whos.amung.us

poniedziałek, 20 października 2014

Andrzej Gelberg, czyli System przyprowadził smoka

Autor: Toyah
 
Andrzej Gelberg, mimo że tak zwany człowiek Solidarności, i to jeszcze stosunkowo wczesnej, nigdy nie stanowił dla mnie materiału do jakichkolwiek refleksji. Jest więc rzeczą jak najbardziej zrozumiałą, że choćby teksty, które on z rzadka publikuje w Salonie24, omijają mnie szerokim łukiem, i to tak szerokim, że już znacznie bliżej mam do Ernesta Skalskiego, czy Kazimierza Wóycickiego, o których wiem przynajmniej tyle, że mnie wyprowadzą z równowagi i w ten sposób zainspirują do jakichś choćby w miarę interesującej refleksji. Gelberg bowiem to jest ktoś jeszcze mniej znaczący, niż Marian Krzaklewski. Czemu więc dziś nagle staje się on tematem mojej notki? Najprościej by było powiedzieć, że to przez to, że sobie wreszcie po tych wszystkich latach zasłużył, no ale to by nam niczego nie wyjaśniało. A zatem pozostaje nam już teraz tylko o owych zasługach coś opowiedzieć.
 
     Otóż dwa dni temu na blogu Gelberga w Salonie24 pojawił się tekst, o którym powiedzieć, że kuriozalny, to dużo za mało. Mówimy bowiem o tekście, który, gdy idzie o historię tak zwanego „dziennikarstwa śledczego” stanowi wypadek zupełnie wyjątkowy, a to z dwóch względów. Po pierwsze, śledztwo, które rzekomo prowadzi Gelberg, zostało już dawno skutecznie zakończone, a po drugie, to, które on prowadzi faktycznie i dla którego tamto stanowi wyłącznie przykrywkę, jest oparte na najbardziej bezczelnych w swojej lichości kłamstwach.
 
      Może krótko opowiem, o co chodzi. Otóż Gelberg, z powodów, których nie znamy i które tak naprawdę nie mają większego znaczenia, ni stąd ni z owąd postanowił opublikować na swoim blogu wspomnienie sprzed niemal już 25 lat, kiedy to rzekomo po raz pierwszy w życiu usłyszał o tym, jak pewna amerykańska fundacja praw człowieka, jeszcze w czasach ciemnego PRL-u postanowiła uhonorować Adama Michnika, Zbigniewa Bujaka i nieżyjącego już wtedy księdza Popiełuszkę, stosownymi dyplomami plus 40 tysiącami dolarów nagrody. Jak poinformowano wówczas Gelberga, całość nagrody zgarnęli Michnik i Bujak, a rodzina Księdza nie zobaczyła z tego oczywiście ani grosza. W tej sytuacji Gelberg, „wiosną roku 1991”, gdy, jak sam o sobie pisze, był zaledwie skromnym reporterem „Tygodnika Solidarność”, rozpoczął swoje prywatne śledztwo, które go najpierw zaprowadziło do ambasady Stanów Zjednoczonych, następnie do kościoła św. Stanisława Kostki, potem do ważnych, związanych z księdzem Popiełuszko osób, a wreszcie do samych rodziców zamordowanego księdza, którzy poprosili go o reprezentowanie ich interesów w dochodzeniu do prawdy. Wzmocniony owym życzeniem Gelberg, postanowił się skontaktować już osobiście z Michnikiem i Bujakiem, jednak sprawa stanęła na tym, że Michnik w ogóle z Gelbergiem o pieniądzach rozmawiać nie chciał, a Bujak zagroził mu, że Gelberga „zniszczy”. Koniec śledztwa.
 
       Gelberg nie mówi nam, ile czasu upłynęło od owej „wiosny 1991”, kiedy on, jako prosty reporter „Tygodnika Śolidarność” powziął wiedzę na temat skradzionych rodzicom księdza Popiełuszko dolarów, ale sądzę, że to wszystko jednak trochę trwało. W każdym razie, po tym, jak Michnik i Bujak Gelberga potraktowali z typową dla siebie brutalnością, on, jak sam pisze, udał się do swojego szefa, wówczas naczelnego redaktora „Tygodnika Solidarność”, Jarosława Kaczyńskiego, przekazał mu co wie i zaproponował tekst, w którym on ten przekręt ujawni, a „Tygodnik” go opublikuje. No i, wciąż wedle relacji Gelberga, Kaczyński się stropił i powiedział, że on tego tekstu nie opublikuje, bo takie rewelacje uderzą w dobre imię Solidarności, a to nam nie jest potrzebne. Tak to właśnie podobno zachował się gdzieś w roku 1991 redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Jarosław Kaczyński. I na tym się kończy tekst Andrzeja Gelberga opublikowany przez niego dwa dni temu na blogu w Salonie24.
 
     Jestem pewien, że każdy z nas, który albo pamięta dobrze tamte czasy, albo przynajmniej potrafi i ma ochotę myśleć logicznie, zwróci uwagę na to, że to o czym pisze Gelberg gdy idzie o rolę w całej sprawie Jarosława Kaczyśskiego to stek czystych nonsensów. Przede wszystkim, przynajmniej od późnej jesieni roku 1990, a więc od dnia, kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory prezydenckie, Jarosław Kaczyński, jako człowiek, który dostał zadanie budowania Wałęsie kancelarii, z „Tygodnikiem Solidarność” musiał siłą rzeczy mieć kontakt bardzo ograniczony. Kiedy natomiast został oficjalnie powołany na stanowisko szefa owej kancelarii, a więc już 22 grudnia 1990 roku, wydaje się logiczne, że niemal z automatu przestał być redaktorem naczelnym „Tygodnika”. W lutym 1991 roku nowym po Wałęsie szefem Związku zostaje Marian Krzaklewski, który na opuszczone przez Kaczyńskiego miejsce powołuje w kwietniu tego roku Andrzeja Gelberga właśnie, i to on przez następne dziesięć lat będzie „Tygodnikowi” szefował.
 
      No i w tym momencie powstaje pytanie podstawowe: w jakiż to sposób wiosną, czy latem, czy w ogóle w roku 1991, Andrzej Gelberg mógł zwracać się do Jarosława Kaczyńskiego, jako do naczelnego „Tygodnika Solidarność”, o zgodę na publikacje wspomnianych „rewelacji”? Biorąc pod uwagę fakt, że do kwietnia redakcją prawdopodobnie rządził wicenaczelny, a od kwietnia sam Gelberg, a śledztwo w sprawie pieniędzy, których rodzice księdza Popiełuszki nie dostali, zaczęło się „wiosną 1991 roku”, Gelberg musiał sam ze sobą wykłócać się o tę publikację i sam sobie jej ostatecznie odmówił, a w dodatku przez kolejne 10 lat strach go tak obleciał, że już w ogóle ani mu w głowie było poruszanie owego ciężkiego tematu. I ta ostatnia kwestia pozostaje nadal bardzo istotna. Jeśli przyjmiemy – co oczywiście jest bardzo możliwe – że Gelbergowi pomyliły się lata i on myślał o wiośnie roku 1990, a nie 1991, to w końcu, skoro on się dziś tak bardzo oburza na Kaczyńskiego i jego niskie kunktatorstwo, co on sam zrobił przez całą dekadę, będąc szefem „Tygodnika”, żeby aferę ujawnić?
 
      Ale to nawet nie jest dziś dla nas kwestią najważniejszą. Otóż wczoraj, kiedy na blogu Coryllusa pojawił się tekst informujący o sprawie Gelberga, Michnika, Bujaka, Księdza i amerykańskich pieniędzy, pod nim natychmiast pojawiła się cała kupa bardzo interesujących komentarzy, w których ich autorzy pokazali niezbicie, że sprawa owej amerykańskiej nagrody była bardzo szeroko omawiana jeszcze w latach 80-tych i choć wciąż jest o czym rozmawiać, to wszystko niemal zostało powiedziane już wtedy. A zatem, oczywiście możliwe jest, że Andrzej Gelberg, usłyszawszy od zaprzyjaźnionego księdza o skradzionych księdzu Popiełuszce amerykańskich pieniądzach, rzeczywiście nic nie wiedział, w dodatku nie wiedział też nic na temat szczegółów tamtego przekrętu do dziś, tyle że to chyba o nim świadczy jak najgorzej. No a jeszcze gorzej o nim świadczy to, że w tak głupi i prymitywny sposób próbuje w to wszystko wrobić Jarosława Kaczyńskiego.
 
      No ale my powinniśmy mieć jednak więcej od Gelberga rozumu i zastanowić się przynajmniej, po ciężkie licho on w ogóle dziś postanowił na swoim blogu opublikować ten głupi i nikomu niepotrzebny tekst? Co mu kazało nagle obudzić się rano i pomyśleć, że on akurat teraz przypomni tamtą historię o Jarosławie Kaczyńskim i jego nikczemności? Otóż moim zdaniem poszło właśnie o Kaczyńskiego. Z jakiegoś powodu, czy to z powodu jakichś swoich osobistych kalkulacji, czy też na zwykłe polityczne zlecenie, Andrzej Gelberg postanowił skompromitować Jarosława Kaczyńskiego, a więc człowieka, który w sposób oczywisty wybiera się po podwójną wręcz polityczną władzę w Polsce.
 
      A wszystko zaczęło się jeszcze właśnie w roku 1990, kiedy System widząc, że to co oni sobie tak inteligentnie zaplanowali z różnych względów może nie wypalić, w dodatku powstaje polityczna siła w postaci Porozumienia Centrum, która gotowa jest przejąć w Polsce władzę i to w sposób wyjątkowo skuteczny, najpierw podesłali Wałęsie owego Wachowskiego, a następnie uznali, że jeśli szefem Kancelarii uczyni się Jarosława Kaczyńskiego , a szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, jego brata Lecha, w ten sposób obu się łatwo skorumpuje, a następnie zneutralizuje. Jednocześnie, szefem Związku, w miejsce Wałęsy, wstawiono Mariana Krzaklewskiego, ten redaktorem naczelnym dużego jeszcze w tamtym czasie „Tygodnika Solidarność” Andrzeja Gelberga, jeden z nich załatwił więc Związek, drugi Tygodnik, a same lata 90-te, których swoją drogą ja osobiście nie zapomnę tak jak Smoleńska, załatwiły nam już całą resztę… z jednym małym wyjątkiem: nie udało się rozwiązać problemu Jarosława Kaczyńskiego.
 
       No i dziś, kiedy szczęśliwie Lech już nie żyje, natomiast ten drugi wciąż zadziera nosa, wzywają ponownie Gelberga i mu mówią: „Pamiętasz sprawę Michnika i Bujaka?” „Pamiętam”, odpowiada Gelberg. „Weź no, spróbuj w to wkręcić Kaczora?” „Ale jak?”, pyta Gelberg. „Sprytny jesteś, coś wymyślisz”, mówią ci co mówią...
       No i Gelberg wymyślił.
 
       A dla mnie pocieszające w tej całej – smutnej przecież jak jasna cholera historii – jest to, że wszystko wskazuje na to, że oni naprawdę już ledwo ciągną. Mam nadzieję, że się zarobią aż do zdechnięcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz