whos.amung.us

niedziela, 28 września 2014

Władysław Tomczyk na premiera, czyli sky's the limit

Autor: Toyah
 
Możliwe że niektórzy z nas jakimś cudem o nim słyszeli, ale wątpię. Wątpię trochę dlatego, że sprawa faktycznie i bezdyskusyjnie nie nadaje się do tego, by nie tylko o niej rozmawiać, ale choćby i myśleć, a z drugiej strony jest tak strasznie dużo rzeczy, które nam wypełniają życie, że naprawdę trudno sobie wyobrazić, że jakiś lokalny wybryk ni stąd ni zowąd dotrze do powszechnej świadomości ot tak sobie, tylko dlatego, że on zaistniał, a ktoś gdzieś uznał go za coś wartego uwagi.
O co chodzi? Otóż jest tak, że w Katowicach, a więc mieście, w którym mieszkam, jest kinoteatr „Rialto”, obok znajduje się wiadukt kolejowy, a pod wiaduktem o wielu lat, dzień w dzień, stoi sobie pewien starszy pan w czapce z daszkiem i ze skrzypcami, wygrywa na tych skrzypcach sobie tylko znane melodie, a przechodnie wrzucają mu do puszki pieniądze. Ktoś powie, że to standard: wszędzie takich ludzi jest cała masa, a jeśli niektórzy z nich nie mają akurat skrzypiec, to grają na fujarce, gitarze, harmonijce, a czasem i na bębenkach, jednak cel i efekt jest zawsze ten sam – zarobić na życie. Co ja mówię, grają? Są tacy, którzy ponieważ grać na niczym nie umieją, to śpiewają, albo nawet piszą teksty. I je rozdają, by kto chce, sobie poczytał.
 
Ów katowicki skrzypek to jednak coś zupełnie szczególnego. I tu, aby dokładnie wyjaśnić, w czym rzecz, trzeba poświęcić sprawie trochę więcej miejsca. Otóż przede wszystkim on na skrzypcach grać nie potrafi. I kiedy to mówię, nie chodzi mi o to, że on nie potrafi grać na skrzypcach tak, jak wielu zawodowych, czy pół zawodowych, czy zaledwie amatorskich skrzypków, którzy są aż tak słabi, że my ich słuchamy z zażenowaniem i mówimy, jak to oni są do niczego. On nie potrafi grać na skrzypcach dokładnie tak samo, jak na skrzypcach nie potrafię grać ja, czy ktokolwiek z nas. On na skrzypcach nie potrafi grać tak samo jak, czy to ja, czy większość z nas, czytających ten tekst, nie potrafi grać na waltorni, czy kontrabasie. A mimo to, każdego dnia od wielu lat, można go spotkać pod tym wiaduktem, jak tam stoi, z tymi swoimi skrzypcami, z pulpitem z rozłożonymi na nim nutami, i gra melodie znane tylko sobie. Ale to nie wszystko. Poza tym całym ekwipunkiem, on ma jeszcze coś – mianowicie kasę fiskalną, którą niezmiennie uruchamia ile razy ktoś mu wrzuci do pudełka jakiś pieniądz.
 
Powiem uczciwie, że ten dziwny człowiek budzi we mnie uczucia jak najgorsze. Ja wiem, że nasze życie układa się różnie, a przez to różnie jesteśmy zmuszani do tego, by wybierać te czy inne sposoby na przeżycie. To co wymyślił ów starszy pan ze skrzypcami, a mianowicie to, że on nie potrafiąc grać na skrzypcach, zacznie zarabiać na życie grą na skrzypcach, a po to, by ową działalność jakoś wzmocnić na poziomie ściśle handlowym, zainwestuje w kasę fiskalną – zupełnie, jak wiemy, niepotrzebnie i bez sensu – i w ten sposób okaże się lepszy od całej reszty ulicznych grajków, budzi we mnie odruch protestu. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że za tym co on robi stoi zwykłe kłamstwo. To nie jest sztuka, tam nie ma śladu piękna, tam wreszcie nie ma mowy o wzruszeniu się ludzką biedą i wynikającą z niej desperacją. Tam jest tylko czyste, bezczelne cwaniactwo. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że zarówno te nuty, jak i ta kasa, to zwykły ersatz.
 
Ale ja byłbym w stanie to wszystko jakoś zaakceptować, gdyby ów dziwny człowiek był choć trochę wesoły, czy choćby sympatyczny. Tymczasem nie. Moim zdaniem jego cała postawa, wyraz twarz, zachowanie wskazuje na to, że jego tam ktoś postawił, kazał mu robić to co robi i o nic nie pytać. On ani się nie uśmiecha, ani nie żartuje, ani z ludźmi nie rozmawia, stoi tam z tą kasą pod nogami, ponury i obcy jak jasna cholera, i bez sensu rzępoli na tych swoich skrzypkach. Jak mówię – od wielu już lat dzień w dzień.
 
Ktoś zatem powie, że to jest może taki performance, a więc dzieło sztuki. Oto człowiek, który mimo że nie umie grać na instrumencie, staje na ulicy i zbiera pieniądze, a w dodatku jeszcze ma tę kasę fiskalną, co stanowi już ironię jednoznaczną. Otóż nic z tego. Tam nie ma żadnej prowokacji; tam mamy wyłącznie jednego ponurego starszego pana w czapce z daszkiem, wymiętoszonej marynarce i skrzypcami, którego żona wysłała na ulicę, żeby zarabiał na chleb, a kiedy się okazało, że z tego są niezłe pieniądze, na wszelki wypadek, żeby Urząd Skarbowy się nie doczepił, kazała mu kupić kasę fiskalną, no i wtedy dopiero, ku ich zaskoczeniu, interes ruszył i nawet w TVN-ie go pokazali. Jak mówię, tam nie ma nic więcej, jak tylko to.
 
I teraz zapewne padnie pytanie, czemu ja się na niego tak pieklę? Co mnie obchodzi ten staruszek? W końcu takich byle jakich ulicznych grajków jest mnóstwo. Nawet tu w Katowicach karierę ostatnio robi pewien gitarzysta, który od tego skrzypka jest zaledwie nieco lepszy, a proszę sobie wyobrazić, że o nim się ostatnio mówi, jako o „najlepszym gitarzyście na świecie”. Czemu ja się jego nie czepiam? Otóż ja się go nie czepiam, bo on się przynamniej stara. Żeby osiągnąć swój sukces, on stworzył sobie i wizerunek i styl i nawet nauczył się grać ten jeden jedyny kawałek w taki sposób, by przynajmniej niektórzy z nas krzyknęli „łał!”. Człowiek ze skrzypcami, jak mówię, nawet nie udaje, że się stara, że mu zależy, a oto nagle stał się jednym z podstawowych punktów krajobrazowych Katowic i okolic. On od pewnego czasu, w jak najbardziej oficjalnie autoryzowanym krajobrazie miasta jest czymś równie znaczącym, jak Wieża Spadochronowa, Kopalnia Wujek, czy Osiedle Giszowiec. On ma nawet nazwisko i nazywa się Władysław Tomczyk. Niedawno doszło podobno wręcz do tego, że o nim powstała jakaś amerykańska etiuda filmowa, którą można obejrzeć na youtubie. Ja jej nie widziałem, ale wierzę, że to prawda. Ledwo wczoraj przechodziłem sobie obok niego i na własne oczy widziałem, jak z nim załatwiał jakieś sprawy ktoś, kto mi wyglądał na miejskiego urzędnika, coś mu tłumaczył, zapraszał go na jakieś spotkanie, a skrzypek patrzył na niego tępym wzrokiem, jakby nic z tego nie rozumiał i tylko kombinował, jak tu znów wrócić do grania, bo czas goni, pieniędzy wciąż za mało, a za chwilę przyjdzie żona i mu urządzi piekło.
 
Ktoś się zapyta, po co ja o tym w ogóle piszę, skoro nawet sam na początku uznałem, że to nie jest w ogóle temat? Czy nie wystarczy mi pomarudzić prywatnie? Muszę z tym wychodzić aż na blog? Rzecz w tym, że wczoraj Ewa Kopacz ogłosiła skład nowego rządu, z Arłukowiczem, Schetyną, Halickim, Kluzikową, Grabarczykiem i tymi dwiema dziwnymi paniami, których nazwisk ani nie pamiętam, ani pamiętać nie chcę, a na dodatek obiecuje sobie nimi głowy nie zawracać do końca życia, i choć każdy z nas wie, że to nie może być na poważnie, to z drugiej strony, wszystkie znaki na ziemi i na niebie mówią nam, że ależ tak, to wszystko się dzieje naprawdę i jest jak najbardziej poważne. To jest i poważne i oficjalne i jak najbardziej autoryzowane przez szeroki mainstream. Widzimy tę Kopacz, patrzymy na nią, jak stoi tak fatalnie rozkraczona przy tej swojej mównicy, najpierw plecie jakieś dyrdymały na temat polskiej obronności, by za chwilę wpaść już w stan takiego rozchwiania, że ani ludzkie oko, ani ludzkie ucho, ani nawet ludzka wyobraźnia nie jest w stanie tego opisać.
 
A ja sobie nagle przypominam tego skrzypka pod wiaduktem kolejowym w Katowicach i myślę, że to jest dokładnie to samo. Zarówno gdy chodzi o poziom, jak i tę całą oprawę, która każe nam wierzyć, że to wszystko to jest nieodłączny element naszego polskiego krajobrazu, który albo przyjmiemy w całości, albo, jeśli nam się nie podoba, to won. A przynajmniej – mordy w kubeł, bo jak nie, to następnym premierem zrobimy tego Tomczyka i wszyscy zobaczą, jak potrafi być dziwnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz