whos.amung.us

czwartek, 16 października 2014

Dlaczego oni chcą zabić Jarosława Kaczyńskiego?

Autor: Toyah
 
Nieuchronnie zbliża się seria wyborów, zaczynając od tych najbliższych, lokalnych, a kończąc na akcji związanej z przejęciem Parlamentu, z próbą niedopuszczenia Bronisława Komorowskiego do drugiej kadencji w środku, i jak już tu nie raz sobie rozmawialiśmy, perspektywy wyglądają wyjątkowo marnie. Oczywiście, poziom kompromitacji, jaki stał się udziałem Platformy Obywatelskiej i związanych z nią środowisk jest tak wielki, że można by było sądzić, że nawet gdybyśmy mieli głosować, do Parlamentu przeciwko nim wystawiając kupę kamieni, a w wyborach prezydenckich kawałek sztachety z domalowanym tyłkiem, można by nawet nie przeprowadzać wyborczej kampanii. Niestety, jak wiele na to wskazuje, kamienie nam jacyś rozkradli, a gdy idzie o sztachetę, to jedna wprawdzie jeszcze gdzieś jest, ale artysta wyjechał na robotę do Niemiec i nie ma nikogo, by tę dupę w miarę porządnie namalować.
Jest natomiast dyskusja, z której wynika, że wszystko jest tak proste, że wystarczy sięgnąć ręką i tylko brać, brać, brać. Jeśli rzucić okiem na nasze prawicowe media, tam właściwie atmosfera jest już tak figlarna, jakby oni wszyscy uznali, że można już dzwonić po pizzę. Telewizji Republika wprawdzie nie oglądam, gdy idzie o Toruń, ostatnio mam wrażenie, jakby ich ostatecznie zwyczajnie zamknięto, a z tygodników opinii zdarza mi się tylko czytać „W Sieci”, to jednak w pełni mi wystarczy. Jak mówię, pomijając mniej lub bardziej ukrytą reklamę, tam już jest niemal wyłącznie balanga i tak zwany stand-up, natomiast gdy chodzi o poważne analizy polityczne, mamy Stanisława Janeckiego i jego tekst, gdzie ów dziwny człowiek przedstawia nam prosty sposób na wygranie wyborów prezydenckich. Aby nie uciekać się do zbyt rozbudowanych cytatów, spróbuję może wymienić w punktach propozycje Janeckiego.
Po pierwsze zatem i, jak się domyślam, najważniejsze, należy „uświadomić Polakom, że Bronisław Komorowski, wbrew swojej opozycyjnej działalności w PRL, jest prezydentem postpeerelowskim”. Po drugie, „poważny konurent Bronisława Komorowskiego powinien kilka razy w trakcie kampanii wezwać go do publicznych debat, w tym np. do dyskusji na jednej z najlepszych polskich uczelni (oczywiście transmitowanej w mediach). Na takiej debacie można by się pokusić o pokazanie horyzontów intelektualnych kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Sprzyjałoby temu włączenie pracowników nauki i studentów do dyskusji”. W dodatku, podczas tych debat należałoby Komorowskiemu zadać całą serię trudnych pytań dotyczących jego uwikłania w szereg bardzo brudnych interesów, czy to na poziomie jego zaangażowania we wspieranie WSI, ale też na przykład takich kwestii, jak „skąd wziął swoją część z 260 tys. niemieckich marek, które wraz z innymi osobami zainwestował na początku lat 90. w piramidę finansową”. Po trzecie, „poważny konkurent Bronisława Komorowskiego powinien w kampanii wyborczej pokazać (i poprzeć to mocnymi dowodami), że obecny prezydent jest bardzo ważnym elementem systemu rządów PO”. Po czwarte wreszcie, „poważny rywal urzędującego prezydenta musi być znacząco od niego młodszy (najlepiej liczyć nieco ponad 40 lat) i znacznie lepiej wykształcony”. Powinien też znać języki obce i mieć „udaną i wspierającą go rodzinę”, no i najlepiej by było, by owym kandydatem był któryś z obecnych posłów lub senatorów, bo wtedy byłoby łatwiej organizować relacjonowane przez media „konferencje, eventy i parlamentarne wystąpienia”.
I to mniej więcej wszystko. Cała reszta to już, zdaniem Janeckiego, jazda z górki.
Przyznaję uczciwie, że ja z Janeckim mam pewien bardzo poważny kłopot, który niewykluczone, że wręcz nie pozwala mi obiektywnie komentować jego aktywności. Otóż ile razy przypomnę sobie jego nazwisko, a do tego jeszcze twarz, nie mogę się powstrzymać przed odruchowym więc skojarzeniem z jakąś „Trybuną Ludu”, czy „Dziennikiem Telewizyjnym”. To znaczy, ja świetnie wiem, że Janecki z tamtą propagandą nie miał nic wspólnego, choćby z tego względu, że, mimo dość już zaawansowanego wieku, stał się osobą publiczną dopiero za III RP, ale takie mam skojarzenia i nic z nimi nie potrafię zrobić. Słyszę nazwisko Janecki i od razu mi się przypominają te wszystkie komuchy, takie jak Rolicki, Mistewicz, czy Rakowski, a więc i nie bardzo też potrafię pisać o nim w sposób obiektywny i wyważony. No ale, jak sami widzimy, on mi nie daje za bardzo wyboru. Jeśli bowiem przyłazi do nas z takim tekstem i z pełną powagą każe nam go traktować jako zestaw porad dotyczących usuwania Bronisława Komorowskiego z funkcji Prezydenta RP, to co ja mam robić?
Otóż mimo że, jak już wspomniałem, ja wiem, że w latach 80. Janecki głównie imprezował, a jeśli robił coś brzydkiego to najwyżej kapował do SB na swoich kumpli, więc żadnego doświadczenia w brudnej peerelowskiej propagandzie on mieć nie może, ja mam bardzo mocne wrażenie, że tekst w tygodniku „W Sieci” to najbardziej parszywa propagandowa ustawka mająca na celu doprowadzenie do tego, by żaden z kandydatów wystawionych przez tak zwaną prawicę, broń Boże, Komorowskiego nie pokonał. Ja jestem niemal w stu procentach pewien, że te wszystkie pomysły, zaczynając od tego, by głównym tematem kampanii uczynić uwikłanie Komorowskiego w ciemne postpeerelowskie interesy i jego związki z Platformą Obywatelską, przez organizowanie transmitowanych przez telewizję debat na uniwersytetach, gdzie studenci i profesorowie pomogą nam pokazać, jaki ten Komorowski jest głupi, po propozycję, by naszym kandydatem był któryś z młodszych posłów lub senatorów ze znajomością języków obcych, bo im akurat będzie można łartwiej organizować różnego rodzaju propagandowe eventy, to mamy do czynienia wyłącznie z najbardziej brutalną i bezczelną prowokacją. Nie ma takiej możliwości, by Janecki, pisząc to co pisze, był szczery i pełen życzliwych myśli. Za tym co on robi, stoi wyłącznie najbardziej brudna perfidia. I co do tego nie może być jakichkolwiek wątpliwości.
Pozostaje więc pytanie, po co on to robi, no i dlaczego redakcja „W Sieci” bierze w tym przekręcie udział? Odpowiedzi oczywiście na to pytanie nie znam, natomiast chodzi mi po głowie parę tropów. Jeden z nich niedawno mi podpowiedział Coryllus w jednym z komentarzy. Otóż kiedy zasugerowałem, że coraz bardziej powszechny stosunek do Jarosława Kaczyńskiego sprowadza się do tego, że tamci życzą mu możliwie szybkiej i bolesnej śmierci, a nasi szybkiego i, jeśli Pan Bóg pozwoli, łagodnego, przejścia na polityczną emeryturę, Coryllus zapytał mnie, czy ja wiem, ilu „naszych” życzy Kaczyńskiemu nie emerytury, ale śmierci właśnie. Otóż niezależnie od tego, kto tu ma rację, czy ja, czy może jednak on, wiele wskazuje na to, że przynajmniej w środowiskach zawodowo związanych z uprawianiem polityki – marzenie jest jedno: żeby tego Kaczora wreszcie w ten czy inny sposób szlag trafił, i że skoro nie da się tego osiągnąć siłami natury, trzeba go najpierw doprowadzić do jak najbardziej spektakularnego upadku politycznego, a następnie z hukiem wypieprzyć na najbardziej głęboki margines. I mam wrażenie, a kiedy czytam tygodnik „W Sieci”, a w nim teksty takie, jak wyżej omawiana analiza Janeckiego, wręcz pewność, że dziś cała praca na prawicy idzie w tym właśnie kierunku: skończyć wreszcie z tą ofiarą losu, choćby i kosztem kolejnych czterech, czy ośmiu nawet lat w opozycji.
I myślę, że tak jak w wielu różnych miejscach mogę się mylić, jak choćby w moim nieustannym poparciu dla Jarosława Kaczyńskiego, czy w tym niemal już wyssanym z mlekiem matki wiecznym przekonaniu, że jakoś to będzie, tu mam bezwzględną rację. Oni chcą nas najzwyczajniej w świecie zniszczyć, a ja jedyne co mogę na to zrobić, to tę prawdę wciąż powtarzać i wykorzystywać każdą okazję, by ich tłuc po tych nabitych bezczelną pychą łbach.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz