whos.amung.us

poniedziałek, 8 września 2014

O tym, jak dostałem Lecha Wałęsę na urodziny

Autor: Toyah

    Napisałem tu dotychczas, przez te wszystkie lata, kilka tekstów w ten czy inny sposób zahaczających o osobę Lecha Wałęsy i powiem szczerze, że do dziś czuję z tego powodu pewien niesmak. Chodzi o to, że jeśli się tak naprawdę nad tym wszystkim zastanowić, to od czasu gdy ten dziwny człowiek przestał być prezydentem, niezależnie już od powszechnie znanego faktu, że przed nami stoi ktoś jednoznacznie obłąkany, ani to co on robi, ani to, co mówi, ani tym bardziej to, co myśli, nie ma ani dla nas, ani dla nikogo na świecie żadnego znaczenia. I to jest w pewnym sensie fenomen, bo właściwie każdy z nas ma przynajmniej potencjalną szansę jakoś w tym świecie zaistnieć. Każdy z nas ma tę choćby minimalną możliwość trafić na owe warholowskie 15 minut i zaistnieć w bardziej niż ściśle prywatnej przestrzeni. Wydaje się jednak, że gdy chodzi o Lecha Wałęsę, od czasu gdy on przestał już być tym prezydentem, tu już nie ma nic. Zero. Nic. Tylko ów obłęd.
 
      A mimo to, jak już się przyznałem, Lechowi Wałęsie poświęciłem tu na tym blogu kilka notek. Dlaczego? Daję słowo, że nie wiem. No bo owszem, może ktoś powiedzieć, że on mimo wszystko jest wciąż osobą publiczną – w dodatku byłym prezydentem, noblistą i kiedyś przewodniczącym Solidarności – a więc często to co on robi, czy mówi jest przez media siłą rzeczy relacjonowane. No a skoro tak, to trudno owe wystąpienia jakoś lekceważyć. Może być też i tak, że ponieważ porażający idiotyzm owych popisów, czy to w postaci wpisów na blogu, czy wystąpień w mediach nie ma sobie równych, nasza reakcja to po prostu reakcja kogoś, kto zobaczył zjawisko, z którym dotychczas nie miał do czynienia nawet we snach i owa potrzeba skomentowania go okazała się nie do odparcia. No i dobrze, tyle że ja wciąż nie rozumiem sam siebie: czemu zamiast się cichutko nad tym, co ten człowiek robi, zadumać, ewentualnie obgadać to ze znajomymi, czy rodziną, co jakiś czas uznaję za słuszne skomentować to na blogu? Daję słowo, że nie wiem. To musi być jakiś przedziwny atawizm, polegający na potrzebie zanurzenia się w kompletną bzdurę.
 
     No ale, jak widzimy, ja znów piszę o Lechu Wałęsie, i to jeszcze w dniu swoich urodzin! Tym razem jednak wiem doskonale, o co mi chodzi i po co to robię i uważam, że nawet jeśli sprawienie sobie tego rodzaju prezentu jest nieco dziwne, jakiś to tam prezent jednak jest. Otóż nie wiem, czy ktoś z nas to zauważył, ale od czasu, gdy ukraiński kryzys nabrał rumieńców, Lech Wałęsa zabrał publicznie głos trzy razy… no, może i więcej, ale ja akurat wiem o trzech. Za pierwszym razem ogłosił on, że gdyby był prezydentem, to by się udał do Putina i mu wygarnął, że żarty się skończyły i on już musi wybierać – życie albo śmierć.  Drugie wystąpienie Lecha Wałęsy, przywołane przez ogólnopolskie media, a dotyczące sytuacji na Ukrainie, głosiło, że gdyby on był prezydentem, to by pożyczył gdzieś bombę atomową i powiedział Putinowi, że żarty się skończyły i on się ma decydować – albo dostanie w ryj tą bombą, albo się opamięta. No i wczoraj, czy przedwczoraj, Lech Wałęsa odezwał się po raz kolejny i powiedział, że jak Putin uderzy na Polskę, to on ruszy na niego jako pierwszy, z nagrodą Nobla na piersi, i tym Noblem go… zniszczy, czy zabije? Nie wiem. Nie doczytałem.
 
     No i tu znów mamy sytuację taką, z jaką musieliśmy się zmagać w minionych latach wielokrotnie: Lech Wałęsa zostaje zachęcony przez dziennikarzy o skomentowanie tego, czy owego, no i komentuje, a my stajemy przed tym tak bardzo oszołomieni, że w pewnym momencie uznajemy za konieczne coś powiedzieć, jakgdyby wierząc, że to nasze słowo cokolwiek tu zmieni. No ale ja, nauczony przykrym bardzo doświadczeniem, tym razem nie będę się znęcał nad Wałęsą, nie będę komentował tego, co on powiedział, nie będę się z niego śmiał i z niego szydził, ja nawet nie mam zamiaru rozmyślać nad tym całym przedziwnym zjawiskiem i próbować dojść do tego, czemu on jest taki jak jest, co mu się stało w głowę i kiedy. Ja dziś mam już tylko jeden problem: dlaczego w ogóle my dziś musimy słuchać informacji o tym, co Lech Wałęsa pomyślał i co powiedział? Ja chciałbym dziś już tylko wiedzieć, dlaczego redaktorzy głównych ogólnokrajowych mediów w Polsce wciąż zwracają się do Lecha Wałęsy z prośbą o wypowiedzi i dlaczego robią to tak często.
 
       Ja rozumiem, jaką rolę Wałęsa spełnia w politycznej propagandzie ostatnich lat. Ja wiem, że przez to, że wedle oficjalnego przekazu on jest naszym bohaterem, autorytetem i Polakiem najbardziej popularnym na świecie po papieżu Wojtyle, a jego stosunek do Jarosława Kaczyńskiego jest jednoznacznie wrogi, staje się często czymś w sposób oczywisty korzystnym wyciągnięcie od niego jakiegoś oświadczenia, które gnuśnym i głupim ludziom odpowiednio zamiesza w głowach. I ja to rozumiem. Mamy jakiś mniej lub bardziej poważny kryzys polityczny na linii PO – PiS, media wyciągają Wałęsę, ten powie, co mu akurat wpadnie do głowy, i można się spodziewać, że coś tam znów odpowiednio zagra. Zbliżają się wybory, trzeba zwrócić się do różnych autorytetów o opinię, idziemy do Wałęsy, a Wałęsa mówi, że każdy tylko nie PiS, a ponieważ on jest sławnym Polakiem i w dodatku noblistą, jego słowa to tu to tam trafiają na dobry grunt. Tu jednak mamy kryzys ukraiński, który akurat gdy idzie o nasze polskie podziały, nic ani w jedną ani w drugą stronę nie zmienia, bo wszyscy i tak jesteśmy za niepodległą Ukrainą, a o tym, że Putin to ruska swołocz mówi już nawet sam jego pierwszy kumpel, czyli Donald Tusk, i w tym momencie reżimowa propaganda każe nam słuchać, jak Lech Wałęsa mówi, że on by pożyczył od kogoś bombę atomową i spuścił ją na Putina. O co tu do ciężkiej cholery chodzi?
 
     No dobra. Zakładam, że ci dziennikarze z Onetu, czy TVN-u są tak potwornie głupi, że się autentycznie przejęli sytuacją na Ukrainie, w dodatku uznali, że ten Wałęsa, cokolwiek by o nim nie myśleć, to jednak polityczne zwierzę, no i postanowili, że się go spytają, co on o tym wszystkim sądzi. No a kiedy ten zaczął pleść swoje durnoty o bombie, nie mieli już wyjścia, jak o tym poinformować. No ale, przepraszam bardzo, ale niby dlaczego? Dlaczego oni nie uznali, że to jest czysta kompromitacja, żenada i wstyd, więc lepiej będzie to jakoś wyciszyć? Co to ma znaczyć? Oni się boją, że gdy Wałęsa się dowie, że jego opinia nie poszła, to wpadnie w złość i im zrobi jakąś krzywdę? Czy może z tych nerwów zacznie popierać PiS? No przecież nie.
 
     No ale jest tu jeszcze coś. Przecież oni powinni świetnie wiedzieć, że z owego planu, by Wałęsę spytać o Ukrainę nic dobrego nie wyjdzie i że on najpewniej wymyśli coś tak obłędnego, że nam wszystkim oko zbieleje i ucho uschnie. No przecież oni to wiedzieć muszą. A mimo to do niego lezą i wyciągają go na zwierzenia. Dlaczego?
 
     A ja sobie myślę, że tu może chodzić o coś zupełnie innego. Tu może chodzić o to, że media kalkulują dobór informacji według schematu, którego my nie jesteśmy w stanie pojąć, a gdzie liczy się tylko to, by każda minuta była wypełniona czymś, co przeciętny widz, czytelnik, czy słuchacz jest nauczony traktować, jako interesujące, a jako dostarczycieli owych newsów oni mają zespół już dawno wybranych osób: a więc są tam Paweł Śpiewak, Jadwiga Staniszkis, Kazimierz Marcinkiewicz, Jan Hartman, Janusz Palikot, Adam Hofman, ojciec Paweł Gurzyński, Daniel Olbrychski, Agnieszka Holland, Andrzej Olechowski, no i wreszcie też Lech Wałęsa, były prezydent i laureat nagrody Nobla. Każdy z nich – i co do tego nie może być cienia wątpliwości – gwarantuje odpowiednią porcję rozrywki, która odpowiednio często relacjonowana przez kolejne media, stworzy pozory jakiejś niby-debaty, a wśród nich wszystkich w sposób oczywisty Lech Wałęsa jest absolutnym mistrzem. No bo kto poruszy serca i umysły publiczności, jak najsłynniejszy Polak na świecie? A że istnieje obawa, że ludzie słysząc to, co on wygaduje, nagle sobie pomyślą, że ten Wałęsa to kompletny dureń? Otóż nie. Nie pomyślą. Obawiam się, że nic takiego nie nastąpi. Dla opinii publicznej to wszystko może dziś już tylko stanowić jedynie kompletnie niezdefiniowany szum, i bez znaczenia jest to, czy to co słychać wychodzi z ust Pawła Śpiewaka, Jadwigi Staniszkis, Adama Hofmana, czy Lecha Wałęsy. Tak naprawdę, dla większości z nas to wszystko może się nagle okazać dokładnie tym samym, z jedyną różnicą wyznaczaną różnicami w twarzach i nazwiskach, a efekt tego przekazu będzie jeden: debata trwa, ludzie rozmawiają, sytuacja jest opanowana.
 
        No dobra, ale co tam robi Wałęsa? No więc on tam robi dokładnie to co inni – Hartman, Staniszkis i Marcinkiewicz. Wypełnia. Jest na liście wypełniaczy i wypełnia. Przychodzi do nas i mówi, że on, gdyby nadal był prezydentem, to by podszedł do Putina i powiedział: „Decyduj się kolego – śmierć, albo życie”. A my kiwamy głową i sobie myślimy: „Co za idiota!” Zakładamy elegancki strój, wsiadamy do auta i jedziemy do ulubionej galerii handlowej, albo normalnie siedzimy przed telewizorem i oglądamy telewizję. Bo tak naprawdę tu nigdy nie chodziło o nic innego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz