whos.amung.us

niedziela, 30 listopada 2014

Bezpieczeństwo kraju. To nie wygląda dobrze.

Autor: Integrator
 
W skuteczność naszego systemu obrony nie wierzę. Bez urazy, zwracam się tu do mundurowych, ale nawet jeśli są pośród Was ludzie którzy kochają polską armię i leży Wam na sercu dobro tego kraju, to mamy Zwierzchnika Siła Zbrojnych jakiego mamy a i Minister Obrony Narodowej też zdaje się nie mieć pojęcia do jak ważnego resortu tym razem trafił. Co prawda to standard jaki idzie o ministrów w tym rządzie, niemniej fakt, że ów pan nie chciał rakiet manewrujących na polskich łodziach podwodnych w zupełności go dyskwalifikuje. Szkoda słów. O stanie naszego systemu obronnego decydują ludzie, którzy dopiero gdy poczuli zapach rosyjskiego prochu tuż przy wschodniej granicy ocknęli się i obowiązującą doktrynę „śpijmy smacznie, będzie dobrze” dostosowali do faktycznego poziomu zagrożenia. Tym czasem pozostaje jeszcze sprawa bezmyślnego doboru sprzętu bo tu wciąż panuje zwyczajna nędza.

Czytam trochę o tym, wszak od lat pakujemy w to miliardy i przyznam, że chwilami chce mi się płakać. Weźmy pierwszy z brzegu przykład, F16. Amerykanie offsetu nie wykonali za to my priorytetowo spłacamy właśnie tą transakcję, co pochłania lwią część tego co powinno iść na modernizację całego sprzętu i wszystkich rodzajów wojsk. Piszę tu o lwiej części bo choć pula jaką przekazuje się co roku na wojsko to 2% PKB to nie możemy zapominać, że kwota ta musi wystarczyć także na pensje, emerytury, utrzymanie infrastruktury i inne tego typu wydatki. Rzucie przez chwilę okiem na poniższą planszę. Pochodzi z oficjalnego dokumentu prezentującego budżet Ministerstwa Obrony Narodowej za rok 2013. i pokazuje jak na dłoni na co rozchodzą się te pieniądze.
image

Z całej puli 31 miliardów złotych tylko osiem miliardów idzie faktycznie na modernizację a do 2015 roku spora część z tego na F16. Ale wbrew pozorom nie w tym problem, nie przez to moje łzy. Póki co tylko w Stanach Zjednoczonych mamy zadeklarowanego sojusznika choć jak z tym jest też pewnie okaże się gdy będzie źle, ale niech mają. Po ostatniej deklaracji ze strony Niemiec, którzy oznajmili, że większości sprzętu wymaga naprawy więc nie będą mogli wywiązać się ze swych zobowiązań w ramach NATO, Amerykanie ze swymi gwarancjami wypadają całkiem nieźle. Niemniej nie ma się co łudzić, pierwsze uderzenie i tak musimy wziąć na siebie. I tu wracamy do tych F16. Chociaż nie jest to nigdzie wprost podane to aby ich silniki mogły osiągnąć tak dużą moc, potrzebują nagłego zassania potężnej ilości powietrza. Ta maszyna zatem jest jak wielki odkurzacz z "rurą" ssącą - od spodu. Czyli, że co? Ano to, że jak tak to pas startowy musi być dokładnie oczyszczony inaczej byle kamyk może zniszczyć turbinę i po zabawie. F16 to maszyny do atakowania celów na terytorium wroga ale startować i lądować muszą na obszarze nieobjętym wojną. Amerykanie rozwiązali ten problem za pomocą lotniskowców, mają też bazy wypadowe w Turcji i we Włoszech. W naszych warunkach gdzie linia frontu przesuwa się od jednego krańca kraju do drugiego, te samoloty nie mają prawa bytu. Jeśli dojdzie do choćby częściowego zniszczenia lotnisk, a to agresor robi w pierwszej kolejności, to ten samolot już nie wystartuje. Na pewno też nie wyląduje na dowolnym lotnisku. To musi być lotnisko odpowiednio doststsowane, posiadające np. system przechwytywania BAK. Przykro mi takie są fakty. Myślę, że w razie wojny one zostaną natychmiast wysłane gdzieś na Zachód, będą służyły pod obcym dowództwem, może znów będą chroniły Anglię. Nasze niebo zdominują samoloty wroga...

Patrzę dla odmiany na czołgi Leopard 2. W latach 2002-2003 zakupiliśmy 128 sztuk płacąc za nie Niemcom ponad 700 mln złotych plus 1 miliard  na modernizację. Dokładnie - na modernizację  - bo to jest sprzęt używany, z demobilu, wyprodukowany w końcówce lat 70tych, który Niemcom zalegał w magazynach a Szwajcaria nie mogła sprzedać licencji bo nie było chętnych. Żeby było ciekawiej kody serwisowe nadal posiadają Niemcy więc tylko oni mogą je naprawić. I od razu zastanawiam się jak będzie wyglądał serwis gdy czołg zepsuje się w czasie walki? Znając naszych geniuszy w doktrynie założyli, że Rosja na czas naprawy Leoparda w Niemczech wstrzyma swoje działania, bo to by nam bardzo ułatwiło sprawę. Mam tylko nadzieję, że nie zbombardują nam też dróg i torów, bo jakoś te czołgi do Niemiec musimy dostarczyć. Kpię choć nie czas ku temu. Była w tamtym czasie masa innych ofert, choćby francuskiego Leclerca nafaszerowanego elektroniką mogącego śledzić jednoczesnej pięć celów, za jedyne 9 mln USD. Zamiast kupować niemiecki szmelc i od razu drugie tyle płacić za jego modernizację można było kupić 64 całkiem nowych, dużo bardziej nowoczesnych maszyn, że nie wspomnę o inwestowaniu we własną myśl technologiczną. W zakładach Bumar – Łabędy S.A. jest kilka wersji czołgów  PT-91 „Twardy”, ale nie są wprowadzane do produkcji bo brakuje zainteresowania ze strony naszego wojska. Za te pieniądze można było z powodzeniem rozwijać własny program prac nad nowoczesnymi czołgami ale co tam, niech rozwijają się inni. Zaglądam na stronę 9 Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie, to jest tuż przy okręgu Kaliningradzkim a tam wita mnie napis: "Gotowi na wszystko". Jakbym jeździł czołgiem T72 to faktycznie byłbym gotowy na wszystko. To jest polska placówka kamikadze. Rosyjskie czołgi przejadą się po nich jak po puszkach a przecież za wspomniane pieniądze można było i ten sprzęt zmodernizować. Minęło dziesięć lat od tej genialnej inwestycji i jak sie okazuje nikt nie wyciągnał z tego żadnej nauki. Niedawno MON podpisał z Niemcami kolejną umowę na mocy której do polskiej armii trafi następne 119 czołgów z niemieckiego demobilu, w tym trochę unowocześnione Leopardy 2A5 i 2A4. Ciekawe ile jeszcze podobnych transakcji, naruszających przecież nasze bezpieczeństwo,  będzie trzeba wykonać by spłacić prezydenckie stanowisko Tuska w Unii?

Inny przykład. W 2003 roku kupiliśmy od izraelskiej firmy Rafael za kwotę 1,5 miliarda złotych 264 wyrzutni i 2,5 tysiąca rakiet Spike. Można je odpalać z przenośnych wyrzutnik albo transporterów opancerzonych Rosomak. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że po wystrzeleniu rakieta zostawia za sobą smugę dymu zdradzając pozycję żołnierza. Ktoś był obecny podczas jej testowania, ktoś podjął decyzję o jej zakupie ale gdy trzeba było znaleźć winnych sprawa się nagle komplikuje. No więc nie ma winnych, półtora miliarda poszło w błoto a Wojsko Polskie i stan naszego bezpieczeństwa dalej wygląda jak wygląda.  Najlepsze, że w ramach wzmocnienia militarnego kraju szykują się kolejne masowe zakupy a ja już nawet nie chcę o tym czytać bo przypuszczam, że te miliardy rozejdą się podobnie.

Nie lepiej rzezc ma się ze strategią obrony kraju. Niestety wszystko wskazuje na to, że plan pana prezydenta jako Głównodowodzącego Wojsk jest taki, żeby obronę wschodniej części odpuścić. Wszystko co kupujemy, najbardziej nowoczesny sprzęt jakim dysponujemy, już mniejsza o to jak on jest skuteczny, stacjonuje na zachodzie kraju a to co zostało rozdysponowane we wschodniej części to resztówki, złom i atrapa. I pomijając już fakt, że „prezydent wszystkich Polaków” wystawia na łaskę rosyjskich sołdatów połowę obywatelki to „rozbrajenie” tej części kraju od strony strategicznej jest poważnym błędem.

Po pierwsze jak widać na poniższej mapce, która pochodzi ze strony Polskiego Holdingu Obronnego, spora część zakładów zbrojeniowych znajduje się po tej właśnie stronie Wisły.
image

To jest położenie, które wymogła na  nas jeszcze komunistyczna doktryna wojenna w której spodziewano się uderzenia z Zachodu. By wróg nie zniszczył tej infrastruktury a przede wszystkim nie przejął jej, budowano głównie tuż przy granicy rosyjskiej. Trochę się od tamtego czasu pozmieniało, teraz zagrożenia spodziewamy się dla odmiany z drugiej strony, ale o ile sprzęt można było przerzucić na zachodów, to zakłady zbrojeniowe siłą rzeczy zostały. Jeśli więc oddamy tą część kraju to w łapy nieprzyjaciela wpadnie duża część naszego zaplecza technologicznego.

Po drugie, jeśli dopuścimy do sytuacji w której Rosjanie wejdą w nas jak w masło to zagrają w sposób bardzo łatwy do przewidzenia. Wykorzystają do tego fakt, że struktury NATO decyzyjnie są niewydolne a dodatkowo zagrają na tradycyjnej niechęci umierania zachodnich polityków „za Gdańsk”. Myślę, że jeszcze tyle pamiętamy, że gdy Rosja napadła na Ukrainę NATO przez bardzo długi czas nie potrafiło zebrać się do kupy i ustalić jednego stanowiska. Tam jest bowiem tak, że aby podjąć jakakolwiek wiążącą wszystkich decyzję, musi się zebrać 28 ambasadorów państw członkowskich. Niby jest jakaś ścieżka postępowania na wypadek uderzenia na państwo NATO ale dobrze wiemy, że to wcale nie jest prosta sprawa. Ja bym się wcale nie zdziwił, gdyby się okazało, że po uderzeniu Rosjan cześć ambasadorów wolałaby poczekać z uderzeniem a póki co przesłać „wyrazy sprzeciwu” i wezwać Rosję do powstrzymania się od dalszej agresji. Nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że paru ambasadorów to agenci rosyjscy i z przyczyn losowych nie będą mogli stawić się na rzeczonym zebraniu, odwlekając w czasie termin jego zwołania. Nie trzymałbym się za głowę z niedowierzania gdyby okazało się, że któremuś z nich przytrafił się poważny "wypadek" i trzeba powołać nowego a tego też się przecież nie robi od ręki. Ja tu trochę ironizuję ale na pewno nie fantazjuję i jeśli tylko zechcecie poczytać sobie trochę literatury o służbach, zrozumiecie, że w grę wchodzą wszystkie te warianty  i wiele innych, które nigdy nie wpadłyby Wam do głowy. Towarzystwo zbierałoby się, debatowało, a Rosjanie parliby do przodu by zająć tyle ile się da. Po co? Bo wcale możliwy jest przecież taki scenariusz, że oni zajmują Polskę do Wisły po czym zatrzymują się i proponują zlęknionym ambasadorom NATO przystąpienie do rozmów. Czy potraficie pojąć jak bardzo psychologicznie zadziałałoby to na społeczeństwa krajów zachodnich? Już miała być wojna, już wydawało się, że znów nie będzie Internetu i facebooka, że będzie trzeba znosić głód i wyrzeczenia a tu nagle taka ulga - Rosja chce gadać. Co prawda zajęła już pół Polski ale tak po prawdzie czy to jest duża cena za pokój na świecie? W końcu Polaczki same się o to prosiły. Ciągle coś im w tej Rosji nie pasowało, ciągle ją prowokowały więc mają co chcieli. No, i jak Wam się podoba taki scenariusz? Pytam bo tak może wyglądać tym razem ta wojna.
Cały sprzęt powinien stać na granicy wschodniej tak by linia frontu przebiegała na granicy a najlepiej przez Kaliningrad i Białoruś. Nie stać nas by ten kraj ponownie obracać w gruz. Rosja powinna też wiedzieć, że już od chwili przekroczenia granicy nie bez wysiłku wyrywać będzie musiała każdą piędź tej ziemi.

Co robić? Pod jednym z moich tekstów gdzie wtrąciłem akapit o rzezi wołyńskiej ktoś w formie komentarza zostawił historię opowiedzianą mu przez dziadka. Gdzieś tam, na tej mokrej od polskiej krwi ziemi, stał lekko ufortyfikowany dom, co miało znaczyć zaledwie tyle, że w piwnicy było zapasów jedzenia na kilka miesięcy a domownicy i służba bardzo dobrze obeznani z bronią. Ukraińcy siepacze wielokrotnie przechodzili obok ale nikomu nawet przez myśl nie przeszło by zbliżyć się do tej „twierdzy”. Dobrze wiedzieli, że tam mogła ich czekać śmierć podczas gdy wokoło była masa domów do których można było wejść bez najmniejszego oporu a mieszkańców wyrznąć bezkarnie niczym bydło. Szli tam gdzie mieszkali ludzie bezbronni, gdzie nie czekała na nich nawet zbłąkana kula.

Trzeba mieć plan działania i silną armię ale nikt tak nie broni własnego domu jak domownicy. Musimy mieć broń, na wypadek wojny dostępną dla każdego, aż słowa Roty „twierdzą nam będzie każdy próg” nabiorą ponownie znaczenia. Jak to zrobić? Ile to kosztuje? O tym w kolejnym tekście. Dożyjecie, zobaczycie.
 

sobota, 29 listopada 2014

Donald Tusk spika w lenguidżu, czyli kłamstwo usankcjonowane

 Autor: Toyah
   Zbliża się nieuchronnie 1 grudnia 2014 roku, a więc dzień, w którym Donald Tusk miał zacząć mówić w języku angielskim. Wbrew temu, co mogą sobie myśleć niektórzy z nas, mimo że moje doświadczenie każe mi sądzić, że nie ma takiego sposobu, by człowiek pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-, czy choćby i nawet czterdziestoletni, który dotychczas nie znał języka, mógł się go skutecznie nauczyć w ciągu paru miesięcy, brałem pod uwagę, że są rzeczy na niebie i na ziemi, o którym się nie śniło przysłowiowym filozofom, a zatem – wszystko jest możliwe. Może stać się tak, że jakimś nieprawdopodobnym zupełnie cudem, Donald Tusk po tych paru miesiącach bardzo intensywnego kursu wyjdzie na scenę i pokaże, że Polak potrafi.
      I oto wczoraj znalazłem w Sieci dwie informacje, które wskazują na to, że jeśli nawet cuda są – a to, że są, to wszyscy tu mniej więcej wiemy – to nie na tym poziomie. Okazuje się, że w ramach obserwowanej przez nas od paru dni akcji promocyjnej na rzecz zohydzania społeczeństwu Prawa i Sprawiedliwości i podkreślania wybitności obecnie nam panującej władzy, brytyjski „Financial Times” przeprowadził wywiad z Donaldem Tuskiem, jak się dowiadujemy, prowadzony wyłącznie w języku angielskim, natomiast najbardziej spektakularnym dowodem na to, że były premier opanował ów język w stopniu dostatecznym ma być to, że ów dziwny człek w pewnym momencie, całkowicie spontanicznie, wypowiedział słowo „fuck”. Nie żartuję. Zaledwie przytaczam treść zasłyszanej relacji.
      Drugie zdarzenie, którego celem było przekonanie nas, że owe pieniądze wydane na nauczenie Donalda Tuska języka angielskiego, nie zostały zmarnowane, to zapis rozmowy, gdzie Donald Tusk, w rozmowie z angielskojęzycznym dziennikarzem, nie ma najmniejszych problemów z używaniem języka jeszcze parę miesięcy temu całkowicie dla niego obcego. I to robi wrażenie nawet bardziej imponujące. Wszyscy wiemy, jak to przez minione siedem lat Donald Tusk został wyćwiczony w kłamstwie tak skutecznie, by nawet wtedy, gdy ogłasza, że dwa i dwa to pięć, przekazywać ową wiadomość takim tonem i z takim wyrazem twarzy, by każdy idiota wiedział bez dodatkowych objaśnień, że jest adresatem najbardziej oczywistej prawdy. Tu jednak Premier osiąga absolutne szczyty. On autentycznie robi wrażenie, jakby owe angielskie zdania, jakie wydobywają się z jego ust, były „na żywo” produkowane przez jego genialny umysł. Tymczasem prawda wygląda tak, że wszystko jest dokładnie tak jak zawsze, a więc z jednej strony jest Donald Tusk, a z drugiej najbardziej upiorna propaganda. A więc mamy do czynienia z tym, co współczesny język polski określa mianem „ustawki”, i to w dodatku ustawki wyjątkowo nędznej, świadczącej o tym, że ci, którzy Tuska do tego popisu przygotowywali, to dokładnie tacy sami durnie, jak on sam. Bez wyobraźni, bez rozumu, natomiast z całą kupą bezczelnego przekonania, że wolno wszystko. O co chodzi? Oto w pewnym momencie premier Tusk, poproszony o skomentowanie nowych wyzwań, jakie przed nim stoją, wypowiada następującą kwestię: „After being for seven years the prime minister of Poland…”. Otóż rzecz polega na tym, że ta akurat konstrukcja, zarówno gdy chodzi o sekwencję „after being”, jak i wstawione w środek zdania „for seven years”, to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy. Nie ma takiego sposobu, by człowiek, który uczy się języka angielskiego niemal od zera, w ciągu paru miesięcy był w stanie spontanicznie formułować tego typu sekwencje. To jest zwyczajnie niemożliwe. Jedyne wytłumaczenie, jakie dla tej eksplozji geniuszu ja mogę w tej chwili przedstawić, to takie, że całą tę jego wypowiedź przez minione tygodnie jacyś umyślni wbijali Premierowi w głowę, następnie jego służby pijarowskie umówiły mu ów wywiad, i dalej wszystko już zostało przeprowadzone zgodnie z planem.
      Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co ja tu piszę może robić wrażenie jakiegoś kompletnie bezsensownego leczenia ran przy pomocy wacika umoczonego w wodzie, zwłaszcza gdy widać wyraźnie, że premier Tusk mówi w lenguidżu i to z prawdziwie ułańską swadą. Muszę jednak wszystkich entuzjastów spraw niemożliwych i niewytłumaczalnych zapewnić, że to co widzimy i słyszymy, do dokładnie taka sama fikcja, jak wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia przez minione siedem lat. Ten człowiek w oczywisty sposób język angielski zna tak, jak go znał dwa miesiące, siedem miesięcy i piętnaście lat temu. Czyli w ogóle. To co dostajemy, to dokładnie to samo kłamstwo, jakim jesteśmy karmieni od lat, dzień za dniem. Niedługo przekonamy się o tym kolejny raz. Tyle że w innej, równie cwaniackiej, odsłonie.

czwartek, 27 listopada 2014

O tym, jak obserwatorzy OBWE zabrali babci dowód

Autor: Toyah
 
Pisałem tu o tym parokrotnie, ale nie zaszkodzi to powtórzyć. W moim pojęciu, jednym z największych nieszczęść, jakie trapi nasze społeczeństwo jest brak pamięci. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby każdy z nas miał w głowie takie miejsce, gdzie trzymałby choćby trzy czy cztery fakty z naszej najnowszej historii, które kiedyś uważał za ważne i o czymś jednak decydujące, wszystko stałoby się na tyle proste, że aby podejmować kolejne decyzje, nie musielibyśmy ani się z nikim konsultować, ani niczego sprawdzać, ani nawet jakoś szczególnie się nad wyborem zastanawiać.
Oczywiście, kiedyś było wszystko proste. Człowiek wiedział, że jeśli któryś z nich coś powie, to znaczy, że jest dokładnie odwrotnie; jeśli któryś z nich nam coś doradzi, to mamy postępować jakkolwiek, tylko nie tak, jak nam powiedziano; jeśli ktoś, kto jest stamtąd, proponuje nam jakiś deal, trzeba wiać gdzie pieprze rośnie. Czemu tak? Bo tak. Bo to jest cała nasza wiedza i jest to wiedza dobra. Dziś już z tą wiedzą nie jest tak wygodnie. Dziś musimy patrzeć, słuchać i starać się zapamiętywać.
Co pamiętam ja? Pamiętam, jak sądzę, dość dużo. Oczywiście czasem mam problemy ze szczegółami, a więc z niektórymi twarzami, czy datami, jednak co do tego, co ważne, pamiętam wszystko wystarczająco dobrze. Jakis czas temu tu na blogu wspominałem dwa niezwykłe zdarzenia jeszcze z roku 2005, kiedy to po podwójnym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości cała Polska, w ramach akcji prowadzonej przez radio RMF FM, została oblepiona wielkimi czarnymi banerami, wzywającymi kolejne grupy zawodowe do emigracji. Pamiętam najpierw pierwszego bohatera owej akcji, jakiegoś człowieka z Łodzi, który uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, a następnie drugiego z nich, drobnego dworcowego pijaka, którego ciągano po wszystkich możliwych mediach, by mógł bezkarnie obrażać polskiego prezydenta.
Dziś jednak chciałbym wrócić pamięcią do roku 2007, kiedy to CBA wykryło korupcję na szczeblu władzy, dokonało serii zatrzymań, a ponieważ zatrzymania dotyczyły polityków koalicji rządowej, nastąpił ciężki i gwałtowny kryzys polityczny, w wyniku którego Jarosław Kaczyński podał rząd do dymisji, a prezydent Kaczyński rozwiązał Sejm i zostały rozpisane nowe wybory.
Pamiętam też oczywiście nieco wcześniejszy proces odwoływania wszystkich kolejnych ministrów, bez jakichkolwiek uzasadnień merytorycznych, bez jakichkolwiek widocznych argumentów poza jednym – że on czy ona to minister zły i niekompetentny. To nie były takie czasy, gdzie któryś z nich coś nabroił i opozycja składała wniosek o jego odwołanie. Wtedy było tak, że Sejm był miejscem nieustannej, bezwzględnej i najbardziej brutalnej awantury, trwającej dzień za dniem, wspieranej przez opanowane przez opozycję media, gdzie każdy – dosłownie każdy – minister musiał się zmagać z wnioskiem o odwołanie. Kiedy dziś się tak powszechnie wspomina Zbigniewa Religę, jako polskiego bohatera, to ja nie mogę nie pamiętać, jak on był traktowany wówczas, podczas tamtego przewrotu.
Ale pamiętam jeszcze coś. Kiedy wszystko się jeszcze dopiero decydowało, ale każdy już wiedział mniej więcej, jak wygląda przyszłość, jednym z głównych bohaterów owej awantury był Janusz Kaczmarek, z jednej strony ktoś kto stał w samym centrum afery, która do niej doprowadziła, a z drugiej kandydat tych, którzy do niej z kolei doprowadzili, na premiera. I pamiętam, że wówczas polityczna sytuacja owego Kaczmarka w niczym nie przypominała tej, w jakiej się dziś znajduje prof. Gliński. Z niego ani nikt się nie śmiał, ani nie szydził, ani go z Sejmu nie wyrzucał, tłumacząc, że jemu tam się kręcić nie wolno. To był kandydat na premiera, zgłoszony przez samego Romana Giertycha, który ma swoje prawa i swoją powagę.
No i na końcu pamiętam jeszcze coś. Oto, kiedy już Jarosław Kaczyński uznał, że dalsze rządzenie nie ma perspektyw i że jedyne co mu pozostaje, to albo dać się skorumpować, albo odwołać do głosu społeczeństwa, cała opozycja, całe media, tak zwane autorytety, cała popularna kultura, wezwały do objęcia procesu wyborczego nadzorem ze strony obserwatorów OBWE. Ja to pamiętam znakomicie, jak z każdej strony słychać było głosy, że Jarosław Kaczyński będzie próbował sfałszować nadchodzące wybory, w związku z czym należy się o pomoc i ochronę zwrócić do organizacji międzynarodowych. To w pewnym momencie stało się pierwszym tematem polskiej debaty: jak ochronić polskie społeczeństwo przed niewątpliwą próbą sfałszowania wyborów. I wtedy nikt nie krzyczał, że dla takiego kraju jak Polska kontrola OBWE to wstyd i hańba. Nikt nie zastanawiał się, jak ów fakt, że z wszystkich krajów europejskich akurat Polska została uznana za miejsce, które wymaga szczególnej tego typu ochrony, wpłynie na naszą reputację. Ale i sam Jarosław Kaczyński, premier ustępującego rządu, jakoś szczególnie z tą przedziwną koncepcja nie walczył i ostatecznie wybory jesieni roku 2007 przeszły do historii, jako te, nad których uczciwością musieli stać obserwatorzy OBWE. I na szczęście bardzo skutecznie, bo ani resztki po reżimie Prawa i Sprawiedliwości nie zdołały nic zniszczyć, ani też owa niespotykana w cywilizowanym świecie akcja propagandowa prowadzona przez Leszka Balcerowicza i jego Forum pod tytułem „zabierz babci dowód” nie spotkała się z jakąkolwiek krytyką. Wybory wygrała Platforma, po paru latach doszło do Smoleńskiej Katastrofy, no i wtedy dopiero dostaliśmy wszyscy okazję ujrzenia, jak się robi politykę w Chicago i okolicach.
Mija 7 lat od czasu, gdy obserwatorzy OBWE zabrali dowód babci i wrócili do swoich codziennych zajęć gdzieś w odległych zakątkach Europy, a my wciąż liczymy te głosy. A najsmutniejsze jest to, że mi akurat nawet się nie chce sprawdzać, jak się sytuacja zmienia.

wtorek, 25 listopada 2014

O testowaniu systemu raz jeszcze

Autor: Integrator
 
Powoli składam zapowiadany Czytelnikom tekst o Jarosławie Kaczyńskim i perturbacjach jakie powodują w PiSie podejmowane przezeń decyzje ale widząc z jak wielkim niezrozumieniem spotkał się mój poprzedni tekst pt: „Oni się nas boją”, muszę przerwać tą pracę i coś tu jeszcze w tym temacie dodać. Tekst o Prezesie nie wyjdzie przed drugą turą wyborów, takiego prezentu Platformie na pewno nie uczynię, zatem mamy trochę czasu by porozmawiać o sprawach innych acz nie mniej ważnych.
 
Dla tych co nie są w temacie powiem tylko, że we wspomnianym tekście stanąłem murem za Ewą Stankiewicz i Grzegorzem Braunem, którzy w ramach protestu zajęli na krótko siedzibę PKW żądając powtórzenia wyborów. Pisałem, że inaczej niż my, którzy siedzą w wygodnych fotelach i piszą ciepłe teksty tudzież nikomu niepotrzebne analizy - oni robią to bez czego na pewno nic się w tym kraju nie zmieni - podejmują działania. Żeby łatwiej było Czytelnikowi zrozumieć o czym ja do niego piszę przytoczyłem na tą okoliczność przykład rosyjskich samolotów, które regularnie przekraczają granice powietrzne różnych państwa tylko po to by uruchomić ich systemy obronne i tym sposobem odkryć jakich działań mogą się spodziewać w razie agresji ze swej strony. Rosjanie poznają tak potencjał technicznym jakim dysponuje dany kraj i odkrywają potencjalne luki w tych systemach. Nie inaczej było z wejściem do siedziby PKW pospołu Ewy Stankiewicz i Grzegorza Brauna. Swym niestandardowym działaniem naruszyli oni strefę zarezerwowaną dla systemu zmuszając go tym samym do podjęcia stosownych działań. W odpowiedzi standardowo ruszyła do akcji policja, burzę nad głowami tych dwojga rozpętano także w mediach ale jak się okazało w związku i z tym incydentem prezydent Komorowski odwołał wizytę w Japonii. I to jest absolutne nowum. Niespodziewanie okazało się bowiem, że rządzący maja taki obraz sytuacji w kraju, że nam zwykłym obywatelom jest tu już tak źle, że wszyscy siedzimy jak na beczce prochu. Oni są dogłębnie przekonani, i niebezpodstawnie, że targają nami takie emocje, że każda demonstracja sprzeciwu wobec władzy, nawet taka jak tej dwójki bądź co bądź znanych dziennikarzy, może się przerodzić w większy protest a potem w zamieszki, które zmiotą ich z powierzchni tej ziemi. Bardzo dobrze rozumie to Komorowski i nie chcąc powtórzyć błędu zaniechania jaki przed dwudziestu-pięciu laty popełnił Jaruzelski względem zalążków Solidarności, zrezygnował z wyjazdu do Japonii i został by trzymać rękę na pulsie - jest w końcu głównodowodzącym wojska. Zauważcie też, że dla rozładowania emocji, choć w pierwszej chwili bronił sędziów z PKW a media winę przerzucały na informatyków, ostatecznie zmusił ich do rezygnacji ze stołków do których nierozerwalnie byli przytwierdzeni od 92. roku. To tylko potwierdza tezę którą przedstawiłem we wspomnianym tekście, że władza bardzo dokładnie obserwuje nastroje które wśród nas panują i że próbuje zrobi wszystko by nie doszło do przekroczenia punktu krytycznego po przekroczeniu którego ludzie zawsze wychodzą na ulice, skracając w sposób często bardzo brutalny kadencję rządzących. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że oni dziś tego właśnie najbardziej się boją.
 
Tekst przeczytało wiele osób, rozpoczęła się też od razu gorąca dyskusja a ja nie mogłem wyjść ze zdumienia widząc jak wiele osób w ogóle nie zrozumiała ani tego co zrobiła Stankiewicz i Braun ani tego co ja potem w ich obronie napisałem. Z jakimś dla mnie niezrozumiałym uporem powtarzali, że nic to nie dało, nikt na ulicę nie wyszedł a więc takie działania są nie tylko pozbawione sensu co są nawet szkodliwe. I tu muszę stanowczo zareagować.
 
Szanowni. Nikt nie wzywał by wychodzić na ulicę, nie taki był cel eskapady wymienionych dziennikarzy. Oni tam poszli jako pewne indywidua by zaprotestować, by dać znać sprzeciwu wobec tego co się dzieje z tym państwem bo ono na naszych oczach rozstaje się z demokracją. Mamy  coraz częstsze przypadki; składania przez policjantów fałszywych zeznań, ginięcia dowodów w sprawie ale i podrzucania niewinnym ludziom dowodów przestępstwa, oskarżeń prokuratorskich za wypowiadanie w stosunku do władzy obraźliwych haseł czy prowadzenie nieprzychylnego sobie portalu, ale i nieustanne deptanie w sejmie wszelkich inicjatyw społecznych - jak by nie było przecież woli suwerena, w końcu ale nie na końcu fałszowanie wyborów. A z drugiej strony jawne już przygotowania rządzących do tego co nieuchronnie nadchodzi. W Warszawie na głównych placach mamy specjalne głośniki do rozpędzania demonstrujących, wydano zgodę na udział zagranicznych jednostek mundurowych w pacyfikowaniu ewentualnych zamieszek (na wypadek gdyby tym naszym drgnęło sumienie), gotowe są też scenariusze działania na wypadek gdyby do tych zamieszek doszło.
 
Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że rządzą nami ludzie którzy „raz zdobytej władzy nie oddadzą” i przy użyciu wszystkiego czym dysponuje państwo gotowi są walczyć z nami by tą władzę zachować? Szczególnie, że gdzieś tam w tyle głowy nieustannie furczy im ta uciążliwa myśl, że my po raz drugi nie damy się nabrać na numer z grubą kreską i że nikt z nimi po raz kolejny do Okrągłego Stołu nie usiądzie. Wiedzą też, że żadna kolejna ekipa nie dostanie mandatu do sprawowania rządów w naszym imieniu jeśli nie uwiarygodni się rozliczając na wstępie ekipy obecnej. Ich reakcja jest przez to bardzo łatwa do przewidzenia bo naturalna. Oni będą się bronić do upadłego jak otoczony przez policję bandyta który wie, że złapany pójdzie na elektryczny fotel lub dożywotnią odsiadkę.
 
Powtarzam. To co zrobili Stankiewicz i Braun to tylko pierwszy a zarazem niezbędny krok do zmiany sytuacji w kraju. I nie mam tu bynajmniej na myśli faktu, że oni zainstalowali się w jakimś państwowym budynku ale to, że podjęli działania, które zmuszają system do reagowania z uwzględnieniem wszystkich scenariuszy do jakich może dojść gdy reakcja ta będzie przesadzona. Testując mniej lub bardziej świadomie system tych dwoje pokazało nam przy okazji, że władza się nas boi i że każde nawet tak małe wystąpienie traktuje z najwyższą powagą. Bardzo trafnie opisany przez mnie stan rzecz nazwała w swoim tekście opublikowanym dzień później pani Agnieszka Romaszewska używając sformułowania „pomarańczowy alert”. Otóż to. Bronisław Komorowski i Ewa Kopacz-Smoleńska znacznie lepiej niż my dostrzegają ten poziom emocji i nie zdziwiłbym się gdy komuś zlecili stałą obserwację tego co się tu na dole dzieje z zaleceniem błyskawicznego informowania nawet o najdrobniejszych incydentach, bez oglądania się na porę dnia.
 
Wracając jeszcze do dyskusji jaka wywiązała się w związku z moi tekstem. Pojawiły się i takie głosy, że aby zmienić ten rząd trzeba rewolucji albo zamachu stanu a że to są narzędzia będące aktualnie poza naszym zasięgiem nie ma się co napinać, trzeba odpuścić i czekać. Nie zgadzam się. Co prawda mamy masę przykładów, że rewolucje i zamachy stanu to są operacje bardzo dokładnie przygotowywane i często inicjowane zza granicy a żeby daleko nie szukać wystarczy przypomnieć sobie, że w wyniku takiego właśnie zabiegu odwołano w Polsce rząd Tuska. Niemniej jest i cała masa przykładów, że rewolucje a wraz z nimi uznanie postulatów obywatelskich przez nieugiętą dotąd władzę następowała całkiem niespodziewanie i w wyniku nacisku organizowanego oddolnie. Lepszego przykładu na tą okazję nie mogło mi  przynieść amerykańskie miasto Ferguson na ulicach którego po zastrzeleniu przez policjanta jakiegoś murzyńskiego chłopca rozpoczęła się na dniach regularna wojna z udziałem policji i Gwardii Narodowej, a władze krajowe stanęły na rzęsach by zamieszki nie rozlały się po innych miastach  bo grupy protestacyjne pojawiły też w Nowym Jorku i Oakland. Jeśli mnie pamięć nie myli z podobną sytuacja mieliśmy do czynienia parę lat temu też we Francji gdzie emigranci arabscy spalili przedmieścia Paryża, zdaje się z tego samego powodu. Co prawda  nikt tam nie celował w wymianę rządu czy prezydenta ale przywołuję te przypadki bo one bardzo dobrze pokazują siłę jaka drzemie w sprowokowanym do obrony swych praw  społeczeństwie.
 
Ja tu nikogo do wzniecania zamieszek nie wzywam, bo to jest ostatnia rzecz jaka jest nam na tym etapie potrzebna a i zachowanie kolejności kroków jest bardzo wskazane. Niemniej gdy już teraz znajdą się ludzie, którzy mają odwagę głośno protestować albo jak Stankiewicz i Braun małymi kroczkami testować system to miejmy w sobie choć szczyptę odwagi by ich poprzeć tudzież odrobinę dobrej woli by ich zrozumieć. Bo trochę to przykre gdy ilekroć pojawi się ktoś kto ma już dość gadania i robi kolejny krok, zaraz rzuca się na niego cała reszta by drwić z niego lub go pouczać. No ale tak ten mechanizm właśnie działa a wymyślili go dla Systemu spece od modelowania zachowań społecznych jako narzędzie wczesnej prewencji. Gdy tylko pojawią się jednostki gotowe do działania uruchamiają się, pewnie bezwiednie i w dobrej wierze, jednostki które je dyscyplinują. Które znajda całą masę argumentów by przekonać pozostałych, że jeszcze nie czas, że nie ma sensu, że "cichsze jedziesz, dalsze budziesz". Warto zastanowić się w wolnej chwili czy przypadkiem i nam takiej roli podprogowo nie zaimplementowano?

poniedziałek, 24 listopada 2014

Lemingi wobec wyników wyborów (rysunek)

Autor: BoZenka
 
 
(BoZenka-Szkicownik Polityczny)
 
Od dziś zamieszczane tu teksty będę urozmaicał rysunkami BoZenki, której dziękuję za dołączenie do Tygodnik Solidarni. Zapraszam inne pióra i.. ołówki :)

Rozważania o narodzie. Część VIII.

Autor: Integrator
 
A oto i kolejna garść luźnych myśli jako przyczynek do rozważań o narodzie, o tożsamości narodowej...
 
Tożsamość narodowa musi podpowiadać nam co jest dobre a co złe bo nie wszystko jest dobre co nam się „bezinteresownie” podsuwa. Jak pisał Roman Dmowski, my sami miarą naszego interesu, naszej moralności musimy to rozstrzygać. Dlatego dobre dla nas jest to, czego nam inni nie chcą dać.[1]  My niestety tego nie rozumiemy. Coraz mniej dostrzegamy, a już prawie wszystko na odwrót pojmujemy. Jesteśmy lwami w kłótni i przysłowiowymi słoniami w negocjacjach. Nie stawiamy oporu tam gdzie należy za to ustępujemy tam gdzie uderza to w naszą godność i nasze prawa.
 
Ustępstwo wobec silnego jest zrozumiałe. Ale nie mogę pojąc dlaczego ustępujemy wobec słabszego? Przecież to wzbudza w nim siły, to wzmaga w nim apetyt.
 
Przestaliśmy wymagać od siebie, nie wymagamy też od innych. Biczujemy się i poniżamy zachęcając kolejnych „skrzywdzonych” do wysuwania co raz dalej idących roszczeń. Gotowi jesteśmy przepraszać każdego kto tego zażąda. Przeprosiliśmy już niemalże za to, że w ogóle jesteśmy a końca nie widać. Żydzi, Rosjanie, nawet Niemcy i Ukraińcy ustawiają się do tej długiej kolejki. Czas już się zastanowić czy ona nie jest za długa?
 
Pojednanie i zgoda to efekt obustronnie okazanej skruchy. My zaś uprawiamy samobiczowanie nie widząc, że nikt inny się nie kala i kalać się nie zamierza. Masochizm narodowy rozrósł się u nas do niebywałych rozmiarów. Bicie w piersi staje się niemal rytuałem naszych prezydentów. Przepraszamy wszystkich i każdego bez względu na to czy winniśmy czy nie. Przepraszamy u lich a ale zasadnie. I tak też podchodźmy do wybaczania. Ostatnio wzywano nas bardzo do zapomnienia Rosjanom ich zbrodni na naszym narodzie. O zapomnieniu mowy być nie może, bo to jest krwawa nauka na przyszłość. Owszem należy wybaczyć, ale zanim do tego dojdzie trzeba zadać sobie pytanie czy spełnili oni jakikolwiek z warunków spowiedzi umożliwiających wybaczenie? Wszak to gest z dziedziny religii. Idąc tym tropem pytam więc czy Rosjanie szczerze wyznali swoje winy? Czy okazali szczerą skruchę i żałowali za to co zrobili? Czy wyznali chęć zadośćuczynienia? Pytania można mnożyć a odpowiedź jest ta sama. Nie może być zatem wybaczenia, a tym bardziej zapomnienia. Widzicie już jak to powinno działać?
 
Tu nie chodzi o rozdrapywanie ran ale o pamięć. O to by każdą lekcje przerabiać tylko raz. Musimy pamiętać i musimy to robić zawsze w imię nie zemsty czy zawiści ale w imię prawdy i miłości Ojczyzny. Pamiętajmy więc, pamiętajmy, pamiętajmy! To jedno poprawmy a mniej krwi przelewać będziemy. Jeśli pamięć Narodu poprawimy nie potrzebne nam będą wojny by na chwile się zebrać i pomyśleć o ratowaniu wspólnego dobra. Nie będziemy musieli składać ofiar z kwiatu polskości by obudzić nasze rozumy. Przestaniemy się też niemal szczycić tym, że wojna Polaków łączy. Cóż to bowiem za jedność, która na grobach rodaków powstaje?

 Musimy pamiętać co nam uczyniono bo to jest jeden z podstawowych warunków zminimalizowania ilości tragedii jakie nawiedzą jeszcze ten kraj. My dzisiaj potrzebujemy odpoczynku, przerwy by zebrać siły i  naprawić nasze państwo. Ale pamiętając o przeszłych tragediach stale musimy sobie zadawać pytanie – dlaczego? W przeciwnym razie pamięć nasza stanie się pustym znakiem, nic nieznaczącym rytuałem. Na tą konieczność zwraca uwagę Ks. Zdzisław J. Peszkowski pisząc akurat o zbrodniach dokonanych na Polakach na Wschodzie: „Myśląc o nich musimy jednak przede wszystkim pamiętać o ich genezie. Pamiętać, bo tylko pamięć dozwoli widzieć jasno przyczyny i skutki. Bo tylko pamięć , która nie jest zakłamana, ukaże prawdę zmuszająca do refleksji i podejmowania w imię Boże działań, zdolnych dna zawsze zapobiec kolejnym zbrodniom. Winniśmy tę pamięć nie tylko pokoleniom przeszłym , ale i milionom ofiar, których prochy rozsiane są po całym świecie, nie zawsze uszanowane”.[2]
 
Nasza pamięć nie powinna też zwracać się tylko ku pokoleniom przeszłym, ku historii. Musimy pamiętać o tych, którzy dzisiaj pozostawieni samym sobie kultywują nasze tradycje i wiarę za wschodnimi granicami kraju. Polacy na Wschodzie to rodacy, którym należy się szczególna pamięć ale i pomoc. Często żyjący w ciężkich warunkach, prześladowani za polskość, której nie chcieli się wyprzeć. Mogą być dla nas doskonałym przykładem zachowania i pielęgnowania tożsamości narodowej mimo niesprzyjających a często wrogich warunków. Za te poświęcenie i konsekwentne trwanie nie ma ceny. My jedynie próbując spłacić swój dług możemy okazać swą wdzięczność i szacunek tworząc, miedzy nami Polakami w kraju a nimi Polakami na Wschodzie, most wdzięczności w postaci wsparcia duchowego, politycznego i materialnego. To jest najbardziej praktyczny przykład wzbudzania i rozwijania tożsamości narodowej. To jest też pierwszy krok na drodze do zbudowania czegoś co roboczo nazwę sumieniem historii.
 
 
1. Dmowski Roman „Myśli nowoczesnego Polaka”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław,  s.52
2. Peszkowski Zdzisław ks. „Pamięć Golgoty Wschodu”, Wydawnictwo im. Stanisława Kardynała Wyszyńskiego „Soli deo”, Warszawa 2000, s 14

niedziela, 23 listopada 2014

Oni się nas boją

Autor: Integrator
 
Ewę Stankiewicz i Grzegorza Brauna przedstawiać chyba nikomu nie muszę. A jeśli tak, jeśli trafił się tu ktoś kto tych figur faktycznie nie zna, musiał urwać się z choinki albo wiedziony medialnymi doniesieniami wpadł tu całkiem przypadkiem w poszukiwaniu taniej sensacji. Odsyłam takich do Pudelka a my przejdźmy do rzeczy naprawdę ważnych. Mam dziś bowiem coś w sprawie tych dwojga do powiedzenia.
 
Zaledwie parę dni temu wraz z grupą czy to narodowców, czy to ludzi którym brak wyników wyborczych bardzo leżała na sercu, wdarła się ta dwójka do siedziby Polskiej Komisji Wyborczej domagając się ich powtórzenia. W pierwszej chwili pomyślałem, wyznaję to niemałym wstydem, że to jednak przesada, że można było to zrobić inaczej. Ale gdy już na spokojnie zadałem sobie pytanie sam nie wiedziałem jak dokładnie, jak mogliby zaprotestować  inaczej?  Pisma, apele, marsze, namiot - wszystko na nic. Ludzie rządzący dziś Polską są już tak bardzo odporni na prawdę, tak umieją przemielić ją w dowolną papkę kłamstwa i podłości, że gdyby nawet w geście jakieś nieopisanej rozpaczy Ewa postanowiła się podpaliła na Krakowskim Przedmieściu to oni i z tą wyjątkową jak na nasze czasy tragedią by sobie szybko poradzili. Że chora, że przemęczona i w głębokiej depresji. A jedna z tych psycholożek, które tak chętnie ględzą w mediach bez choćby wstępnego zbadania sprawy, ogłosiłaby z poważną miną, że pani Stankiewicz od dawna była "niestabilna". No nie było wyjścia. Tak to musiało wyglądać jak to ta dwójka wymyśliła.
My tu oczywiście możemy sobie pojęczeć, możemy pisać bardzo ładne odezwy, możemy nawet nazywać to wszystko analizami i przygotowaniami do bliżej nieokreślonych działań, ale historię zmieniają nie tacy jak my, ale tacy jak oni. Jak Stankiewicz i Braun. I za to im dziękuję.
A tekst ten piszę dlatego, bo dzięki nim mogliśmy po raz pierwszy zobaczyć, że ta władza się nas boi. Gdy tylko usłyszałem, że Komorowski odwołał wyjazd do Japonii zrozumiałem, że sprawa jest najwyższej wagi, a incydent w siedzibie PKW jest dla naszej świadomości spraw wprost nieocenioną. Dzięki temu wtargnięciu doszło do przetestowania sytemu i już dokładniej piszę Wam o co chodzi.
Każdy z Was pewnie nie raz słyszał, że rosyjskie samoloty przekroczyły granicę jakiegoś państwa, by za chwilę zawrócić albo dać się „przechwycić” i pod eskortą odprowadzić do granicy. Rosjanie robią takie wycieczki, bo za każdym razem gdy naruszają czyjąś przestrzeń powietrzną, tym samym uruchamiają odpowiednie systemy reagowania dzięki czemu mogą zapoznać się z taktyka obronną przyjęta przez poszczególne kraje ale i posiadaną przez nie technologią. Ewa Stankiewicz i Grzegorz Braun wchodząc z przestrzeń dotąd nienaruszaną i zarezerwowaną dla sytemu, wywołali po tamtej stronie cały łańcuch relacji a jedną z najważniejszych było odwołanie wizyty naszego prezydenta w Japonii.
Zapytacie dlaczego ja się tak tym przypadkiem ekscytuję? Otóż według mnie to pokazuje, że ludzie którzy od wielu lat trzymają władzę, wbrew temu co każą opowiadać w podległych im mediach, dobrze wiedzą, że w kraju jest źle i że z byle iskry może powstać ogień gniewu który ich w jednej chwili strawi. Słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO zostały przykładnie wyśmiane ale nigdy wcześniej nie były tak prawdziwe jak właśnie w te dni. Tam gdzie stało ZOMO powoli staje dziś policja, tam gdzie stał Jeruzalski staje dziś Komorowski. Który bardzo dobrze pamięta czasy sprzed dwudziestu pięciu laty gdy był jeszcze po właściwej stronie a ludzie którzy rządzili Polską zbagatelizowali jawny sygnał niezadowolenia i determinacji, który niezduszony w porę w bardzo krótkim czasie zamienił się w coś ogólnopolskiego, coś czego nie dało się już zamknąć ani zastraszyć. Coś z czym trzeba było usiąść przy stole i pertraktować.
Komorowski wie, że po powrocie może zastać tu całkiem odmienną rzeczywistość. Ha, może nawet nie mieć do czego wracać dlatego został by dmuchać na zimne, by móc w razie potrzeby reagować. On dobrze wie, że na czele rządu stoi strzęp nerwów, kobieta, której nie można zostawić samej w obliczu narastającego niezadowolenia społecznego bo albo od razu podda sprawę albo podejmie decyzje, które doprowadzą do eskalacji podobnych zachowań. Komorowski dobrze wie, że to co zrobili Czesi czy Ukraińcy na Majdanie i co próbowali zrobić ludzie w Hong-Kongu równie dobrze może wydarzyć w się w Polsce a wtedy nie będzie już odwrotu. Po przekroczeniu punktu krytycznego ludzie zawsze wyjdą na ulicę i nie ma wtedy siły by ich stamtąd cofnąć jak tylko ustępując lub wywołując wojnę domową, która kończy się zwykle ukatrupieniem tyrana.  Został więc Komorowski by trzymać rękę na pulsie. Jest w końcu głównodowodzącym. I w obronie demokracji - to wersja dla głupoli, a faktycznie by zdusić w zalążku potencjalne ogniska niepokoju społecznego - będzie się bacznie sytuacji przyglądał.
Oni się boją proszę Państwa. Ewa Stankiewicz i Grzegorz Braun swym wtargnięciem do siedziby PKW pokazali, że Platforma Obywatelska dostała od służb sygnał, że w kraju jest bardzo źle. Doniesiono im, że mamy dość i że może dojść do protestów a może i zamieszek, które skończą się dla nich dużo gorzej niż dla komunistów. Wiedzą też, że to pokolenie, mądrzejsze o bolesną lekcję Okrągłego Stołu, dogadywać się z władzą tym razem nie będzie.

piątek, 21 listopada 2014

Trzy kompromitacje

Autor: Aleksander Chłopek
 
Pierwsza - to przypadek Hofmana.
Druga - to trwajacy blamaż PKW.
Trzecia – to kompromitacja kandydata PiS na Prezydenta Gliwic.
 
Wszystkie łączy wspólna ludzka przypadłość – brak wstydu. Zbigniew Herbert ujmował to subtelniej – dla niego była to kwestia smaku.
 
Poseł Hofman. Posłowie mają darmowe przejazdy środkami PKP i PKS na terenie całego kraju. W środkach finansowych przeznaczonych na Biuro znajduje się też niebagatelna kwota na ryczałt samochodowy – 35.060 złotych rocznie. Trzy tysiące miesięcznie. To nie tylko zwrot środków za paliwo, to także koszty zużywania się prywatnego samochodu. Ale i tak jest to kwota duża, gwarantująca posłowi komfortową sytuację.
 
Są parlamentarzyści, którzy biorą całość. Zdecydowana większość mieści się w przedziale 25-35 tys. złotych. Z moich powierzchownych wyliczeń z ostatnich trzech kadencji wynika, że w tej grupie znajduje się ok 70% posłów. Niektórym się należy na pewno, bo są aktywni, jeżdżą po kraju, angażują się w każde wybory. Nie będę oceniał, czy wszystkim. Około 30% ogranicza się do kwoty znacznie mniejszej, są i tacy, co w ogóle z tych środków nie korzystają.
 
W tej 30-procentowej grupie byłem i ja. Dlatego mogę o tym mówić i pisać, i to oceniać. W ciągu dwóch kadencji wykorzystałem ryczałt łącznie w takiej wysokości, na jaką sobie pozwolił już w pierwszych dwóch latach obecny gliwicki poseł PiS. A byłem posłem, który sprawując mandat przez 6 lat, pięciokrotnie brał udział w kampaniach wyborczych – do parlamentu i na prezydenta miasta. Oraz bardzo aktywny w wyborach Jarosława Kaczyńskiego na Prezydenta Polski. Spotykałem się z mieszkańcami w koszalińskim, radomskim, radomszczańskim, częstochowskim, w Piotrkowie Trybunalskim, Bełchatowie, Gliwicach i powiecie gliwickim. W kampaniach samochód staje się podstawowym narzędziem komunikacyjnym. Mój po sześciu latach po prostu padł.
 
Posłowie mają też zwrot należności za noclegi. Nie korzystałem nigdy, więc szczegółów nie znam. Afera madrycka uświadomiła mi, ze istnieją też i inne możliwości finansowych korzyści w „siermiężnym” życiu posła. Byłem przewodniczącym Polsko-Francuskiej Grupy Parlamentarnej, uczestniczyłem w sześciu międzynarodowych delegacjach i nigdy nie przyszłoby mi do głowy domagać się z tego tytułu jakichś dodatkowych należności czy o nie zabiegać. Ale ja jestem z innego pokolenia, poza tym większość życia zawodowego spędziłem z kredą przy tablicy, bardzo często bez wynagrodzenia, z obowiązku wobec moich uczniów, którym peerelowski system programowy nie zapewniał dostatecznej liczby godzin z języka polskiego i historii.
 
Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że sprawą bardzo istotną jest odporność osoby publicznej na walory materialne. Za posłów odpowiada partia i klub parlamentarny. Powinno się sprawdzać, jak każdy poseł wykorzystuje ryczałt, jak się rozlicza z delegacji, jak często korzysta ze zwrotów za noclegi poza swoim miejscem zamieszkania i czy są uzasadnione powody do korzystania z ryczałtu samochodowego w wysokości przekraczającej połowę wyznaczonego limitu. Brak kontroli - prawdziwej kontroli - i brak dyscyplinowania nieco zachłannych posłów (ale także radnych), tworzy atmosferę bezkarności i utrwala przekonanie wśród osób o słabym charakterze, że wiele się należy. A apetyt rośnie w miarę jedzenia – wkrótce więc okazuje się, że znika także poczucie wstydu.
 
Państwowa Komisja Wyborcza. Cóż tu pisać?! To mnie przerasta. Bezradność Józefa K. wydaje się przy tym, czego doswiadczamy w kolejnych konfrontacjach z PKW, jednostkowym nieporozumieniem. O bohaterze Kafki ugodzonym śmiertelnie jeszcze konstatuje narrator: „było tak, jakby wstyd miał go przeżyć”. Co może przeżyć w konfrontacji z PKW? Nic. To „wydrążeni ludzie', wypreparowani z wszelkich uczuć. Coraz prawdopodobniejsza wydaje się konieczność powtórzenia wyborów, tych do sejmików wojewódzkich. I to jest prawdziwy wstyd wobec Europy.
 
Gliwicki kandydat PiS na Prezydenta. Każdy kandydat, także na wójta czy burmistrza, jest naturalnym liderem grupy startującej ze wspólnego Komitetu. Liderem, który „ciągnie” swoich ludzi do Rady miasta, gminy czy powiatu. Bo z tą grupą mają realizować wspólny program. Jest lokomotywą. Poparcie dla lidera zwykle przekłada się na poparcie dla grupy.
 
Startowałem na Prezydenta Gliwic trzy razy. Jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości, zawsze z prawicowym programem i z interesującą wizją Gliwic.
 
