whos.amung.us

wtorek, 18 listopada 2014

Czy dziennikarze zczytują blogosferę?

Autor: Integrator

Zaledwie parę dni temu dwaj tuzowie blogosfery, niejako zaczepieni przez redaktora Skwiecińskiego w temacie dla nich kluczowym, w imieniu swoim ale i nas wszystkich którzy zajęci tematyką wyborczą sprawę przegapili, napisali z właściwą sobie dosadnością co myślą o takim przez niego postrzeganiu sprawy. Ten bowiem na łamach tygodnika „W sieci”, niespecjalnie dopierając słowa, ogłosił koniec „krótkiej ery blogosfery”. Ja tego tekstu co prawda nie czytałem, ale z tego co wymienieni panowie uznali za warte cytowania wynoszę, że Skwieciński najpierw nazwał blogerów „masą” i  „ludowymi korespondentami” po czy nie kryjąc zadowolenia stwierdził, jak wyżej. Żeby nie było, że coś pomieszałem pozwólcie, że go tu krótko zacytuję:  „… z pewną obawą (lecz i satysfakcją) komunikuję, [że] kończy się króciutka era blogerów.[…] Nowe Media miały być triumfem tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Nie zawodowego, nie profesjonalnego. Ochotniczego. Masa, by użyć uroczego terminu z jeszcze dawniejszych czasów, ludowych korespondentów miała zastąpić agencje prasowe”.


Tak się składa, że choć blogerem jestem zaledwie od roku, mam i ja w tym temacie już parę ważnych rzeczy do opowiedzenia. Tekst będzie długi, wszak w tej żywotnej dla nas wszystkich sprawie trochę tu cytatów jednak wrzucić muszę. Ale jeśli tylko zechcecie doczytać wszystko jak jest i do końca, zobaczycie jak daleko poza okrąg prawdy wystrzeliła redaktora Skwiecińskiego pulsująca w nim może to niemoc a może i brzydka zazdrość.

Otóż pod koniec października opublikowałem tu notkę po tytułem: „O Sikorskim i o Tusku który zdał test Putina gdzie odniosłem się do rewelacji wygłoszonych przez Sikorskiego podczas wywiadu udzielonego amerykańskiemu portalowi Politico. Jak pamiętamy Sikorski wysypał się tam z informacją, jakoby parę lat temu Putin zaproponował Tuskowi rozbiór Ukrainy na co ten zamiast stanowczo zaoponować coś tam wymamrotał a potem jak gdyby nic wrócił do siebie i milczał. Nie poszedł z tym do prezydenta ni do sojuszników w NATO, nie ostrzegł też Ukrainy no i dziś mamy tuż przy naszej granicy to co mamy. Wbrew temu co niektórzy o tej sprawie pisali, a pisali, że Sikorski jest głupi albo nieustannie łazi naćpany, ja w swoim tekście wskazałem całkiem odmienne powody jego działania. A że życie pędzi dalej, zająłem się innymi tematami i nie pisałbym dziś tego tekstu gdyby nie traf, że kupiłem przedświąteczny numer tygodnika „W sieci” po lekturze którego zrozumiałem, że wbrew temu co pisze Skwieciński, blogosfera nie umiera. Przeciwnie. Blogosfera weszła w nowy etap rozwoju i stała się źródłem inspiracji dla zawodowych dziennikarzy. Mało. Trzeba to jasno powiedzieć, gdyby nie „ludowi korespondenci” jak próbował nas upokorzyć redaktor Skwieciński, gdyby nie blogosfera hermetyczna kasta dziennikarzy zawodowych już dawno pisałaby tak odkrywcze tekst, że najbardziej tępy czytelnik zrozumiałby, że tu nie ma już treści, nie ma też mowy o żadnej misji. I że wszystko o co tak naprawdę chodzi tym paru piszącym panom to utrzymanie pozycji w oczach wydawców, która pozwoli im funkcjonować na poziomie z którego oni zejść już nie potrafią. Bo wcale nietrudno mi sobie wyobrazić taką rzeczywistość, że gdyby nie fakt, że w ślad za czytelnikiem płyną reklamy, oni mogliby pisać i do ściany.  No ale jest jak jest, muszą pisać dla nas maluczkich, a że nie bardzo już wiedzą o czym, korzystając z anonimowości szukają swych inspiracji w blogosferze. I robią to bardzo dokładnie choć nie zawsze subtelnie. Dla przykładu pod moim testem o prof. Staniszkis można znaleźć komentarz Janiny Jankowskiej, przecież redaktor, która przyszła, poczytała a potem nie wiedzieć czemu wyzywała nas tam wszystkich od chamów. Nie żartuję, sprawdzicie sami. Są na szczęście i odmienne przypadki jak komentarz pod tekstem PiS powinien być jak mafia byłego polityka tej partii, który nie tylko zgadza się z tym co przeczytał ale zapowiada tam własną notkę w tym temacie. Bądźmy więc w końcu panie i panowie redaktorzy szczerzy - wy ten blog czytacie. A jeśli mnie to tym bardziej wchodzicie na Toyaha i Coryllusa, choć w ich akurat przypadku pewnie też by zobaczyć jak bardzo się wam znów od nich dostało. A liczniki kręcą się u nich na okrągło.  Oj kręcą.

No ale żeby nie być gołosłownym, wszak padło tu podejrzenie o podkradanie pomysłów, pokażę na jednym przykładzie jak to się robi w praniu. Popatrzcie. We wspomnianym tekście, dla tych co już zapomnieli pt.:O Sikorskim i o Tusku który zdał test Putina”, swoje wywody zacząłem od próby odpowiedzenia na pytanie skąd u Sikorskiego wzięły się tak prorosyjskie gesty przy jednoczesnym, wręcz ostentacyjnym manifestowaniu swej niechęci do Amerykanów? I zaraz źródła tego stanu rzeczy sugerowałem szukać w zdarzeniu do którego mogło dojść przed wielu laty w górach Afganistanu. Pisałem w tym tekście tak: „Gdybym chciał nakręcić dobry film szpiegowski a przecież najlepiej takie scenariusze pisze życie, to wątek tej części filmu wyglądałby tak, że Sikorski wpada w ręce Rosjan a ci składają mu propozycję nie do odrzucenia. Dla młodego człowieka któremu przytknięto lufę karabinu do głowy, przed którym jeszcze całe życie, który w dodatku utknął w miejscu w którym nikt go nawet nie będzie szukał taka propozycja jawi się jak zbawienie. I stało się. Tak tylko można tłumaczyć rozluźnienie więzi z Amerykanami, którzy wyjście z tak ciężkiej opresji musieli z automatu zakwalifikować jako akt przewerbowania. Tak też można tylko tłumaczyć późniejsze prorosyjskie gesty Sikorskiego jak zaproszenie ministra Ławrowa na coroczne spotkanie z polskimi dyplomatami czy przekazanie praw do wydawania Rosjanom wiz do Polski prywatnej firmie przez co polskie służby utraciły kontrolę nad tym kto jest wpuszczany na teren kraju. Taką luką w naszym systemie kontroli granicznej stała się też umowa o małym ruchu przygranicznym ze zmilitaryzowanym okręgiem kaliningradzkim. Tylko tym „spotkaniem w górach” można tłumaczyć zachowanie Sikorskiego na Majdanie, gdzie straszył czołgami Ukraińców walczących o niezależność od rosyjskich wpływów…”
 
Na to otwieram tygodnik „W sieci” i już we wstępniaku (by Michał Karnowski) czytam:  „Teraz jednak upewniliśmy się, dzięki szczerości Radosława Sikorskiego, że ta cała linia zbliżenia z Rosją oparta była na kłamstwie. Tusk, Komorowski i cała ekipa doskonale wiedzieli, jaki charakter ma reżim Putina, znali z pierwszej ręki jego plany podobija sąsiadów i bezbrzeżny cynizm. Mimo to prowadzili kraj w tym kierunku. Były wizyty, był „nasz człowiek w Moskwie” […] były wykłady szefa rosyjskiej dyplomacji dla polskich ambasadorów, była, całkiem niedawno, umowa o współpracy, miał być Rok Rosji w Polsce. A przede wszystkim było szczucie na Lecha Kaczyńskiego.”. Słowo wstępne rządzi się swoim prawa no i miejsca dużo mniej więc jest o Sikorskim ale od razu o Tusku, tyle że ja i o nim także tam pisałem, i także na koniec bo dla kontrastu zaznaczyłem stosunek byłego już premiera do prezydenta: ”Zdradził swoich wyborców i swój naród każąc nam miłować Rosjan o których wiedział, że szykują się do wojny. Nie ostrzegł strategicznego sąsiada przed czyhającym na niego niebezpieczeństwem w końcu nie ostrzegła narodów Europy, których prezydentem właśnie został. Przy czym kpił nieustannie przy pomocy przychylnych sobie mediów z Kaczyńskiego który przed tym wszystkim przestrzegał.” Dla odmiany i już wewnątrz numeru redaktor Janecki pisze o tym tak: „… wtedy też mogła paść propozycja rozbioru Ukrainy. A jeśli tak i nie zostało to ujawnione, by można było podjąć działania zaradcze, to cała późniejsza polityka Tuska i Sikorskiego wobec Rosji była absolutnie sprzeczna z polskim interesem narodowym. Wystawiała przecież nasz kraj na zagrożenie ze strony reżimu Putina. Polityka ta była też oszukańcza wobec Ukrainy i bezmyślna jeśli chodzi o nasze działania w NATO i UE.” Trochę dalej ale wciąż w tym samym tekście redaktor Janecki zastanawia się nad powodami dla których Sikorski postanowił opowiedzieć o rozmowie Tuska z Putinem akurat teraz gdy Tusk został „prezydentem” i pisze tak: „Z moich informacji wynika, że Tusk otrzymywał w ostatnim czasie informacje (także od tajnych służb), że 1  grudnia kiedy ma zostać przewodniczącym Rady Europejskiej […] mogą ukazać się informacje bardzo dla niego niekorzystne. W jednej wersji w takich przeciekach chodziło o zdyskredytowanie Tuska i o osłabienie go. W innej o postraszenie byłego premiera, żeby na stanowisku szefa rady nie podskakiwał Rosji, bo mogą zostać ujawnione różne niekorzystne dla niego fakty. Słowa Sikorskiego w Politico były by więc rozbrojeniem bomby, której siły Tusk mógłby się tylko domyślać.”

I bardzo ładnie. Ja się z tym jak najbardziej zgadzam i dlatego napisałem o tym na stronie www.TygodnikSolidarni.pl już 23go października (a na Salonie tradycyjnie dzień później) a więc o cztery dni wyprzedzając Janeckiego. Proszę bardzo: ”Nie sądzę by Putin liczył na pozytywną odpowiedź ze strony premiera państwa, które ma z Moskwą jak idzie o historię relacje jednoznaczne. Myślę, że to był test połączony z próbą zdobycia na niego haka. Putin już wtedy przygotowywał się do aneksji Krymy i gdyby Tusk podjął jakkolwiek temat rozbioru, miałby odcinek polski „zneutralizowany” – na samo wspomnienie tej rozmowy, rząd polski asekuracyjnie wycofywałby się z działań poparcia na rzecz Ukrainy bojąc się jej ujawnienia i międzynarodowej kompromitacji. Z drugiej strony sam fakt, że Tusk „wziął udział” w takiej rozmowie a więc wszedł w posiadanie informacji o zamiarach Putina i nigdzie dalej tego nie przekazał, stało się dla niego kulą u nogi w kolejnych relacjach z Rosjanami. Kto wie czy Sikorski ogłaszając te rewelacje nie miał za zadanie odcięcia tej kuli i zdjęcia z Tuska szantażu jaki wisiał nad nim od tamtego dnia. Być może taka zaszłość  ciągnąca się za prezydentem Europy musiała być nie na rękę innym graczom tej wielopoziomowej szachownicy i odcięli ten łańcuch. A może wręcz przeciwnie? Może chodziło  właśnie o ostateczne wykorzystanie tego powoli tracącego moc haka w związku z wyborem Tuska na prezydenta Europy do zdestabilizowania osłabionego, dopiero co powstałego rządu w Polsce? Naprawdę jak idzie o Sikorskiego trudno ocenić kto nim pociąga ale z pewnością koniec sznurka znajduje się gdzieś poza granicami kraju.”

Jest tam jeszcze parę jednozdaniowych zbieżności ale by nie przedłużać zajrzyjmy jeszcze do tekstu Zaremby w tym samym numerze rzeczonego tygodnika: „… pojawiają się najróżniejsze spiskowe teorie: od szkodzenia wieloletniemu ukrytemu rywalowi Donaldowi Tuskowi po obsługiwanie interesów Rosji, dla której taka wiadomość to dziś podobno dodatkowe narzędzie do straszenia Ukraińców.” Ja zaś ten skutek wypowiedzi Sikorskiego opisałem u siebie w takim oto fragmencie: „Szkody wynikłe z tamtej rozmowy z Putinem i ukrycia przede światem jego intencji są ogromne. Po tych sześciu latach mamy dziś dużo silniejszą Rosję i całkowicie zdezorientowaną Europę, która na szybko próbuje znaleźć dobre wyjście z tej sytuacji. Mamy też Ukraińców, którzy walcząc na swej ziemi z rosyjskimi przebierańcami dowiedzieli się, że premier Polski, która oficjalnie wspiera ich dążenia, wiedział o tym co ich czeka i w porę nie ostrzegł. I nijak na poprawę ich stanu ducha wpłynie fakt, że to jest rząd polski tylko z pozoru, że to jest rząd Platformy Obywatelskiej sterowany pośrednio lub pośrednio przez rosyjską agenturę wpływu. Nie zmienia to faktu, że czują się zdradzeni i osamotnieni.”  Nie mogłem też nie zauważyć sposobu w jaki redaktor Zaremba próbuje nas przekonać , że Sikorski nie zwariował: „… Sikorski to bystry, choć zarozumiały polityka. Nie ma w nim nic z wariata. Trudno tez pomylić taką historię z jakąś inną. Czy gdyby komuś z nas zaproponowano udział w atomowym ataku na Warszawę, nawet po latach nie potrafilibyśmy odtworzyć z detalami tej konwersacji?” Ja od takich porównań co prawda daleki jestem ale pisałem o tym w podobnym deseniu: „Nie ma wątpliwości, że Tusk na pewno dostał propozycję wzięcia udziału w rozbiorze Ukrainy. To jest informacja takiej wagi, że Sikorski pierwej zapomniałby jak ma na imię jego żona niż to, że dostaliśmy propozycję uderzenia wespół z Rosją na sąsiada. Więc z tym pomieszaniem myśli to bzdura…”

Ale starczy tego, rzecz już chyba nie wymaga lepszych przykładów. Dziennikarze zczytują blogosferę i kropka, w dodatku jak wielu Polaków, robią to każdego dnia. Bezpieczni, skryci w domowym zaciszu przed zawistnym okiem innego redaktora, być może przy porannej kawie. A potem siadają do laptopów pisać swe „odkrywcze” analizy. Słowo daję, że gdy na to patrzę zaraz przychodzi mi na myśl anegdota o tym jak Rosjanie odkryli rower... u Niemca na strychu. I w sumie nie wiem czego tu się tak wstydzić. Redaktor Janecki nie ukrywa w swym tekście źródeł inspiracji, przeciwnie, stawia kawę na ławę. Politico nazywa „najpoważniejszym politycznym blogiem” a w jednym z akapitów wprost powołuje się na słowa rodzimego blogera. No proszę, korzysta z dobrodziejstwa blogosfery, pisze o tym a nikt mu z tego powodu wyrzutów nie czyni. Można? Można.

Kombinuję więc co też przytrafiło się redaktorowi Skwiecińskiemu, że  nie wahał się napisać tak głupiej rzeczy, a przy tym wbrew temu co twierdzi, pozostawić jednak swój blog na Salonie? A musicie wiedzieć, że jest on dość marną wizytówką jak na dziennikarza o tak nadmuchanym ego. Z tego co wciąż tam wisi widać, a kliknąłem w pierwsze dziesięć tekstów, że to są to głównie jakieś przedruki z tygodników gdzie publikuje lub publikował. Więcej, wszystkie poza dwoma mają znikomą ilość komentarzy no a przede wszystkim z niezrozumiałych mi powodów licznik odsłon jest ukryty, co daje wiele do myślenia jak idzie o popularność tych jego tekstów. Patrzę sobie na to, patrzę i dumam, no i wymyśliłem, że ten pan się zwyczajnie obraził. Ja to widzę tak, że on tu przyszedł jak sądził z nazwiskiem, z odpowiednim uważał dorobkiem i nie wiedzieć czemu głupia masa ludowych korespondentów zamiast wzdychać z rozkoszy i prosić o możliwość odpłatnego skorzystania, zwyczajnie i po ludowemu go olał. Człowiek nie zrozumiał, że blog to nie śmieciowisko gdzie wrzuca się przedruki ale przede wszystkim żywa relacja z czytelnikiem, najprzedniejsza forma przekazu „myśli pisanej” jaką wymyślono. I tylko jako taka może istnieć. On tego nie zrozumiał, nie rozumie też i Korwin Mikke który wrzuca byle tekst, a potem znika na dobre mając gdzieś kto i co pod nim potem napisze. Skwiecińskiego już nie ma, po jego blogu wiatr hula, a gdy skończy się nadchodzący rok wyborczy zniknie stąd i Mikke. Zostaniemy my i nasze blogi, no i dziennikarze dyskretnie je zczytujący. Ale i to uważam, też tylko do czasu. W tekście „Dajmy szansę Kowalskim i Nowakom” już raz o sensie blogosfery i o „ludowym korespondowaniu” pisałem i dziś nie umiałbym napisać tego lepiej ni inaczej: „Ja nie wątpię, że taki Ziemkiewicz, Semka, Mazurek albo Wildstein mają coś bardzo ciekawego do powiedzenia. Oni w gruncie rzeczy żyją z tego, że piszą o tym co sobie na konkretny temat myślą. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że tych kilku panów zjadło wszystkie rozumy i to co oni napiszą jest pełną i ostateczną analizą rozważanego zagadnienia. To jest przecież oczywiste, że oni widzą tylko urywek rzeczywistości na tyle szeroki na ile pozwala im go zobaczyć ich intelekt, tudzież wyrobienie które nabyli odpowiednio długo obracając się w temacie zagadnień polityczno-społecznych. Niemniej to co napiszą zawsze będzie tylko tym urywkiem, i nie ważne jak bardzo Ziemkiewicz będzie prostował ten swój kręgosłup, a Wildstein dla nadana sobie powagi nadymał wargi, nic więcej ponad to co im Bozia dała nie wymyślą. I zawsze to co sklecą, choćby ze sobą współpracowali będzie tylko częścią prawdy. Przy czym im dłużej będą tkwili w hermetycznej grupie podobnych sobie dziennikarzy, tym ten ich sposób postrzegania świata będzie co raz bardziej schematyczny, tendencyjny a obraz wykładanych nam spraw pozornie tylko właściwy. Właśnie tak.” No chyba się z tym zgodzicie? Tyle że jeśli ja się nie mylę i jest jak piszę, to całe to pisanie skończy się potężną katastrofą. Bo nawet jeśli oni w tych redakcjach będą reanimować się tym co znajdą na naszych blogach to i tak będzie to słabe i nieprawdziwe. Aż w końcu czytelnicy uznają, że za te 5 złotych lepiej już kupić na drogę hot-doga a w zamian poczytać jakiegoś bloga. Mi w przeciwieństwie do redaktora Skwiecińskiego przykro pisać o tak smutnym końcu papierowej prasy ale w końcu jeśli ona zniknie to tylko przez lenistwo i zblazowanie tych którzy ją dziś tworzą. No i po trosze przez nas, niezgorsze przecież a darmowe pióra.
- - -

Można kończyć, zmożonym życzę dobrej nocy. A ten akapit niech tu będzie dla najtwardszych jako epilog. Otóż za miesiąc minie pierwszy rok mojego tu pisania. Zacząłem blogować z jednoczesnym zamiarem stworzenia blogerskiego Tygodnika, miała to być przystań dla tych co chcieliby publikować coś więcej niż tylko krótkie notki. Coś obok Salonu, coś w żadnym razie przeciwko, a jednak o poziom wyżej. Z propozycją współpracy zwróciłem się do wybranych blogerów, w tym mniej znanych dziennikarzy, by nie zapychać znanymi nazwiskami kolejnego dzieła a mimo to zgodę na re--publikację swoich tekstów dostałem tylko od Toyaha i Coryllusa, no i od jednego polityka choć do tej pory jeszcze żadnego mu tekstu nie puściłem. Tyle. Reszta odmówiła. Bo im ci dwaj nie pasowali albo zwyczajnie zbyli mnie milczeniem. A skoro tak to czas tu napisać coś o samym Toyahu. Otóż gdy puściłem w Tygodniku i na Salonie zaledwie parę autorskich tekstów zadzwonił do mnie by mnie utwierdzić w przekonaniu, że mam wcale dobre pióro i że powinienem pisać dużo i dalej. Przez kolejne tygodnie wprowadzał mnie też w tajniki blogowania; jak długie teksty pisać, w jakich porach publikować, co to są trolle i jak z nimi postępować. Radził, tłumaczył, namawiał. Piszę o blogerze ale piję przecież do "naszych" dziennikarzy którym jakże daleko do Toyaha. On to robił choć rynek blogersi też wcale duży nie jest, a nie było wątpliwości że ja zechcę funkcjonować obok niego i do tego samego zbioru odbiorców uderzać, nie inaczej. On to wiedział ale robił co trzeba. Niech ten akapit będzie dla niego szczerym podziękowaniem. No, a teraz pokażcie mi dziennikarza który widząc zalążek rokującego pióra zamiast blokować młodego adepta zacząłby go prowadzić? Nie ma takich. Tam jest od lat zaledwie parę nazwisk i jeszcze mniej pensji do rozdania więc wcale bym się nie zdziwił gdyby się okazało, że poza blokowaniem młodych dziennikarzy oni jak tylko mogą blokują także i siebie nawzajem. No a skoro tak to ja rozumiem dlaczego ten ich z kolei rynek wygląda jak wygląda. Zmęczeni, wyjałowieni a i tak  w każdym numerze po parę tekstów jednego autora. A przecież można inaczej, pokazał to właśnie Toyah. I co by szkodziło dać takiemu Toyahowi felieton na ostatniej stronie tygodnika W sieci? Albo w Gazecie Polskiej zwłaszcza, że Ziemkiewicz i ks. Zalewski zdaje się tą stronę zwolnili? No co by szkodziło? Nic by nie szkodziło a nawet wzrosła by sprzedaż, to niemal pewne. Bo możemy oczywiście Toyaha nie lubić ale i tak przecież, mniej lub bardziej regularnie wszyscy go czytam. Prawda?

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz