on ci wytłumaczy.
  • Tak to musiało wyglądać, nie inaczej. Prawicy bowiem potrzebny był poeta, ale nie zwyczajny, poeta niepokorny, katolik, człowiek mający rodzinę i kultywujący wartości w sposób możliwie widowiskowy. No i taki ktoś się znalazł i on dziś pisze, po raz kolejny, po wielomiesięcznej przerwie, że Tuwim i Brzechwa są be a nie cacy.
     
    Rozmawialiśmy wczoraj z Toyahem na temat tego całego upadku. Wnioski są następujące: oni doskonale wiedzą, że nie ma już powrotu do dziennikarstwa. No chyba, że przyjdzie jakaś wielka zmiana polityczna i potrzeba będzie nowych propagandystów. Nawet wtedy jednak zatrudnią w tym fachu kogoś innego, nie ich. Oni wiedzą, że została im tylko publicystyka robiona na bardzo chudych budżetach, które będą się jeszcze kurczyć. Wiedzą też, że w całym naszym mikrokosmosie jedna tylko gazownia mogła zapewnić dziennikarzom warunki do prawdziwej pracy. Wie o tym Jerzy Jachowicz, który tam pracował. Mógł wykrywać afery, robić śledcze reportaże i bawić się dziennikarstwem takim jakie oglądamy w amerykańskich filmach. Pomijam w tym wszystkim intencje gazowni, ale była to, bo już nie jest, jedyne redakcja stwarzająca takie możliwości. Wszystkie inne były oszukane, a najbardziej te prawicowe. Pamiętam ludzi, którzy pracując w Życiu u Wołka zaczęli się zachowywać jak prawdziwi dziennikarze. Powytaczano im sprawy sądowe i zrujnowano ich. Nikt się za nimi nie ujął, bo i nie o to chodziło, by poprawiać nasz świat i wskazywać palcem zło, ale o to, by robić propagandę przy wykorzystaniu frajerów. Dziś także o to chodzi. Tyle, że dziś jest gorzej, bo nawet gazownia nie może nikomu zapewnić ochrony. Aferzyści, których można by postawić do pionu nie istnieją, a za każdym grubszym przekrętem stoją po prostu banki. Komu więc chciałoby się bawić w śledztwa dziennikarskie? Mamy te wszystkie programy telewizyjne, które spełniają rolę dawnych show, tę całą kryminalno-prowincjonalną burleskę i publicystykę robioną na zasadzie: w telewizji czterej znawcy od nawozów i od świata orzekają co się zdarzy w Gwatemali za trzy lata. No i blogosferę. I tu właśnie zaczyna się problem, bo rzecz idzie o pieniądze i wpływy o to, w którą stronę zwrócą się oczy ewentualnych sponsorów. Tu przebiega granica konfliktu prawdziwego, a wynika to stąd, że sprzedaż jest zawsze prawdziwa, nie można udać sprzedaży, no chyba, że siedzimy w piaskownicy. Sprzedaż zaś reklam jest najprawdziwsza ze wszystkich sprzedaży. Prawdziwsza niż sprzedaż złota i diamentów. Tak więc po wygaszeniu i unieważnieniu wszystkich innych konfliktów, które trwały w świecie mediów, po cichym pogodzeniu się z gazownią, telewizją, po podziale wpływów, który miał im zagwarantować stabilizację, „nasi” pozostali sam na sam z nami. I to my jesteśmy ich najgorszymi wrogami. A teraz właśnie dokonują desantu na blogosferę, bo to jedyny obszar, który mogą podbić dla swoich patronów. Ciekawe czy im się uda.
     
    Tradycyjnie na koniec zapraszam wszystkich chętnych i piórem dobrze władających do współtworzenia Tygodnika Solidarni.

    Brak komentarzy:

    Prześlij komentarz