W 2002 roku moja grupa otrzymała 10-procentowe poparcie, ja z takim samym poparciem zająłem trzecie miejsce. Mimo że na 5 dni przed wyborami najpoczytniejsza gazeta śląska w dodatku gliwickim opublikowała sondaż, który dawał mi wśród 11 kandydatów na Prezydenta szóste miejsce z 1,5 procentowym poparciem, a więc z wyraźnym sygnałem, że głos na mnie jest głosem straconym. PiS miał w tamtych latach słabe poparcie w kraju, w wyborach do Sejmiku uzyskał 8%, przegrał wyraźnie z LPR (21%). Naszym i moim sukcesem było to, że w Gliwicach LPR nie uzyskał żadnego mandatu i wkrótce najwartościowsi członkowie tego ugrupowania znaleźli się w naszej partii.
 
W 2006 roku uzyskaliśmy 20% poparcia do Rady Miejskiej, ja w wyścigu prezydenckim zająłem drugie miejsce z 27% poparciem. Był to jeden z najlepszych wyników kandydata PiS-u w większych miastach. Znów uzyskaliśmy w Gliwicach lepszy wynik niż PiS w wyborach do Sejmiku.
 
W 2010 roku kandydaci PiS do Rady Miejskiej zdobyli 17% poparcie, ja 16% w konkurencji prezydenckiej – do przejścia do II tury zabrakło mi 707 głosów. Do dziś zachowuję dla pamięci i jako dowód 70% niewywieszonych w kampanii moich plakatów, a także kilkadziesiąt tysięcy nierozdanych ulotek. Szefem sztabu wyborczego był Jarosław Wieczorek.
 
W 2014 roku tenże J. Wieczorek, kandydat PiS na Prezydenta Gliwic, uzyskuje 14-procentowe poparcie. Dwukrotnie mniejsze niż jego Komitet (28%). Zwycięski Zygmunt Frankiewicz zdublował go 3-krotnie (54%).
 
Mam prawo o tym pisać, bo współtworzyłem w moim mieście Prawo i Sprawiedliwość i budowałem jego siłę i znaczenie. Teraz ze smutkiem patrzę, jak od 2010 roku, z powodu fatalnych decyzji personalnych i nielojalności niektórych dawnych moich współpracowników, mamy coraz słabsze wyniki. Jedynie pracowitość i popularność niektórych kandydatów na radnych zadecydowała o sukcesie. I im gratuluję. Bo ich wyniki są takie, jak być powinny – porównywalne z wynikami PiS do sejmików. Pomimo mało popularnego lidera.


Mieli Państwo możliwość przeczytania tekstu Aleksandra Chłopka debiutującego na łamach Tygodnika Solidarni. Zapraszamy innych do współpracy.

środa, 19 listopada 2014

Upadek PKW czyli ostatnie ostrzeżenie

Autor: Integrator 
 
Rozumiem, że to co robi Państwowa Komisja Wyborcza bardzo nas wszystkich w te dni zajmuje ale wolałbym byśmy w takich waśnie chwilach mieli bardziej na uwadze nie tą tylko jedna sprawę ale umieli patrzeć szerzej. Józef Piłsudski powiedział kiedyś: „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur.”. I w tym kierunku chciałbym się dziś krótko wypowiedzieć.
Że skład PKW należy w całości i w trybie natychmiastowym wymienić rozumiemy wszyscy. Z jednej strony brak kontroli nad sprawą fundamentalną dla każdej demokracji, wymagającej przy tym najwyższej staranności i płynności działania, z drugiej przetarg do którego o dziwo startuje tylko jedna firma a jeszcze wcześniej wizyta członków tej Komisji w Rosji, rzekomo w celach szkoleniowych. To są rzeczy jednoznacznie kompromitujące i jakakolwiek dyskusja nad zasadnością wyrzucenia tych ludzi na zbity pysk jest bezzasadna i szkodliwa dla stabilności państwa. Tu nie ma o czym gadać, tu trzeba jak najszybciej działać.
Podyskutować natomiast należy i to także w trybie pilnym nad celowością wyjazdów tych panów na szkolenia do kraju, który znany jest w świecie z powszechnego fałszowania wyborów. I nie mam tu na myśli przypadków zastraszania czy więzienia kandydatów walczących o fotel prezydenta gdy o to stanowisko ubiegał się Władimir Putin bo tego szczęściem póki co się u nas nie praktykuje. Mam na myśli ostatnie wybory samorządowe w tym kraju podczas których, jak możecie sprawdzić w sieci, kandydaci namaszczeni przez Kreml dostawali po sto i więcej procent głosów poparcia. Całkiem niedawno mogliśmy też oglądać rosyjskie standardy wyborcze podczas referendum organizowanego na Krymie w którym decydowano o przyłączeniu tego obwodu do Rosji. Oddano o kilkadziesiąt tysięcy głosów więcej niż było uprawnionych do głosowania.
W obliczu tych faktów należy zdać pytanie; czego dokładnie członkowie naszej Komisji mieli się uczyć na wyjazdowym szkoleniu w Rosji, jakich poszukiwali tam standardów? Pytania o tyle ważne, że to już nie pierwsze takie szkolenie tyle, że wówczas „wykładowca” przyjechał do Polski. Jak sobie poszpieracie w sieci, znajdziecie informacje, że w 2012 roku gościem polskiej Państwowej Komisji Wyborczej był Władimir Czurow, szef rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej. Sekretarz polskiej PKW tłumaczył wtedy, że takie odwiedziny to nic nadzwyczajnego, co zastanawiające, media rosyjskie informowały dla odmiany, że Czurow (zwany przez Miedwiediewa „czarodziejem”) miał uczyć naszych urzędników używania „środków technicznych w procesie wyborczym” oraz „tworzenia listy wyborców”. Czujecie to?!
A tym czasem w „Rzeczpospolitej” piszą, że Komisja na obsługę systemu informatycznego i opłacenie pracowników w Warszawie w dniu wyborów wydała pięć milionów złotych, no i jeszcze te 430 tysięcy na program do zliczania głosów, który nie działa. Źle mi się robi jak to czytam. A o czym wy w takiej chwili przepraszam panowie piszecie? Kogo ta kasa fakt, że wywalona w błoto obchodzi w sytuacji gdy do organu państwowego od którego zależy skład podmiotów rządzących w Polsce przyjeżdża człowiek o ksywce „Czarodziej”? Mało to milionów codziennie ten rząd „rozdaje”? O czym wy w tak ważnej chwili piszecie?
Jerzy Urbanowicz jak podaje Wikipedia był polskim matematykiem, profesorem nadzwyczajny w Instytucie Matematycznym PAN i Instytucie Podstaw Informatyki PAN. Zajmował się algebraiczną teorią liczb i kryptografią za którą odpowiadał pracując w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego.  Piszę o nim bo jeśli się dobrze skupicie być może uda się Wam wygrzebać z zakamarków pamięci taką informację, że to jest ten sam człowiek który swego czasu przyszedł do Lecha Kaczyńskiego z informacja, że Polska jest całkowicie odsłonięta na ataki informatyczne. To jest też człowiek, który w specjalnym opracowaniu wykazał, że serwery wykorzystywane przez Państwową Komisję Wyborczą w trakcie ostatnich wyborów parlamentarnych do zliczania głosów, należą do Rosjan. Informacje te pozyskał analizując ruch sieciowy podczas przesyłania danych wyborczych do PKW w dniu wyborów a, że są to dane zero-jedynkowe stwierdził, że wyniki tej analizy są niepodważalne. Na drugi dzień po ogłoszeniu tych rewelacji profesor zmarł na zawał serca.
Całkiem niedawno Gazeta Polska informowała, że: „Firma honorowego konsula Rosji w Polsce wygrała we wrześniu 2014 r. gigantyczny przetarg na obsługę systemów informatycznych KRUS‐u. Informatyzowała także w ostatnich latach ZUS i Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia. Wdrażała też system obiegu dokumentów w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa.”
To ja w takim razie pytam, bo robi się cierpko od tych paru zaledwie informacji – jak bardzo jesteśmy odsłonięci na Rosjan? I już nie pytam o instytucje państwowe bo one są pod tym względem całkiem bezbronne ani o te dokumenty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, co z ich bezpieczeństwem? Ja pytam o osobiste bezpieczeństwo pojedynczego obywatela. Ja nie wiem jak jest, ja tu żadnych zarzutów nie stawiam, ale jeśli ktoś taki ma firmę, która zarządzać ma informacjami zgromadzonym w KRUS i ZUS to pojawia się obawa, czy nasze prywatne dane na byle skinięcie nie zostaną przesłane służbom wskazanym przez dyktatora który zasiada na Kremlu? W końcu teoretycznie rzecz ujmując technicznych przeszkód ku temu nie ma. Imię, nazwisko, adres, kontakt, pesel, zawód, historia chorób - w ZUSie i KRUSie jest o nas wszystko. Jeśli te dane wypłyną, będą mieli nas na tacy bez najmniejszego wysiłku. Czujecie to?
Czytam bardzo dokładnie różne teksty w blogosferze i bardziej od słabości tego państwa przeraża mnie wszechobecna głupota, która krąży pomiędzy Wami. Dla wielu to wciąż dobra zabawa, kolejna okazja do produkowania memów i wzajemnego obrzucania się błotem. Robicie wszystko by nie przyjąć faktu, że popełniliście straszny błąd głosując na uśmiechniętych nieudaczników pod rządami których to państwo się sypie. Ani tej myśli, że znów jesteśmy wystawieni na rzeź jakich nie mało było w naszej historii. Wciąż się Wam wydaje, że jakoś to będzie. Nie będzie. Jeśli zechcą, zmienią wyniki wyborów. Jeśli zechcą zablokują urzędy, wyczyszczą wam konto w banku albo giełdę - całkiem niedawno ktoś już tam zacierał ślady przy pomocy pożaru. A jeśli uznają, że już czas to zwyczajnie tu wejdą. Zrozumcie w końcu, że mając tak silnego agresora za sąsiada wybierać musimy ludzi mądrych i prawych, a przynajmniej tych którzy potrafią dostrzec zagrożenie inaczej znów znikniemy z mapy. Na dobre. Ale z tym tak łatwo też nie będzie. Wcześniej przyjdzie Wam stanąć oko w oko z żywą nienawiścią sołdatów. I nie Ewa Kopacz-Smoleńska pójdzie w pierwszej kolejności pod nóż. O nie, ona wyjedzie pierwszego dnia robić rząd na emigracji, a jakże. To Wy i wasze rodziny przyjmiecie pierwsze uderzenie. Trzeźwiejecie już trochę?
W związku z upadkiem instytucji odpowiedzialnej za fundamentalną procedurę dla bytu państw demokratycznych postuluję tymczasowo w nadchodzących wyborach wrócić do zliczania głosów metodą tradycyjną. To jest dla nas wszystkich naprawdę ostatnie ostrzeżenie.

wtorek, 18 listopada 2014

Czy dziennikarze zczytują blogosferę?

Autor: Integrator

Zaledwie parę dni temu dwaj tuzowie blogosfery, niejako zaczepieni przez redaktora Skwiecińskiego w temacie dla nich kluczowym, w imieniu swoim ale i nas wszystkich którzy zajęci tematyką wyborczą sprawę przegapili, napisali z właściwą sobie dosadnością co myślą o takim przez niego postrzeganiu sprawy. Ten bowiem na łamach tygodnika „W sieci”, niespecjalnie dopierając słowa, ogłosił koniec „krótkiej ery blogosfery”. Ja tego tekstu co prawda nie czytałem, ale z tego co wymienieni panowie uznali za warte cytowania wynoszę, że Skwieciński najpierw nazwał blogerów „masą” i  „ludowymi korespondentami” po czy nie kryjąc zadowolenia stwierdził, jak wyżej. Żeby nie było, że coś pomieszałem pozwólcie, że go tu krótko zacytuję:  „… z pewną obawą (lecz i satysfakcją) komunikuję, [że] kończy się króciutka era blogerów.[…] Nowe Media miały być triumfem tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Nie zawodowego, nie profesjonalnego. Ochotniczego. Masa, by użyć uroczego terminu z jeszcze dawniejszych czasów, ludowych korespondentów miała zastąpić agencje prasowe”.


Tak się składa, że choć blogerem jestem zaledwie od roku, mam i ja w tym temacie już parę ważnych rzeczy do opowiedzenia. Tekst będzie długi, wszak w tej żywotnej dla nas wszystkich sprawie trochę tu cytatów jednak wrzucić muszę. Ale jeśli tylko zechcecie doczytać wszystko jak jest i do końca, zobaczycie jak daleko poza okrąg prawdy wystrzeliła redaktora Skwiecińskiego pulsująca w nim może to niemoc a może i brzydka zazdrość.

Otóż pod koniec października opublikowałem tu notkę po tytułem: „O Sikorskim i o Tusku który zdał test Putina gdzie odniosłem się do rewelacji wygłoszonych przez Sikorskiego podczas wywiadu udzielonego amerykańskiemu portalowi Politico. Jak pamiętamy Sikorski wysypał się tam z informacją, jakoby parę lat temu Putin zaproponował Tuskowi rozbiór Ukrainy na co ten zamiast stanowczo zaoponować coś tam wymamrotał a potem jak gdyby nic wrócił do siebie i milczał. Nie poszedł z tym do prezydenta ni do sojuszników w NATO, nie ostrzegł też Ukrainy no i dziś mamy tuż przy naszej granicy to co mamy. Wbrew temu co niektórzy o tej sprawie pisali, a pisali, że Sikorski jest głupi albo nieustannie łazi naćpany, ja w swoim tekście wskazałem całkiem odmienne powody jego działania. A że życie pędzi dalej, zająłem się innymi tematami i nie pisałbym dziś tego tekstu gdyby nie traf, że kupiłem przedświąteczny numer tygodnika „W sieci” po lekturze którego zrozumiałem, że wbrew temu co pisze Skwieciński, blogosfera nie umiera. Przeciwnie. Blogosfera weszła w nowy etap rozwoju i stała się źródłem inspiracji dla zawodowych dziennikarzy. Mało. Trzeba to jasno powiedzieć, gdyby nie „ludowi korespondenci” jak próbował nas upokorzyć redaktor Skwieciński, gdyby nie blogosfera hermetyczna kasta dziennikarzy zawodowych już dawno pisałaby tak odkrywcze tekst, że najbardziej tępy czytelnik zrozumiałby, że tu nie ma już treści, nie ma też mowy o żadnej misji. I że wszystko o co tak naprawdę chodzi tym paru piszącym panom to utrzymanie pozycji w oczach wydawców, która pozwoli im funkcjonować na poziomie z którego oni zejść już nie potrafią. Bo wcale nietrudno mi sobie wyobrazić taką rzeczywistość, że gdyby nie fakt, że w ślad za czytelnikiem płyną reklamy, oni mogliby pisać i do ściany.  No ale jest jak jest, muszą pisać dla nas maluczkich, a że nie bardzo już wiedzą o czym, korzystając z anonimowości szukają swych inspiracji w blogosferze. I robią to bardzo dokładnie choć nie zawsze subtelnie. Dla przykładu pod moim testem o prof. Staniszkis można znaleźć komentarz Janiny Jankowskiej, przecież redaktor, która przyszła, poczytała a potem nie wiedzieć czemu wyzywała nas tam wszystkich od chamów. Nie żartuję, sprawdzicie sami. Są na szczęście i odmienne przypadki jak komentarz pod tekstem PiS powinien być jak mafia byłego polityka tej partii, który nie tylko zgadza się z tym co przeczytał ale zapowiada tam własną notkę w tym temacie. Bądźmy więc w końcu panie i panowie redaktorzy szczerzy - wy ten blog czytacie. A jeśli mnie to tym bardziej wchodzicie na Toyaha i Coryllusa, choć w ich akurat przypadku pewnie też by zobaczyć jak bardzo się wam znów od nich dostało. A liczniki kręcą się u nich na okrągło.  Oj kręcą.

No ale żeby nie być gołosłownym, wszak padło tu podejrzenie o podkradanie pomysłów, pokażę na jednym przykładzie jak to się robi w praniu. Popatrzcie. We wspomnianym tekście, dla tych co już zapomnieli pt.:O Sikorskim i o Tusku który zdał test Putina”, swoje wywody zacząłem od próby odpowiedzenia na pytanie skąd u Sikorskiego wzięły się tak prorosyjskie gesty przy jednoczesnym, wręcz ostentacyjnym manifestowaniu swej niechęci do Amerykanów? I zaraz źródła tego stanu rzeczy sugerowałem szukać w zdarzeniu do którego mogło dojść przed wielu laty w górach Afganistanu. Pisałem w tym tekście tak: „Gdybym chciał nakręcić dobry film szpiegowski a przecież najlepiej takie scenariusze pisze życie, to wątek tej części filmu wyglądałby tak, że Sikorski wpada w ręce Rosjan a ci składają mu propozycję nie do odrzucenia. Dla młodego człowieka któremu przytknięto lufę karabinu do głowy, przed którym jeszcze całe życie, który w dodatku utknął w miejscu w którym nikt go nawet nie będzie szukał taka propozycja jawi się jak zbawienie. I stało się. Tak tylko można tłumaczyć rozluźnienie więzi z Amerykanami, którzy wyjście z tak ciężkiej opresji musieli z automatu zakwalifikować jako akt przewerbowania. Tak też można tylko tłumaczyć późniejsze prorosyjskie gesty Sikorskiego jak zaproszenie ministra Ławrowa na coroczne spotkanie z polskimi dyplomatami czy przekazanie praw do wydawania Rosjanom wiz do Polski prywatnej firmie przez co polskie służby utraciły kontrolę nad tym kto jest wpuszczany na teren kraju. Taką luką w naszym systemie kontroli granicznej stała się też umowa o małym ruchu przygranicznym ze zmilitaryzowanym okręgiem kaliningradzkim. Tylko tym „spotkaniem w górach” można tłumaczyć zachowanie Sikorskiego na Majdanie, gdzie straszył czołgami Ukraińców walczących o niezależność od rosyjskich wpływów…”
 
Na to otwieram tygodnik „W sieci” i już we wstępniaku (by Michał Karnowski) czytam:  „Teraz jednak upewniliśmy się, dzięki szczerości Radosława Sikorskiego, że ta cała linia zbliżenia z Rosją oparta była na kłamstwie. Tusk, Komorowski i cała ekipa doskonale wiedzieli, jaki charakter ma reżim Putina, znali z pierwszej ręki jego plany podobija sąsiadów i bezbrzeżny cynizm. Mimo to prowadzili kraj w tym kierunku. Były wizyty, był „nasz człowiek w Moskwie” […] były wykłady szefa rosyjskiej dyplomacji dla polskich ambasadorów, była, całkiem niedawno, umowa o współpracy, miał być Rok Rosji w Polsce. A przede wszystkim było szczucie na Lecha Kaczyńskiego.”. Słowo wstępne rządzi się swoim prawa no i miejsca dużo mniej więc jest o Sikorskim ale od razu o Tusku, tyle że ja i o nim także tam pisałem, i także na koniec bo dla kontrastu zaznaczyłem stosunek byłego już premiera do prezydenta: ”Zdradził swoich wyborców i swój naród każąc nam miłować Rosjan o których wiedział, że szykują się do wojny. Nie ostrzegł strategicznego sąsiada przed czyhającym na niego niebezpieczeństwem w końcu nie ostrzegła narodów Europy, których prezydentem właśnie został. Przy czym kpił nieustannie przy pomocy przychylnych sobie mediów z Kaczyńskiego który przed tym wszystkim przestrzegał.” Dla odmiany i już wewnątrz numeru redaktor Janecki pisze o tym tak: „… wtedy też mogła paść propozycja rozbioru Ukrainy. A jeśli tak i nie zostało to ujawnione, by można było podjąć działania zaradcze, to cała późniejsza polityka Tuska i Sikorskiego wobec Rosji była absolutnie sprzeczna z polskim interesem narodowym. Wystawiała przecież nasz kraj na zagrożenie ze strony reżimu Putina. Polityka ta była też oszukańcza wobec Ukrainy i bezmyślna jeśli chodzi o nasze działania w NATO i UE.” Trochę dalej ale wciąż w tym samym tekście redaktor Janecki zastanawia się nad powodami dla których Sikorski postanowił opowiedzieć o rozmowie Tuska z Putinem akurat teraz gdy Tusk został „prezydentem” i pisze tak: „Z moich informacji wynika, że Tusk otrzymywał w ostatnim czasie informacje (także od tajnych służb), że 1  grudnia kiedy ma zostać przewodniczącym Rady Europejskiej […] mogą ukazać się informacje bardzo dla niego niekorzystne. W jednej wersji w takich przeciekach chodziło o zdyskredytowanie Tuska i o osłabienie go. W innej o postraszenie byłego premiera, żeby na stanowisku szefa rady nie podskakiwał Rosji, bo mogą zostać ujawnione różne niekorzystne dla niego fakty. Słowa Sikorskiego w Politico były by więc rozbrojeniem bomby, której siły Tusk mógłby się tylko domyślać.”

I bardzo ładnie. Ja się z tym jak najbardziej zgadzam i dlatego napisałem o tym na stronie www.TygodnikSolidarni.pl już 23go października (a na Salonie tradycyjnie dzień później) a więc o cztery dni wyprzedzając Janeckiego. Proszę bardzo: ”Nie sądzę by Putin liczył na pozytywną odpowiedź ze strony premiera państwa, które ma z Moskwą jak idzie o historię relacje jednoznaczne. Myślę, że to był test połączony z próbą zdobycia na niego haka. Putin już wtedy przygotowywał się do aneksji Krymy i gdyby Tusk podjął jakkolwiek temat rozbioru, miałby odcinek polski „zneutralizowany” – na samo wspomnienie tej rozmowy, rząd polski asekuracyjnie wycofywałby się z działań poparcia na rzecz Ukrainy bojąc się jej ujawnienia i międzynarodowej kompromitacji. Z drugiej strony sam fakt, że Tusk „wziął udział” w takiej rozmowie a więc wszedł w posiadanie informacji o zamiarach Putina i nigdzie dalej tego nie przekazał, stało się dla niego kulą u nogi w kolejnych relacjach z Rosjanami. Kto wie czy Sikorski ogłaszając te rewelacje nie miał za zadanie odcięcia tej kuli i zdjęcia z Tuska szantażu jaki wisiał nad nim od tamtego dnia. Być może taka zaszłość  ciągnąca się za prezydentem Europy musiała być nie na rękę innym graczom tej wielopoziomowej szachownicy i odcięli ten łańcuch. A może wręcz przeciwnie? Może chodziło  właśnie o ostateczne wykorzystanie tego powoli tracącego moc haka w związku z wyborem Tuska na prezydenta Europy do zdestabilizowania osłabionego, dopiero co powstałego rządu w Polsce? Naprawdę jak idzie o Sikorskiego trudno ocenić kto nim pociąga ale z pewnością koniec sznurka znajduje się gdzieś poza granicami kraju.”

Jest tam jeszcze parę jednozdaniowych zbieżności ale by nie przedłużać zajrzyjmy jeszcze do tekstu Zaremby w tym samym numerze rzeczonego tygodnika: „… pojawiają się najróżniejsze spiskowe teorie: od szkodzenia wieloletniemu ukrytemu rywalowi Donaldowi Tuskowi po obsługiwanie interesów Rosji, dla której taka wiadomość to dziś podobno dodatkowe narzędzie do straszenia Ukraińców.” Ja zaś ten skutek wypowiedzi Sikorskiego opisałem u siebie w takim oto fragmencie: „Szkody wynikłe z tamtej rozmowy z Putinem i ukrycia przede światem jego intencji są ogromne. Po tych sześciu latach mamy dziś dużo silniejszą Rosję i całkowicie zdezorientowaną Europę, która na szybko próbuje znaleźć dobre wyjście z tej sytuacji. Mamy też Ukraińców, którzy walcząc na swej ziemi z rosyjskimi przebierańcami dowiedzieli się, że premier Polski, która oficjalnie wspiera ich dążenia, wiedział o tym co ich czeka i w porę nie ostrzegł. I nijak na poprawę ich stanu ducha wpłynie fakt, że to jest rząd polski tylko z pozoru, że to jest rząd Platformy Obywatelskiej sterowany pośrednio lub pośrednio przez rosyjską agenturę wpływu. Nie zmienia to faktu, że czują się zdradzeni i osamotnieni.”  Nie mogłem też nie zauważyć sposobu w jaki redaktor Zaremba próbuje nas przekonać , że Sikorski nie zwariował: „… Sikorski to bystry, choć zarozumiały polityka. Nie ma w nim nic z wariata. Trudno tez pomylić taką historię z jakąś inną. Czy gdyby komuś z nas zaproponowano udział w atomowym ataku na Warszawę, nawet po latach nie potrafilibyśmy odtworzyć z detalami tej konwersacji?” Ja od takich porównań co prawda daleki jestem ale pisałem o tym w podobnym deseniu: „Nie ma wątpliwości, że Tusk na pewno dostał propozycję wzięcia udziału w rozbiorze Ukrainy. To jest informacja takiej wagi, że Sikorski pierwej zapomniałby jak ma na imię jego żona niż to, że dostaliśmy propozycję uderzenia wespół z Rosją na sąsiada. Więc z tym pomieszaniem myśli to bzdura…”

Ale starczy tego, rzecz już chyba nie wymaga lepszych przykładów. Dziennikarze zczytują blogosferę i kropka, w dodatku jak wielu Polaków, robią to każdego dnia. Bezpieczni, skryci w domowym zaciszu przed zawistnym okiem innego redaktora, być może przy porannej kawie. A potem siadają do laptopów pisać swe „odkrywcze” analizy. Słowo daję, że gdy na to patrzę zaraz przychodzi mi na myśl anegdota o tym jak Rosjanie odkryli rower... u Niemca na strychu. I w sumie nie wiem czego tu się tak wstydzić. Redaktor Janecki nie ukrywa w swym tekście źródeł inspiracji, przeciwnie, stawia kawę na ławę. Politico nazywa „najpoważniejszym politycznym blogiem” a w jednym z akapitów wprost powołuje się na słowa rodzimego blogera. No proszę, korzysta z dobrodziejstwa blogosfery, pisze o tym a nikt mu z tego powodu wyrzutów nie czyni. Można? Można.

Kombinuję więc co też przytrafiło się redaktorowi Skwiecińskiemu, że  nie wahał się napisać tak głupiej rzeczy, a przy tym wbrew temu co twierdzi, pozostawić jednak swój blog na Salonie? A musicie wiedzieć, że jest on dość marną wizytówką jak na dziennikarza o tak nadmuchanym ego. Z tego co wciąż tam wisi widać, a kliknąłem w pierwsze dziesięć tekstów, że to są to głównie jakieś przedruki z tygodników gdzie publikuje lub publikował. Więcej, wszystkie poza dwoma mają znikomą ilość komentarzy no a przede wszystkim z niezrozumiałych mi powodów licznik odsłon jest ukryty, co daje wiele do myślenia jak idzie o popularność tych jego tekstów. Patrzę sobie na to, patrzę i dumam, no i wymyśliłem, że ten pan się zwyczajnie obraził. Ja to widzę tak, że on tu przyszedł jak sądził z nazwiskiem, z odpowiednim uważał dorobkiem i nie wiedzieć czemu głupia masa ludowych korespondentów zamiast wzdychać z rozkoszy i prosić o możliwość odpłatnego skorzystania, zwyczajnie i po ludowemu go olał. Człowiek nie zrozumiał, że blog to nie śmieciowisko gdzie wrzuca się przedruki ale przede wszystkim żywa relacja z czytelnikiem, najprzedniejsza forma przekazu „myśli pisanej” jaką wymyślono. I tylko jako taka może istnieć. On tego nie zrozumiał, nie rozumie też i Korwin Mikke który wrzuca byle tekst, a potem znika na dobre mając gdzieś kto i co pod nim potem napisze. Skwiecińskiego już nie ma, po jego blogu wiatr hula, a gdy skończy się nadchodzący rok wyborczy zniknie stąd i Mikke. Zostaniemy my i nasze blogi, no i dziennikarze dyskretnie je zczytujący. Ale i to uważam, też tylko do czasu. W tekście „Dajmy szansę Kowalskim i Nowakom” już raz o sensie blogosfery i o „ludowym korespondowaniu” pisałem i dziś nie umiałbym napisać tego lepiej ni inaczej: „Ja nie wątpię, że taki Ziemkiewicz, Semka, Mazurek albo Wildstein mają coś bardzo ciekawego do powiedzenia. Oni w gruncie rzeczy żyją z tego, że piszą o tym co sobie na konkretny temat myślą. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że tych kilku panów zjadło wszystkie rozumy i to co oni napiszą jest pełną i ostateczną analizą rozważanego zagadnienia. To jest przecież oczywiste, że oni widzą tylko urywek rzeczywistości na tyle szeroki na ile pozwala im go zobaczyć ich intelekt, tudzież wyrobienie które nabyli odpowiednio długo obracając się w temacie zagadnień polityczno-społecznych. Niemniej to co napiszą zawsze będzie tylko tym urywkiem, i nie ważne jak bardzo Ziemkiewicz będzie prostował ten swój kręgosłup, a Wildstein dla nadana sobie powagi nadymał wargi, nic więcej ponad to co im Bozia dała nie wymyślą. I zawsze to co sklecą, choćby ze sobą współpracowali będzie tylko częścią prawdy. Przy czym im dłużej będą tkwili w hermetycznej grupie podobnych sobie dziennikarzy, tym ten ich sposób postrzegania świata będzie co raz bardziej schematyczny, tendencyjny a obraz wykładanych nam spraw pozornie tylko właściwy. Właśnie tak.” No chyba się z tym zgodzicie? Tyle że jeśli ja się nie mylę i jest jak piszę, to całe to pisanie skończy się potężną katastrofą. Bo nawet jeśli oni w tych redakcjach będą reanimować się tym co znajdą na naszych blogach to i tak będzie to słabe i nieprawdziwe. Aż w końcu czytelnicy uznają, że za te 5 złotych lepiej już kupić na drogę hot-doga a w zamian poczytać jakiegoś bloga. Mi w przeciwieństwie do redaktora Skwiecińskiego przykro pisać o tak smutnym końcu papierowej prasy ale w końcu jeśli ona zniknie to tylko przez lenistwo i zblazowanie tych którzy ją dziś tworzą. No i po trosze przez nas, niezgorsze przecież a darmowe pióra.
- - -

Można kończyć, zmożonym życzę dobrej nocy. A ten akapit niech tu będzie dla najtwardszych jako epilog. Otóż za miesiąc minie pierwszy rok mojego tu pisania. Zacząłem blogować z jednoczesnym zamiarem stworzenia blogerskiego Tygodnika, miała to być przystań dla tych co chcieliby publikować coś więcej niż tylko krótkie notki. Coś obok Salonu, coś w żadnym razie przeciwko, a jednak o poziom wyżej. Z propozycją współpracy zwróciłem się do wybranych blogerów, w tym mniej znanych dziennikarzy, by nie zapychać znanymi nazwiskami kolejnego dzieła a mimo to zgodę na re--publikację swoich tekstów dostałem tylko od Toyaha i Coryllusa, no i od jednego polityka choć do tej pory jeszcze żadnego mu tekstu nie puściłem. Tyle. Reszta odmówiła. Bo im ci dwaj nie pasowali albo zwyczajnie zbyli mnie milczeniem. A skoro tak to czas tu napisać coś o samym Toyahu. Otóż gdy puściłem w Tygodniku i na Salonie zaledwie parę autorskich tekstów zadzwonił do mnie by mnie utwierdzić w przekonaniu, że mam wcale dobre pióro i że powinienem pisać dużo i dalej. Przez kolejne tygodnie wprowadzał mnie też w tajniki blogowania; jak długie teksty pisać, w jakich porach publikować, co to są trolle i jak z nimi postępować. Radził, tłumaczył, namawiał. Piszę o blogerze ale piję przecież do "naszych" dziennikarzy którym jakże daleko do Toyaha. On to robił choć rynek blogersi też wcale duży nie jest, a nie było wątpliwości że ja zechcę funkcjonować obok niego i do tego samego zbioru odbiorców uderzać, nie inaczej. On to wiedział ale robił co trzeba. Niech ten akapit będzie dla niego szczerym podziękowaniem. No, a teraz pokażcie mi dziennikarza który widząc zalążek rokującego pióra zamiast blokować młodego adepta zacząłby go prowadzić? Nie ma takich. Tam jest od lat zaledwie parę nazwisk i jeszcze mniej pensji do rozdania więc wcale bym się nie zdziwił gdyby się okazało, że poza blokowaniem młodych dziennikarzy oni jak tylko mogą blokują także i siebie nawzajem. No a skoro tak to ja rozumiem dlaczego ten ich z kolei rynek wygląda jak wygląda. Zmęczeni, wyjałowieni a i tak  w każdym numerze po parę tekstów jednego autora. A przecież można inaczej, pokazał to właśnie Toyah. I co by szkodziło dać takiemu Toyahowi felieton na ostatniej stronie tygodnika W sieci? Albo w Gazecie Polskiej zwłaszcza, że Ziemkiewicz i ks. Zalewski zdaje się tą stronę zwolnili? No co by szkodziło? Nic by nie szkodziło a nawet wzrosła by sprzedaż, to niemal pewne. Bo możemy oczywiście Toyaha nie lubić ale i tak przecież, mniej lub bardziej regularnie wszyscy go czytam. Prawda?