whos.amung.us

środa, 8 października 2014

Polska może zatrzymać Rosję.

Autor: Integrator

Żeby dojść do powyższego wniosku trzeba przyjąć dwa twierdzenia - pierwsze jako oczywiste, drugie jako bardzo prawdopodobne – i dopiero w tak powstałej rzeczywistości przymuszeni do poszukiwania nowych rozwiązań będziemy mogli poczynić wcale oczywiste spostrzeżenie, że to co jest dziś sukces Rosji może być zarazem potencjalnym źródłem jej sromotnej klęski. Tekst wygląda na długi ale bez obaw to przez zdjęcia, będzie ich tu trochę. Zaczynajmy.

Pierwsze stwierdzenie które musimy przyjąć jako oczywiste to takie, że Rosję można pokonać, że to jest naprawdę możliwe. To jest rzecz absolutnie podstawowa bo bez takiej wiary nie ma sensu iść ni kroku dalej drogą tezy zawartej w tytule. Trzeba zacząć od zrzucenie kajdan niemocy, które otworzą nas na poszukiwanie rozwiązań w obszarze narzędzi dostępnych dla krajów wolnych, niezduszonych propagandowo nadmuchaną potęgą rosyjskiego państwa. Znaczenie wiary i niewiary w zwycięstwo w procesie dojrzewania do wolności ujarzmionych przez Rosję państw ona sama od dawna doskonale rozumiała, dlatego  na tym odcinku wykazywała szczególną aktywność propagandową, której zadaniem z grubsza rzecz biorąc było z jednej strony podbijanie jej potęgi w oczach mniejszych narodów z drugiej na zacieraniu i ukrywaniu dowodów zaprzeczających temu. Taki zabieg wykonano i na nas a jego skutki  odczuwamy także dziś – na samo tylko wspomnienie o wojnie z Rosją spuszczamy po sobie głowy a nawet wzajemnie się dyscyplinujemy jeśli znajdzie się pośród nas ktoś, nie daj Bóg, myślący inaczej. Nie ma się zatem co dziwić, że gdy media tylko zasugerowały, że odkrycie prawdy o ewentualnym rosyjskim udziale w tragedii smoleńskiej równałoby się wejściem z tym krajem w stan wojny niemal z automatu poddaliśmy sprawę. A przecież kto zna historię wie, że nieraz byliśmy bliscy pokonania Rosji jak chociażby w trakcie Powstania Styczniowego, które podręczniki usłużnego PRL zakwalifikowały jako porażkę, podczas gdy trwało ono niemal dwa lata bo Rosja zwyczajne nie umiała sobie z tym zrywem poradzić. Dodatkowo powstanie to było natchnieniem dla kolejnych pokoleń, a jedną z osób która wzrastała pośród wspomnień z tamtych czasów był Józef Piłsudski, w latach późniejszych utrzymywał się nawet udzielając wykładów o Wojnie Styczniowej  - bo tak dziś ją na nowo odkrywają współcześni historycy. Ci co znają nasze dzieje wiedzą też, że były i takie momenty jak ten który wdarł się nam do zbiorowej pamięci jako Cud nad Wisłą, podczas której to bitwy pokonaliśmy Rosję i wypchnęliśmy daleko na wschód ustalając granice II RP. Najbardziej jednak przemawiającym do naszej wyobraźni przykładem niech będzie czas I RP gdy hetman Żółkiewski zajął Moskwę, wdarł się na Kreml i wziął do niewoli Cara Rosji Wasyla IV. Następnie przywlókł go do Polski gdzie wraz z braćmi Dymitrem i Iwanem na kolanach oddali hołd polskiemu królowi Zygmuntowi III Wazie. Rzecz miała miejsce 29 października 1611 roku w sali senatu na Zamku Królewskim w Warszawie. Wydarzenie to uwiecznił na płótnie Jan Matejko a na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie stanął upamiętniający to zdarzenie łuk tryumfalny, wzorem tego jaki możemy oglądać w Paryżu. Od tamtego czasu kolejni carowie robili wszystko by zatrzeć dowody tej hańby. Zabiegami dyplomatycznymi, prośbami, przekupstwem, szantażem  doprowadzili w końcu do publicznego spalenia dokumentów świadczących o tym zwycięstwie Polaków, przejęli wszystkie obrazy z tamtego okresu ukazujące to historyczne wydarzenie  by na koniec wymusić zburzenie łuku na co coraz słabsi, kolejni królowie Polski dawali przyzwolenie. „Hołd Ruski” bo tak nazwano to upokarzające dla Rosji zdarzenie przywrócił do naszej świadomości nieżyjący już profesor Szaniawski. A zatem już wracając do sprawy, wszystko co trzeba zrobić w pierwszym kroku to odrzucić zniewolone myśli i przyjąć fakt historyczny, że Rosję można pokonać. Nie udała się ta sztuczka Napoleonowi, ani Hitlerowi, udało się za to nam i to nie raz i możemy to zrobić raz kolejny jeśli tylko będzie ku temu potrzeba. 

(Wzięty do niewoli przez hetmana Żółkiewskiego car Rosji Wasyl IV wraz z braćmi Dymitrem i Iwanem, oddają na kolanach hołd polskiemu królowi Zygmuntowi III Wazie. Rzecz ma miejsce 29 października 1611 roku w sali senatu na Zamku Królewskim w Warszawie. Źródło: www.wikipedia.pl. Autor obrazu: Jan Matejko)

Drugim stwierdzeniem, tym prawdopodobnym które z kolei musimy przyjąć jest smutny fakt, że w razie agresji ze strony Rosji nikt nie przyjdzie nam z rychłą pomocą. Mamy co prawda gwarancje NATO ale wiemy ile warte były podobne przed II Wojną Światową, a przede wszystkim widzimy ile są warte dziś gdy Ukraina, przecież państwo-kandydat do sojuszu północnoatlantyckiego zostało bezpardonowo zaatakowane przez Rosję. Państwa, które dziś dają nam gwarancje pomocy stać było w tej dramatycznej sytuacji jedynie na protesty i „wyrazy zaniepokojenia działaniami Rosji”. Nie bez znaczenia jest także ostatni sygnał wysłany tak nam jak i Rosji przez Niemcy, które zasłaniając się wysokim wskaźnikiem awaryjności posiadanego sprzętu wojskowego oznajmiły, że w razie wojny nie są w stanie wywiązać się ze swych zobowiązań przyjętych w ramach NATO. Jeśli w czasie pokoju ulubiony „sojusznik” Radosława Sikorskiego jest zdolny do takich gier (a wszyscy wiemy, że Niemcy są wśród pierwszej dziesiątki państw najwięcej wydających na zbrojenie), to z naszych scenariuszy działań na wypadek wojny z automatu należy wyłączyć oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc i przyjąć jako i my tu to robimy, że w razie agresji ze strony Rosji będziemy musieli dawać sobie radę sami. Wypada dodać na koniec, że wobec takiej postawy "sojusznika" zostaje mieć nadzieję, że Niemcom całkiem się nie odmieni i tym razem to oni nie uderzą nas w plecy gdy będziemy zajęci Rosją.

Mając te dwa stwierdzenia za sobą możemy przejść do sedna sprawy.  Gdy już wiemy, że pokonanie Rosji jest możliwe a także, że w razie wojny możemy liczyć tylko na siebie pojawia się konieczność sformowania podstawowych w tak powstałej rzeczywistości założeń militarnych, które pozwolą nam odeprzeć ewentualną agresję ze Wschodu i by nie rozpisywać się zanadto powiem, że słowem kluczowym będzie tu atom. Otóż za każdym razem gdy dochodzi do rozważań na temat naszych możliwości bojowych i zestawienia ich z potencjałem rosyjskimi pojawia się kwestia tej właśnie broni, którą Rosja posiada a my nie. Co zwykle wytrącało większości z nas wszystkie inne argumenty wskazujące, że przy pewnym wysiłku jesteśmy w stanie wygrać. Czas już zatem najwyższy by spojrzeć na tą sprawę w całkiem odmienny sposób.

Faktem jest, że Rosja jest w posiadaniu rakiet z głowicami jądrowymi które może użyć, ale faktem jest także to, że jest ona liderem jak idzie o energetykę jądrową. Poniżej zamieszczona mapka pokazuje lokalizację 13 czynnych rosyjskich elektrowni jądrowych. Jest to stan na luty 2005r, niemniej jak czytamy na stronie źródłowej do 2011 roku miało być oddanych do użytku kolejnych 6 elektrowni a zgodnie z danymi na stronie Międzynarodową Agencją Energii Atomowej Rosja w 2012r była w trakcie budowy kolejnych dziesięciu i tak już będąc w tym czasie trzecim największym wytwórcą energii jądrowej na świecie i czwartym co do wielkości pod względem zainstalowanej mocy (http://www.eia.gov/countries/cab.cfm?fips=rs). Nie wchodząc w szczegóły co do ostatecznej ilości tych elektrowni wystarczy wiedzieć, że jest ich dużo ale też, że choć jest to niewątpliwie sukces Rosji w tej dziedzinie to zarazem i jej pięta achillesowa do której możemy w prosty sposób się dobrać.


(Lokalizacja elektrowni jądrowych w Rosji, stan na luty 2005r. Źródło: http://ekologika.pl/publikacje/45-energia-atomu/1775-rosyjska-energetyka-jdrowa.html)
W jaki sposób? Otóż w razie gdyby Rosjanie chcieli użyć przeciwko nam swych rakiet z głowicami jądrowymi każda z tych elektrowni może stać celem dla polskich rakiet dalekiego zasięgu. O jakich skutkach takiego uderzenia z naszej strony mówimy, łatwo sobie wyobrazić gdy przypomnimy sobie elektrownię jądrową w Czarnobylu gdzie zaledwie przeciek wystarczył by obumarło całe miasto i daleka okolica, gdzie choroby nowotworowe i mutacje genetyczne zbierają pokłosie do dnia dzisiejszego. Ten przypadek wszystkim nam przypomina, że broń jądrowa to ostateczność i jest bardziej straszakiem niż bronią realnego użycia. Niemniej jeśli jest podnoszona jako argument w rozmowach, jeśli jest wykorzystywania do wywierania presji jednego państwa wobec drugiego, to takie państwo w tym przypadku Polska ma prawo posługiwać się taką samą kartą. Rosja powinna wiedzieć, że taki scenariusz działania wpisany jest w nasze plany obronne, tak jak  wiemy, że jej rakiety wycelowane są aktualnie w nasze miasta.

Aby pozyskać argument atomowego kontruderzenia potrzebujemy do tego celu rakiet dalekiego zasięgu, które bez problemu mogłyby dosięgać tak wyznaczone cele. Z tym, że nie mogłyby one stacjonować na terytorium naszego kraju bo w razie przekroczenia przez agresora granicy wschodniej czy północno-wchodniej (przez kraje nadbałtyckie) zostałyby przejęte przez wroga a tym samym zostałaby zwinięty tak powstały parasol chroniący nas przed groźbą użycia broni atomowej. Potrzebujemy rakiet, które można przechowywać i wystrzeliwać z łodzi podwodnych poruszających się na wodach międzynarodowych a więc także z dala od łatwego do opanowania przez wroga Bałtyku. Ci co znają się na temacie wiedzą już, że mam tu na myśli rakiety manewrujące. Dzięki poruszaniu się po wodach międzynarodowych pozwoliłby to nam poszerzyć pole rażenia o obiekty na Murmańsku czy nawet Kamczatce. Jeden  okręt podwodny mógłby przenieś aż 10 rakiet manewrujących przy założeniu, że zmniejszmy ilość przewożonych torped, które wtedy używane byłyby przez okręt podwodny tylko do samoobrony. Rakiety te jak chociażby Tomahawk Block IV w wersji TLAM, które niedawno kupili Anglicy wykonane są w technologii stealth i mogą się poruszać na bardzo małej wysokości oraz omijać nierówności terenu a więc mogą przebić się przez system obrony przeciwlotniczej (http://www.defence24.pl/news_kolejne-tomahawki-dla-brytyjskich-okretow-podwodnych). Przy odrobinie dobrej woli ze strony krajów sojuszniczych dysponujących odpowiednimi danymi topograficznymi to jest dla nas jak najbardziej temat osiągalny.

 (Zasięg rakiety manewrującej wystrzelony z terenu Polski i okrętów podwodnego na wodach międzynarodowych. Źródło: www.defence24.pl) UWAGA: Zdjęcia pokazują pokrycie dla rakiet o zasięgu 1000km. Tomahawki mają zasięg 2,5tys km. Promienie okręgów na mapce będą wówczas 2,5 razy większe.

Cena rakiet to w przypadku Tomahawk koszt około 2,2 miliona dolarów (wraz z wyposażeniem i treningiem)  natomiast MdCN to koszt około 2,43 miliona euro. Dla porównania najnowsza francuska ciężka torpeda Artémis – FTL do zwalczania okrętów a więc jak idzie o zastosowanie typowa broń łodzi podwodnych to koszt 2,3 miliona euro.

Rakiety manewrujące należą do systemów odstraszania i sam fakt ich posiadani przez dane państwo powoduje, że potencjalny agresor musi w swych planach uwzględnić fakt, że jego działania spotkają się ze zdecydowaną odpowiedzią. W naszym przypadku Rosja operująca zaszczepionym nam przez lata strachem przed posiadaną bombą atomową będzie musiała wziąć pod uwagę fakt, że w razie użycia tej broni salwa rakiet manewrujących np. Tomahawk zniszczy kilka elektrowni jądrowych na jej terytorium co będzie początkiem swoistej apokalipsy tego kraju. Gdyby z oczywistych powodów nie doszło jednak do użycia atomu a w związku z tym z naszej strony nie nastąpiłby atomowy kontratak na ich jądrowe cele to rakiety te można z powodzeniem wykorzystywać do niszczenia takich obiektów jak rafinerie, gazociągi, elektrownie czy elektrociepłownie. Pamiętajmy, że ponad 50% przychodów budżetowych Rosji to handel gazem z czego drwił ostatnio Obama mówiąc, że ten kraj niczego nie produkuje a senator McCaine wprost nazwał Rosję stacją paliw udającą państwo. Żarty żartami ale uderzenie w sektor energetyczny odcięłoby to ten kraj od finansów a przede wszystkim,  a przede wszystkim i jeszcze raz a przede wszystkim przeniosłoby działania wojenne i ich skutki na teren tego kraju. Rosja jako agresor prowadzi wojny na terytoriach innych państw a jej obywatele poza utratą młodych chłopaków wysłanych na te wojny nie za bardzo odczuwają ich konsekwencje. Zniszczenie choćby sieci ciepłowniczej doprowadziłoby do wewnętrznej presji ze strony obywateli bo zimy u nich mocniejsze niż u nas a budownictwo socjalistyczne nie uwzględniało dogrzewania indywidualnego. Poza tym poziom nędzy osiągnąłby jeszcze niższy poziom, który w II Wojnie światowej kazał im wypatrywać obcych wojsk, wówczas niemieckich, jak zbawienia. Można też liczyć na inne narody które gdy poczują krew rannego drapieżnika przyjdą wziąć co uważają za swoje...

Kończę. To o czym tu piszę to jedynie wstęp i zaproszenie do rozwinięcia tematu bo podobnych opracowań w naszych mediach na próżno szukać. A ponieważ zagadnienie jest bardzo realne i leży w zasięgu naszych możliwości już trafiło na przeszkody i to na samych szczytach władzy. Mimo, że MON planuje przeznaczyć 91,5 mld zł do 2022 roku na projekt Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych w ramach którego maja być zakupione m.in. trzy okręty podwodne, nie był zainteresowany budową takich okrętów w polskich stoczniach odbierając nam szansę zdobycia doświadczenia w budowaniu a potem serwisowaniu takich okrętów. Nie wyrazili także zainteresowania zakupem rakiet manewrujących a jak się okazuje ewentualne ich dokupienie w przyszłości nie wchodzi w grę jeśli okręty nie zostaną na już etapie budowy dostosowana do tego typu uzbrojenia. Jak można było przeczytać w prasie zdaniem wiceministra MON Sławomira Mroczka wystarczającym naszym wkładem w ewentualne działania wojenne sojuszu będzie zwalczanie przez okręty podwodne min, co ja z litości pozostawię bez komentarza. (http://www.polskatimes.pl/artykul/3396821,zaskakujace-slowa-mon,id,t.html?cookie=1).  Dopiero po alarmie wszczętym przez ekspertów i posłów opozycji z Sejmowej Komisji Obrony Narodowej  na dniach dopuszczono obie możliwości do zapisów ofertowych co wcale nie znaczy, że spraw zakończy się pomyślnie. Pewne jest za to, że pierwszą szkodą wynikającą z takiego podejścia ministrów MON do sprawy jest odroczenie o rok przewidywanej daty zwodowania pierwszego okrętu.

Zdaję sobie sprawę faktu, że głupota ludzi będących dziś u władzy jest już wielokrotnie potwierdzona i nie raz uderzała w to nasze wspólne dobro, które powstało dzięki wysiłkom wielu poprzednich pokoleń. Ale w czasach zagrożenia wojną, a ku temu rozwija się sytuacja na wschodzie, decyzje o tak wyraźnym charakterze sabotażu nawet jeśli podejmowane z głupoty lub z inspiracji agentów obcego wywiadu pracujących w tym ministerstwie, stawiają sprawę na granicy bliskiej zarzutom o zdradę. I o tym panowie ministrowie z MON, szczególnie w tych gorący miesiącach, powinni pamiętać.

https://www.youtube.com/watch?v=B5VcnCZ6Pv0

2 komentarze:

  1. To nie głupota rządzących to celowe działanie rządzących z t.zw. stronnictw ruskiego i pruskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to wszystko wskazuje. Szczególnie gdy taka broń jest w zasięgu naszych możliwości.

      Usuń