whos.amung.us

poniedziałek, 15 września 2014

Co łączy Johna McCaina, Łukaszenkę i Kaczyńskiego?

Autor: Integrator

Po tym jak napisałem tekst w którym odniosłem się do rad i diagnoz stawiamy przez profesor Staniszkis, zaczęło prześladować mnie dziwne poczucie niespełniania. Zastanawiałem się co też takiego ja w tym teście napisałem, że od tamtej pory nie czuję ni chwili spokoju?
Zrazu myślałem, że to musi być jakieś poczucie winy, że może za ostro, że może mało w tym było finezji, ale nie. Tekst przeczytałem raz jeszcze a potem kolejny i choć to co twierdziła w swym wywiadzie profesor Staniszkis było jak na osobę o takim kalibrze zwykłą kompromitacją, to pisząc swoją notkę nie używałem epitetów, nie pomijałem złośliwie należnego jej tytułu i bez zbędnych wycieczek personalnych skupiałem się li tylko na merytorycznej ocenie argumentów, które uznała za stosowne nam wszystkim wygłosić. Nawet jak idzie o zakres tematyczny  ograniczyłem się tylko do oceny propozycji wystawienia ciężko chorej profesor Gilowskiej do pojedynku o fotel prezydenta w nadchodzących wyborach choć bardzo korciło by wyjść poza te nawiasy. Bo przecież dla przykładu, myśl jaką zamknęła pani profesor swój wywiad była tak w swej naiwności powalająca, że ja wówczas zwyczajnie z litości postanowiłem już tego nie komentować. Profesor Staniszkis jakby nie znała historii i powodów dla których diabeł obrał sobie Kreml za siedzibę na tym ziemskim padole stwierdziła, że po spotkaniu w Mińsku jeśli tam się wszyscy dogadają to Rosja przestanie czuć się zagrożona i będzie to koniec wojny na Ukrainie. Piszę z pamięci bo tamten numer Do Rzeczy powędrował do kosza, ale taka to by była mniej więcej odkrywcza myśl. Ja to już chyba kiedyś pisałem, ale zmuszony jestem powtórzyć, że całe jestestwo Rosji polega na tym, że niczym rozbójnik żyje z grabienia słabszych a jeśli sytuacja międzynarodowa czy wewnętrzna słabości chwilowo na to nie pozwala, to przynajmniej z robienia przykrości tym których napotka na swojej drodze. Profesor Staniszkis mimo swego wieku najwyraźniej wciąż nie rozumie, że Rosja póki będzie imperialna zawsze albo będzie obijać swoich sąsiadów destabilizując im wewnętrzną sytuację poprzez agentów wpływy albo zwyczajnie będzie ich połykać - w przeciwnym razie przestanie istnieć, po prostu. Bo stan pokoju z sąsiednimi narodami a przez to brak potencjalnego wroga na którego propaganda może przekierowywać niezadowolenie swych obywateli z nędzy jaka powszechnie panuje w tym kraju, zaraz odbijają się Rosji czkawką w postaci wewnętrznych rewolucji i podziałów. Nie rozumiał tego Gorbaczow ni Jelcyn za to bardzo dobrze rozumie Putin, który próbuje zebrać to co się za rządów tamtych panów rozsypało. Więc gdy profesor Staniszkis opowiada nam, że jest coś takiego jak stan satysfakcji czy sutości Rosji to zwyczajnie się kompromituje i ktoś to w końcu musi głośno powiedzieć. I na nic tu się zda opinia Janiny Jankowskiej która widząc, że chwieje się zbudowany przez media autorytet pani profesor na którym to koniu i ona sama jedzie, przybywa z pomocą i by ratować sytuację w sposób iście elegancki, nie zdążywszy nawet dobrze wytrzeć butów oznajmia komentatorom tego blogu, że są chamami. Nie rozumie pani Jankowska, że w ten sposób przyspiesza tylko proces w którym ludzie w końcu zrozumieją, że problem leży nie w Internecie który daje szansę wielu by przebić się przez medialny kordon ale w Salonie czyli tej grupce samo-wybrańców, którzy mienią się być lepszymi i którzy w przerwie para-intelektualnych rozważań z których nikt ich nie rozlicza, jadąc do domów patrzą na nas z nieukrywaną pogardą. Tyle słowem uzupełnienia i już możemy iść dalej.
A więc jak idzie o zachowanie poziomu kultury i merytoryczności tamtego tekstu to ja nie mam nic sobie do zarzucenia. Pisałem w sposób uważam wywarzony i przemyślany a jednak coś mi mówiło, że to jeszcze nie jest sprawa zakończona i oto wracając wczoraj z koncertu Golec uOrkiestra jaki odbył się w Ursusie na zakończenie lata, nagle zrozumiałem czego w tamtej notce zabrakło a potem tak uparcie ciągnęło się za mną niczym cień przez ostatnie dni. Otóż w tekście o profesor Staniszkis po tym jak już powiedziałem co myślę o proponowanej przez nią drodze do zwycięstwa, postawiłem kropkę i wybrałem się na rower zamiast otworzyć jeszcze jeden akapit i samemu poddać jakąś propozycję. Krytykować umie każdy, także głupi, ale dać coś w zamian to jest już nie lada wyzwanie tym większe gdy poddaje się je surowej ocenie czytelników. I ja się niniejszym tego wyzwania podejmuję. Z tymże uwaga, to nie będzie propozycja personalna, ta będzie w kolejnym tekście który poświęcę polskiej prawicy. Dziś będzie o tym o czym niby wiemy, niby wciąż o tym gadamy, ale jest z tym u nas jak z tą piosenką w języku obcym, którą tyle razy już słyszeliśmy, że nauczyliśmy się jej słów na pamięć ale co znaczą ni w ząb nie rozumiemy. Spróbuję więc raz ostatni przełożyć to na nasze.
Zanim jednak zacznę muszę wpierw o czymś innym. Kolejność chronologiczna zdarzeń, które każą pisać mi ten tekst jest właśnie taka więc muszę trochę dookoła. I robię to z nieukrywaną nadzieją, że skoro objętość niniejszego teksty dawno już przekroczyła objętość książeczek z serii „Poczytaj mi mamo”, to odejdą w tym miejscu zmęczeni jego lekturą ci wszyscy którzy czytać nie lubią i niewiele ze słowa pisanego rozumieją, acz usta mają pełne rad jak się pisać powinno. Mam cichą nadzieję, że już ich tu nie ma, że odpadli jak źle położony tynk od ściany, byśmy mogli z pozostałą grupką ludzi rozważnych i prawdziwie zatroskanych porozmawiać wspólnie co z tym fantem o którym za chwilę tu będzie czynić?
Zacznę jak wspomniałem na około bo od parafialnej wycieczki moich rodziców na Białoruś. Otóż gdy wrócili zadałem im pytanie które przy takiej okazji zwyczajowo pada a więc - jakie jest pierwsze wrażenie gdy jest już się na miejscu? – i wyobraźcie sobie, że oni choć jechali tam pełni obaw wrócili w stanie pozytywnego zaskoczenia i tym razem pełni nieukrywanego podziwu. Drogi są bardzo dobre. W miastach nie ma reklam a jeśli to w ilościach szczątkowych. Nie ma graffiti, nie ma śmieci na ulicy a zapytana przez nich Białorusinka skąd to, że tak tu czysto odpowiedziała w sposób wiele mówiący – no! niechby kto z nas spróbował rzucić papierek na ulice! Dalej, nie ma pijaków na ulicach, młodzież spędza czas podobnie jak nasza gromadząc się przy miejskich i osiedlowych ławkach przy czym, że tak to poetycko ujmę, nikt z nich nie drze ryja. Są miasta ale są i oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów, całkiem upadłe czy prawie wyludniałe wsie. Są budynki ładne ale i charakterystycznie brzydkie z białej cegły. No i magazyny w kościołach. To jednak co ewidentnie bije po oczach to fakt, że jest państwo, jak najbardziej funkcjonuje i całkowicie wywiązuje się ze swych obowiązków tak w zakresie udostępniania infrastruktury jak i poczucia bezpieczeństwa obdzielając po równo pałami tych wszystkich którzy temu państwu na swój sposób zagrażają. Tak zwykłym chuliganom jak i opozycji która chciałaby mieć na Białorusi to wszystko co jest na zachodzie, a co my tu w Polsce tak bezrefleksyjnie zasysamy.
Mając ten białoruski obraz przed oczami proszę sobie teraz wyobrazić co może dziać się w sercu człowieka, który idąc jak ja wczoraj na zdawało się rodzinny festyn organizowany dla mieszkańców Ursusa zanim doszedł do parku w którym ten festyn zrobiono musiał mijać tony śmieci i butelek po piwie? Proszę sobie wyobrazić ilość gniewu i zarazem bezradności jaka budzi się w człowieku gdy wracając z takiego koncertu mija grupki młodzieży, która demonstracyjnie rozbija butelki o asfalt, drze mordy (bo tak tylko to można nazwać) tak, że z pewnością było słychać ich w sąsiedniej dzielnicy, zataczając się przy tym jak przystało na grupę żuli o wcale dużym stażu? Niestety zachowanie dziewczyn nie było lepsze, w dodatku na pograniczu zachowania kobiet które na ulicach Amsterdamu w niedwuznaczny sposób oferują przechodniom swoje wdzięki.
Wracając z tego rodzinnego koncertu, gotowy w każdej chwili na konfrontację z pijaną bandą której mogłaby przecież nie spodobać się moja fryzura czy sposób chodzenia, wracałem do domu z oczywistą odpowiedzią na pytanie czy to wszystko byłoby możliwe na Białorusi? Pytam retorycznie bo wiem, że oczywiście nie. Tam najpierw wszyscy dobrze by się bawili, zjedli te zapiekanki, frytki i lody niekoniecznie popijając to hektolitrami piwa a potem ruszyliby do domów pewni, że wrócą bez dodatkowych przygód. A czas powrotny spędziliby nie na wypatrywaniu czy nadchodzi agresywna banda licealnej i studiującej młodzieży by w porę zdążyć ominąć ją przechodząc na drugą stronę ulicy, ale na rozpamiętywaniu tych miłych chwil w których przed chwilą brało się udział. Wiem, że to okropne ale w takich chwilach człowiek wyobraża sobie, że jest w Białorusi, że na jego oczach tą bandę napada grupa policjantów czy tam milicjantów a temu który najbardziej darł ryja i rzucał butelkami daje taką lekcję kultury gumowymi pałami, że cała reszta nabuzowanych wódą, seksem i trwą gówniarzy w jednej chwili trzeźwieje i już do końca życia pilnuje się by im nawet te wspomniany papierek nie upadł na ulicę. Smutne, że tak to działa ale działa i w takich chwilach jak ten wczorajszy rodzinny festyn nie ukrywam, że mam małą ochotę na Białoruś. I proszę nie udawajcie, że jesteście lepsi i myślicie inaczej.  
I tak dochodzimy do aktu trzeciego tej tragedii do samego Łukaszenki i tej jego Białorusi. To jest najlepszy przykład szczególnie w tych dramatycznych ukraińskich dniach by pokazać jak za pomocą kilku chwytów medialnych można w oczach wyborców zdyskredytować nie tylko taką osobę jak Kaczyński ale narzucić społeczeństwu jednolity sposób postrzegania nawet całego kraju. Wszyscy pamiętamy jak za czasów miłości i braterstwa, które zrodziła się między Tuskiem i Putinem nad leżącymi w błocie zwłokami naszego prezydenta, obowiązywała jednie słuszna wykładnia, że Rosjanie to nasi bracia. Wciskano nam tą nową wiarę do tego stopnia, że znaleźli się i tacy którzy jak Wajda wzywali nas byśmy szli palić znicze na grobach Rosjan, którzy zniewalali Warszawę a nasze kobiety nierzadko traktowali jak zdobycz wojenną. Obowiązywała zasada - o Putinie tylko dobrze a jednocześnie największym złem tego świata był Łukaszenko. Był wręcz taki czas, że nie było tygodnia by media nie donosiły nam o jego kolejnych grzechach wobec świętej demokracji, o dzielnych zmaganiach świata zachodniego z despotą i o sukcesach naszego ministra spraw zagranicznych który osobiście przewodził tej krucjacie przeciwko wodzowi Białorusi. Potem wszystko skończyło się jak zwykle czyli nagle ucichło. Z tą różnicą, że Łukaszenko ponownie przykręcił nam śrubę a w miejsce naszych przedsiębiorców na ten rynek weszli francuscy, włoscy, niemieccy o czym media już nie wspomniały.
Czas na epilog i tu mogę Wam już zdradzić ów oczywisty pomysł na wygrane wybory – media. Ale nie takie jakie mamy dziś - małe, walczące o byt prawicowe pisemka. To musi być koncern, wzorem tego co konsekwentnie buduje od lat o. Rydzyk ale tym razem taki dla wszystkich. To musi być mocna odpowiedź na to co wyprawia się w tym kraju za pomocą mikrofonów i kamer bo mając te dwa tylko narzędzia można wszystko. Nie ma sensu jak profesor Staniszkis silić się na poszukiwanie kolejnych kandydatów których potem rzucać będziemy na oczywistą śmierć przed kamerami. Takich prób było już nazbyt wiele by zrozumieć, że nie tędy droga. I musi to przede wszystkim zrozumieć sam Jarosław Kaczyński bo on wciąż najwyraźniej nie rozumie, że z mediami można walczyć tylko mediami. Pamiętam jak razu pewnego zaplątałem się na Nowogrodzką przy okazji jakiś spraw wyborczych i akurat przemawiał Kaczyński a przed nim kłębiła się spora grupa ubranych jak obdartusy dziennikarzy. Wieczorem oglądałem to samo w telewizji i choć Kaczyński mówił rzeczy ważne, to człowiek z kamerą zrobił mu w tym czasie najazd na przykrótkie mankiety i buty, które wyglądały mniej więcej jak te które ja zwykle używałem wrzucając co wakacje węgiel kupowany przez moją babcię na zimę. I wtedy złapałem się na tej myśli, że nawet ja, zdawało się człowiek wyczulony i odporny na takie zagrania, po tej relacji nie umiałem powtórzyć co mówił Kaczyński, za to miałem wyraźnie odczuwalne przeświadczenie, że póki co to tego Kaczyńskiego za granicą pokazywać nie należy. To było jeszcze przed Smoleńskiem i trwa do dziś nieprzerwanie.
Pamiętam jak Jarosław Kaczyński, to było podawane w mediach, polecił jak się nie mylę posłowi Suskiemu stworzyć listę lokalnych mediów przychylnych PiSowi by móc stworzyć front medialny dla potrzeb nadchodzących wyborów. Na czym skończyła się jego misja? Na niczym, takiej listy dalej nie ma a poseł Suski ma się dobrze, jak wielu posłów którym Kaczyński powierzył jakieś zadanie i z wykonania którego ich później nie rozliczył. I tak to sobie wszystko płynie pośród morza narzekań, że nie mamy mediów, że przez to przegrywamy, że w sumie to wszystko przez Żydów i masonów bo my sami rzecz jasna robimy wszystko co trzeba i tak dobrze jak trzeba. Ja absolutnie nie czuję się kompetentny by pouczać Jarosława Kaczyńskiego w roli eksperta ale jak najbardziej mam prawo adresować do niego te słowa jako jego wyborca. Szczególnie, że głosuje się co raz ciężej widząc jak wiele jest do zrobienia, jak wbrew pozorom wiele można a jak niewiele jest w tym bardzo ważnym temacie robione. A druga strona w tym czasie pracuje jak należy i zbiera zasłużone tej pracy owoce. Gdy trzeba było rozpędzić niepokorną redakcję odpowiedni impuls dotarł gdzie trzeba, uruchomiono stosowne procedury, gdzie trzeba uruchomiono finansowanie, gdzie trzeba podjęto decyzje, co trzeba kupiono a kogo trzeba wywalono z dnia na dzień na bruk. I stał się porządek. A Tusk widział, że jest dobry. I z łaskawości swej przyjął ten porządek, a oddanych mu stosownie wynagrodził.
Jarosław Kaczyński musi zrozumieć, że bez mediów nic nie wskóra. Każdy jego krok, każda decyzja będzie skutecznie ośmieszana, każdy sukces obrócony w porażkę. Musi też zrozumieć, że otaczanie się kordonem ludzi których jedynym osiągnięciem było spędzenie kilku mocy na styropianie czy pomoc w zakładaniu nieistniejącej już partii skutkuje izolowaniem się od świata a w konsekwencji koniecznością opierania się tylko na informacjach, które to otoczenie do niego dopuszcza. Otoczenie składające się z ludzie którzy nie są wolni od osobistych ambicji a ich relacje z dołami komplikuje cały zakres gromadzonych przez lata animozji.  
W ostatnich wyborach John McCain starł się w kampanii wyborczej o fotel prezydenta USA z Barackiem Obamą. Dla tych co nie wiedzą McCain to jest facet który walczył w Wietnamie, został zestrzelony i z połamanymi nogami i rękami wzięty do niewoli. Torturowany i przetrzymywany przez dwa lata w izolatce nie wydał nikogo a dostawszy szansę powrotu do kraju w związku z wymianą jeńców odmówił gdy dowiedział się, że transakcja nie obejmuje jego towarzyszy niedoli. Mimo to przegrał z Obamą synem jakiegoś Kenijczyka, który z Ameryką miał pewnie tyle wspólnego, że być może wiedział gdzieś leży. Wygrał Obama bo obiecał po skończonej kampanii dać swojej córeczce pieska a potem bo pokazał całemu światu jak biega po Biały Domu. Wygrał bo tak chciały media.
I tak będzie teraz i zawsze, u nas czy za oceanem. Póki ktoś kompetentny nie zrozumie, że z mediami można walczyć tylko mediami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz