whos.amung.us

wtorek, 2 września 2014

Z ostatniej chwili: Donaldowi Tuskowi mylą się czasy

Autor: Toyah
 
Nie oglądałem sobotniej konferencji prasowej Donalda Tuska, bo udaliśmy się z żoną na wieczorną wizytę, gdzie telewizor akurat był włączony na transmisję z meczu siatkówki, a więc cała nasza wspólna uwaga była akurat skierowana na dyskutowanie pomysłu, by ze Stadionu Narodowego uczynić symbol sukcesu III RP i wymienianie się na ten temat żartami. Ciekawą rzeczą jest to, że osoba, u której byliśmy w gościach, to ktoś, dla kogo polityka, zwłaszcza polityka oparta na walce Platformy Obywatelskiej z pisobolszewią, stanowi niemal jedyny już w tej chwili sens życia, to że temat ewentualnego wyboru premiera Tuska na owego unijnego przewodniczącego w ogóle się nie pojawił trochę mnie, przyznam, zaskoczyło.
 
      A zatem, o tym, że Tusk został tym przewodniczącym, dowiedziałem się już po wyjściu, no a o tym, że odbyła się owa konferencja prasowa i Tusk zrobił z siebie kompletnego bęcwała opowiedział mi po powrocie do domu mój syn. O jakim bęcwalstwie mówię? No, siłą rzeczy o tym związanym z faktem, że on nie zna języka i fakt ten praktycznie zdominował cały przekaz owej prezentacji. Z tego co usłyszałem, trzy momenty zrobiły na zebranych dziennikarzach wrażenie. Przede wszystkim, chodzi o sytuację, gdy któryś z nich zadał pytanie ustępującemu przewodniczącemu, temu jakiemuś Rompuyowi, a Tusk, sądząc że to do niego, zaczął coś pleść i to w taki sposób, że wszyscy się musieli zorientować, że on nie dość że nie zauważył, że to nie on miał odpowiadać, to jeszcze nie zrozumiał, o co w pytaniu chodziło.
 
      Druga chwila ciężkiego wstydu nastąpiła, kiedy Donald Tusk oświadczył, że on wprawdzie dziś jeszcze języka angielskiego nie zna, natomiast obiecuje, że na 1 grudnia, a więc początek kadencji, będzie gotowy na 200%.
 
      No i wreszcie przyszedł moment najstraszniejszy, kiedy z pytaniem wyskoczył któryś z kolejnych dziennikarzy i z cyniczną złośliwością poinformował Tuska, że on na razie może będzie mówił po angielsku, ale obiecuje, że do grudnia nauczy się polskiego.
 
      Czytelnicy tego bloga wiedzą znakomicie, że ostatnią rzeczą, jaką ja toleruję u siebie, czy u innych jest szydzenie z ludzi, którzy nie znają języka. Moim zdaniem, to że ja na przykład umiem posługiwać się językiem angielskim, nie jest ani moją szczególną zasługą, ani powodem do jakiejś szczególnej satysfakcji, a już z całą pewnością nie czyni ze mnie kogoś lepszego od innych. Owszem, pomaga mi to w życiu, daje poczucie większej pewności siebie w różnych życiowych sytuacjach, ale tym bardziej już na przykład zwiększa moje poczucie bólu i wstydu z tego powodu, że nie znam już ani języka francuskiego, ani niemieckiego, ani hiszpańskiego, ani nawet słowackiego. A zatem też, ja do Donalda Tuska mogę mieć dziesiątki różnych pretensji i mogę go krytykować za wiele różnych rzeczy, natomiast z całą pewnością nie za to, że on po angielsku ani be ani me.
 
      Jest jednak coś, co sprawia, że tym razem problem owej niekompetencji robi wrażenie i wcale nie chodzi mi o to, że on został tym przewodniczącym i moim zdaniem powinien angielski znać. Wcale nie. Przewodniczącymi Rady Europejskiej byli tacy politycy, jak Sarkozy czy Berlusconi, Grek Costas Simitis, Portugalczyk Jose Socrates, Hiszpan Lopez i ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że żaden z nich nie znał angielskiego lepiej niż Donald Tusk. Tyle że ja również bym się bardzo zdziwił, gdyby którykolwiek z nich demonstrował swoje z tego powodu kompleksy, i to w taki sposób, by wymuszać na innych już tylko okrutne szyderstwa.
 
       Ale niestety, taki to już jest nasz pan premier. Człowiek, dla którego podstawą całej jego politycznej działalności jest wyłącznie podlizywanie się tym, których się z jakiegoś powodu boi. Donald Tusk to człowiek, który, gdyby tylko mógł, to by nawet się nie odzywał, w obawie, że nie daj Boże coś źle powie i ci jego europejscy protektorzy zaczną robić dziwne miny. I stąd prawdopodobnie, zamiast sprawę kompletnie zlekceważyć i pozwolić miejscowym tłumaczom, którzy chyba przecież nie zarabiają mało, robić swoje, zaczął się jak dureń tłumaczyć i składać te absurdalne obietnice, że on wprawdzie dziś to nie za bardzo, ale w ciągu najbliższych miesięcy przysiądzie fałd i się nauczy.
 
      Otóż rzecz w tym, że on się nie nauczy. Skoro on się nie nauczył do dziś, to już się nie nauczy nigdy. Choćby nawet od dziś do końca listopada nic innego nie robił, jak uczył się angielskiego pod okiem najlepszych nauczycieli plus zespołu native speakerów, nic z tego nie będzie. I wcale nie chodzi o to, że on na to, by się języka nauczyć, jest za głupi. Nie o to chodzi. On jest zwyczajnie za stary, poza tym na naukę nie ma czasu, no i wreszcie – możliwe, że tu akurat to też ma znaczenie – akurat nie ma do języków tak zwanej smykałki. Zdarza się.
 
      Tuż po tym, jak Donald Tusk skompromitował się tą gadką o języku, którego on się do grudnia nauczy, zabrała głos Hanna Gronkiewicz-Waltz i oznajmiła, że pan premier już od siedmiu lat ma codziennie zajęcia z native speakerem i jest bardzo pojętnym uczniem, tyle że jeszcze trochę mu się „mylą czasy”. No dobra, załóżmy że to prawda. Możliwe, że on tak naprawdę sobie z językiem radzi, tyle że powinien jeszcze jakoś te „czasy” złapać. Jeśli jednak to prawda, to ja muszę zmienić swoje zdanie na temat Donalda Tuska. Jeśli Waltz nie kłamie, i on faktycznie od siedmiu lat dzień w dzień ma zajęcia z native speakerem i dziś już tylko mu się mylą czasy, to znaczy, że on jest jednak kompletnym idiotą. I jeśli ma się okazać, że ta jego nadchodząca „prezydentura” ma przez najbliższe lata wzbudzać tumany śmiechu wyłącznie z tego powodu, że on nie umie się nauczyć „czasów”, to ja chyba zrobię wyjątek i tym razem też się pośmieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz