whos.amung.us

piątek, 31 października 2014

O przedświątecznych kłamstwach sprzedajnych ekonomów.

Autor: Integrator
Kto mnie już jakiś czas czyta wie, że piszę głównie o polityce i troszeczkę o sprawach społecznych. W końcu tak się ładnie przeplatają, że nijak pisać o nich oddzielnie i w zupełnie czystej postaci jak chcieliby twórcy ich definicji słownikowych. No ale że jutro mamy święto to postanowiłem nie pakować się Wam do domów jak zwykle z tym samym pakietem, pomyślałem też, że ostatecznie mogę napisać coś co choć trochę nawiąże do tych dni. O duchowości tu bynajmniej słowa nie będzie, o wierze i grobach także bo takie wypracowania pisałem w szkole. Będzie więc o tej polityce ale i o zakupach, cobyście z tego tekstu cokolwiek jednak przydatnego wynieśli. Reklamówki jadła z marketów dźwigać możecie to i ten tekst jakoś udźwigniecie.
Otóż byłem dziś w Biedronce kupić znicze. Staram się nie brać udziału w zbiorowych zakupach ale tych trudno uniknąć na wieczór przed świątecznym dniem wolnym. A że „świeczek” poszło więcej niż myślałem, nie był wyjścia, chciał nie chciał poszedłem.
W Biedronce szturm na półki. Bywam tam czasami ale pierwszy raz zdarzyło mi się w tak newralgicznym dniu więc to co tam zastałem to dla mnie nowość ale i ciekawostka do domowych rozważań socjologicznych. I wiecie co wymyśliłem? Że to co nam mówią w mediach różnej maści ekonomowie o stratach dla gospodarki wynikających z dni wolnych to wierutne bzdury. Zwykle jest tak, że jak idą święta a już szczególnie gdy mamy przed sobą kumulacje dni wolnych tzw. długie weekendy to oni zaraz są brani za czupryny i wystawiani nam we wszystkich serwisach informacyjnych, żebym ubrawszy wcześniej poważne miny wciskać nam, że jesteśmy lenie, że mamy gonić Europę a szukamy odpoczynku i że przez takie przestoje potwornie jako naród tracimy. Potem padają jakieś ciężkie miliony rzecz jasna bez słowa wyjaśnienia skąd są wzięte a my siedzimy jak te dzieci z wyrzutami sumienia, że może faktycznie przesadzamy. Guzik prawda. Wszystko jest jak być powinno. Jest nawet lepiej i już Wam piszę dlaczego. 
Stałem dziś w kolejce do kasy z pięcioma zniczami, było około godziny dwudziestej a więc na dwie godziny przed zamknięciem, a przede mną i za mną stali w tej kolejce ludzie z wózkami pełnymi artykułów spożywczych. Piszę pełnymi nie dlatego, że tak mi tu pasuje napisać, ani dla podkręcenia tła i emocji ale dlatego, że one naprawdę były wypełnione po brzegi jedzeniem. Dlaczego tak? Ano dlatego, że jutro wszystko będzie zamknięte i jeśli dziś nie zrobimy zakupów to będziemy musieli czekać do poniedziałku aż znów będziemy mogli napełnić do pełna brzuchy czy tam lodówkę. I już, żadnych innych powodów. Jak chodzi o powody pełnego wózka to tyle.
I właśnie wtedy, stojąc i nudząc się w kolejce do kasy doszło do mnie, że to całe gadanie o stratach w gospodarce to zwykła bzdura. Bo przepraszam o jakich stratach my tu mówimy? Raz, że niczego jej nie ubędzie bo to co kupilibyśmy gdyby dni wolnych nie było, kupiliśmy już dziś, dzień przed świętami bo na zapas. Po drugie na co dzień zalatani nie mamy czasu na większe zakupy, wiem po sobie, że wtedy nawet z jedzeniem bywa różnie - czasami obiad się zje, a czasami nie. Natomiast w dni wolne a już szczególnie w święta, a już bezdyskusyjnie jeśli spędza się je z rodziną, je się obowiązkowo wszystkie posiłki jak Pan Bóg przykazał. Co tam je? Bądźmy szczerzy. Siedzi się i zapycha na maksa i bez opamiętania. Więc gdzie tu szkoda? Ja tu poza chwilowym ubytkiem na zdrowiu widzę same zyski.
Kupiliśmy na zapas w dodatku więcej niż w zwykłe dni robocze więc z uporem raz jeszcze pytam gdzie u licha ta szkoda? Może jest tu jakiś mądrala z tych co się tak ładnie w tych dnia na ten temat produkują to ja bym bardzo prosił o naukę. Tyle, że już po świętach. Dajcie nam choć parę dni od waszych kłamstw odpocząć. Choć te parę szczególnych dni. Jak wrócimy, obiecuję, znów będziemy zaiwaniać od rana do wieczora, na kilku etatach, za byle pieniądze. Tak jak chcecie. Jak lubicie. Tylko dajcie nam te parę dni spokoju.
 

środa, 29 października 2014

O tym jak homogeniści chcą nas podejść od tyłu.

Autor: Integrator
 

Pozwólcie, że jak mawiał mój znajomy - na sam wpierw - wyjaśnię znaczenie słowa, które przyznam wymyśliłem a potem, czemu nie, umieściłem w tytule. W żadnym razie nie jest prześmiewcze wręcz przeciwnie -  jego trzonem jest słowo „faszyści”  - bo mniej więcej z takim poziomem systemowej agresji mamy w przypadku homoseksualnego lobby do czynienia. I mając na uwadze fakt, że organizacje promujące homoseksualizm stosują te same mechanizmy w oparciu o które faszyzm ongiś zdobywał Europę, bynajmniej nie jest to ocena przesadzona. Wykluczenie, napiętnowanie, dyskryminacja to tylko początek długiej listy w praktyce stosowanych działań. I choć fizycznej eksterminacji przeciwników póki co nie przewidziano to już śmierć publiczną a i owszem środowisko to stosuje wobec opornych, zdaje się nawet w sposób obligatoryjny. Pożyteczni głupcy i zapaleni popaprańcy mogą dla odmiany liczyć na wsparcie i bardzo, bardzo wiele przyjemności. Jak to wygląda w praniu? Jesteś marnym reżyserem? Żaden problem. Ogłoś tylko, że chcesz kręcić film o trudnej miłości dwóch panów, na dokładkę jeden z nich mógłby być katolickim księdzem, a wierz mi będziesz się wręcz potykał o pieniądze. Szukasz grantów dla swojej fundacji? Nic prostszego. Poszerz zakres jej działania o popularyzowanie wiedzy na temat związków jednopłciowych a finanse nigdy już nie będą twoim problemem. Albo w druga stronę, zacznij działać w obronie rodziny, lepiej jeszcze spróbuj wydać książkę o destrukcyjnym wpływie wychowania w związku homoseksualnym na psychikę dziecka a nie tylko, że nie znajdziesz wydawcy to dopiszą cię do listy oszołomów z adnotacją - zakaz promowania w mediach. Dożywotnio, nie ma polituj. Nie ma to mocnych, wszyscy są w zasięgu tej łapy nawet jeśli jest się grubą fish i produkuje Ciechana. Homogeniści, lepiej może homogenici to nie tylko słowa, to fanatyczni wykonawcy zamysłów lobby homoseksualnego działającego ponad granicami krajów. Dziś za cel przyjęli sobie zburzenie fundamentów w oparciu o które funkcjonuje nasz kraj. Stoi Moi Mili przed nami prawdziwe wyzwanie.

Nie tak dawno pisałem tu o „Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w zapisach której ukryto regulacje dotyczące sposobu wprowadzania do Polski GENDER wraz z opisem mechanizmów egzekwowania tych regulacji na wypadek gdyby trafili się jacyś bardziej oporni. Żeby było jasne Konwencja nie wprowadza niczego nowego w zakresie obrony kobiet przed przemocą, to wszystko już mamy w Polskim prawie zapisane. Jedyne nowum jakie wprowadza to te właśnie regulacje dotyczące GENDER dzięki którym w przedszkolach będzie trzeba mówić dzieciom jak się robi seks, że można się bawić siusiakiem no i w końcu to, że można sobie wybrać czy chce się być dziewczynką czy chłopcem. Ta lekcja według wytycznych WHO ma być z dziećmi przerobiona najpóźniej przed czwartym rokiem życia. Sprawę w porę nagłośniono także na blogach, dzięki czemu znalazła posłuch wśród posłów i nie przemknęła niepostrzeżenie przez maszynę do głosowania. Stała się nawet przedmiotem na tyle gorącej dyskusji, że po raz już czwarty  odłożono próbę jej ratyfikację. Jak łatwo przewidzieć głosowanie ma się odbyć po wyborach samorządowych by liberalna część sejmu nie musiała się tłumaczyć przed swymi wyborcami z jawnego uderzania w rodzinę. Bo różne mamy już dziwactwa w Polsce ale naruszanie statusu rodziny wciąż jest u nas źle postrzegane. Wiedzą o tym i posłowie Platformy stąd by móc wywiązać się ze swych zobowiązań względem środowisk GENDER, których żądania partia ta zobowiązała się po cichu wprowadzać, a jednocześnie by nie zrazić do siebie wyborców, głosowanie nad Konwencją rządząca partia dla bezpieczeństwa przełożyła. Jedni warci drugich.

W międzyczasie podjęto inną próbę wysadzenia fundamentów na których zbudowano nasz Dom, tym razem sygnał do działania dało lobby homoseksualne. Podobnie jak to było z Konwencją także i tu próbuje się poprzez dopisanie paru artykułów do istniejącej już ustawy wprowadzić po cichu do polskiego systemu prawnego akceptację dla związków homoseksualnych a nawet poligamicznych. Ponieważ zmiana artykułu 18. Konstytucji, który mówi o związku jednego mężczyzny i jednej kobiety jest dla tych sił operacją wciąż nieosiągalną, próbuje się ten zapis obejść wprowadzając nam wspomniane związku tylną furtką. Droga do tego prowadzi przez zmianę zapisów Prawa o aktach stanu cywilnego (druk sejmowy 2620).

O co dokładnie chodzi? Sejm rozpatruje właśnie rządowy projekt ustawy o aktach stanu cywilnego. Wśród wielu rozwiązań, przewiduje on również wprowadzenie nowego rodzaju "zaświadczeń o stanie cywilnym", które umożliwią Polakom zawieranie za granicą związków, które są sprzeczne z polskim porządkiem publicznym i konstytucyjnym. Po przyjęciu nowego projektu w państwach takich jak np. Malezja w oparciu o zaświadczenie o stanie cywilnym Polka będzie mogła wstąpić w małżeństwo poligamiczne, natomiast we Francji Polacy będą mogli zawierać "małżeństwa” jednopłciowe. Powiecie - nie nowość - jeśli ktoś chciał to już tak zrobił. Otóż nowość tego podejścia homogenitów do sprawy polega na tym, że zaproponowane zmiany mogą w kontekście unijnej zasady swobodnego przepływu osób narzucić Polsce obowiązek traktowania takich związków choć zawartych za granicą na równi z małżeństwem kobiety i mężczyzny, który przyjęliśmy w Polsce uznawać za jednie dopuszczalny. W praktyce będzie wyglądało to tak, że choć dalej związków jednopłciowych nie będzie można zawierać w Polsce to jednak jeśli ktoś taki związek zawrze za granicami kraju, choćby w pierwszym niemieckim mieście tuż przy granicy naszego kraju, gdy wróci do Polski nasze urzędy będą musiały taki związek akceptować i traktować na równi ze związkiem tradycyjnym i konstytucyjnym. W przeciwnym razie nasz kraj narazi się na unijne sankcje za jawną dyskryminację. Żartów nie ma bo projekt został już pozytywnie zaopiniowany przez sejmową Komisję Spraw Wewnętrznych i trafi w najbliższym czasie pod głosowanie na plenarnym posiedzeniu Sejmu.

Udało się zablokować sprawę Konwencji, a przynajmniej odroczyć głosowanie nad nią więc niech nikt się tu nie zasłania sloganami, że niczego nie możemy. Mamy ten wyjątkowy czas następującej po sobie serii wyborów a więc krótką chwilę gdy rządzący nami gotowi są w zamian za głos przychylić ucha naszym żądaniom. No to żądajmy, by nie pozwolili homogenistom, że tak to obrazowo ujmę, zajść nas od tyłu.

Związki jednopłciowe do Polski skrycie wprowadzają art. 33 pkt 3 lit. f, art. 44 ust. 1 pkt 3, art. 44 ust. 5, art. 49 ust. 1 i ust. 2. wspomnianej ustawy. I powinny zniknąć z niej zanim  będzie głosowana.

poniedziałek, 27 października 2014

Rozważania o narodzie. Część VII.

Autor: Integrator
 
... i kolejna, tym razem siódma odsłona luźnych myśli jako przyczynek do rozważań o narodzie, o tożsamości narodowej...

Wojna to zło którego w miarę możliwości należy unikać. Za to jej pokojowa odmiana czyli współzawodnictwo jest już jak najbardziej wskazane i bardzo potrzebne czy to na polu sztuki, techniki czy ekonomii. W książce którą każdy powinien mieć na półce o. Józef Maria Bocheński pochyla się także nad tym zagadnieniem i wskazuje znaczące różnice co do skutków takiej rywalizacji w konkretnych dziedzinach. Jak wskazuje dla przykładu konkurencyjność w kulturze nie obniża standardów wręcz przeciwnie ubogaca „przeciwne” strony przez co jesteśmy jak twierdzi o. Bocheński nawet zobowiązani do eksportowania tego rodzaju dobra, które jako takie powinno być niesione wszędzie gdzie może być przyjęte.[1]  Odmiennie jest z kolei w przypadku współzawodnictwa w dziedzinie ekonomii. Tu to co zyskuje jedno państwo traci drugie lecz wbrew pozorom to jest także rzecz pozytywna bo skłania do wysiłku i rozwoju. Nie trudno sobie wyobrazić co by było gdyby jakimś cudem wszyscy dostali gwarancję wystandaryzowanego, jednakowo równego poziomu życia. W krótkim czasie nasza cywilizacji upadłaby bo i po co miałby się ktokolwiek wysilać? A więc choć to wciąż może brzmieć kontrowersyjnie to tak, walka ekonomiczna jest bardzo wskazana.
 
Sedno tkwi w tym jak do niej podchodzimy i jak się w niej odnajdujemy? Jeśli odpowiednio się do takiej walki przygotujemy możemy stać się faktyczną siłą i prawdziwym przeciwnikiem dla innych stale ścierających się ze sobą gospodarek. Jest to rzecz dla nas bez wątpienia osiągalna a skoro jedno pokolenie umiało stawiać opór barierom Bismarka to inne w dodatku już wolne nie powinno mieć z tym większych problemów. Bo czy my nie potrafimy sprzedawać? Nie potrafimy wytwarzać? Stawiane nam dziś bariery naprawdę w niczym nie mogą się równać z tymi, które rzucano naszym dziadom.
 
Polskie wynalazki zadziwiają świat. Polska myśl techniczna pomimo nikłego zaplecza finansowego od lat utrzymuje się na wysokim poziomie a wciąż nie potrafimy ekonomicznie ekspandować. Mamy własne państwo, mamy zdolnych i przedsiębiorczych ludzi którym wystarczy stworzyć odpowiednie warunki by zaczęli działać. Co nam jeszcze potrzeba by się obudzić z letargu?
 
Umiłowanie Ojczyzny powinno powstrzymywać nas przed rwaniem co popadnie z jej sukna, przed wyszukiwaniem jej słabostek, raczej winno uczyć roztropnego czerpania z jej dóbr. A jednak wciąż słychać o kolejnych nadużyciach, co tylko potwierdza fakt, że z tą naszą tożsamością nie jest za dobrze. Szukamy luk w prawie gdzie się da, bierzemy co się da gotowi wzajemnie się pozabijać a to, że Polska słabnie mało nas obchodzi. Nabawiwszy się takich nawyków idziemy z nimi w świat i także tam zamiast być jedną siłą przeciwko obcej sile ekonomicznej jesteśmy sobie niczym sfora psów kąsając się wzajemnie. Niszcząc ekonomicznie swego rodaka robimy miejsce zachodniemu kupcowi by mógł łatwiej wejść i torować drogę swym pobratyńcom z Zachodu. Wcale daleko szukać nie trzeba. Odwieczne zapędy Niemców do panowania nad Europą to nie wymysły a historyczne fakty. Po latach nieudanych prób zdobycia Polski orężem dziś próbują podbić nas ekonomicznie. Zresztą nie tylko oni. To jest droga na około, wymaga czasu ale jest znacznie skuteczniejsza bo to co zostanie przejęte w taki sposób będzie bardzo trudno odzyskać i będzie wymagało z naszej strony znacznie mądrzejszych decyzji. To będzie wymagało myślenia i dlatego boję się o przyszłość Polski.

Siła przeciwnika nie zawsze wynika z jego nadzwyczajnych predyspozycji, częstokroć wywodzi się z naszej słabości, którą nazbyt często okazujemy. Skoro już o tym mowa to w tym akurat jesteśmy dla odmiany prawdziwymi mistrzami. Nie pytani, nie proszeni, obnażamy się i sami biczujemy stając nie negatywna reklamą naszego kraju gdziekolwiek pojedziemy. Jakże jaskrawy objaw zaniku tożsamości narodowej a na pewno jej wypaczenia. Zamiast czuć dumę z przynależności do Polskiego Narodu głównie kalamy się i poniżamy a to w jeszcze większym stopniu niszczą w nas przywiązanie do Macierzy. Naprawdę trudno to pojąć jakim prawem umniejszamy wartość tego co jest tylko w jednej czterdziestomilionowej części nasze i to tylko przejściowo? Czy to tak trudno zrozumieć, że uderzając w naród uderzamy w siebie samych, jako tego narodu cząstkę? Póki tego nie zrozumiemy stale kręcąc się wkoło zaczniemy opadać wewnętrznie aż osiągniemy dno tożsamości narodowej jakim jest kosmopolityzm. I zrobimy to niczym żałośnie śmieszny klaun ku uciesze narodów nieustannie dbających o dobre imię swych ojczyzn. Narodów dumnych z tego co mają, kim są i że w ogóle są. To jest fakt do którego musimy dojrzeć.
 
Jak? O tym już było ale bardzo ładnie ujął to autor w małej książeczki pt.: „Jak uratować Polskę”. Czytamy tam tak: „Żeby być świadomym Polakiem, nie wystarczy być nim tylko na zewnątrz, nie wystarczy tylko mówić po polsku, trzeba być nim także wewnątrz, trzeba również po polsku myśleć i czuć. Nie wystarczy być Polakiem tylko z urodzenia, niejako z losu, czy wręcz z przymusu, z barku możliwości przemianowania się na inną, bardziej popłatną dziś nacje. Przeciwnie, trzeba posiadać dumę narodową, trzeba utożsamiać się w pełni z polską kulturą i tradycją historyczną, trzeba czuć wewnętrzny, duchowy związek całym, własnym narodem, nie tylko z pokoleniami obecnymi, ale także z przeszłymi i przyszłymi.” [2]
Pomyśl o tym.
 

1. Bocheński Józef Maria „Patriotyzm, męstwo, prawość żołnierska”, Wydawnictwo Antyk, Warszawa 1989,
s. 22
2. Ośrodek Polskiej Myśli Politycznej im. Wincentego Witosa przy Przymierzu Ludowo - Narodowym „Jak uratować Polskę”, Dom Wydawniczy „Ostoja” 2001, s.35

niedziela, 26 października 2014

Powrót do przyszłości, czyli rozmowa z Pawłem raz jeszcze

Autor: Toyah
 
Wczoraj bloger Integrator – swoją drogą szczerze polecam – przypomniał pewne zdarzenie sprzed lat, które nas w tamtych dniach bardzo absorbowało, a dziś, przykryte przez cały szereg zdarzeń znacznie ciekawszych, najzwyczajniej w świecie, przeminęło z wiatrem. Mam tu mianowicie na myśli pewną debatę, do której, wbrew temu, co niektórzy sądzą, tak naprawdę nie doszło. Oto tuż po smoleńskim nieszczęściu, a tuż przed wyborami prezydenckimi, w których przeciwko siłom Systemu startował ledwo żywy Jarosław Kaczyński, pewien Paweł, wówczas członek grupy tworzącej warszawski sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, chcąc merytorycznie, ale również jak najbardziej propagandowo, wzmocnić organizowany w Hotelu Europejskim cykl debat, zaproponował zorganizowanie spotkania Jarosława Kaczyńskiego z blogerami. Pomysł, skonsultowany między innymi z Joanną Kluzik-Rostkowską, wówczas szefową kampanii,  i drugą ważną osobą w Sztabie, Elżbietą Jakubiak, otrzymał tak zwane zielone światło i rozpoczęły się przygotowania. No i stało się tak, że niemal w jednej chwili, kiedy z jednej strony Paweł robił wszystko, by owa debata się odbyła i zakończyła sukcesem, z drugiej, zatrudnieni w sztabie młodzi działacze Prawa i Sprawiedliwości, przeprowadzili bardzo brutalną akcję przeciwko owej debacie, co doprowadziło do tego, że to co z niej zostało to jakieś strzępy, o których ani nikt nie wiedział, ani wiedzieć nie chciał.
      Parę miesięcy później przeprowadziłem z Pawłem rozmowę na temat całej tej kampanii i zamieściłem ją na blogu. Rozmowa znalazła stosunkowo szeroki oddźwięk, do tego stopnia, że, kiedy pojawiła się konieczność usunięcia z Partii przyszły działaczy PJN, została w całości przedrukowana przez portal PiS-u i gdzieniegdzie odpowiednio skomentowana, jednak jak mówię, z czasem sprawy związane z tamtymi wyborami zostały przykryte przez nowe wydarzenia i nowe emocje, i dziś, jak sądzę, większość z nas nawet nie pamięta, co się wtedy zdarzyło na pograniczu wielkiej polityki.
      I pewnie bym dziś tamtych emocji nie przypominał, gdyby nie fakt, że bloger Integrator jakimś przeciwnym przypadkiem zobaczył na ulicy plakat prezentujący kandydaturę na radnego Warszawy działacza PiS-u, człowieka nazwiskiem Michał Grodzki, w jednej chwili skojarzył go sobie z Michałem Grodzkim, który wówczas, w roku 2010, działał w sztabie wyborczym Jarosława Kaczyńskiego i który – ta, to on! to on! –  podjął bardzo skuteczną akcję niedopuszczenia do tamtej debaty. Dlaczego? Bez powodu. Za jego zaangażowaniem stała zwykła zawiść i obrażone ambicje. Chodziło o to, by to co musiało odnieść bardzo spektakularny sukces, nie zostało przeprowadzone bez jego i jego kupli udziału. Dziś ów Grodzki kandyduje do Rady Warszawy z drugiego miejsca i należy się spodziewać, że kariera przed nim stoi otworem.
       W komentarzu pod tekstem Integratora ja z kolei przypomniałem inne zdarzenie, kiedy to podczas trzecich urodzin Salonu doszło do mojego i paru innych kolegów spotkania z Jarosławem Kaczyńskim i któryś z kolegów zwrócił uwagę Prezesa na mój blog, zachęcając go, by partia zechciała wykorzystać przykłady tego typu zaangażowania dla dobra ogółu. Kaczyński wysłuchał tej opinii, przywitał się ze mną, pogratulował mi osiągnięć i zaproponował, bym, jeśli „chcę robić karierę w PiS-ie” zgłosił się do lokalnego oddziału partii i tam rozpoczął wspinaczkę wedle zwykłych procedur. Takie to były kiedyś czasy. Dziś świat polityki jest już zupełnie inny, zmieniło się niemal wszystko, nawet nie ma już Kluzik i Jakubiak. Nie ma już nawet tamtego Pawła. Jedno wszak pozostaje nietknięte – działacze, procedury i kariery. Przypomnijmy więc sobie tamten wywiad sprzed lat. To jest tekst bardzo długi, ale w końcu mamy jesień, za oknem ponury deszcz i chłód, w dodatku Coryllus w Krakowie na targach, a więc co nam szkodzi spędzić trochę czasu na wspomnieniach:
 
Opowiedz może proszę najpierw, jak to się stało, że w ogóle zostałeś członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego? Czy to że od początku wspierasz jego projekt i przywództwo wystarczyło?
Dzięki znajomościom. Jak zresztą każdy. Chciałem pomóc, wiedziałem, że się przydam, poszukałem kontaktów – no i mnie polecono.
Więc jak to wyglądało? Przychodzisz. Przedstawiają cię i co się dzieje?
Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy…
Chcesz powiedzieć, że weszła i zwyczajnie powiedziała, żebyście sobie poszli?
Właśnie tak. Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.
No i co? Czekałeś aż oddzwoni, czy jak?
Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.
Praca, czyli co?
W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, 3 studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty.
Ale oni coś tam robili, czy nie?
No, nie bardzo. Albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.
No a Poncyliusz, albo Kluzik przychodzili tam, żeby się dowiedzieć co się dzieje?
Skąd! Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu…
A co ci się nie podoba z tym call center? Przecież wszyscy byli zachwyceni.
Byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osob dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.
No dobra. Pojechaliście do tego call center.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa - do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.
No ale ja pamiętam, że ten pierwszy wiec, ze względu na powódź, miał się wyłącznie sprowadzać do koncertu-zbiórki właśnie na powodzian?
No tak. Tyle że najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci że tak brzydko powiem „z górnych szczebli drabiny społecznej”.
Dobra. Więc dzwonisz.
W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił.
Skąd wiesz, że ze sztabu? I że w ogóle zniechęcił.
Jakubiak powiedziała, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.
A więc jest wiec…
To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.
Słyszałem, że tam nic nie było w ogóle słychać.
Zero. Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił kandydat słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece.
Z tego co opowiadasz o sytuacji wewnątrz sztabu, wynika, że inaczej być nie mogło.
Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.
Dobra. Lećmy dalej.
Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto - o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej. Dobre!
Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.
No ale, jak patrzymy na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to jednak wszystko jakoś działało, i to nawet nienajgorzej. Sam tam byłem, i pomijając opisywane już przeze mnie zamieszanie z tą naszą debatą, nie wyglądało to najgorzej.
Tak. Jakoś. Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie…
O tak! To też nasz Antek zauważył. Strasznie się wściekał, że to jest kompletna porażka…
Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media.
Media na to chyba nawet nie zwróciły uwagi…
Nie wiem. Może ich to zwyczajnie nie obchodziło. Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.
Przesadzasz.
Nie wiem. Może. Ale tak sobie wtedy pomyślałem.
Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się 6 osobowa grupa, poza od czasu do czasu przenoszeniem krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, który najwyraźniej czuł się dzięki takim pustym zadaniom spełniony. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida…
Co to jest Batida?
No, tam obok jest taka kawiarnia i był plan, żeby ją wykorzystać na rzecz kampanii. No więc, kiedy mu powiedziałem, że Jakubiak zgodziła się bym się tym zajął, on się normalnie obraził…
O co?
No nie wiem. Że coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami, chyba. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera, cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.
Potwierdzam. Byłem, słyszałem.
No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób.
Co się dziwisz? Miała się zacząć o 15.30, zaczęła się o 16, ale i tak cud, że do niej doszło.
Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało.
O ile wiem, ich nawet i tak za bardzo w telewizji nie pokazywali.
No bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem,... to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.
To ta nasza
Tak. Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem I-szej tury. I o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na stronie www.jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą.
Wiedziałem, że tam się coś niedobrego dzieje. Ale rozmawiałem z Kluzik i ona obiecała, że będzie miała na wszystko oko.
Ona nie mogła mieć na nic „oka”, bo była wciąż umordowana swoją pracą, i tyle tylko, że w tamten czwartek pokazała się w sztabie i oni pewnie uznali, że skoro ona się z nami zna, to lepiej nie robić kłopotów. Zresztą sam widziałeś. Ona była zmęczona i przygnębiona. Rozmawiała z nami, patrząc od niechcenia w komórkę. Nie bardzo obchodziło mnie co mówi, miałem co innego na głowie, ale zapamiętałem coś co zrobiło na mnie duże wrażenie. Ona powiedziała ci na koniec tej rozmowy, że ma już dość, że jest zmęczona, i że już nie może się doczekać, aż znów wróci do domu o normalnej porze i zrobi dzieciom kolację... zresztą wciąż teraz o tym gada w telewizji. Zapamiętałem to, bo gdyby padło to z ust „zwykłej” kobiety, to byłaby to bardzo piękna, i zdrowa reakcja. Ale powiedziała to szefowa sztabu! Demonstrując tak całkowicie psychiczne i motywacyjne rozbicie i to w połowie drogi, bo wciąż jeszcze przed drugą turą, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie może się udać. No i jeszcze ten Poncyliusz. Pamiętasz, jak on do nas podszedł i bez zwykłego „dzień dobry” czy „przepraszam” zapytał ją o coś, i bez słowa poszedł. Ty mu nawet powiedziałeś „dzień dobry” i wysunąłeś dłoń, a on nic. Polityk, cholera. Przecież jego pierwszym, i najprostszym obowiązkiem jest się uśmiechać do nieznanych sobie ludzi i ściskać im te dłonie. Tak po prostu. Zresztą nie ważne...
Był zajęty. Miał sprawy.
Jasne, że miał sprawy. Tyle że my to rozumiemy, ale ludzie, których on spotyka na co dzień mogą mieć to w nosie. A skąd wiesz, czy to nie jest jego stały styl? I skąd wiesz, co sobie o tego typu stylu myślą ci, którzy są mniej wyrozumiali?
Niech ci będzie.
Wyście się rozglądali ciekawie po sali, podczas gdy ja siedziałem wkurzony i napięty. Pierwszy rzut oka na salę debat uświadomił mi zaraz po wejściu, że ludzie od Jakubiak zbojkotowali nie tylko umieszczenie debaty na stronie www, ale i sama debatę. Sala nie była w ogóle przygotowana…
To już kiedyś opowiadałem.
No to ja jeszcze dodam parę obrazków. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.
Obrazili się i tyle.
Niech się obrażają, ale tu chodziło nie o nich. Ja myślę, że im tak naprawdę w ogóle nie zależało na wyniku tych wyborów. Że on był gdzieś tam daleko na horyzoncie myśli, a tymczasem ważniejsze na co dzień było to całe łażenie i lansowanie się. Ale Piotr Pałka - ten który debatę prowadził – chłopak też jakoś w moim wieku był rewelacyjny. Naturalny, niezepsuty, młody dziennikarz.... no i blogerzy, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Na debatę przyszło około 20 osób…
Było więcej.
Niech będzie, że więcej. Ale i tak, zważywszy na brak informacji na stronie www, na wczesną godzinę (w Warszawie pracuje się zwyczajowo do 17tej) było świetnie. Po części w której pytania zadawał Prowadzący...
Dobra. O tym ja już pisałem na blogu. Opowiadaj dalej.
To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.
Powiedz mi tylko, czemu ci tak zależało, żeby w ogóle dziś zacząć o tym mówić? Rozmawialiśmy przecież wiele razy wcześniej, i zawsze zgadzaliśmy się, że nie ma co w tej kampanii więcej grzebać.
Gdy zrezygnowałem z pracy w sztabie, obiecałem sobie że to co tam widziałem nie ujrzy światła dziennego. Wstyd, więc nie ma o czym opowiadać. I tak było do chwili gdy Marek Migalski swym otwartym listem rozpoczął jeden z najcięższych ataków medialnych na osobę Jarosława Kaczyńskiego jakie pamiętam. Na człowieka bez którego PiS nie przetrwa roku. Atak o tyle wyjątkowy, że już właściwie nie na to co on mówi, ale jak mówi i że w ogóle mówi. Atak w którym chodzi o pokazanie, że to jest człowiek szalony, opętany nienawiścią, wynikającą z głębokiej depresji po stracie brata. I gdyby zasadę „o rodzinie tylko w rodzinie” złamał sam Migalski, mimo wszystko, poseł niższej rangi, zdania bym nie zmienił. Ale nie mogłem zachować się inaczej, gdy pożywki dla mediów swymi komentarzami dostarczyła i Elżbieta Jakubiak, która przedłużyła atak na Prezesa tekstami o konieczności debaty wewnętrznej - ciekawe, że prowadzonej na zewnątrz. Na pomoc, niestety nie Prezesowi, a zawieszonej za nielojalność koleżance, przybyła posłanka Kluzik, podważając u Olejnik, stanowisko Prezesa w sprawach tak fundamentalnych jak współpraca rosyjsko-niemiecka. Ich nielojalność każe mi dziś mówić. Po to by pokazać, kim są ludzie, którzy dali przyzwolenie mediom by uderzyć w ich szefa. Chciałem pokazać, że ci co dziś błyszczą w mediach, mając się za pokrzywdzonych, są autorami porażki Jarosława Kaczynskiego, który przez takich ludzi mógł wygrać tylko dzięki bożej pomocy i wbrew swemu sztabowi.
No ale przecież Jarosław Kaczyński osiągnął wspaniały wynik. Porównaj to z prognozami z czasów jeszcze sprzed paru miesięcy. Porównaj to z notowaniami samego PiS-u.
Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie. I popatrz dziś, jak oni z tą ohydna satysfakcją pokazują te migawki z czasu kampanii, te z gibającym się Migalskim, z tym idiotycznym kwiatkiem w zębach. Ty myślisz, że komu się to spodobało? Ilu ludzi uznało, że to jest to czego oni chcą. Jakieś, przepraszam dziwadło w kolorowych szmatkach żrące kwiatki!
No ale ty nie narzekałeś na Migalskiego, ale na tych studentów w sztabie w Hotelu.
No ale to wszystko to był sztab. I ci studenci i Jakubiak i Migalski. To właśnie ten sztab organizował kampanię. To sztab wymyślał strategię. Przecież nie możemy wymagać od Kaczyńskiego, żeby on sobie to wszystko sam ułożył. Wybory prezydenckie to wielkie przedsięwzięcie, którego prowadzenie kandydaci na całym świecie zlecają osobom zaufanym, i które to w razie wygranej kontynuują swoją pracę na wysokich stanowiskach u boku zwycięzcy. To wszystko działa jak naczynia połączone. Nawet nie chce mi się tego tłumaczyć.
No ale chyba widział co się dzieje?
Wcale nie musiał widzieć. Każdy ma swoje zadanie. A jeśli idzie o Kaczyńskiego, to nie zapominajmy, że to że on w ogóle wystartował w tych wyborach, to był gest wręcz nieludzki. Wygranie tych wyborów to był ich obowiązek. A jeśli chcesz mówić o jego winie, to ona mogłaby się ewentualnie sprowadzać tylko do tego, że akurat im kazał poprowadzić tę kampanię. Mówię ci to wszystko, żeby każdy kto to przeczyta, wiedział jak słuszną decyzję podjął Kaczyński zawieszając Jakubiak i wyrzucając Migalskiego... ale też właśnie jak bardzo się z tą decyzją spóźnił. Mówię ci to, by pokazać że ponad interes partii, i lojalność wobec lidera, oni wybrali swój interes, swoje ambicje i wzajemną lojalność względem siebie. I że to kryterium koleżeństwa w przypadku posłanki Kluzik, już teraz doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, że zamiast lojalności względem prezesa własnej partii, wybrała lojalność względem wiceprezesa partii opozycyjnej, Grzegorza Schetyny! Mówię ci to żeby pokazać, że w kontaktach z PO podczas prac sztabowych, osoby te najwyraźniej przejęły sposób myślenia i zachowania tych pierwszych. Poprosiłem cię też wreszcie o tę rozmowę, by ten kto to czyta, zrozumiał, że względem PiS-u media stosują zasadę kija i marchewki. Bo gdy podczas kampanii PiS szedł w złą stronę, mówiono o świetnych wynikach Kaczyńskiego... aż w końcu przegrał wybory. Teraz gdy Kaczyński wrócił na dobrą drogę, i stara się wszystko poukładać i odbudować dawną pozycję, gdy PiS zwiera szeregi, próbuje się go z tej drogi odwieść, insynuując załamanie nerwowe depresje, niepoczytalność – tłumacząc tym wszystkim aktualnie słabe wyniki w sondażach. I oni wiedzą co robią. Bo gdy w PiS pierwsze skrzypce grał Kurski, Ziobro, czy Macierewicz, partia ta miała i Rząd i Sejm i Prezydenta. Ale wtedy ktoś wymyślił, że tych ludzi trzeba wysłać do Brukseli, tak by nie było komu pilnować polskiego podwórka. Wyjechali, a ich miejsce zajęli ludzie, którzy dobrze bawili się w czasie kampanii... Jasna cholera, popatrz, oni przebrani za dzieci kwiaty grali na gitarach i śpiewali piosenki podczas gdy pisowscy wyborcy wciąż byli pogrążeni w żałobie i szoku po utracie swego Prezydenta! Potrafisz to pojąć?! A teraz zbratani tą wspólną dobrą zabawą, uderzyli w Kaczyńskiego w sposób absolutnie bezpredecedensowy. Dla takich ludzi nie ma miejsca w pierwszych szeregach tej partii, bo ona przez takich ludzi słabnie, i traci zdezorientowanych takim zachowaniem wyborców. Nie ma w nich szczególnie miejsca dla polityków, którzy, choćby jak Joanna Kluzik-Rostkowska, publicznie oznajmiają, że nie widzą wielowiekowej już przecież współpracy rosyjsko-niemieckiej. I że jeśli Jarosław Kaczyński tak twierdzi to dlatego, że wpadł w jakieś niedobre psychiczne kłopoty. Bo to jest groźne już nie tylko dla samego PiS-u, ale jak pokazuje historia jest groźne dla Polski.
Tośmy sobie pogadali.
Owszem. Dziękuję.
To ja ci dziękuję.

czwartek, 23 października 2014

O tym jak Tusk zdał test Putina

Autor: Integrator
 
Sikorski głupi jak niektórzy twierdzą nie jest, tego akurat możemy być pewni i jeśli zdecydował się na tak ciężkie uderzenie w Tuska to nie dlatego, że mu się to wymsknęło ale dlatego, że jest to część jakiejś gry w której oczywiście bierze udział. Można by tu zastanawiać się z kim on gra i przeciwko komu, ale z racji naszych ograniczonych możliwości poznawczych możemy tylko zgadywać.
 
 
Skupiłby się raczej na tym co jest w naszym zasięgu, bo mamy wystarczającą ilość materiałów by przyjąć jedną rzecz za prawdopodobną, drugą za oczywistą. Prawdopodobne jest to, że Sikorski jest w jakiś sposób powiązany z Rosjanami. Oczywiście nie wiemy czy tak jest i w jaki stopniu ale wiele wskazuje na to, że coś jest na rzeczy. Ale po kolei. O jego życiu zanim został politykiem wiemy bardzo niewiele a właściwie nie wiemy nic poza tym, że swego czasu najpierw w sposób bardzo niestandardowy „studiował” na Oxfordzie, potem poleciał do Afganistanu, raz robić tam reportaż z wojny innym razem stało, że walczyć z Rosjanami. I tyle bo nic więcej o nim nie wiadomo. Czy go ktoś przez ten Oxford przepchał a potem wysłał w to niespokojne miejsce ówczesnego świata nie wiemy, ale możemy przypuszczać, że tak i że to byli Amerykanie. Z racji tego powinien cieszyć się ich poparciem ale tak nie jest, on też ich jak wiemy z podsłuchów u Sowy nie lubi i przyczyn tego stanu rzeczy trzeba jak mniemam szukać w górach Afganistanu. Tam musiało wydarzyć się coś, co odmieniło Sikorskiego a zarazem plany Amerykanów względem jego osoby. Można mniemać, że właśnie tam doszło do kontaktu z Rosjanami, czego konsekwencje ciągną się za Radosławem Sikorskim po dzień dzisiejszy.
 
 
Gdybym chciał nakręcić dobry film szpiegowski a przecież najlepiej takie scenariusze pisze życie, to wątek tej części filmu wyglądałby tak, że Sikorski wpada w ręce Rosjan a ci składają mu propozycję nie do odrzucenia. Dla młodego człowieka któremu przytknięto lufę karabinu do głowy, przed którym jeszcze całe życie, który w dodatku utknął w miejscu w którym nikt go nawet nie będzie szukał taka propozycja jawi się jak zbawienie. I stało się. Tak tylko można tłumaczyć rozluźnienie więzi z Amerykanami, którzy wyjście z tak ciężkiej opresji musieli z automatu zakwalifikować jako akt przewerbowania. Tak też można tylko tłumaczyć późniejsze prorosyjskie gesty Sikorskiego jak zaproszenie ministra Ławrowa na coroczne spotkanie z polskimi dyplomatami czy przekazanie praw do wydawania Rosjanom wiz do Polski prywatnej firmie przez co polskie służby utraciły kontrolę nad tym kto jest wpuszczany na teren kraju. Taką luką w naszym systemie kontroli granicznej stała się też umowa o małym ruchu przygranicznym ze zmilitaryzowanym okręgiem kaliningradzkim. Tylko tym „spotkaniem w górach” można też wytłumaczyć zachowanie Sikorskiego na Majdanie, gdzie straszył czołgami Ukraińców walczących o niezależność od rosyjskich wpływów, wreszcie tak tylko da się wyjaśnić to co zrobił na dniach opowiadając o putinowskiej propozycji rozbioru Ukrainy złożonej Tuskowi przed sześciu laty. Inaczej się tego wszystkiego poskładać nie da. Prawdopodobnie tak to wyglądało. Prawdopodobnie.
 
 
Co do sprawy o której możemy mówić jak o pewniku. Nie ma wątpliwości, że Tusk na pewno dostał propozycję wzięcia udziału w rozbiorze Ukrainy. To jest informacja takiej wagi, że Sikorski pierwej zapomniałby jak ma na imię jego żona niż to, że dostaliśmy propozycję uderzenia wespół z Rosją na sąsiada. Więc z tym pomieszaniem myśli to bzdura, Sikorski wycofał się z tego bo ktoś go nacisnął ale co powiedział to powiedział i o to chodziło jego zleceniodawcom. Ale wracajmy do Tuska. Nie sądzę by Putin liczył na pozytywną odpowiedź ze strony premiera państwa, które ma z Moskwą jak idzie o historię relacje jednoznaczne. Myślę, że to był test połączony z próbą zdobycia na niego haka. Putin już wtedy przygotowywał się do aneksji Krymy i gdyby Tusk podjął jakkolwiek temat rozbioru, miałby odcinek polski „zneutralizowany” – na samo wspomnienie tej rozmowy, rząd polski asekuracyjnie wycofywałby się z działań poparcia na rzecz Ukrainy bojąc się jej ujawnienia i międzynarodowej kompromitacji. Z drugiej strony sam fakt, że Tusk „wziął udział” w takiej rozmowie a więc wszedł w posiadanie informacji o zamiarach Putina i nigdzie dalej tego nie przekazał, stało się dla niego kulą u nogi w kolejnych relacjach z Rosjanami. Kto wie czy Sikorski ogłaszając te rewelacje nie miał za zadanie odcięcia tej kuli i zdjęcia z Tuska szantażu jaki wisiał nad nim od tamtego dnia. Być może taka zaszłość  ciągnąca się za prezydentem Europy musiała być nie na rękę innym graczom tej wielopoziomowej szachownicy i odcięli ten łańcuch. A może wręcz przeciwnie? Może chodziło  właśnie o ostateczne wykorzystanie tego powoli tracącego moc haka w związku z wyborem Tuska na prezydenta Europy do zdestabilizowania osłabionego, dopiero co powstałego rządu w Polsce? Naprawdę jak idzie o Sikorskiego trudno ocenić kto nim pociąga ale z pewnością koniec sznurka znajduje się gdzieś poza granicami kraju.
 
 
Co to testu to Putin mógł dzięki wzmiance o rozbiorze Ukrainy chcieć sprawdzić jak Tusk zachowa się w sytuacji gdy padnie propozycja współpracy, jakiejkolwiek. Chodziło o sprawdzenie czy jest gotów w cokolwiek zagrać razem z Rosją bo że Kaczyński na takie coś by nie poszedł było oczywiste. Pytanie było czy ta polskość o której Tusk pisał, że tak mu ciąży będzie mimo wszystko naturalną przeszkodą w nawiązaniu ścisłych relacji z władzami Rosji czy nie? Okazało się, że nie, że jest idealnie wyprany z tych emocji i zamiast bić na alarm, zamiast lojalnie poinformować naszych sojuszników w NATO o planach wojennych Putina i otworzyć im oczy na prawdziwe intencje wydawało się, że możliwej do ugłaskania Rosji, a przede wszystkim  zamiast poinformować zwierzchnika Sił Zbrojnych prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zachował tą informacje dla siebie. Potwierdził tym samym swój rys psychologiczny – człowieka zlęknionego a zarazem skłonnego do niejawnych gierek – co Rosjanie wykorzystali zaledwie dwa lata później, gdy Tusk będąc przed wyborami był już całkiem otwarty na wszelkie warianty prowadzące do zwycięstwa, skutkiem czego podjął z Rosjanami grę przeciwko własnemu prezydentowi. To właśnie podczas tej rozmowy z Putinem potwierdzona została możliwość wykonania działań, które bez udziału polskiej strony nie dałoby się przeprowadzić, a które swój finał znalazły w Smoleńsku. Rosjanie od tej chwili wiedzieli, że Tusk wejdzie do takiej gry a gdy będzie po wszystkim i zrozumie, że nie on grał ale nim grano, stchórzy i zamiast honorowo złożyć stanowisko, zrobi wszystko by zatrzeć tej współpracy ślady. I tak też było.
 
 
Chcę to raz jeszcze podkreślić by nie było wątpliwości jaki jest stan rzeczy po doniesieniach Sikorskiego. Nie on tu jest punktem programu a Tusk, który dostając taką propozycję od Putina, dokładnie od tej chwili nie mógł mieć już najmniejszych wątpliwości kim jest ten człowiek i jakie przyświecają mu cele. Zatrzymując dla siebie tak oczywisty sygnał gotowości Rosji do terytorialnej ekspansji uniemożliwił odpowiednie przygotowanie się na tą okoliczność zaczarowanej Rosją Europie, której teraz o ironio został „prezydentem”. Spada też na niego część odpowiedzialności za to co się dziś dzieje na Ukrainie, pełną odpowiedzialność za tragedię w Smoleńsku a przede wszystkim za wprowadzenie Polaków w błąd co do prawdziwych intencji Rosji poprzez narzucenie bezwarunkowej polityki pojednania zainicjowanej w dodatku nad leżącymi w błocie zwłokami naszego prezydenta.  
 
 
Szkody wynikłe z tamtej rozmowy z Putinem i ukrycia przede światem jego intencji są ogromne. Po tych sześciu latach mamy dziś dużo silniejszą Rosję i całkowicie zdezorientowaną Europę, która na szybko próbuje znaleźć dobre wyjście z tej sytuacji. Mamy Ukraińców, którzy walcząc na swej ziemi z rosyjskimi przebierańcami  dowiedzieli się, że premier Polski, która oficjalnie wspiera ich dążenia, wiedział o tym co ich czeka i w porę nie ostrzegł. I nijak na poprawę ich stanu ducha wpłynie fakt, że to jest rząd polski tylko z pozoru, że to jest rząd Platformy Obywatelskiej sterowany pośrednio lub pośrednio przez rosyjską agenturę wpływu. Nie zmienia t faktu, że czują się zdradzeni i osamotnieni.
 
 
A propos rządu, proszę sobie zobaczyć jak wygląda dziś szpica rządząca tym krajem. Prezydentem jest człowiek wspierany przez WSI, polską komórkę GRU. Marszałkiem jest prawdopodobnie agent obecnego wywiadu. Premierem jest kobieta z twarzy podobna do trupa i nie piszę tego by się pośmiać, ale by pokazać jak bardzo jest wewnętrznie zniszczona. Na to wszystko prezydentem Europy jest człowiek, który najpierw oszukał a potem zdradził swego prezydenta. Zdradził swoich wyborców i swój naród każąc nam miłować Rosjan o których wiedział, że szykują się do wojny. Nie ostrzegł strategicznego sąsiada przed czyhającym na niego niebezpieczeństwem w końcu nie ostrzegła narodów Europy, których prezydentem właśnie został. Przy czym kpił nieustannie przy pomocy przychylnych sobie mediów z Kaczyńskiego który przed tym wszystkim przestrzegał.
 
 
I co? Nic. Kogo to obchodzi? Za oknem chmury i trochę już zimno. Jacyś panowie rozgrzebali ulicę i wymieniają rury na nowe, a chodnikiem para dzieciaków obwieszona plecakami maszeruje zapewne do szkoły. O, i jeszcze czyjś pies biega po trawniku. Wszystko bez zmian. Życie dalej płynie swoi nurtem. Jak kiedyś Ukraińcom.

środa, 22 października 2014

Czy PiS sprzedaje garnitury?

Autor: Integrator
 
Co myślę o wyborach samorządowych już raz tu pisałem i temat ten jak idzie o mnie uważam za dostatecznie wymęczony. Dla tych co mnie w tamtej odsłonie nie czytali, krótko tylko powiem, że przy pomocy kilku zaledwie liczb wykazałem, że to co PiS uważa za bastion, wcale nim nie jest a ponadto, że sytuacja samorządowa znajduje się mniej więcej w takim trendzie, że 60% wszystkich miejsc w radach i 70% sumarycznej ilości wójtów, burmistrzów i prezydentów wzięły lokalne komitety wyborcze, które na okoliczność wyborów powstają jak grzyby po deszczu. Często z inicjatywy byłych komuchów ale i  platformerskich aparatczyków, dając tym samym dobry grunt pod wiadome koalicje, które scementują scenę samorządową w takim układzie na lata. PiS otrzymał sygnał o tych zmianach, co z nimi zrobił nie wiem ale przypuszczam, że jak większość sygnałów słanych z terenu ten także trafił do kosza. I bynajmniej wcale się tym nie dziwię. Raz, że oni jak wiemy mają u siebie ludzi którzy zawsze wiedzą lepiej poza tym wszystko wskazuje na to, że cała gra idzie już tylko o utrzymanie obecnego posiadania w Sejmie. A zatem wszystko o co ta partia zamierza walczyć na dniach to już tylko prestiżowe zwycięstwo nad Platformą, choćby jednym punktem procentowym, bo to jest dokładnie tyle by móc utkać jakiś sztandar i pod hasłem „jednak możemy” pójść na całość, ten jeszcze ostatni raz. I to jest w skrócie wszystko co ja chciałem na ten temat powiedzieć. A więc tu kropka, linijka odstępu i nowy temat w kolejnym akapicie a będzie tam o …
 
… o tym samym. Najmocniej Was za to przepraszam ale ten temat tak już się wokół nas zaczyna kręcić, że choć chciałem dziś z Wami pogadać o broni i planach obronnych na wypadek wojny, niech to szlag weźmie, wracając w niedzielę z kościoła dla odmiany wybrałem dłuższą drogę i trafiłem na plakat wyborczy przez który teraz siedzę i piszę co leci.
 
Wiem, że jest czas przedwyborczy i że złych rzeczy się w tym czasie o „swoich” nie pisze no ale jeśli już tą sprawę roztrząsamy to ja w PiSie znajomych mam, że tak to kulinarnie ujmę,  tylko odrobinę więc jakoś trudno mi znaleźć dobry powód dla którego miałby milczeć lub dla odmiany nazbyt przesadnie nad tą partią tu wzdychać. Inna spraw, że od zawsze na tą partię głosowałem ale i ten fakt nie ma tu nic do rzeczy, bo mózgu w szatni przy wchodzeniu w to grono wyborców nie zostawiłem. W końcu czyli po trzecie kiedy u licha ja mam o tych sprawach rozprawiać jak nie w tym właśnie wyborczym okresie, żeby o tym choć kot z kulawą nogą zechciał przez chwilę pomyśleć? Kiedy dyskusja nad składem wystawionej do boju kadry ma się odbywać jak nie wtedy właśnie gdy zostanie ona oficjalnie nam zaprezentowana na tych wszystkich słupach i przystankach? W końcu poza głosem do oddania mamy i te prawo by wcześniej roztrząsać pomiędzy sobą zalety i wady naszych kandydatów, także wzajemne się do nich przekonywać lub zrażać. Jeśli chcemy to przy kartach i przy winie, jeśli fantazja pozwoli to z mikrofonem w dłoni na Placu Defilad. Bo czyż nie tak to wyglądało w pierwotnej wersji na Agorze? A zatem dla mnie o głos, a Was o posłuch raz ten jeszcze uprzejmie poproszę.
 
Sprawa wzięła się stąd, że na plakacie który popsuł mi niedzielny spacer zobaczyłem Michała Grodzkiego. To nie jest osoba z pierwszego szeregu, więc pewnie nie znacie. Starczy rzec, że to młody chów warszawskiego PiS, radny miasta ubiegający się o reelekcję, a jakże! Nic by mnie ten kawał tektury nie obszedł i minąłbym go bezmyślnie jak o słup wcześniej rozparte ogłoszenie o wyprzedaży dywanów, gdyby nie fakt, że ja akurat trochę o tym człowieku słyszałem. I skądinąd wiem, że to jest dokładnie ta osoba o której po przegranych wyborach prezydenckich bloger Toyah rozmawiał z wolontariuszem sztabu na Nowogrodzkiej. Dla tych co przed momentem spadli z Księżyca i nic o tej głośnej sprawie nie wiedzą załączam link do tamtego wywiadu (http://toyah1.blogspot.com/2010/09/pawe-ta-kampania-to-bya-fikcja.html) a tym co czytali krótko przypomnę, że Grodzki w tamtym czasie był prawą ręką minister Jakubiak i odpowiadał za przygotowanie debat ze znanymi osobistościami i za jeszcze parę innych, pomniejszych rzeczy. Z relacji wolontariusza wiemy, że Grodzki nie bacząc na wagę tamtych wyborów, a były to pierwsze wybory postsmoleńskie w których zdziesiątkowani i wciąż krwawiący walczyliśmy o zachowanie przyczółków, użył swego stanowiska i przypisanych mu kompetencji by zablokować pierwszą w Polsce debatę blogerów. Dziś słowo bloger nie robi już takiego wrażenia jak w wówczas ale w tamtym czasie to było naprawdę coś a ci najbardziej lubiani wciąż nie byli nam znani z imienia ani nazwiska, co dodawało całemu wydarzeniu posmaku tak nas przyciągającej tajemniczości. Lecz nie to było wtedy najważniejsze. W zamyśle autorstwa wspomnianego wolontariusza perłą było zagranie, które miało na zawsze już związać to wydarzenie z osobą Jarosława Kaczyńskiego. W tamtym czasie stale wypominano mu staroświeckość i przywiązanie do maszyny do pisania a więc chodziło o to by pokazać, że tak nie jest, że Kaczyński nie ucieka przed tym co nowe, znakiem czego będzie pierwsza debata blogerów na żywo w jego sztabie i przy osobistym jego udziale. Co prawda Komorowski zrobił rzecz podobną ale tylko przez skypa za to Kaczyński miał pójść dalej i zrobić to tak jak trzeba czyli tak, że jeśli ktoś wklepałby po tym dniu do Google frazę „debata blogerów” to miałby tam tego Kaczyński na samej górze wyników już na wieki, wieków, amen. Wszystko co miał zrobić Kaczyński to usiąść na chwilę z tymi blogerami i pogadać jak to naprawdę jest z tym Internetem a potem już tylko pozwolić im opowiadać a potem pisać o tym wydarzeniu na swych blogach czytanych przecież przez tysiące.
 
Nic z tego nie wyszło. Sprawy potoczyły się innym torem a Jarosław Kaczyński będzie już do śmierci biegał z tym tabletem w dłoni a i tak mu nikt nie uwierzy, że on wie do czego ta „deseczka” służy. A wszystko za sprawą jednego tylko człowieka, tego właśnie z plakatu no i jego kolegów, także dziś już radnych tyle, że dzielnicowych Warszawy, którzy zablokowali to wydarzenie o zgrozo tylko z tego powodu, że autor ten pomysł chciał realizować według własnego planu i z udziałem tylko przez siebie wybranych blogerów. To zaś wzbudzało realne obawy, że w takim układzie sukces i oklaski spadną tylko na pomysłodawcę - więc zwyczajnie to zablokowali. Debata blogerów spadła z oficjalnego harmonogramu spotkań mimo, że trwała już akcja informacyjna prowadzona w sieci także przez zaproszonych blogerów (że wymienię tylko Toyaha i Coryllusa) a gdy nadszedł jej czas okazało się, że sala jest niegotowa a przybywających na to spotkanie wyborców koledzy pana Grodzkiego informują, że to pomyłka i że nic o takiej debacie nie wiedzą. W wywiadzie Toyaha o tym nie ma słowa ale był tam i jak reszta przybyłych może poświadczyć, że to się udało w końcu wszystko złożyć tylko dzięki wolontariuszowi, który przy pomocy przybyłych na debatę osób przygotował co trzeba i oddał mikrofon Piotrowi Pałce, który to spotkanie dalej już sam, ładnie poprowadził.
 
Po co ja dziś tego trupa wygrzebuję, spytacie? By pamiętać, to na pewno, jak wiele złego może wnieść do sprawy zaledwie jedna osoba, gdy trafi w nieodpowiednie miejsce. Na to też, by pokazać jak działa w PiSie selekcja negatywna, bo o tamtym wolontariuszu z pomysłami przy okazji kolejnych wyborów już nie słyszałem. Odszedł jak wielu mu podobnych gdy zobaczyli jak to wszystko wygląda z bliska, odeszli jak wielu z tych którzy przychodzili na Nowogrodzką gdzie nie umiano wykorzystać ich zapału lub za ich plecami zwyczajnie i po chamsku z nich drwiono. Zostali tacy jak Michał Grodzki i spółka. Młodzi, eleganccy w nienagannych garniturach i tak ładnie uśmiechający się dziś do nas z plakatów. To mnie chyba najbardziej smuci, że mimo wszystko oni wciąż tak umieją. Przyszłość Prawa i Sprawiedliwości. No i te garnitury. Spójrzcie jak się w nich ładnie prezentuje nowe pokolenie? Niezgorzej jak na billboardach Vistuli. Ciekawe tylko co w ten sposób chce nam sprzedać PiS, bo przecież nie te garnitury?
 

poniedziałek, 20 października 2014

Andrzej Gelberg, czyli System przyprowadził smoka

Autor: Toyah
 
Andrzej Gelberg, mimo że tak zwany człowiek Solidarności, i to jeszcze stosunkowo wczesnej, nigdy nie stanowił dla mnie materiału do jakichkolwiek refleksji. Jest więc rzeczą jak najbardziej zrozumiałą, że choćby teksty, które on z rzadka publikuje w Salonie24, omijają mnie szerokim łukiem, i to tak szerokim, że już znacznie bliżej mam do Ernesta Skalskiego, czy Kazimierza Wóycickiego, o których wiem przynajmniej tyle, że mnie wyprowadzą z równowagi i w ten sposób zainspirują do jakichś choćby w miarę interesującej refleksji. Gelberg bowiem to jest ktoś jeszcze mniej znaczący, niż Marian Krzaklewski. Czemu więc dziś nagle staje się on tematem mojej notki? Najprościej by było powiedzieć, że to przez to, że sobie wreszcie po tych wszystkich latach zasłużył, no ale to by nam niczego nie wyjaśniało. A zatem pozostaje nam już teraz tylko o owych zasługach coś opowiedzieć.
 
     Otóż dwa dni temu na blogu Gelberga w Salonie24 pojawił się tekst, o którym powiedzieć, że kuriozalny, to dużo za mało. Mówimy bowiem o tekście, który, gdy idzie o historię tak zwanego „dziennikarstwa śledczego” stanowi wypadek zupełnie wyjątkowy, a to z dwóch względów. Po pierwsze, śledztwo, które rzekomo prowadzi Gelberg, zostało już dawno skutecznie zakończone, a po drugie, to, które on prowadzi faktycznie i dla którego tamto stanowi wyłącznie przykrywkę, jest oparte na najbardziej bezczelnych w swojej lichości kłamstwach.
 
      Może krótko opowiem, o co chodzi. Otóż Gelberg, z powodów, których nie znamy i które tak naprawdę nie mają większego znaczenia, ni stąd ni z owąd postanowił opublikować na swoim blogu wspomnienie sprzed niemal już 25 lat, kiedy to rzekomo po raz pierwszy w życiu usłyszał o tym, jak pewna amerykańska fundacja praw człowieka, jeszcze w czasach ciemnego PRL-u postanowiła uhonorować Adama Michnika, Zbigniewa Bujaka i nieżyjącego już wtedy księdza Popiełuszkę, stosownymi dyplomami plus 40 tysiącami dolarów nagrody. Jak poinformowano wówczas Gelberga, całość nagrody zgarnęli Michnik i Bujak, a rodzina Księdza nie zobaczyła z tego oczywiście ani grosza. W tej sytuacji Gelberg, „wiosną roku 1991”, gdy, jak sam o sobie pisze, był zaledwie skromnym reporterem „Tygodnika Solidarność”, rozpoczął swoje prywatne śledztwo, które go najpierw zaprowadziło do ambasady Stanów Zjednoczonych, następnie do kościoła św. Stanisława Kostki, potem do ważnych, związanych z księdzem Popiełuszko osób, a wreszcie do samych rodziców zamordowanego księdza, którzy poprosili go o reprezentowanie ich interesów w dochodzeniu do prawdy. Wzmocniony owym życzeniem Gelberg, postanowił się skontaktować już osobiście z Michnikiem i Bujakiem, jednak sprawa stanęła na tym, że Michnik w ogóle z Gelbergiem o pieniądzach rozmawiać nie chciał, a Bujak zagroził mu, że Gelberga „zniszczy”. Koniec śledztwa.
 
       Gelberg nie mówi nam, ile czasu upłynęło od owej „wiosny 1991”, kiedy on, jako prosty reporter „Tygodnika Śolidarność” powziął wiedzę na temat skradzionych rodzicom księdza Popiełuszko dolarów, ale sądzę, że to wszystko jednak trochę trwało. W każdym razie, po tym, jak Michnik i Bujak Gelberga potraktowali z typową dla siebie brutalnością, on, jak sam pisze, udał się do swojego szefa, wówczas naczelnego redaktora „Tygodnika Solidarność”, Jarosława Kaczyńskiego, przekazał mu co wie i zaproponował tekst, w którym on ten przekręt ujawni, a „Tygodnik” go opublikuje. No i, wciąż wedle relacji Gelberga, Kaczyński się stropił i powiedział, że on tego tekstu nie opublikuje, bo takie rewelacje uderzą w dobre imię Solidarności, a to nam nie jest potrzebne. Tak to właśnie podobno zachował się gdzieś w roku 1991 redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Jarosław Kaczyński. I na tym się kończy tekst Andrzeja Gelberga opublikowany przez niego dwa dni temu na blogu w Salonie24.
 
     Jestem pewien, że każdy z nas, który albo pamięta dobrze tamte czasy, albo przynajmniej potrafi i ma ochotę myśleć logicznie, zwróci uwagę na to, że to o czym pisze Gelberg gdy idzie o rolę w całej sprawie Jarosława Kaczyśskiego to stek czystych nonsensów. Przede wszystkim, przynajmniej od późnej jesieni roku 1990, a więc od dnia, kiedy Lech Wałęsa wygrał wybory prezydenckie, Jarosław Kaczyński, jako człowiek, który dostał zadanie budowania Wałęsie kancelarii, z „Tygodnikiem Solidarność” musiał siłą rzeczy mieć kontakt bardzo ograniczony. Kiedy natomiast został oficjalnie powołany na stanowisko szefa owej kancelarii, a więc już 22 grudnia 1990 roku, wydaje się logiczne, że niemal z automatu przestał być redaktorem naczelnym „Tygodnika”. W lutym 1991 roku nowym po Wałęsie szefem Związku zostaje Marian Krzaklewski, który na opuszczone przez Kaczyńskiego miejsce powołuje w kwietniu tego roku Andrzeja Gelberga właśnie, i to on przez następne dziesięć lat będzie „Tygodnikowi” szefował.
 
      No i w tym momencie powstaje pytanie podstawowe: w jakiż to sposób wiosną, czy latem, czy w ogóle w roku 1991, Andrzej Gelberg mógł zwracać się do Jarosława Kaczyńskiego, jako do naczelnego „Tygodnika Solidarność”, o zgodę na publikacje wspomnianych „rewelacji”? Biorąc pod uwagę fakt, że do kwietnia redakcją prawdopodobnie rządził wicenaczelny, a od kwietnia sam Gelberg, a śledztwo w sprawie pieniędzy, których rodzice księdza Popiełuszki nie dostali, zaczęło się „wiosną 1991 roku”, Gelberg musiał sam ze sobą wykłócać się o tę publikację i sam sobie jej ostatecznie odmówił, a w dodatku przez kolejne 10 lat strach go tak obleciał, że już w ogóle ani mu w głowie było poruszanie owego ciężkiego tematu. I ta ostatnia kwestia pozostaje nadal bardzo istotna. Jeśli przyjmiemy – co oczywiście jest bardzo możliwe – że Gelbergowi pomyliły się lata i on myślał o wiośnie roku 1990, a nie 1991, to w końcu, skoro on się dziś tak bardzo oburza na Kaczyńskiego i jego niskie kunktatorstwo, co on sam zrobił przez całą dekadę, będąc szefem „Tygodnika”, żeby aferę ujawnić?
 
      Ale to nawet nie jest dziś dla nas kwestią najważniejszą. Otóż wczoraj, kiedy na blogu Coryllusa pojawił się tekst informujący o sprawie Gelberga, Michnika, Bujaka, Księdza i amerykańskich pieniędzy, pod nim natychmiast pojawiła się cała kupa bardzo interesujących komentarzy, w których ich autorzy pokazali niezbicie, że sprawa owej amerykańskiej nagrody była bardzo szeroko omawiana jeszcze w latach 80-tych i choć wciąż jest o czym rozmawiać, to wszystko niemal zostało powiedziane już wtedy. A zatem, oczywiście możliwe jest, że Andrzej Gelberg, usłyszawszy od zaprzyjaźnionego księdza o skradzionych księdzu Popiełuszce amerykańskich pieniądzach, rzeczywiście nic nie wiedział, w dodatku nie wiedział też nic na temat szczegółów tamtego przekrętu do dziś, tyle że to chyba o nim świadczy jak najgorzej. No a jeszcze gorzej o nim świadczy to, że w tak głupi i prymitywny sposób próbuje w to wszystko wrobić Jarosława Kaczyńskiego.
 
      No ale my powinniśmy mieć jednak więcej od Gelberga rozumu i zastanowić się przynajmniej, po ciężkie licho on w ogóle dziś postanowił na swoim blogu opublikować ten głupi i nikomu niepotrzebny tekst? Co mu kazało nagle obudzić się rano i pomyśleć, że on akurat teraz przypomni tamtą historię o Jarosławie Kaczyńskim i jego nikczemności? Otóż moim zdaniem poszło właśnie o Kaczyńskiego. Z jakiegoś powodu, czy to z powodu jakichś swoich osobistych kalkulacji, czy też na zwykłe polityczne zlecenie, Andrzej Gelberg postanowił skompromitować Jarosława Kaczyńskiego, a więc człowieka, który w sposób oczywisty wybiera się po podwójną wręcz polityczną władzę w Polsce.
 
      A wszystko zaczęło się jeszcze właśnie w roku 1990, kiedy System widząc, że to co oni sobie tak inteligentnie zaplanowali z różnych względów może nie wypalić, w dodatku powstaje polityczna siła w postaci Porozumienia Centrum, która gotowa jest przejąć w Polsce władzę i to w sposób wyjątkowo skuteczny, najpierw podesłali Wałęsie owego Wachowskiego, a następnie uznali, że jeśli szefem Kancelarii uczyni się Jarosława Kaczyńskiego , a szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, jego brata Lecha, w ten sposób obu się łatwo skorumpuje, a następnie zneutralizuje. Jednocześnie, szefem Związku, w miejsce Wałęsy, wstawiono Mariana Krzaklewskiego, ten redaktorem naczelnym dużego jeszcze w tamtym czasie „Tygodnika Solidarność” Andrzeja Gelberga, jeden z nich załatwił więc Związek, drugi Tygodnik, a same lata 90-te, których swoją drogą ja osobiście nie zapomnę tak jak Smoleńska, załatwiły nam już całą resztę… z jednym małym wyjątkiem: nie udało się rozwiązać problemu Jarosława Kaczyńskiego.
 
       No i dziś, kiedy szczęśliwie Lech już nie żyje, natomiast ten drugi wciąż zadziera nosa, wzywają ponownie Gelberga i mu mówią: „Pamiętasz sprawę Michnika i Bujaka?” „Pamiętam”, odpowiada Gelberg. „Weź no, spróbuj w to wkręcić Kaczora?” „Ale jak?”, pyta Gelberg. „Sprytny jesteś, coś wymyślisz”, mówią ci co mówią...
       No i Gelberg wymyślił.
 
       A dla mnie pocieszające w tej całej – smutnej przecież jak jasna cholera historii – jest to, że wszystko wskazuje na to, że oni naprawdę już ledwo ciągną. Mam nadzieję, że się zarobią aż do zdechnięcia.