whos.amung.us

wtorek, 4 listopada 2014

Czy następcy Hitlera dokończą trasę A2?

Autor: Integrator
 
Nie starczyłoby tu miejsca gdybym chciał przy użyciu łaciny, w potocznym tego słowa znaczeniu, opisać jak się jeździ drogą Warszawa-Terespol, którą przyszło mi podróżować w te święta. Tyle się trąbi o korkach na Zakopiance gdy rok w rok naród wyrusza by latem pochodzić po górach a zimą pojeździć na nartach, że można odnieść wrażenie jakoby tylko na tym kierunku był jakiś problem. Tymczasem „zakopiankami” kraj ten stoi i gdyby tylko jakiś dziennikarz zechciał zapuścić się przy okazji kolejnych świąt tym razem trochę na wschód od tej ich „Warśawy” to wszyscy mielibyście szansę zobaczyć jak się i w tej części kraju mają sprawy drogowe. Czekaj tatka latka więc póki co ja Wam sytuację opiszę.
 
Pochodzę ze wschodnich rubieży Polski i jak każe tradycja a i powinność względem zmarłych wybrałem się nawiedzić cmentarz gdzie złożono kości mych pradziadów. Tylko jedna droga prowadzi tam z Warszawy, trasa na Terespol, a więc pobłądzić trudno. Jak idzie o odległości to jest dwieście kilometrów, które jak twierdzi targeo.pl można z powodzeniem zrobić w niecałe trzy godziny. Mi zajęło pięć. Pięć godzin turlania się zderzak w zderzak.
 
Trasa Warszawa-Terespol choć wygląda jak lepszej jakości droga powiatowa, jest jednak częścią międzynarodowego kanału tranzytowego łączącego Irlandię z Moskwą a jej niedrożność w pierwszej kolejności przekłada się na tempo rozwijania się tej części kraju. To jest tak oczywiste, że szkoda na to prądu pozwólcie więc, że opowiem o tym co bliższe skórze, o dyskomforcie który dotknąć musi każdego kto w dni świąteczne zechce spróbować swoich sił na tej drodze. Zresztą po co czekać tak długo? Zapraszam choćby w najbliższy piątek gdy tzw. słoiki jadą do domów albo w niedzielę wieczorem gdy wracają. Wiem bo sam czasami jeżdżę i ręczę, że opisanych tu atrakcji nie zabraknie. Jestem świeżo po takim teście i już to tylko wystarczy by resztę notki pisać w nastroju sromotnej klęski. Nie potrafię pojąć, ni sobie nawet wyobrazić jak miałkim trzeba być człowiekiem by będąc ministrem a nade wszystko premierem doprowadzić do takiego stanu rzeczy, żeby wschodnią Polskę z resztą kraju łączyła droga jednopasmowa. A jakby i tego było mało parę lat temu przebudowano ją dodając środkowy pas wyłączony z ruchu i tak upstrzony sygnalizatorami świetlnymi, że na odcinku do Dębe Wielkie w zasadzie nie ma możliwości wyprzedzania. To także gwarantuje piękne korki przy już niewielkim natężeniu ruchu. Zaś Dębe Wielkie samo w sobie jest poezją bo zaraz na wjeździe droga się zawęża, niknie pas środkowy, po bokach wyrastają barierki a tragedii dopełnia sygnalizacja świetlna. Czyli znów korek.
 
Żeby nic Wam nie uciekło, zróbmy tą drogę raz jeszcze. No więc pierwszy korek to nowoczesny wiadukt nad ul. Marsa jeszcze w Warszawie i ciągnie się aż do miejscowości Zakręt. Tu kończą się światła, odbija też droga na Lublin a więc samochodów jakby mniej (Swoją drogą, kto chce zaliczyć korek życia niech sobie tędy właśnie do Lublina pojedzie a w miejscowości Kołbiel, gdzie krzyżują się dwie drogi „ekspresowe”, na własne oczy zobaczy jak wygląda przedsionek piekieł). Ale my jedziemy na wschód. Od Zakrętu mamy ten środkowy pas a na nim wysepki no i las znaków drogowych na poboczu którymi można obdzielić niejedną gminę. A potem jest te Dębe – jesteśmy 30 km od Warszawy i dwie godziny drogi.
 
Przed nami Mińsk Mazowiecki ze swoją obwodnicą i tyle tylko ostało się z planów pilnego wykonania „A dwójki” te dwadzieścia kilometrów właśnie ale w końcu można docisnąć buta więc tu się dociska, dociska że hej. Tym bardziej, że za chwilę znów korek albowiem zjazd z obwodnicy wpada w drogę wylotową z Mińska. Można więc stojąc w korku na „autostradzie” podziwiać jak dżdżownica aut poniżej powoli sunie do przodu. I tak już do Kałuszyna. Im bliżej Siedlec robi się luźniej a przy wjeździe prezydent miasta z wypisaną na twarzy chorobą wieńcową zachęca z bilbordu strudzonych drogą by mimo wszystko wybrali go po raz trzeci. Opisu drogi powrotnej Wam oszczędzę. Od Siedlec znów korek, za Kałuszynem wjazd na obwodnicę Mińska, a potem już do samej stolicy powoli wijący się czerwony wąż  tylnych lamp samochodów.
 
Pisząc ten tekst w międzyczasie sprawdziłem kto zdjął w wykonania „A dwójkę” i wychodzi na to, że minister rządu Platformy Obywatelskiej niejaki Sławomir Nowak vel „Zegarek”. No proszę i od raz przypomniał mi się kawał jak wzajemnie odwiedzali się ministrowie infrastruktury Polski, Francji i Niemiec. Przyjeżdżają ci pierwsi na początek do Niemca a ten na dzień dobry chwali się im pięknym autem. Zapytany skąd na to wziął bardzo szczerze im odpowiedział, że było w planach tysiąc kilometrów nowych dróg a wybudowano dziewięćset, po czym uśmiechnął się znacząco. Rewizyta u Francuza. Ten pochwalił się kolegom luksusowym domem. Potem zabrał ich w teren wskazał odległą autostradę i pyta: „Widzicie tą autostradę? Miało być dwieście kilometrów jest sto” i też uśmiechnął się znacząco. Przyjechali wreszcie Francuz i Niemiec do kraju nad Wisłą. Polski minister ma wypasione auto, piękny dom z widokiem na góry, kort, basen, kilka hektarów lasów kryjących prywatne jezioro, helikopter. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia pytają i oni jak do tego doszedł? Na co minister wyciąga rękę przed siebie wskazuje roztaczające się przed nimi zielone tereny i mówi: „Widzicie tą autostradę?”. Spogląda Francuz na Niemca, japy ze zdziwienia rozdziawione, w końcu mówią: „Przecież tu nic nie ma”. „No właśnie” odpowiada uśmiechnięty od ucha do ucha polski Minister (nieistniejącej) Infrastruktury.
 
Słysząc ten kawał bawiłem się przed laty wyśmienicie ale widząc jak wszystko w tym kierunku idzie co raz mniej mi do śmiechu. I choć za kilometr autostrady zapłaciliśmy więcej niż w Szwajcarzy, a to przecież kraj górzysty, winnych nie ma. Zanim sprawę rozpoznano, zanim materiały zebrano było już po wszystkim, sprawa się przedawniła. Polegli jak zwykle ci najsłabsi - setki firm budowlanych, tysiące bezrobotnych pracowników. No i jeszcze my w tych korkach. Pewnie i o nas od tamtego czasu mówią "frajerzy", tyle, że po cichu.
 
Hitler w ramach prac propagandowych, ułatwień transportowych dla armii czy tam walki z bezrobociem już w ’33. roku budował kilkupasmowe drogi i autostrady. Dziwiono się bo samochodów było niewiele ale potem przybyło ich w takiej ilości, że było w sam raz a kraj dzięki sieci dróg mógł się rozwijać równomiernie. My budujemy o prawie wiek później i najwyraźniej tak, jakby z roku na rok samochodów miało ubywać. I tu odkrywam prawdziwy zamysł Sikorskiego gdy zachęcał by kanclerze rządzili nad Wisłą. Skoro Hitler wybudował nam trasę z Berlina do ówczesnego Królewca może jego następcy dokończą nam w końcu tą „A dwójkę”?
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz