whos.amung.us

piątek, 17 października 2014

Dlaczego Polacy żyją jak dziady?

Autor: Integrator
 
Całkiem niedawno gościliśmy u siebie znajomych, którzy z całej masy tematów poruszonych przy wspólnej herbatce jeden poświecili swojej córce, która wyjechała za granicę w ramach wymiany studentów programu Erasmus. Gdy przyjechała na parę dni odwiedzić rodziców, oznajmiła im z niekrytym żalem, że nie przygotowali jej do życia, że będąc pośród tamtych ludzi czuje się jak w innym świecie. Bardzo ciekawa sprawa. Posłuchajcie.
Jak twierdzi z tym programem Erasmus jest tak, że ludzie którzy tam przyjeżdżają mają sporo wolnego czasu i w dużej mierze poświęcają go na rozrywkę. Jej nowe koleżanki chodzą więc na zajęcia o tyle ile to jest wskazane by zachować pewne minimum, a potem lecą się bawić. Ona podchodzi do sprawy trochę sumienniej no a w dodatku ten wolny czas, którego ma w nadmiarze postanowiła wykorzystać jakoś pożytecznie i wymyśliła, że będzie udzielać się w wolontariacie. Pomysł by mając możliwości komuś pomóc wydawał się jej całkiem naturalnym za to jej zagraniczne przyjaciółki były bezgranicznie zdziwione i zaraz próbowały jej to wybić z głowy. A żeby unaocznić jej błąd w takim sposobie podchodzenia do życia, zaczęły zagadywać ją ile się w Polsce zarabia na godzinę, o od razu same odpowiadać jak to wygląda w ich krajach. Ja już nie pamiętam jakie tam stawki padały dokładnie no ale mniej więcej skalę zachowując to było tak, że jedna wymieniła stawkę 7 euro za godzinę, druga 4 euro, a gdy nasze dziewczę powiedziało, że u nas to mniej więcej 1 euro w pokoju zrobiło się całkiem cicho. I ona, ta córka znajomych, sama już nie wiedziała, czy wszyscy zamilkły ze zdziwienia, że padło to marne, jedno euro czy może dlatego, że mimo tak lichych zarobków ona mając możliwość dorobić wymyśliła, że będzie robiła za darmo? I tu dochodzimy do sedna dzisiejszego zagadnienia. Otóż ja się tej dziewczynie wcale nie dziwię. Dobrze wiem, że już od wczesnych lat wciąż nam to jest na wszystkich poziomach wykładane, że zarabianie dużych pieniędzy to coś niemal grzesznego a już na pewno nie do końca stosownego. Po latach wzrastania w takiej nauce, nie potrafimy ubiegać się o swoje a dla świętego spokoju całą masę rzeczy robimy za darmo wmawiając przy tym sobie, że zapłatą jest doświadczenie a co poniektórzy, dodają że jakaś wygodna miejscówka w niebie.
Pamiętam, że kończąc studia kupowałem gazety z ogłoszeniami o pracę gdzie można było przy okazji przeczytać parę rad jak tą pracę szybko znaleźć. Niemal w każdym numerze można też było znaleźć zachętę do pracowania za darmo, by tą drogą nabywać doświadczenie bardzo przydatne w późniejszych rozmowach o pracę. Dałem i ja złapać się na to bablanie więc moja pierwsza praca w agencji reklamowej była całkowicie za free. Poszedłem na spotkanie z prezesem i umówił się z nim, że przez kolejne trzy miesiące będę robił dla niego za darmo, a potem pogadamy o jakiś pieniądzach. Czas próby minął bardzo szybko, jeden nawet z moich pomysłów został wykorzystany w reklamie którą właśnie tworzyli a gdy przyszła długo wyczekiwana chwila, okazało się że prezes ma wątpliwości czy się nadaję. Za to chętnie umówiłby się na jeszcze jeden miesiąc współpracy na starych warunkach, by móc się lepiej rozeznać. Wyszedłem z jego biura bez słowa z silnym postanowieniem, że już nigdy więcej nie zgodzę się na tak głupi układ. Swoja drogą od tamtej pory nie raz zastanawiałem się jak wielu młodych ludzi zostaje u takich cwaniaków te kolejne i kolejne miesiące łudząc się, że coś w końcu dostaną? Potem były jeszcze inne prace i inne rozmowy kwalifikacyjne, często prowadzone przez ludzi którzy jestem pewien gdyby nie protekcja dożywotnio odhaczaliby regularne wizyty w Pośredniaku, i stale powtarzał się ten sam argument, że chcę za dużo, że oni mają cały pociąg ludzi czekających na to miejsce tyle, że z niższymi oczekiwaniami. Nie było powodu bym w to nie wierzył, bo młodych ludzi mieszkających z rodzicami mających dach nad głową i strawę za darmo, z pewnością jest sporo na rynku i oni z pewnością mogą się godzić na stawki, za które można kupić papierosy i pójść z kolegami na imprezę. Ja nie miałem takiego zaplecza, szukałem pracy z dala od domu, poza tym chyba dla zasady, dla zachowania minimum godności nie godziłem się na takie warunki i co by nie mówić szantaż. Co ciekawe w wielu przypadkach pracodawca widząc moją determinację ostatecznie przystawał na moją ofertę.
Nie raz przerabiałem zagadnienie uwłaczająco niskich pensji w Polsce i wypracowałem sobie takie pojęcie sprawy, że póki u nas nie będzie sprzyjającego warunków dla prowadzenia własnych firm my z tego dołka nigdy nie wyjdziemy. Będziemy z pokolenia na pokolenie pracowali za śmieszne pieniądze sparaliżowani dodatkowo strachem, że i te możemy stracić a wraz z nimi wzięte na kredyt mieszkanie. Dopiero gdy nas życie porządnie przyciśnie, zmuszeni idziemy prosić o podwyżkę ale zazwyczaj w mniej więcej takiej aurze jaka ostatnio moja siostrze, która mieliła wewnętrznie temat przez ponad tydzień, aż się w końcu odważyła. Pracodawca zniesmaczony jej postawą, zrobiwszy parę uwag o braku wdzięczności dał jej w końcu sto złotych podwyżki a ona całą drogę powrotną do domu gryzła się w myślach czy dobrze zrobiła, czy nie przesadziła? 
Pomyślicie - skurczybyk. Ale patrząc z jego perspektywy siedzenia, z drugiej strony ja wciąż dobrze pamiętam jak sam miałem kiedyś małą firmę, też zatrudniałem ludzi i całkowicie rozumiem opory tego człowieka. Przy takiej ilości kłopotów jakie on z pewnością ma w związku z prowadzeniem własnej firmy jeśli człowiek już coś zarobi, chce to mieć dla siebie. I już, i kropka. Taka jest polska rzeczywistość biznesowa. Aby tu cokolwiek zarobić, trzeba być w ciągłym ruchu i stale kombinować a uwierzcie mi najmniejszym problemem jest brak klientów czy inne tak zwane sprawy ogólnohandlowe. Przy odrobinie rozsądku i umiejętności dogadywania się z ludźmi to wszystko da się pokonać. Największym problemem i to takim który nieustannie towarzyszy przedsiębiorcy a więc przysłowiowym wrzodem na d…upie jest tylko i wyłącznie państwo. Mamy taką masę urzędów i restrykcyjnych, niejednoznacznych i stale zmieniających się przepisów nad którymi nikt już nie panuje, że aby w tym funkcjonować ludzie muszą się dogadać po swojemu, po ludzku i ponad tym całym bałaganem. Państwo to nazywa łapówkarstwem i korupcją ale w nienormalnym systemie, które to państwo wytworzyło to jest bajpas, poboczny obieg bez którego to wszystko dawno już by szlak trafił. Inna sprawa, że wzrost wskaźnika korupcji zawsze towarzyszy rozrostowi biurokracji. 
Jak już jesteśmy przy tych przeszkodach to mamy jeszcze kolejne dno tej sprawy, czyli obłożenia finansowe i wybiórczy sposób ich egzekwowania przez państwo co bardzo mocno narusza zasadę równego traktowania wszystkich podmiotów działających na tym samym rynku. Znajoma pracuje już w piątej aptece, w żadnej nie miała płaconych składek ZUSowskich, bądź płacone były z paroletnim opóźnieniem. ZUS wie od niej o tych zaległościach i nie reaguje, a właściciel apteki dzięki tak zaoszczędzonemu kapitałowi (ma pięć aptek i we wszystkich zaległości w składkach ZUS) otwiera kolejną aptekę. Z czego? Z kapitału jaki nagromadził nie płacąc przez lata tych składek. Mamy więc tu taką sytuację, i bardzo poważny problem o którym nikt nie pisze, w której ZUS nie egzekwując należnych wpłat, faworyzuje nieuczciwego przedsiębiorcę, udziela mu swoistej pożyczki. Podobnie nieuczciwość premiuje Urząd Podatkowy egzekwując podatek od firmy, która wykonała prace a nie dostała od kontrahenta ustalonego wynagrodzenia. Dla urzędnika liczy się faktura i nie interesuje go, że dożyna firmę która nie zarobiła a kapitał obrotowy jaki miała wydała na kupno materiałów, pensje dla pracowników i inne koszta. Państwo skubie przedsiębiorcę uczciwego, który wykonał robotę zamiast uszusta, który zlecenie odebrał ale nie zapłacił. Czy ja przesadzam? W obu przypadkach z rynku znikną uczciwe firmy, więc chyba nie. Zniknie aptekarz który płaci swym pracownikom składki w terminie, zniknie firma budowlana która dokończyła pracę i zapłaciła pensje. Zostaną złodzieje wspierani przez państwo którzy czując pełną bezkarność budują tu dziki zachód, dzięki którym szara strefa rozwija się w tempie w jakim powinna rozwijać się nasza gospodarka. Potem słyszmy, że nie ma na drogi, że ZUS pada. A z czego przepraszam ma być na te drogi? Przedsiębiorca oszust podatków przecież też nie zapłaci. Albo jak ma nie być dziury w ZUSie gdy podczas jednego ze spotkań w którym brałem udział na czterech rozmówców, tylko jedna miała płacone składki a do lekarza bez najmniejszych problemów chodzimy wszyscy. 
Ale wróćmy do tych pensji. Możecie się ze mną nie zgodzić, ja to jednak uparcie będę twierdzić, że źródłem patologicznie niskich pensji w Polsce jest samo państwo a to całe gadanie, że pięknie będziemy zarabiać za dwadzieścia lat jak dogonimy Zachód można wsadzić między bajki. Bo niech mi ktoś to wytłumaczy niby jak to miałoby wyglądać w praktyce, jak to dokładnie to doganianie miałoby wpłynąć na wyższe pensje? Ktoś nagle ogłosi, że jesteśmy już prawie prawie, już łeb w łeb a skoro tak to od jutra wszyscy mają zarabiać pięć tysięcy, bez gadania? To będzie jakieś rozporządzenie czy jak? Guzik. To jest ordynarne kłamstwo i próba wmówienia nam, że tak jak jest, jest dobrze a więc paszcza i do roboty. Problem niskich pensji w Polsce, moi drodzy, nie tkwi w doganianiu czegokolwiek bo każdy z nas jeździ za granicę i widzi, że myśmy ich już dawno dogonili i nic się nie zmieniło ale w regulacjach i narzucanych kosztach pracy. Gdyby były niższe a państwo tylko pilnowało by wszyscy płacili i grali fair play to ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że wykorzystując dużą chłonność naszego rynku, Polacy otwieraliby firmy na potęgę zdejmując przy okazji z rynku sporą liczbę rąk do pracy. Pracodawcy zabiegaliby o pracowników, rywalizując o nich nawet proponowaliby im w końcu godne pensje. I tak jest dziś poniekąd w małych miastach, gdzie aby ściągnąć fachowca oferuje się lepsze stawki za tą samą robotę co w Warszawie. 
I od tego musi zacząć nowy rząd, jeśli chce się zwać polskim, od zdjęcia tych kajdan bo tak dalej zwyczajnie żyć się nie da. Bo to co się dziś w Polsce zarabia to są kwoty obliczone li tylko na podtrzymanie funkcji życiowych. Owszem, można wynająć klitkę, nawet zapłacić liczniki, kupić napchane chemią jedzenie z marketu ale to tyle. A gdzie rezerwa na czarną godzinę, gdzie wycieczka choć raz do roku? Albo kapitał odkładany na własny biznes, który nawet jeśli nie wypali nie staje się tragedią życia, bo dobra pensja szybko pozwala uzupełnić straty? Słyszę na sali głosy, że w kredycie wpychanym nam w co drugiej reklamie. No właśnie.
Ja tu sobie jęczę ale sam już nie wiem czy w gruncie rzeczy nie o to tu właśnie chodzi? Lepiej mieć przecież pod nogą bandę dziadów, z której część nie ma pracy a reszta żyje w strachu, że i tą co ma może stracić niż naród niezależnych, wolnych ludzi którzy mogą stawiać rządzącym wymagania.. Bo gdy tym pierwszym przyjdzie w akcie rozpaczy wyjść na ulicę to reszta trzymana na krótkiej smyczy kredytu uda, że ich nie widzi. I po herbacie. Nie ma solidarności społecznej to i nie ma zagrożenia protestami. I wszystko co w takim układzie rząd musi to już tylko utrzymywać stosunek bezrobotnych do pracujących na bezpiecznym dla siebie poziomie. A tą sztuczkę jak wiemy już od lat po mistrzowski wykonuje dla nich GUS.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz