whos.amung.us

środa, 22 października 2014

Czy PiS sprzedaje garnitury?

Autor: Integrator
 
Co myślę o wyborach samorządowych już raz tu pisałem i temat ten jak idzie o mnie uważam za dostatecznie wymęczony. Dla tych co mnie w tamtej odsłonie nie czytali, krótko tylko powiem, że przy pomocy kilku zaledwie liczb wykazałem, że to co PiS uważa za bastion, wcale nim nie jest a ponadto, że sytuacja samorządowa znajduje się mniej więcej w takim trendzie, że 60% wszystkich miejsc w radach i 70% sumarycznej ilości wójtów, burmistrzów i prezydentów wzięły lokalne komitety wyborcze, które na okoliczność wyborów powstają jak grzyby po deszczu. Często z inicjatywy byłych komuchów ale i  platformerskich aparatczyków, dając tym samym dobry grunt pod wiadome koalicje, które scementują scenę samorządową w takim układzie na lata. PiS otrzymał sygnał o tych zmianach, co z nimi zrobił nie wiem ale przypuszczam, że jak większość sygnałów słanych z terenu ten także trafił do kosza. I bynajmniej wcale się tym nie dziwię. Raz, że oni jak wiemy mają u siebie ludzi którzy zawsze wiedzą lepiej poza tym wszystko wskazuje na to, że cała gra idzie już tylko o utrzymanie obecnego posiadania w Sejmie. A zatem wszystko o co ta partia zamierza walczyć na dniach to już tylko prestiżowe zwycięstwo nad Platformą, choćby jednym punktem procentowym, bo to jest dokładnie tyle by móc utkać jakiś sztandar i pod hasłem „jednak możemy” pójść na całość, ten jeszcze ostatni raz. I to jest w skrócie wszystko co ja chciałem na ten temat powiedzieć. A więc tu kropka, linijka odstępu i nowy temat w kolejnym akapicie a będzie tam o …
 
… o tym samym. Najmocniej Was za to przepraszam ale ten temat tak już się wokół nas zaczyna kręcić, że choć chciałem dziś z Wami pogadać o broni i planach obronnych na wypadek wojny, niech to szlag weźmie, wracając w niedzielę z kościoła dla odmiany wybrałem dłuższą drogę i trafiłem na plakat wyborczy przez który teraz siedzę i piszę co leci.
 
Wiem, że jest czas przedwyborczy i że złych rzeczy się w tym czasie o „swoich” nie pisze no ale jeśli już tą sprawę roztrząsamy to ja w PiSie znajomych mam, że tak to kulinarnie ujmę,  tylko odrobinę więc jakoś trudno mi znaleźć dobry powód dla którego miałby milczeć lub dla odmiany nazbyt przesadnie nad tą partią tu wzdychać. Inna spraw, że od zawsze na tą partię głosowałem ale i ten fakt nie ma tu nic do rzeczy, bo mózgu w szatni przy wchodzeniu w to grono wyborców nie zostawiłem. W końcu czyli po trzecie kiedy u licha ja mam o tych sprawach rozprawiać jak nie w tym właśnie wyborczym okresie, żeby o tym choć kot z kulawą nogą zechciał przez chwilę pomyśleć? Kiedy dyskusja nad składem wystawionej do boju kadry ma się odbywać jak nie wtedy właśnie gdy zostanie ona oficjalnie nam zaprezentowana na tych wszystkich słupach i przystankach? W końcu poza głosem do oddania mamy i te prawo by wcześniej roztrząsać pomiędzy sobą zalety i wady naszych kandydatów, także wzajemne się do nich przekonywać lub zrażać. Jeśli chcemy to przy kartach i przy winie, jeśli fantazja pozwoli to z mikrofonem w dłoni na Placu Defilad. Bo czyż nie tak to wyglądało w pierwotnej wersji na Agorze? A zatem dla mnie o głos, a Was o posłuch raz ten jeszcze uprzejmie poproszę.
 
Sprawa wzięła się stąd, że na plakacie który popsuł mi niedzielny spacer zobaczyłem Michała Grodzkiego. To nie jest osoba z pierwszego szeregu, więc pewnie nie znacie. Starczy rzec, że to młody chów warszawskiego PiS, radny miasta ubiegający się o reelekcję, a jakże! Nic by mnie ten kawał tektury nie obszedł i minąłbym go bezmyślnie jak o słup wcześniej rozparte ogłoszenie o wyprzedaży dywanów, gdyby nie fakt, że ja akurat trochę o tym człowieku słyszałem. I skądinąd wiem, że to jest dokładnie ta osoba o której po przegranych wyborach prezydenckich bloger Toyah rozmawiał z wolontariuszem sztabu na Nowogrodzkiej. Dla tych co przed momentem spadli z Księżyca i nic o tej głośnej sprawie nie wiedzą załączam link do tamtego wywiadu (http://toyah1.blogspot.com/2010/09/pawe-ta-kampania-to-bya-fikcja.html) a tym co czytali krótko przypomnę, że Grodzki w tamtym czasie był prawą ręką minister Jakubiak i odpowiadał za przygotowanie debat ze znanymi osobistościami i za jeszcze parę innych, pomniejszych rzeczy. Z relacji wolontariusza wiemy, że Grodzki nie bacząc na wagę tamtych wyborów, a były to pierwsze wybory postsmoleńskie w których zdziesiątkowani i wciąż krwawiący walczyliśmy o zachowanie przyczółków, użył swego stanowiska i przypisanych mu kompetencji by zablokować pierwszą w Polsce debatę blogerów. Dziś słowo bloger nie robi już takiego wrażenia jak w wówczas ale w tamtym czasie to było naprawdę coś a ci najbardziej lubiani wciąż nie byli nam znani z imienia ani nazwiska, co dodawało całemu wydarzeniu posmaku tak nas przyciągającej tajemniczości. Lecz nie to było wtedy najważniejsze. W zamyśle autorstwa wspomnianego wolontariusza perłą było zagranie, które miało na zawsze już związać to wydarzenie z osobą Jarosława Kaczyńskiego. W tamtym czasie stale wypominano mu staroświeckość i przywiązanie do maszyny do pisania a więc chodziło o to by pokazać, że tak nie jest, że Kaczyński nie ucieka przed tym co nowe, znakiem czego będzie pierwsza debata blogerów na żywo w jego sztabie i przy osobistym jego udziale. Co prawda Komorowski zrobił rzecz podobną ale tylko przez skypa za to Kaczyński miał pójść dalej i zrobić to tak jak trzeba czyli tak, że jeśli ktoś wklepałby po tym dniu do Google frazę „debata blogerów” to miałby tam tego Kaczyński na samej górze wyników już na wieki, wieków, amen. Wszystko co miał zrobić Kaczyński to usiąść na chwilę z tymi blogerami i pogadać jak to naprawdę jest z tym Internetem a potem już tylko pozwolić im opowiadać a potem pisać o tym wydarzeniu na swych blogach czytanych przecież przez tysiące.
 
Nic z tego nie wyszło. Sprawy potoczyły się innym torem a Jarosław Kaczyński będzie już do śmierci biegał z tym tabletem w dłoni a i tak mu nikt nie uwierzy, że on wie do czego ta „deseczka” służy. A wszystko za sprawą jednego tylko człowieka, tego właśnie z plakatu no i jego kolegów, także dziś już radnych tyle, że dzielnicowych Warszawy, którzy zablokowali to wydarzenie o zgrozo tylko z tego powodu, że autor ten pomysł chciał realizować według własnego planu i z udziałem tylko przez siebie wybranych blogerów. To zaś wzbudzało realne obawy, że w takim układzie sukces i oklaski spadną tylko na pomysłodawcę - więc zwyczajnie to zablokowali. Debata blogerów spadła z oficjalnego harmonogramu spotkań mimo, że trwała już akcja informacyjna prowadzona w sieci także przez zaproszonych blogerów (że wymienię tylko Toyaha i Coryllusa) a gdy nadszedł jej czas okazało się, że sala jest niegotowa a przybywających na to spotkanie wyborców koledzy pana Grodzkiego informują, że to pomyłka i że nic o takiej debacie nie wiedzą. W wywiadzie Toyaha o tym nie ma słowa ale był tam i jak reszta przybyłych może poświadczyć, że to się udało w końcu wszystko złożyć tylko dzięki wolontariuszowi, który przy pomocy przybyłych na debatę osób przygotował co trzeba i oddał mikrofon Piotrowi Pałce, który to spotkanie dalej już sam, ładnie poprowadził.
 
Po co ja dziś tego trupa wygrzebuję, spytacie? By pamiętać, to na pewno, jak wiele złego może wnieść do sprawy zaledwie jedna osoba, gdy trafi w nieodpowiednie miejsce. Na to też, by pokazać jak działa w PiSie selekcja negatywna, bo o tamtym wolontariuszu z pomysłami przy okazji kolejnych wyborów już nie słyszałem. Odszedł jak wielu mu podobnych gdy zobaczyli jak to wszystko wygląda z bliska, odeszli jak wielu z tych którzy przychodzili na Nowogrodzką gdzie nie umiano wykorzystać ich zapału lub za ich plecami zwyczajnie i po chamsku z nich drwiono. Zostali tacy jak Michał Grodzki i spółka. Młodzi, eleganccy w nienagannych garniturach i tak ładnie uśmiechający się dziś do nas z plakatów. To mnie chyba najbardziej smuci, że mimo wszystko oni wciąż tak umieją. Przyszłość Prawa i Sprawiedliwości. No i te garnitury. Spójrzcie jak się w nich ładnie prezentuje nowe pokolenie? Niezgorzej jak na billboardach Vistuli. Ciekawe tylko co w ten sposób chce nam sprzedać PiS, bo przecież nie te garnitury?
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz