whos.amung.us

poniedziałek, 29 września 2014

Ekskomunika. Zapomniana broń polskiego Kościoła.

Autor: Integrator
 
Chciałem zaczepić ten temat już jakiś czas temu acz z powodów ode mnie niezależnych musiałem wstrzymać się aż do teraz. Wbrew bowiem temu co nam się stale kładzie do głowy wcale Internet nie jest ostoją wolności, przeciwnie jest pod stałym nadzorem a gdy tylko wrzucimy tam treści niewygodne dla wielkich tego świata zaraz jest dokładnie z nich czyszczony. A przecież wiemy jak bardzo dla nas maluczkich jest to rzecz nieosiągalna. Dla przykładu gdy ktoś z nas prowadził kiedyś działalność gospodarczą, to jego dane zaraz z KRS powędrowały do sieci, gdzie następnie zostały zmultiplikowane przez kolejne portale do tego stopnia, że nie ma siły by to wszystko potem usunąć. Można do tych portali pisać, prosić, można tłumaczyć, że działalność została zlikwidowana a w zamian tylko cisza i przychodzi się pogodzić z faktem, że te nasze dane zostaną już tam do końca świata albo tego internetu. Sprawy mają się całkiem inaczej gdy usunięciem treści zainteresowani są choćby tacy ludzie jak ci których polecenia aktualnie wykonuje Putin. Nawet śladu wówczas po takich treściach nie zostaje, jest tak jakby sprawy nigdy nie było. I tak się dokładnie rzeczy mają z filmikiem nakręconym zdaje się telefonem komórkowym, który choć swego czasu był na wielu portalach (od youtube po całkiem mi nieznane) z dnia na dzień zniknął z nich wszystkich a ja musiałem odczekać z tą notką do czasu aż ktoś mając to nagranie na dysku wrzuci je ponownie do sieci. Ta chwila właśnie nadeszła, jakimś cudem filmik wciąż tam jest, a ja mając świadomość, że to jest tylko systemowe niedopatrzenie i że to okienko prawdy za chwilę ktoś znów skutecznie na lata zatrzaśnie czynię swą powinność i piszę co następuje.
Na to nagranie trafiłem dwa lata temu a zarejestrowano w nim wizytę Władimira Putina w prawosławnym klasztorze, na wyspie Wałaam leżącej na jeziorze Ładoga. Link do jedynego miejsca w sieci gdzie nagranie to ponownie wstawiono umieszczam poniżej byście mogli nacieszyć nim oczy nim znów zniknie. Gdyby się jednak okazało się, że oni są jeszcze lepsi niż myślę i filmik ten miałby zniknąć zaraz po tym jak Wy na niego zaczniecie masowo wchodzić zwracając tym samym w to miejsce oko Saurona, to opiszę w paru słowach co się w tym nagraniu znalazło.  Otóż tam jest ujęty ten moment wspomnianej wizyty kiedy Putin podchodzi akurat do oczekujących go popów, ściska każdemu po kolei dłoń w geście powitania a gdy podaje ją ostatniemu ten nagle nachyla się i całuje ją z oddaniem. A więc dokładnie tak jak my katolicy robimy to gdy mamy okazję witać biskupa tj. najmniej głowę lokalnego kościoła. Proszę, to ta scena:  
Dlaczego ja się tak tym nagraniem ekscytuję? Moi mili, niektórzy z nas wiedzą dzięki lekcjom historii w szkole podstawowej a już na pewno wszyscy z bajek, że taki gest (kiedyś wykonywany też wobec króla) jest aktem uniżenia i szacunku wobec instytucji, którą osoba wobec której taki gest wykonujemy, reprezentuje. W przypadku biskupa czy Papieża pocałunek w dłoń (dziś częściej w pierścień) oznacza oddanie czci Jezusowi i jego Kościołowi a zarazem na niwie religijnej uznanie tej osoby swoim zwierzchnikiem i przewodnikiem w randze wyższej niż ksiądz proboszcz. Pojawia się więc pytanie, chociaż wobec tego nagrania to jest dla mnie pytanie czysto retoryczne, komu cześć oddał ów prawosławny duchowny składając pocałunek na dłoni Putina? Czyją zwierzchność prawosławny kapłan  aktem tym uznał, czy raczej potwierdził? Pytanie retoryczne więc i odpowiedź oczywista i każdy kto choć trochę orientuje się w historycznych relacjach pomiędzy władzą Rosji a kościołem prawosławnym wie, że jest on podobnież jak Protestantyzm religią państwową w tym znaczeniu, że najwyższym de facto hierarchą tych kościołów (oficjalnie lub nieoficjalnie) jest aktualnie urzędująca głowa państwa. Są niestety wśród nas różne głupole, które bezrefleksyjnie dają posłuch medialnym kłamstwom o rzekomym braku w Polsce rozdziału Kościoła Katolickiego od państwa i idącym w ślad za tym żądaniom rozdziału tych dwóch instytucji rzekomo na wzór innych państwa, podczas gdy choćby w takiej Anglii królowa brytyjska jest „najwyższym zarządcą” kościoła anglikańskiego („Supreme Governor”) czyli głową tego kościoła. Zdemaskowany Putin choć na nagraniu próbuje to ukryć także zarządza moskiewskim odłamem Prawosławia niemalże jak jedną z podległych mu delegatur, że już nie wspomnę co dzieje się w państwach islamskich. I tak jest nie od wczoraj ale od wieków, lecz my nieustannie poddawani agresywnej obróbce mediów będących w rękach środowisk antykościelnych, nie potrafimy już tego dostrzec. Z jakimś strasznym trudem przychodzi nam zrozumieć tak oczywisty fakt, że akurat Kościół Katolicki jest tym kościołem, który współpracuje z władzami poszczególnych państw (na zasadach opisanych w konkordatach) ale w żadnym razie nie z tymi władzami zszyty ani zależny jak to jest w przypadku wspomnianych religii. Sądzę, że właśnie ta niezależność będąca jednym ze źródeł siły tego Kościoła jest jedną z ważniejszych przyczyną nienawiści a zarazem strachu jaki darzą ten Kościół jego wrogowie.
Ale wróćmy do sceny z Putinem. Tam jest jeszcze coś, trwa zaledwie sekundę ale jest kwintesencją sprawy dla której nad tym tekstem ślęczę. Putinowi tak bardzo zależy by ukryć jego faktyczną zwierzchność nad tamtejszym kościołem a szczególnie by ukryć ją przed rosyjskim ludem, że gdy szczery w swym oddaniu pop pocałował go w rękę, ten wyrwał ją  jak oparzony i czerwony ze złości pogroził mu pięścią. Wszystko trwa zaledwie parę sekund ale są to absolutnie jedne z bardziej bezcennych sekund w historii ludzkości. Nigdy nikomu wcześniej nie udało się w sposób bezpośredni udowodnić zwierzchności Kremla nad moskiewską Cerkwią Prawosławną aż do teraz, aż nastał czas telefonów komórkowych i stało się. Nie ma się więc co dziwić, że to nagranie zniknęło ze wszystkich portali w zdawało się globalnej i wolnej sieci, i dlaczego zniknie pewnie i to jedno które przez niedopatrzenie rosyjskich służb zajętych niszczeniem Ukrainy miało szanse w tej sieci zaistnieć.
Putin to bezwątpienia człowiek który gdyby żył za tamtych czasów pewnie osobiście podpalałby na rozkaz Lenina cerkwie a jednak bardzo dobrze rozumie jak wielka siła mimo braku armii drzemie w kościele i jak bardzo może mu on pomóc mu w realizacji założonych celów. Właśnie z tego powodu nagranie to było dla mnie tak ważne i nie widziałem sensu podejmować się niniejszego tematu gdy znikło z Internetu bo czułem, że cokolwiek bym napisał i tak nie zostanę zrozumiane, a prędzej wyśmiane przez tych którzy w sieci pełnią rolę stróżów rosyjskich interesów. Skoro nagranie wciąż tam jest, a my mamy już za sobą ten niemniej ważny wstęp pokazujący jak bardzo nawet Putinowi zależy na dobrych relacjach z kościołem, to możemy przejść do zagadnienia docelowego. Bo tak naprawdę chcę pisać o naszym Kościele, o naszych biskupach i o porzuconym przez nich narzędziu a sprawdzonym i skutecznym narzędziu wykorzystywanym ongiś do walki z wrogami tegoż Kościoła. Chcę pisać o ekskomunice.
Zaledwie parę dni temu media łaskawie podały nam do wiadomości, że mnisi z klasz­to­ru świę­te­go Sawy Serb­skie­go na grec­kiej Górze Atos, wezwali biskupów z odłamu prawosławia moskiewskiego (kościół prawosławny jest równie silnie podzielony jak kościół protestancki) by obłożyli Wła­di­mira Putina klątwą za "nisz­czenie narodu ro­syj­skiego" i „"rozpętanie wojny z braćmi w wierze na Ukrainie". Z powodu zależności o jakich pisałem powyżej patriarcha „moskiewski i całej Rusi” Cyryl I (bo tak brzmi pełna nazwa piastowanego przez niego urzędu) z pewnością takiego gestu nie wykona, aczkolwiek sprawa jest problematyczna zważywszy na fakt, że mnisi ci cieszą się w całym świecie prawosławnym dużym estymą.  Emocji sprawie dodaje fakt, że człowiek objętych klątwą nie można wchodzić do cerkwi czy przyjmować sakramentów do chwili gdy odpokutuje za uczynione zło, a czy wystarczy czy może wciąż za mało pokutował leży w gestii tego biskup który klątwę nałożył. Sądzę, że Putin z Cyrylem już sobie uradzą co z tym fantem począć a my idźmy tropem tej klątwy dalej. Zanim poszło w świat o mnichach z Góry Atos, mniej więcej rok temu czytałem o innym greckim i prawosławnym kapłanie Serafim, biskupie Pireusu, który zagroził  ekskomuniką wszystkim tamtejszym posłom, którzy zdecydują się poprzeć ustawę o związkach osób homoseksualnych, do czego zobowiązało Grecję orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który uznał, że ustawodawstwo tego kraju narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka nie przyznając osobom homoseksualnym tych samych praw co heteroseksualnym. Biskup, że się tak wyrażę nie ceregielił się i stanął na wysokości zadania korzystając przy tym z odpowiednich ku temu narzędzi.
Mam nadzieję, że choć było trochę dookoła to sprawa jest już dla wszystkich prosta. Otóż nie umiem pojąć co się takiego stało na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, że nasi biskupi zapomnieli o tak ważnym narzędziu jakim jest ekskomunika, którym Kościół od wieków skutecznie walczył ze swymi wrogami? O narzędziu potężnym, którego boi się nawet bezbożnik Putin i jak widać narzędziu wciąż używanym przez inne kościoły. Przed niespełna dwoma laty Polska żyła sprawą radnych Częstochowy którzy przyjęli uchwałę w której zobowiązali się dopłacać z budżetu miasta do niezgodnych z nauką Kościoła Katolickiego zabiegów In vitro. Było przy tym trochę biadolenia ze strony prawicowych mediów ale zaraz zajęły się innymi sprawami, a nasi hierarchowie rozłożywszy bezradnie ręce pogodzili się z tym faktem pozwalając rozlewać się podobnym pomysłom po innych miastach. A przecież wystarczyło w tamtym czasie tylko trzymać się przyjętych przez Kościół reguł gry i ogłosić listem duszpasterskim akt objęcia ekskomuniką wszystkich radnych, którzy podnieśli podczas głosowania rękę za In vitro. I już. I tyle. Może jeszcze dla lepszego efektu winno się było wyczytać przy wtórze bijących dzwonów imiona i nazwiska tych ludzi bo tak to dokładnie kiedyś wyglądało. Naprawdę nic więcej Kościół nie musiałby robić by wszystko wróciło do normy. Skończyłby się problem wierzących a publicznie postępuje wbrew nauce Kościoła i tych którzy używają wiary do celów wyborczych. Blady strach spadłby nie tylko na tych częstochowskich radnych z których część pewnie dalej bezwstydnie lansuje się na niedzielnych mszach świętych gdzie ku zgorszeniu reszty wiernych przyjmują świętokradzką Komunię Świętą ale i na tych wszystkich innych działaczy partyjnych którym na myśli podobne zabawy z kanonami wiary. Skalkulowałby sprawę i katolik Komorowski zanim by publicznie zabiegi na ludzkich zarodkach promował i posłowie PO robiący co i rusz oko do środowisk homoseksualnych. Mocą zaledwie jednego słowa wszyscy oni zostaliby odsiani od ziarna i rzuceni w przedsionek piekła skąd wracaliby odmienieni idąc drogą ukorzenia i zadośćuczynienia.
Publiczny akt sprzeciwu Komorowskiego wobec nauki Kościoła i tych radnych to już historia ale mamy kolejną okazję by zacząć tym jakże skutecznym narzędziem sprawy w kraju porządkować. Oto stajemy u progu walki z ideologią GENDER, które jeśli sprawę prześpimy przetoczy się przez  ten kraj niczym walec niszcząc w nas ludziach wszystko co pierwotne i dobre.  Dzięki wielu ludziom organizującym spotkania i wykłady oraz ich zaangażowaniu w zbieranie podpisów przeciwko ratyfikacji „Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” w treści której ukryto zasady wprowadzania GENDER do polskich szkół i przedszkoli, głosowanie zostało po raz kolejny odłożone a sprawa przekazana do dalszych prac komisji. Jest więc najlepszy czas ku temu by do narzędzia zapomnianego przez hierarchów naszego Kościoła na powrót zacząć się uciekać. Już najwyższy czas by wzorem biskupa greckiego zagrozić ekskomuniką tym wszystkim posłom (także tym którzy zasłaniając się niewiedzą, która przecież zgodnie z normą prawa nie zwalnia z odpowiedzialności) którzy przyłożą swą rękę do otwarcia Polski na GENDER. Do czego hierarchów gorąco namawiam.

niedziela, 28 września 2014

Władysław Tomczyk na premiera, czyli sky's the limit

Autor: Toyah
 
Możliwe że niektórzy z nas jakimś cudem o nim słyszeli, ale wątpię. Wątpię trochę dlatego, że sprawa faktycznie i bezdyskusyjnie nie nadaje się do tego, by nie tylko o niej rozmawiać, ale choćby i myśleć, a z drugiej strony jest tak strasznie dużo rzeczy, które nam wypełniają życie, że naprawdę trudno sobie wyobrazić, że jakiś lokalny wybryk ni stąd ni zowąd dotrze do powszechnej świadomości ot tak sobie, tylko dlatego, że on zaistniał, a ktoś gdzieś uznał go za coś wartego uwagi.
O co chodzi? Otóż jest tak, że w Katowicach, a więc mieście, w którym mieszkam, jest kinoteatr „Rialto”, obok znajduje się wiadukt kolejowy, a pod wiaduktem o wielu lat, dzień w dzień, stoi sobie pewien starszy pan w czapce z daszkiem i ze skrzypcami, wygrywa na tych skrzypcach sobie tylko znane melodie, a przechodnie wrzucają mu do puszki pieniądze. Ktoś powie, że to standard: wszędzie takich ludzi jest cała masa, a jeśli niektórzy z nich nie mają akurat skrzypiec, to grają na fujarce, gitarze, harmonijce, a czasem i na bębenkach, jednak cel i efekt jest zawsze ten sam – zarobić na życie. Co ja mówię, grają? Są tacy, którzy ponieważ grać na niczym nie umieją, to śpiewają, albo nawet piszą teksty. I je rozdają, by kto chce, sobie poczytał.
 
Ów katowicki skrzypek to jednak coś zupełnie szczególnego. I tu, aby dokładnie wyjaśnić, w czym rzecz, trzeba poświęcić sprawie trochę więcej miejsca. Otóż przede wszystkim on na skrzypcach grać nie potrafi. I kiedy to mówię, nie chodzi mi o to, że on nie potrafi grać na skrzypcach tak, jak wielu zawodowych, czy pół zawodowych, czy zaledwie amatorskich skrzypków, którzy są aż tak słabi, że my ich słuchamy z zażenowaniem i mówimy, jak to oni są do niczego. On nie potrafi grać na skrzypcach dokładnie tak samo, jak na skrzypcach nie potrafię grać ja, czy ktokolwiek z nas. On na skrzypcach nie potrafi grać tak samo jak, czy to ja, czy większość z nas, czytających ten tekst, nie potrafi grać na waltorni, czy kontrabasie. A mimo to, każdego dnia od wielu lat, można go spotkać pod tym wiaduktem, jak tam stoi, z tymi swoimi skrzypcami, z pulpitem z rozłożonymi na nim nutami, i gra melodie znane tylko sobie. Ale to nie wszystko. Poza tym całym ekwipunkiem, on ma jeszcze coś – mianowicie kasę fiskalną, którą niezmiennie uruchamia ile razy ktoś mu wrzuci do pudełka jakiś pieniądz.
 
Powiem uczciwie, że ten dziwny człowiek budzi we mnie uczucia jak najgorsze. Ja wiem, że nasze życie układa się różnie, a przez to różnie jesteśmy zmuszani do tego, by wybierać te czy inne sposoby na przeżycie. To co wymyślił ów starszy pan ze skrzypcami, a mianowicie to, że on nie potrafiąc grać na skrzypcach, zacznie zarabiać na życie grą na skrzypcach, a po to, by ową działalność jakoś wzmocnić na poziomie ściśle handlowym, zainwestuje w kasę fiskalną – zupełnie, jak wiemy, niepotrzebnie i bez sensu – i w ten sposób okaże się lepszy od całej reszty ulicznych grajków, budzi we mnie odruch protestu. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że za tym co on robi stoi zwykłe kłamstwo. To nie jest sztuka, tam nie ma śladu piękna, tam wreszcie nie ma mowy o wzruszeniu się ludzką biedą i wynikającą z niej desperacją. Tam jest tylko czyste, bezczelne cwaniactwo. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że zarówno te nuty, jak i ta kasa, to zwykły ersatz.
 
Ale ja byłbym w stanie to wszystko jakoś zaakceptować, gdyby ów dziwny człowiek był choć trochę wesoły, czy choćby sympatyczny. Tymczasem nie. Moim zdaniem jego cała postawa, wyraz twarz, zachowanie wskazuje na to, że jego tam ktoś postawił, kazał mu robić to co robi i o nic nie pytać. On ani się nie uśmiecha, ani nie żartuje, ani z ludźmi nie rozmawia, stoi tam z tą kasą pod nogami, ponury i obcy jak jasna cholera, i bez sensu rzępoli na tych swoich skrzypkach. Jak mówię – od wielu już lat dzień w dzień.
 
Ktoś zatem powie, że to jest może taki performance, a więc dzieło sztuki. Oto człowiek, który mimo że nie umie grać na instrumencie, staje na ulicy i zbiera pieniądze, a w dodatku jeszcze ma tę kasę fiskalną, co stanowi już ironię jednoznaczną. Otóż nic z tego. Tam nie ma żadnej prowokacji; tam mamy wyłącznie jednego ponurego starszego pana w czapce z daszkiem, wymiętoszonej marynarce i skrzypcami, którego żona wysłała na ulicę, żeby zarabiał na chleb, a kiedy się okazało, że z tego są niezłe pieniądze, na wszelki wypadek, żeby Urząd Skarbowy się nie doczepił, kazała mu kupić kasę fiskalną, no i wtedy dopiero, ku ich zaskoczeniu, interes ruszył i nawet w TVN-ie go pokazali. Jak mówię, tam nie ma nic więcej, jak tylko to.
 
I teraz zapewne padnie pytanie, czemu ja się na niego tak pieklę? Co mnie obchodzi ten staruszek? W końcu takich byle jakich ulicznych grajków jest mnóstwo. Nawet tu w Katowicach karierę ostatnio robi pewien gitarzysta, który od tego skrzypka jest zaledwie nieco lepszy, a proszę sobie wyobrazić, że o nim się ostatnio mówi, jako o „najlepszym gitarzyście na świecie”. Czemu ja się jego nie czepiam? Otóż ja się go nie czepiam, bo on się przynamniej stara. Żeby osiągnąć swój sukces, on stworzył sobie i wizerunek i styl i nawet nauczył się grać ten jeden jedyny kawałek w taki sposób, by przynajmniej niektórzy z nas krzyknęli „łał!”. Człowiek ze skrzypcami, jak mówię, nawet nie udaje, że się stara, że mu zależy, a oto nagle stał się jednym z podstawowych punktów krajobrazowych Katowic i okolic. On od pewnego czasu, w jak najbardziej oficjalnie autoryzowanym krajobrazie miasta jest czymś równie znaczącym, jak Wieża Spadochronowa, Kopalnia Wujek, czy Osiedle Giszowiec. On ma nawet nazwisko i nazywa się Władysław Tomczyk. Niedawno doszło podobno wręcz do tego, że o nim powstała jakaś amerykańska etiuda filmowa, którą można obejrzeć na youtubie. Ja jej nie widziałem, ale wierzę, że to prawda. Ledwo wczoraj przechodziłem sobie obok niego i na własne oczy widziałem, jak z nim załatwiał jakieś sprawy ktoś, kto mi wyglądał na miejskiego urzędnika, coś mu tłumaczył, zapraszał go na jakieś spotkanie, a skrzypek patrzył na niego tępym wzrokiem, jakby nic z tego nie rozumiał i tylko kombinował, jak tu znów wrócić do grania, bo czas goni, pieniędzy wciąż za mało, a za chwilę przyjdzie żona i mu urządzi piekło.
 
Ktoś się zapyta, po co ja o tym w ogóle piszę, skoro nawet sam na początku uznałem, że to nie jest w ogóle temat? Czy nie wystarczy mi pomarudzić prywatnie? Muszę z tym wychodzić aż na blog? Rzecz w tym, że wczoraj Ewa Kopacz ogłosiła skład nowego rządu, z Arłukowiczem, Schetyną, Halickim, Kluzikową, Grabarczykiem i tymi dwiema dziwnymi paniami, których nazwisk ani nie pamiętam, ani pamiętać nie chcę, a na dodatek obiecuje sobie nimi głowy nie zawracać do końca życia, i choć każdy z nas wie, że to nie może być na poważnie, to z drugiej strony, wszystkie znaki na ziemi i na niebie mówią nam, że ależ tak, to wszystko się dzieje naprawdę i jest jak najbardziej poważne. To jest i poważne i oficjalne i jak najbardziej autoryzowane przez szeroki mainstream. Widzimy tę Kopacz, patrzymy na nią, jak stoi tak fatalnie rozkraczona przy tej swojej mównicy, najpierw plecie jakieś dyrdymały na temat polskiej obronności, by za chwilę wpaść już w stan takiego rozchwiania, że ani ludzkie oko, ani ludzkie ucho, ani nawet ludzka wyobraźnia nie jest w stanie tego opisać.
 
A ja sobie nagle przypominam tego skrzypka pod wiaduktem kolejowym w Katowicach i myślę, że to jest dokładnie to samo. Zarówno gdy chodzi o poziom, jak i tę całą oprawę, która każe nam wierzyć, że to wszystko to jest nieodłączny element naszego polskiego krajobrazu, który albo przyjmiemy w całości, albo, jeśli nam się nie podoba, to won. A przynajmniej – mordy w kubeł, bo jak nie, to następnym premierem zrobimy tego Tomczyka i wszyscy zobaczą, jak potrafi być dziwnie.

piątek, 26 września 2014

Czy premier Kopacz wie, czym jest zbrodnia urzędnicza?

Autor: Toyah
 
Kiedy cała Polska żyje dziś największym życiowym sukcesem lekarki ze Skaryszewa, Ewy Kopacz, mnie akurat przypomina się rok 2010, kiedy coś, co nosi nazwę Kapituły Nagrody im. św. brata Alberta, uhonorowało swoim orderem czy medalem tę samą Ewę Kopacz, tyle że wtedy dopiero zaledwie minister zdrowia. Ponieważ owa Kapituła chwali się autorytetem Kościoła, jej przewodniczącym jest nie kto inny jak Wacław Oszajca SJ, a owa nagroda została jej przyznana za „serce i wsparcie okazane w Moskwie rodzinom tragicznie zmarłych w katastrofie smoleńskiej, w duchu miłosierdzia św. Brata Alberta”, kiedy dziś gratulujemy Kopacz jej sukcesu, myślę, że warto pamiętać o tamtym szczególnym dla naszej historii roku.
 
I ja machnąłby ręką zarówno na tego Oszajcę, jak i nawet na tę nieszczęsną Kopacz, bo ani ona ani on nie mają dziś już nic do gadania, siedząc w kieszeniach „innych już szatanów”, gdyby nie jeszcze coś.
 
O co chodzi? Otóż ja wciąż pamiętam rok 2008, kiedy to późną wiosną Polskę obiegła wieść, że gdzieś pod Lublinem pewna 14-letnia Agata zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem, chłopak stracił dla niej zainteresowanie, a jej mama zażyczyła sobie by ona ciążę usunęła. Ponieważ z jakichś nieistotnych dla nas akurat względów, żaden szpital do którego matka oboje dzieci prowadziła, nie chciał zabiegu przeprowadzić, natychmiast podniosła się medialna wrzawa, sprawą zainteresowali się wszelkiej maści dzieciobójcy i wszyscy oni zaczęli z całych sił swych czarnych serc walczyć o śmierć dla tego dziecka.
 
Szczególnie ciekawe w tym wszystkim natomiast bardzo było to, że obok najróżniejszych organizacji pro-life, najbardziej nieprzejednaną postawą wykazali się lekarze, którzy jeden po drugim odmawiali przeprowadzenia zabiegu uśmiercenia tej ciąży. No i właśnie wtedy na scenie pojawiła się, wówczas minister zdrowia, a dziś najwyższy premier, Ewa Kopacz i wyznaczyła klinikę, którą jednocześnie zobowiązała do przeprowadzenia zabiegu i od tego momentu wszystko poszło już z górki. Dzieci te zostały zawiezione na miejsce i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, jedno z nich zostało zamordowane.
 
Co do minister Ewy Kopacz, a więc de facto głównego organizatora owej egzekucji, zapytana przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że ona osobiście czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
 
A więc dziś, kiedy ona obejmuje owo zaszczytne stanowisko polskiego premiera, ja o niej już tylko myślę, jako o solidnym urzędniku państwowym, jednym z tych, których znamy z tak zwanych czasów pogardy, a o których swego czasu tak celnie napisał Herbert: „Oni wygrają”. A skoro tak, to ja też wiem, że na początku drogi, z której już nie uda się jej uciec, ona znalazła się już wtedy.
 
Dla mnie więc ona dziś jest już jedynie bakterią w laboratorium TegoKtóryNieOpuszczaŻadnejOkazji. I tam już zostanie. A my powinniśmy tylko uważać, żeby się od niej nie zarazić.

czwartek, 25 września 2014

O dr Cenckiewiczu i o średniowiecznym kacie.

Autor: Integrator
 
O rzekomej współpracy profesora Kieżuna ze służbami PRL dowiedziałem się z Onetu. Z racji specyfiki wykonywanego zawodu i związanej z tym konieczności dość częstego przemieszczania się, szczególnie w ciągu tygodnia, nie mam czasu by być w tych naszych polskich sprawach na bieżąco ale z drugiej strony nie jest aż tak źle bym nie mógł choć przez chwilę rzucić okiem na odpowiednio wyróżnione informacje dnia. A ponieważ oni w tym portalu sprawę ukryli pod mocnym tytułem: "Prof. Kieżun: całe szczęście dla tych sku…, że nie mam już pistoletu!” to sami rozumiecie, że trzeba było zajrzałem choćby dla zasady by sprawdzić o co tam znowu chodzi? Gdy okazało się, że profesor Kieżun chce strzelać do doktora Cenckiewicza bo on go właśnie skutecznie lustruje od razu zrobiłem w tył zwrot, jak zawsze gdy trafiam na ten temat bo on mnie już nie tyle męczy, co irytuje. Pisałem kiedyś o tym więc tylko przypomnę, że jak idzie o moje zdanie w tej kwestii to ja jestem za lustrowaniem wszystkich i wszystkiego albo tkwijmy już w tym postpeerelowskim bagnie aż wszyscy zainteresowani wymrą i nie sprawdzajmy nikogo. Trzeciej drogi nie widzę. No ale to tylko moje ciche zdanie i najwyraźniej doktor Cenckiewicz ma z tym inaczej. Zapytacie tedy po co ja się za ten temat biorę, a ja Wam śpiesznie odpowiem, że to przez Toyah’a na którego stronę wszedłem wczoraj przy okazji przerwy na kawę mając nadzieję, że zacznę tym sposobem dobry dzień, szczególnie że on tak ładnie kończy swoje teksty, że można je niemalże zamiast ciastka maczać w kawie i delektować się ich smakiem (tych zakończeń) przez dość długi czas. Toyah okazało się też napisał o profesorze Kieżunie więc nie było wyjścia jak tylko złamać się i w końcu przeczytać coś na ten temat do końca a gdy już byłem pełen jego myśli i odpowiednio zainspirowany usiadłem wieczorem by napisać tych tu parę zdań.
Ponieważ Toyah w swoim tekście sięga tych czasów to i ja dla porządku rzeczy muszę i zacznę od tego, że ja w tamtych pamiętnych dniach byłem przeciwny nominacji bp Wielgusa na metropolitę warszawskiego. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja z wychowania mam do księży bardzo duży szacunek. Na swej drodze życia spotykałem i wciąż spotykam wielu kapłanów wybitnych ale trafiło się paru o których nie mogę powiedzieć niczego dobrego, a mim to szacunek do sutanny zawsze kazał mi ostatecznie zamiast oceniać i pomstować, spuścić głowę i westchnąć cichutko za zbłąkanym pasterzem do Boga. Niemniej ten mój stosunek do księży ma też taką stronę, że ja przez to specyficzne podejście do kapłanów wymagam od nich dużo więcej niż od zwykłych ludzi. To jest trochę taka umowa, taka transakcja i myślę, że jest jak najbardziej sprawiedliwa. Dlatego gdy przeczytałem, po tym jak sprawa się wylała, że bp. Wielgus zaprzecza, że współpracował a potem jak dla odmiany przeprasza, że skłamał bo jednak coś tam komuś przy kawie opowiadał, to ja jestem pełen obaw, że to nie jest mój kandydat na tak wysokie stanowisko. Tak gdzieś głęboko w sobie mam to przeświadczenie, że tam musi iść raczej ktoś silny duchem i charakterem, raczej nie ktoś kto kłamał bo nakrzyczał na niego jakiś dziennikarz a wiele lat wcześniej załamał się bo ktoś kto go na tą kawę zaprosił zasugerował mu, że nie dostanie zgody na wyjazd do Watykanu. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja z takim wydaniem lustracji w której grzebiemy w historii tylko księży nie chcę mieć nic wspólnego. To jest najbardziej cyniczna wersja udawanej sprawiedliwości szczególnie gdy w jej przeprowadzaniu biorą udział dziennikarze, politycy i aktorzy od kartotek których ugina się niejedna szafa w prywatnych bibliotekach tych co zapraszali na te kawy, jako forma zabezpieczenia finansowego na długie jeszcze lata. Ale wiem też to dokładnie, że gdyby taki kapłan stanął na czele mojego kościoła to ja bym miał wyraźny problem z tą zasadą od której zacząłem ten akapit. A to jest dla mnie rzecz naprawdę bardzo cenna z której nigdy nie chciałby rezygnować, szczególnie w że w imię jakiś brzydki kompromisów tego co czuję z tym co powinienem.
Drugi powód dla którego byłem przeciwko tej nominacji, a jednocześnie przez który jestem za powszechną lustracją jest taki, że w tych wszystkich emocjach musimy stale pamiętać, że zagadnienie lustracyjne z którym ponownie w tych dniach musimy się zmierzyć jest o tyle ważnym tematem, że u jego początków a więc gdy powstawały te wszystkie kartoteki ich twórcom przyświecał tylko jeden cel - szantażowanie ludzi. I choć minęły lata, to nic się w tej materii nie zmieniło może tylko tyle, że osoby które kiedyś były niewiele znaczącymi kontaktami, dziś piastują często stanowiska decyzyjne a przez to waga gromadzonych przed laty materiałów wielokrotnie wzrosła. Zaś obecność tych ludzi w sferze publicznej z takim bagażem na plecach może być skażona decyzjami, które powstają na skutek sugestii przychodzących wraz z odbieranymi przez nich późną nocą telefonami, w których po grzecznym powitaniu ktoś wymienia ich pseudonim używany przed laty gdy dość wylewnie rozprawiali o wszystkim i o niczym przy tej symbolicznej już kawie.
I przechodząc już do profesora Kieżuna, gdy czytam ten wywiad w Onecie to niestety czuję, że on kłamie, szczególnie gdy zaczyna zasłaniać się medalami i chorobą. Dokumentów co prawda nie widziałem, ale jakoś mi to jego zachowanie nie pasuje, bo gdybym był na jego miejscu i ktoś taki dziś przyszedłby do mnie i powiedział wbrew temu jak było, że ja współpracowałem to ja bym z pełnym spokojem powiedział, że to nieprawda, z ciekawości przejrzał zawartość przyniesionych dokumentów, wyjaśnił co trzeba i życzył tym panom powodzenia w dalszej pracy naukowej. Kieżun zareagował jak człowiek przerażony i nie zrzucałbym tego wzburzenia akurat w tym konkretnych przypadku na wiek profesora. Poza tym co by tu nie mówić o Cenckiewiczu, do tej pory błędu w swych badaniach nie popełnił a gdy na patelni siedział Lech Wałęsa podnosiliśmy profesjonalizm tego historyka pod samo niebo. Zatem tu problemu nie mam a sprawa wydaje się być przesądzona.
Problem mam za to taki, czy jest sens lustrować ludzi właśnie takich jak profesor Kieżun? Zrozumiałbym wszystko gdyby szło o kogoś znacznego, decyzyjnego, kogoś kto dodatkowo swym zachowaniem wskazywałby, że nie podejmuje swych decyzji w sposób suwerenny a bardziej inspirowany przez osoby drugie jak to wszyscy czujemy w przypadku wspomnianego Wałęsy. Gorzej mi z tym zrozumieniem idzie gdy pod obróbkę bierze się człowieka który z racji swego wieku stoi już nad grobem, który w niczym nam nie szkodzi, przeciwnie, jako symbol walki o dobrą sprawę pomaga nam skupiać się wokół dawnych dni chwały. Taka lustracja w swym ostatecznym bilansie jest szkodliwa, a jedyne co może przynieść to chwilowe zainteresowanie panem Cenckiewiczem i jego kolegami, może być też głośną reklamą dla zbliżającego się wydania nowej książki. Innych powodów nie widzę.
A jeśli tak to z takim doktorem Cenckiewiczem nie chciałbym mieć nigdy do czynienia. Jak będzie czas pokaże na pewno już teraz i nie doszukujcie się tu żadnej złośliwości, pan Cenckiewicz mógłby jakoś konkretniej zadeklarować się w swych zawodowych planach bo jeśli wszystko co chce robić miałoby sprowadzać się do już tylko szukania czarnych dziur w życiorysach ludzi złamanych, to niechby nam to przy okazji sprawy profesora Kieżuna wszystkim ogłosi. W średniowieczu dla sprawnego wykonywania egzekucji wymyślono instytucję katów których obowiązków tu chyba tłumaczyć nikomu nie muszę. W Niemczech zawód ten uważano za hańbiący ale już w takiej Francji cieszyli się dużym uznaniem i popularnością za czym szła też odpowiednia pensja. W Raciborzu na Śląsku działał nawet cech katowski i nie byle jaki, bo by zostać katem trzeba było znać anatomię, podobno nawet umieć pisać i czytać, niemalże jak ówcześni doktorzy a to już nam trochę do tej lustracyjnej  ekipy pasuje. Gdyby to więc tak teraz miało wyglądać, że doktor Cenckiewicz i koledzy chcieliby nam głównie księży i powstańców lustrować, to może też niech taki cech założą? I jeśli zaczną nas wówczas wszystkich po kolei z racji swego zawodu sprawdzać, a przy tym i w pierwszej kolejności nie zapomną o swojej rodzinie, to będzie to wówczas najbardziej właściwe a przy tym uczciwe podejście do sprawy. Niechby i wtedy na państwowej pensji robili.
 

Prostowanie powstańca, czyli i ty zostaniesz lustratorem

Autor: Toyah
 
Może mi ktoś w to nie uwierzyć, ale ja nie za bardzo lubię dni, kiedy – z jakiegokolwiek zresztą powodu – zamiast wklejać tu kolejny, nowy zupełnie tekst, przypominam coś, co napisałem już wiele lat temu. Niestety, wygląda na to, że jest to sytuacja do nie do uniknięcia, a jej powodem wcale nie jest to, że mi brakuje tematów, lub pisać mi się nie chce, ale fakt, że od czasu do czasu, po raz kolejny i z tą samą przejmującą wyrazistością okazuje się, że wszystko już było i żadne nasze nowe słowo nie jest w stanie uczynić owej pierwszej refleksji ani mądrzejszą, ani choćby odrobinę głębszą.
Nie umiem powiedzieć, jak tu się sprawdza nasza pamięć, ale mam nadzieję, że większość z nas przypomina sobie ów wiosenny dzień roku 2008, kiedy to jak najbardziej nasze, prawicowo-patriotyczne środowiska dokonały okrutnego linczu na arcybiskupie Wielgusie; mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy tamtą sylwetkę Arcybiskupa, z jednej strony próbującego zachować należną dumę, a jednocześnie tak przejmująco drżącego, stojącego przed owym żądającym prawdy i sprawiedliwości tłumem pobożnych patriotów. Mam tę nadzieję, bo bardzo bym chciał, żebyśmy my tu przynajmniej nigdy nie zapomnieli owego szczególnego przykazania: „Nie będziesz głupcem”.
A wiemy mam nadzieję bardzo dobrze, jak bywa trudno. Oto ostatnie dni przyniosły nam zaledwie drugi w ciągu minionych lat, ale za to wyjątkowo spektakularny, pokaz tego, czym jest skutecznie przeprowadzona lustracja, i wiele wskazuje na to, że i tym razem ową robotę wykonaliśmy zupełnie sami, naszymi własnymi rękami, inspirowani wyłącznie naszą osobistą świadomością tego, czego od nas oczekuje System, i kiedy tak stoimy dumni i dyszący ową naszą polskością, nikt już chyba nie może mieć wątpliwości, że to do nas należy przyszłość – przyszłość prawa, sprawiedliwa i tym razem już na zawsze nasza.
No i to jest ten moment, kiedy naprawdę mi już nic innego nie przychodzi do głowy, jak przypomnieć tamten tekst, opublikowany w tym samym co dziś miejscu, kiedy to jeszcze, gdy idzie o Sławomira Cenckiewicza, nie wiedzieliśmy za dobrze nawet, czy jemu jest Cenckiewicz, czy Centkiewicz, a taki Piotr Zychowicz, to już w ogóle nie był niczym więcej, jak chrząknięciem na wietrze.
Tyle się zmieniło od kwietnia 2008 roku, w tym nawet zamordowano nam prezydenta, i zobaczmy tylko, że żadnemu z nich nawet włos z głowy nie spadł. Jedno natomiast pozostaje niezmienne: owa zażartość tych, których postanowiliśmy nazywać „naszymi”. Nie do wiary! Zupełnie jak tamte pomniki. Proszę poczytajmy sobie więc tamten tekst sprzed lat. On nosił tytuł „Prostowanie księdza, czyli i ty zostaniesz lustratorem”. Wszystko jest jak było, tyle że zamiast księdza mamy powstańca.
Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy, zaproponowano mi współpracę. Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem Systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i kazał mi się wynosić. Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej swojej przygodzie i przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc, zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli, że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś, kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się, jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza – kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.
Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.
Minęło 6 lat. Tym razem wzięli się za Kieżuna. Co za skuteczność!

poniedziałek, 22 września 2014

Czy od 24 września dzieci w Polsce będą mogły zmieniać płeć?

 Autor: Integrator

Przyznam się, że zjawisko GENDER choć przeze mnie dawno już rozpoznane nie zajęło w mojej świadomości miejsca, które oddałoby tej sprawie należytą wagę. I chociaż w rozmowach towarzyskich zawsze wskazywałem na zagrożenia płynące z tej ideologii to dopiero udział w spotkaniu z profesor Marią Ryś, a potem prywatna rozmowa w małym gronie pozwoliła mi zrozumieć, że mamy przed sobą realne wyzwanie przy którym komunizm czy liberalizm mogą stać się „letnim” wspomnieniem. Wyzwanie o tyle groźne, że przenosi się je na grunt systemu prawnego poszczególnych państw pod przykrywką spraw bezdyskusyjnie szczytnych, takich pod treścią których każdy z nas podpisałby się bez specjalnego wgłębiania się w ostateczne znaczenie takiego tekstu. W trakcie posiedzenia Sejmu planowanego na 24-26 września waśnie taki dokument zostanie przedłożony do głosowania naszym posłom. Będzie nosił piękną nazwę „Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” a jej ratyfikacja oficjalnie wprowadzi do Polski GENDER. Stąd jeśli lubisz tylko krótkie notki, zrób dziś, raz, ten jeden wyjątek i przeczytaj to do końca. To będzie pisane specjalnie dla Ciebie.

Sprawę po raz pierwszy w sposób powszechny nagłośnili biskupi w swym liście duszpasterskim. Ponieważ jednak z oczywistych względów dotarł on tylko do tej części społeczeństwa, która uczęszcza na msze święte i to w postaci jednorazowego przekazu, a media na co dzień wlewają w nas truciznę w postaci relacji z konferencji na których tłumaczy się, że GENDER to jedynie badania naukowe, sprawa nie przebiła się do powszechnej świadomości. Pozwolę sobie zatem bazując na jednym z wykładów, które przesłała mi profesor Maria Ryś, pokazać tym którzy nie mają czasu czytać całej Konwencji jakie zapisy dotyczące GENDER się w niej znalazły. Wcześniej jednak chcę Wam rzucić tu dosłownie garść informacji o początkach GENDER. Od razu ostrzegam, że będzie ostro.

Urok tego zjawiska, jeśli mogę się tak wysłowić, polega na tym, że jest ono na chwilę obecną trudne do sprecyzowania bo niełatwe jest przedstawienie i ocena wielu nurtów, różnorodnych teorii i koncepcji jakie ukrywają się pod tych hasłem. Nurt ten wywodzący się z czasów walki o prawa i równouprawnienie kobiet rozwijał się dzięki badaniom i pracom przedstawicieli różnych dyscyplin naukowych, m.in. dzięki zakłamanym, jak się okazało po wielu latach, wynikom badań Kinseya dotyczącym ludzkiej seksualności. Dzisiaj w zakres zjawiska GENDER wliczane są zarówno różnego rodzaju feminizmy, badania naukowe i pseudonaukowe, ruchy którym leży na sercu przeciwdziałanie dyskryminacjom i nierównościom społecznym ale i te promujące prawa do aborcji, antykoncepcji czy in vitro, także te wspierające związki jednopłciowe, edukację seksualną, prawa gejów do wychowywania dzieci.  Nie ma więc jednoznacznej definicji GENDER nawet w dokumentach Unii Europejskiej, która mimo tego w ramach tzw. gendermainstreamingu przyjęła obowiązujące we wspomnianych środowiskach rozwiązania dotyczące ludzkiej seksualności jako swoje. Brak jednoznacznej definicji jest o tyle poważnym problemem jak idzie o przeciwstawianie się temu zjawisku, że trudno jest walczyć z czymkolwiek czego wcześniej nie opisano, nie ujęto w ramy, nie nadano kształtu i ciała. Wydaje się, że zjawiska GENDER nie sprecyzowano właśnie dlatego i ukryto pośród często słusznych idei, by trudniej było jego przeciwnikom to zjawisko dokładnie zanalizować i ostatecznie skompromitować. Jest to rodzaj ideologii, która niczym żywy i ulęgający ciągłym mutacjom organizm wciąż się przepoczwarza, wchodzi w relacje z innymi ideologiami lub ukrywa się za nimi używając ich jako tarcze przez co walka z tym zjawiskiem jest wyjątkowo trudna.

U początków a potem w trakcie rozwoju tego nurtu było wiele bardzo mrocznych wydarzeń, które dzisiaj są zwłaszcza przez propagatorów GENDER ukrywane. Jedną z najważniejszych postaci, bez której nie byłoby tego zjawiska, była Margaret Sanger, wojująca feministka, propagatorka marksizmu w Stanach Zjednoczonych, założycielka protoplasty International Planned Parenthood Federation, propagatorka nazistowskich programów eugenicznych i aborcji, dzięki której to  działalności nazwana została „aniołem śmierci”. Dzisiaj Margaret Sanger jest przedstawiana jedynie jako kobieta walcząca o prawa i wolność kobiet. Ważną rolę odegrały też postulaty Simone do Beauvoir i jej walka z macierzyństwem jako „zniewoleniem kobiety”. Do historii przeszły jej słowa: „kobiecie nie można dać wyboru, bo wybierze macierzyństwo, dlatego trzeba ją uwolnić z opresji macierzyństwa nawet wbrew jej woli”. Niemiej ważną rolę w rozwoju tego nurtu odegrał dr John Money i jego tragicznie zakończone eksperymenty, mające rzekomo udowodnić, że płeć dziecka kształtuje się jedynie kulturowo, co stwarza możliwości dowolnej zmiany płci. Seksuolog dr John William Money (1921-2006) twierdził, że wpływ czynników społecznych na tożsamość płciową jest determinujący (esencja GENDER) i przez 2 lata po urodzeniu dziecko jest neutralne płciowo, a więc fizyczne cechy płciowe są tylko drugorzędnym elementem tożsamości płciowej. W roku 1965 roku dokonał na ośmiomiesięcznym niemowlaku o nazwisku Bruce Reimer ,,eksperymentu” zmiany płci. Wykorzystując fakt uszkodzenia penisa w czasie nieudolnie przeprowadzonego u chłopca zabiegu (miał problemy z oddawaniem moczu, czemu operacja miała położyć kres), zaproponował jego rodzicom zmianę płci dziecka oraz taką edukację seksualną, która miała doprowadzić do zaakceptowania przez chłopca tej zmiany. Money namówił rodziców by dali mu zgodę na wychowywanie ich synka jakby był dziewczynką, łącznie z podawaniem hormonów, które spowodowały u niego rozwinięcie piersi. Podobnie jak dzisiejsi seks-edukatorzy, Money poddawał Bruca i jego brata bliźniaka Briana, eksperymentom do których nie dopuszczał ich rodziców – zakładanie sukienek, bawienie się lakami, rozprawianie z detalami na temat różnic w budowie narządów płciowych kobiet i mężczyzn itd. Siłą wtłaczany w płeć niezgodną z biologicznie mu przypisaną chłopiec nie chciał bawić się lalkami, nosić sukienek i szukał towarzystwo chłopców. Money zmuszał bliźniaków do odgrywania aktów kopulacji w różnych pozycjach, zadawał im pytania związane z seksem, zmuszał do oglądania fotografii pokazujących sceny erotyczne. Mając 13 lat, będący w depresji Bruce zagroził samobójstwem jeśli nadal będzie musiał spotykać się Money’em, który dalej prowadził swój  diaboliczny ,,projekt”. Efektem tego pierwszego GENDER’owego eksperymentu było samobójstwo Brucea w 2002, a dwa lata później jego brata Dawida. Mimo to dokumenty Moneya opisują eksperyment jako sukces.

Mając przedsmak tragedii jaką niesie ze sobą GENDER, możemy przejść do najważniejszych zapisów w tym względzie zawartych w Konwencji, gdzie po pierwsze znajdujemy nowe pojęcie definicji płci, która po przegłosowaniu tego dokumentu przez polski Sejm ma być określana jako: „społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn” (art. 3c) a więc całkowicie pomija się jej biologiczny wymiar, warunkujący naturalne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami, których mimo wielu prób naginania badań nie udaje się zniwelować, ani którym nie można zaprzeczyć. Różnica płci jest konstrukcją nośną każdej istoty ludzkiej a przyjęcie GENDER’owej koncepcji płci doprowadzi człowieka do głębokiego rozbicia w istocie swojego człowieczeństwa, który nie będzie w stanie odkryć zadań stojących przed nim w jego rozwoju osobowym, rodzinnym i społecznym. Taka jednostka straci zdolność wchodzenia w komplementarne relacje prowadzące do szczęścia, nie będzie miała świadomości i możliwości realizacji zadań społecznych, także zadań dotyczących prokreacji. Psychologicznie może to doprowadzić do zachwiania także w innych dziedzinach.

Konwencja wprowadza także działania których rolą ma być wykorzenienie uprzedzeń, zwyczajów i tradycji i wszelkich innych praktyk opartych na (…) stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn (art. 12).Wszyscy jesteśmy zgodni, że wszelkie nierówności trzeba wyprostować, wszystkim dyskryminacjom trzeba przeciwdziałać, trzeba zrobić wszystko, aby nie było na świecie przemocy. Problem w tym, że w środowiskach forsujących GENDER stereotypami są także takie zjawiska jak małżeństwo, macierzyństwo i ojcostwo czy rodzicielstwo. Podejmowane już w kilku krajach próby wyeliminowania słów: matka, ojciec oraz zastąpienia ich słowem rodzic A i rodzic B są najbardziej brutalnym uderzeniem w poczucie bezpieczeństwa każdego dziecka. Nie muszę chyba rozpisywać się o tak oczywistym fakcie, że matka i ojciec w życiu dziecka to najbardziej znaczące osoby. Te dwa słowa: mama, tata - w życiu dziecka padają najczęściej jako pierwsze. Wokół tych pojęć budowany jest obraz rodziny, obraz świata dziecka. Wykorzenienie tradycji i zwyczajów może spowodować zniszczenie rodziny, co skutkować będzie zniszczeniem społeczeństwa. Rola matki, rola ojca w przekazywaniu tradycji i zwyczajów to role niezastąpione. Każde dziecko potrzebuje nie tylko dowodów prawdziwego uczucia ze strony rodziców, nie tylko przejawów doceniania go i uznania, ale także potrzebuje wzorców kobiecości i męskości, potrzebuje kogoś, kto pomoże mu w odkrywaniu celu i sensu życia, kto ukaże mu świat wartości, także świat tradycji i zwyczajów.

Przejdźmy do trzeciego zapisu jednoznacznie regulującego zasady wprowadzania GENDER ukrytego w Konwencji, do art. 14 który brzmi: „w uzasadnionych przypadkach należy podjąć działania konieczne do wprowadzenia do oficjalnych programów nauczania na wszystkich poziomach edukacji materiałów dotyczących (…) niestereotypowych ról przypisanych płciom”. Ten postulat to wdrażanie zaleceń WHO w zakresie tzw. standardów edukacji seksualnej w Europie które nakazują: omawianie różnych związków rodzinnych z dziećmi do 4 roku życia, omawianie związków miłości osób tej samej płci z dziećmi od 4 do 6 roku życia, omówienie podstaw antykoncepcji z dziećmi w wieku od 6 do 9 roku życia oraz ich praw seksualnych  z dziećmi od 9 do 12 życia. Ponadto trzeba podkreślić, że wedle tych standardów dziecko w wieku do 4 lat ma mieć zagwarantowane prawo do badania swojej tożsamości płciowych.

Nie będę tu nikogo przekonywał, że zalecenia te są całkowicie sprzeczne nie tylko z psychologicznymi prawidłowościami dotyczącymi rozwoju dziecka i że mimo zapewnień ze strony wykładowców GENDER, że standardy te służą rozwojowi dzieci i młodzieży, to faktycznie służyć mogą jedynie ich seksualizacji. W ostatnim czasie ujawniono, że w 86 przedszkolach w Polsce realizowano programy wykorzystujące jako podstawę podręczniki „Równościowe Przedszkole”. Tymczasem te programy spotkały się ze zdecydowanie negatywną oceną ekspertów, którzy podkreślają, że tego typu program nie powinien być realizowany w ramach edukacji przedszkolnej! Warto tu podkreślić, że psychologowie udowodnili, że świadomość odmienności płci pojawia się u dziecka między 2. a 3. rokiem życia, a w wieku 3-4 lat jest już dobrze ukształtowana świadomość ról płciowych. Dzieci w okresie przedszkolnym dobrze wiedzą, że istnieją różnice między chłopcem i dziewczynką a mimo to planuje się by w tym okresie burzyć tą świadomość i tłumaczyć dzieciom, że to co widzą i czują nie jest prawdą. Także ingerencja dorosłych w rozwój dzieci poprzez ukierunkowanie dziecięcych zainteresowań na sprawy seksualne może spowodować dużą koncentrację dziecka na nich, bo jak wiemy rozbudzona potrzeba domaga się zaspokojenia. Dziecko na tym etapie rozwoju człowieka nie jest w stanie oprzeć się potrzebom seksualnym które uderzają we wszystkie zmysły i jeśli otworzymy dziecko na tą sferę, jego potrzeby poznawcze dotyczące otaczającego go świata zejdą na plan dalszy. Wszystko co jest związane z ludzką seksualnością jest natury delikatnej i wymaga takiego traktowania. Rozwój seksualny dziecka wymaga nie tylko profesjonalnie i mądrze przekazywanej wiedzy w odpowiednim czasie i miejscu ale także i przede wszystkim kształtowania postaw – odpowiedzialności, szacunku dla każdego człowieka, szacunku dla życia, kształtowania postaw wobec takich wartości jak miłość, małżeństwo, rodzina.

Ostatni bardzo ważny zapis dotyczący GENDER jaki znajdujemy w Konwencji to: „Kontrolna funkcja grupy ekspertów powoływanych przez Unię w celu sprawdzania efektów wdrażania zapisów Konwencji (art. 66-70)”. Przyznam, że gdy to czytam wyraźnie czuję dreszcz spływający mi po plecach bo kontrolowanie całego społeczeństwa czy podporządkowało się przepisom w dodatku niezgodnym z naturą i wielowiekową tradycją wymaga wypracowania sprawnego systemu kontroli i represji a do tego specjalnej armii urzędników. A to jest już zwyczajny powrót do czasów najcięższych lat stalinowskiej wersji komuny, która deptała naszą wolność we wszystkich sferach naszego życia. To jest powrót do czasów gdy część obywateli dla zapewnienia sobie kariery zawodowej poszła w konformizm i dla świętego spokoju przyjmowała wszystkie zalecenia władzy z pokorą, część zajęła się donosicielstwem, jeszcze inni żyli bojąc się własnego cienia. A próbkę unijnych reguł gry w tej materii już mieliśmy, gdzie za odmowę zrobienia tortu parze homoseksualnej cukiernik poszedł pod sąd, zaś na podwórku rodzimym wprowadzono niedawno pojęcie „mowy nienawiści” o którego fakcie zaistnienia każdorazowo decyduje dany sędzia. Tylko na tych przykładach można wnioskować jak daleko posuną się eksperci w narzucaniu nam GENDER’owskich regulacji.

Wszyscy dobrze wiemy jak działa maszyna do głosowania nie tylko w naszym Sejmie. Projektów ustaw do głosowania jest tak dużo, że wszystko odbywa się systemem taśmowym. Marszałek Sejmu odczytuje tytuł ustawy a posłowie mając przed sobą kartkę z partyjnymi wytycznymi podnosi rękę za lub przeciw, w przeważającej części nie wiedząc nad czym głosuje. Wielu miało później pretensję do osób które analizują poszczególne projekty ustaw za to, że w głosowaniu nad Traktatem Lizbońskim nie zwrócono im uwagi na istotne zapisy. Także i tym razem głosowanie nad ratyfikacją „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet” jest koniem trojańskim, który ukryty pod szczytnymi hasłami mającymi uśpić czujność posłów, zostanie odczytane jednym ciągiem wśród innych, niewiele znaczących ustaw i poddane pod automatyczne głosowanie.

Mamy wrzesień i kolejną wojnę, tym razem propagandową w której bój toczy się o przyszłość tego narodu. Proszę wszystkich o pełną mobilizację i szturm na biura poselskie. Żarty się skończyły, to się dzieje naprawdę. Środowiska feministyczne i pro-genderowskie już rozpoczęły akcję mailingową skierowana do posłów gdzie ani słowem nie wspominają o ukrytym tam obowiązku wprowadzenia GENDER do szkół i przedszkoli, tym bardziej o przymusie kontrolowanie postępów w realizacji postulatów tej ideologii. (https://www.change.org/p/pos%C5%82owie-i-pos%C5%82anki-sejmu-rp-apel-do-sejmu-rp-o-ratyfikacj%C4%99-konwencji-o-zwalczaniu-i-zapobieganiu-przemocy-wobec-kobiet-i-przemocy-domowej)

Są pośród czytelników tego tekstu z pewnością i tacy którzy podobne apele zbywają wzruszeniem ramion, którym wydaja się one być przesadzonymi, a czas na reagowanie zostawiają sobie na ostatnią chwilę, gdy wróg będzie już tak blisko, że wzorem niewiernego Tomasza będą mogli tego dotknąć. Tych zapraszam już teraz do odwiedzenia tego linku. To jest strona na której zakłada się konto na gmail’u:(https://accounts.google.com/SignUp?service=mail&continue=https%3A%2F%2Fmail.google.com%2Fmail%2F&ltmpl=default). W pozycji płeć do wyboru jest Kobieta, Mężczyzna i… Inne. Proszę sprawdzić choć tyle. To się już dzieje. To już nas dotyka i wchodzi po cichu pomiędzy nas!

Zapraszam do współtworzenia Tygodnika Solidarni.

sobota, 20 września 2014

Czy premier Kopacz też będzie miała głodową emeryturę?

Autor: Integrator

Mamy nowego premiera, nowy ale jakby stary rząd a w sumie sytuację która stawia mnie w konieczności napisania choćby paru słów na ten temat. I tu Was rozczaruję, wybaczcie ale nie dam rady. Myślcie co chcecie ale ja jestem już do tego stopnia zmęczony komentowaniem tego co wespół z „chłopami” robi z nami Platforma Obywatelska, że naprawdę nie mam już ochoty po raz kolejny udowadniać dlaczego ta premier nic nowego nie wniesie, dlaczego będzie jeszcze gorzej i dlaczego jako państwo i społeczeństwo lecimy na łeb na szyję we wszystkich rankingach gdzieś tam w świecie przez różne organizacje robione. Już sama informacja, że wewnętrznym wywiadem, instytucją od której zależy nasze bezpieczeństwo będzie zarządzała pani od lekcji religii jest wystarczającym powodem by jeśli nie zacząć się gorliwie modlić to na pewno machnąć na to wszystko ręką i czekać kataklizmu który skoro tak się sprawy maja, przyjść nieuchronnie musi.

A póki co i w oczekiwaniu na to co już zarysowało się na horyzoncie, postanowiłem napisać trochę o tym co nas tak bardzo wszystkich zadręcza, o kasie. Otóż przy okazji pisania tekstu o roli mediów w procesie podejmowania przez nas decyzji wyborczych, krytykowałem niskie pobudki dla których część komentatorów naszego życia publicznego uznała za stosowne zwrócić uwagę na pensję jaką będzie dostawał Tusk w związku z niedawną nominacją, przez co na dalszy plan zeszły wszystkie ważne aspekty tej sprawy, a my jak jeden mąż zaczęliśmy żyć tęsknymi myślami o tym jakiż to porządny szmal dostał się Donaldowi, o tym że będzie mieszkał w apartamencie a w ogóle o tym jaki to niego cwany gość, że zdołał się tak wywinąć a jeszcze na koniec złapać Pana Boga za nogi.

Zaglądanie do cudzych portfeli jest zajęciem mi obcym. Nie interesuje mnie kto i ile zarabia, mój portfel od tego na pewno nie spuchnie, a że jedyne co może wnieść do mojego życia taki rodzaj ciekawości to frustracja odruchowo unikam takich pytań. I Bóg mi świadkiem, że trzymałbym się dalej tej zasady gdyby nie fakt, że wczoraj miały miejsce dwa zdarzenia które kazały mi zająć się w końcu także i tym tematem.

Proszę sobie wyobrazić, że szwędając się wczoraj wieczorem po sieci trafiłem na krótki tekst którego autor uznał za zasadne zrobić trochę szumu wokół emerytur wypłacanych przez ZUS gwiazdom naszego teatru, kina i estrady. Czytam sobie to krótkie zestawienie i okazuje się, że wbrew temu co można by przypuszczać to są jakieś relatywnie bardzo małe pieniądze, przez co jak konstatuje autor wszyscy nasi celebryci muszą pracować do końca życia a najlepiej o jeden dzień dłużej, inaczej nie wyrobią i zwyczajnie poumierają z głodu. Robią więc na okrągło te swoje koncerty, kto może pisze felietony, jeszcze inni grają jak nie w filmach to przynajmniej w reklamie jakiegoś banku, producenta lodów lub Biedronki.

Jak idzie o kwoty to wygląda to mniej więcej tak, że Maryla Rodowicz dostaje 1000zł. Krzysztof Cugowski 560zł, Elżbieta Zapędowska 700zł, Jan Nowicki 1450 zł, Beata Tyszkiewicz 1350zł, Jerzy Połomski 1500 zł, dalej Andrzej Rosiewicz 590 zł, Ryszard Rynkowski 1160 zł, Jan Kobuszewski 1200 zł, Maria Czubaszek 1100 zł. Michał Wiśniewski okresu emerytalnego jeszcze nie osiągnął ale martwi się bo ZUS przysłał mu pismo, że dostanie 169zł, a Owsiakowi napisali, że będzie miał tylko czy aż 800zł. Na koniec rekordzistka listy Krystyna Mazurówna. Dla tych co nie wiedzą, to jest ta pani która mimo podeszłego wieku ubiera się w sklepie dla nastolatek. Jej emerytura to 106zł.

Przyznam, że gdy pierwszy raz to przeczytałem poczułem się trochę nieswojo. I nie dlatego, że tam padają takie właśnie kwoty, a bardziej dlatego że ja nijak nie mogłem wyemancypować dlaczego ktoś uznał za zasadne poddać nam ten temat i wzmocnić jego wydźwięk rzucając te wszystkie kwoty? Mam się niby popłakać z żalu, że tak im to wyszło? A może zacierać ręce z radości, że przynajmniej teraz u kresu życia przyjdzie im posmakować naszego chleba? Nie rozumiem tego i nie chcę wchodzić dalej w te rozważania bo jeśli oni tak mają to mają bo tak chcieli bo zwyczajnie nie płacili składek, bo w przeciwieństwie do nas mogą ale nie muszą. Niemniej szczególnie czuję wstręt do takich tekstów i takich emocji bo wszystko co tu do tej pory przeczytaliście to fikcja i najzwyklejsze w świecie zawracanie głowy.

Całkiem niedawno ku uciesze jednych i zaskoczeniu drugich zagadnięty o swą uczciwość Jurek Owsiak niemal oszalał ze wzburzenia i łażąc po stole krzyczał, że Polska ginie, że on płaci ZUS i podatki i mieszka jak cała reszt w bloku. Że to był apartament za milion złotych już mu przez gardło nie przeszło a ja wiedziony tym doświadczeniem, podejrzewając że i z tymi emeryturami to jakaś bujda poszperałem jeszcze trochę w sieci a co tam znalazłem to Wy już sami dobrze czujecie. Wszyscy oni nadal grają, tańczą i śpiewają zarabiając krocie a to co wysyła im ZUS idzie na przysłowiowe waciki. No więc proszę bardzo, teraz taka oto lista dla odmiany. Jak donoszą różne portale Maryla Rodowicz w 2010 roku tytułem koncertów zarobiła ponad 3mln złotych a dodatkowo za udział w reklamie lodów 700tys zł. Krzysztof Cugowski za jeden koncert zgarnia 40 tysięcy złotych, a „Budka Suflera” w 2010 roku zarobiła 2 mln zł. Cugowski był też posłem a że jakimś cudem godził te obowiązki z koncertami inkasował równocześnie odpowiednie dla posła uposażenie. Dalej, pani Zapędowska jak podaje jeden z portali za każdy odcinek „Must Be the Music” bierze 9 tysięcy złotych, a wcześniej był jeszcze „Idol” i „Jak oni śpiewają?”. Czytam dalej, że Jan Nowicki dostaje 20 tysięcy złotych rocznie za tantiemy, Beta Tyszkiewicz za każdy odcinek "Tańca z gwiazdami" 6 tysięcy złotych, że nie wspomnę o zyskach z felietonów i reklamowania rajstop. No i na koniec jeszcze ta nasza stara nastolatka pani Mazurówna, która była w jury "Got to Dance. Tylko Taniec" ale jej konto co miesięcznie zasilają głównie kwoty z tytułu 16 nieruchomości które ta pani posiada we Francji.  No i pamiętajmy o tych tantiemach na których zarabiają autorzy ilekroć słyszymy ich piosenkę w radio, bo to są setki tysięcy i miliony złotych rocznie.

Ja to wszystko czytam i już tylko łapię się za głowę. Bo ledwo mieszczą mi się tam ci biedni celebryci obrażeni na ZUS, tłukący zarazem wciąż nieprzytomną kasę. Ten Tusk żalący się nam, że dostanie tylko 2 tysiące, choć wszyscy wiemy na jak ciepłych posadach lądują byli premierzy. A przy tym muszę znaleźć jeszcze miejsce w tej mojej biednej głowie na tak bardzo prawdziwą scenę z apteki, z inspiracji którą ten tekst powstaje, gdzie starsza pani stoi przed okienkiem z dylematem - który z dwóch leków na recepcie powinna wykupić – ten dla siebie czy ten dla męża bo stać ją tylko na jeden? Reszta tego co przysłał ZUS poszło na liczniki. Czasami naprawdę trudno to wszystko zrozumieć.

Jan Kobuszewski, o tym też piszą w tych portalach, dostawszy z ZUS’u 1200 złotych emerytury obraził się tak bardzo, że w geście protestu przestał ją pobierać. I stać się musiał cud, bo jakoś nie słychać by z głodu umierał. Stąd rodzi się i we mnie cicha nadzieja, że w efekcie podobnego cudu i nas wszystkich będzie stać by sobie akurat tak poprotestować. 

poniedziałek, 15 września 2014

Co łączy Johna McCaina, Łukaszenkę i Kaczyńskiego?

Autor: Integrator

Po tym jak napisałem tekst w którym odniosłem się do rad i diagnoz stawiamy przez profesor Staniszkis, zaczęło prześladować mnie dziwne poczucie niespełniania. Zastanawiałem się co też takiego ja w tym teście napisałem, że od tamtej pory nie czuję ni chwili spokoju?
Zrazu myślałem, że to musi być jakieś poczucie winy, że może za ostro, że może mało w tym było finezji, ale nie. Tekst przeczytałem raz jeszcze a potem kolejny i choć to co twierdziła w swym wywiadzie profesor Staniszkis było jak na osobę o takim kalibrze zwykłą kompromitacją, to pisząc swoją notkę nie używałem epitetów, nie pomijałem złośliwie należnego jej tytułu i bez zbędnych wycieczek personalnych skupiałem się li tylko na merytorycznej ocenie argumentów, które uznała za stosowne nam wszystkim wygłosić. Nawet jak idzie o zakres tematyczny  ograniczyłem się tylko do oceny propozycji wystawienia ciężko chorej profesor Gilowskiej do pojedynku o fotel prezydenta w nadchodzących wyborach choć bardzo korciło by wyjść poza te nawiasy. Bo przecież dla przykładu, myśl jaką zamknęła pani profesor swój wywiad była tak w swej naiwności powalająca, że ja wówczas zwyczajnie z litości postanowiłem już tego nie komentować. Profesor Staniszkis jakby nie znała historii i powodów dla których diabeł obrał sobie Kreml za siedzibę na tym ziemskim padole stwierdziła, że po spotkaniu w Mińsku jeśli tam się wszyscy dogadają to Rosja przestanie czuć się zagrożona i będzie to koniec wojny na Ukrainie. Piszę z pamięci bo tamten numer Do Rzeczy powędrował do kosza, ale taka to by była mniej więcej odkrywcza myśl. Ja to już chyba kiedyś pisałem, ale zmuszony jestem powtórzyć, że całe jestestwo Rosji polega na tym, że niczym rozbójnik żyje z grabienia słabszych a jeśli sytuacja międzynarodowa czy wewnętrzna słabości chwilowo na to nie pozwala, to przynajmniej z robienia przykrości tym których napotka na swojej drodze. Profesor Staniszkis mimo swego wieku najwyraźniej wciąż nie rozumie, że Rosja póki będzie imperialna zawsze albo będzie obijać swoich sąsiadów destabilizując im wewnętrzną sytuację poprzez agentów wpływy albo zwyczajnie będzie ich połykać - w przeciwnym razie przestanie istnieć, po prostu. Bo stan pokoju z sąsiednimi narodami a przez to brak potencjalnego wroga na którego propaganda może przekierowywać niezadowolenie swych obywateli z nędzy jaka powszechnie panuje w tym kraju, zaraz odbijają się Rosji czkawką w postaci wewnętrznych rewolucji i podziałów. Nie rozumiał tego Gorbaczow ni Jelcyn za to bardzo dobrze rozumie Putin, który próbuje zebrać to co się za rządów tamtych panów rozsypało. Więc gdy profesor Staniszkis opowiada nam, że jest coś takiego jak stan satysfakcji czy sutości Rosji to zwyczajnie się kompromituje i ktoś to w końcu musi głośno powiedzieć. I na nic tu się zda opinia Janiny Jankowskiej która widząc, że chwieje się zbudowany przez media autorytet pani profesor na którym to koniu i ona sama jedzie, przybywa z pomocą i by ratować sytuację w sposób iście elegancki, nie zdążywszy nawet dobrze wytrzeć butów oznajmia komentatorom tego blogu, że są chamami. Nie rozumie pani Jankowska, że w ten sposób przyspiesza tylko proces w którym ludzie w końcu zrozumieją, że problem leży nie w Internecie który daje szansę wielu by przebić się przez medialny kordon ale w Salonie czyli tej grupce samo-wybrańców, którzy mienią się być lepszymi i którzy w przerwie para-intelektualnych rozważań z których nikt ich nie rozlicza, jadąc do domów patrzą na nas z nieukrywaną pogardą. Tyle słowem uzupełnienia i już możemy iść dalej.
A więc jak idzie o zachowanie poziomu kultury i merytoryczności tamtego tekstu to ja nie mam nic sobie do zarzucenia. Pisałem w sposób uważam wywarzony i przemyślany a jednak coś mi mówiło, że to jeszcze nie jest sprawa zakończona i oto wracając wczoraj z koncertu Golec uOrkiestra jaki odbył się w Ursusie na zakończenie lata, nagle zrozumiałem czego w tamtej notce zabrakło a potem tak uparcie ciągnęło się za mną niczym cień przez ostatnie dni. Otóż w tekście o profesor Staniszkis po tym jak już powiedziałem co myślę o proponowanej przez nią drodze do zwycięstwa, postawiłem kropkę i wybrałem się na rower zamiast otworzyć jeszcze jeden akapit i samemu poddać jakąś propozycję. Krytykować umie każdy, także głupi, ale dać coś w zamian to jest już nie lada wyzwanie tym większe gdy poddaje się je surowej ocenie czytelników. I ja się niniejszym tego wyzwania podejmuję. Z tymże uwaga, to nie będzie propozycja personalna, ta będzie w kolejnym tekście który poświęcę polskiej prawicy. Dziś będzie o tym o czym niby wiemy, niby wciąż o tym gadamy, ale jest z tym u nas jak z tą piosenką w języku obcym, którą tyle razy już słyszeliśmy, że nauczyliśmy się jej słów na pamięć ale co znaczą ni w ząb nie rozumiemy. Spróbuję więc raz ostatni przełożyć to na nasze.
Zanim jednak zacznę muszę wpierw o czymś innym. Kolejność chronologiczna zdarzeń, które każą pisać mi ten tekst jest właśnie taka więc muszę trochę dookoła. I robię to z nieukrywaną nadzieją, że skoro objętość niniejszego teksty dawno już przekroczyła objętość książeczek z serii „Poczytaj mi mamo”, to odejdą w tym miejscu zmęczeni jego lekturą ci wszyscy którzy czytać nie lubią i niewiele ze słowa pisanego rozumieją, acz usta mają pełne rad jak się pisać powinno. Mam cichą nadzieję, że już ich tu nie ma, że odpadli jak źle położony tynk od ściany, byśmy mogli z pozostałą grupką ludzi rozważnych i prawdziwie zatroskanych porozmawiać wspólnie co z tym fantem o którym za chwilę tu będzie czynić?
Zacznę jak wspomniałem na około bo od parafialnej wycieczki moich rodziców na Białoruś. Otóż gdy wrócili zadałem im pytanie które przy takiej okazji zwyczajowo pada a więc - jakie jest pierwsze wrażenie gdy jest już się na miejscu? – i wyobraźcie sobie, że oni choć jechali tam pełni obaw wrócili w stanie pozytywnego zaskoczenia i tym razem pełni nieukrywanego podziwu. Drogi są bardzo dobre. W miastach nie ma reklam a jeśli to w ilościach szczątkowych. Nie ma graffiti, nie ma śmieci na ulicy a zapytana przez nich Białorusinka skąd to, że tak tu czysto odpowiedziała w sposób wiele mówiący – no! niechby kto z nas spróbował rzucić papierek na ulice! Dalej, nie ma pijaków na ulicach, młodzież spędza czas podobnie jak nasza gromadząc się przy miejskich i osiedlowych ławkach przy czym, że tak to poetycko ujmę, nikt z nich nie drze ryja. Są miasta ale są i oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów, całkiem upadłe czy prawie wyludniałe wsie. Są budynki ładne ale i charakterystycznie brzydkie z białej cegły. No i magazyny w kościołach. To jednak co ewidentnie bije po oczach to fakt, że jest państwo, jak najbardziej funkcjonuje i całkowicie wywiązuje się ze swych obowiązków tak w zakresie udostępniania infrastruktury jak i poczucia bezpieczeństwa obdzielając po równo pałami tych wszystkich którzy temu państwu na swój sposób zagrażają. Tak zwykłym chuliganom jak i opozycji która chciałaby mieć na Białorusi to wszystko co jest na zachodzie, a co my tu w Polsce tak bezrefleksyjnie zasysamy.
Mając ten białoruski obraz przed oczami proszę sobie teraz wyobrazić co może dziać się w sercu człowieka, który idąc jak ja wczoraj na zdawało się rodzinny festyn organizowany dla mieszkańców Ursusa zanim doszedł do parku w którym ten festyn zrobiono musiał mijać tony śmieci i butelek po piwie? Proszę sobie wyobrazić ilość gniewu i zarazem bezradności jaka budzi się w człowieku gdy wracając z takiego koncertu mija grupki młodzieży, która demonstracyjnie rozbija butelki o asfalt, drze mordy (bo tak tylko to można nazwać) tak, że z pewnością było słychać ich w sąsiedniej dzielnicy, zataczając się przy tym jak przystało na grupę żuli o wcale dużym stażu? Niestety zachowanie dziewczyn nie było lepsze, w dodatku na pograniczu zachowania kobiet które na ulicach Amsterdamu w niedwuznaczny sposób oferują przechodniom swoje wdzięki.
Wracając z tego rodzinnego koncertu, gotowy w każdej chwili na konfrontację z pijaną bandą której mogłaby przecież nie spodobać się moja fryzura czy sposób chodzenia, wracałem do domu z oczywistą odpowiedzią na pytanie czy to wszystko byłoby możliwe na Białorusi? Pytam retorycznie bo wiem, że oczywiście nie. Tam najpierw wszyscy dobrze by się bawili, zjedli te zapiekanki, frytki i lody niekoniecznie popijając to hektolitrami piwa a potem ruszyliby do domów pewni, że wrócą bez dodatkowych przygód. A czas powrotny spędziliby nie na wypatrywaniu czy nadchodzi agresywna banda licealnej i studiującej młodzieży by w porę zdążyć ominąć ją przechodząc na drugą stronę ulicy, ale na rozpamiętywaniu tych miłych chwil w których przed chwilą brało się udział. Wiem, że to okropne ale w takich chwilach człowiek wyobraża sobie, że jest w Białorusi, że na jego oczach tą bandę napada grupa policjantów czy tam milicjantów a temu który najbardziej darł ryja i rzucał butelkami daje taką lekcję kultury gumowymi pałami, że cała reszta nabuzowanych wódą, seksem i trwą gówniarzy w jednej chwili trzeźwieje i już do końca życia pilnuje się by im nawet te wspomniany papierek nie upadł na ulicę. Smutne, że tak to działa ale działa i w takich chwilach jak ten wczorajszy rodzinny festyn nie ukrywam, że mam małą ochotę na Białoruś. I proszę nie udawajcie, że jesteście lepsi i myślicie inaczej.  
I tak dochodzimy do aktu trzeciego tej tragedii do samego Łukaszenki i tej jego Białorusi. To jest najlepszy przykład szczególnie w tych dramatycznych ukraińskich dniach by pokazać jak za pomocą kilku chwytów medialnych można w oczach wyborców zdyskredytować nie tylko taką osobę jak Kaczyński ale narzucić społeczeństwu jednolity sposób postrzegania nawet całego kraju. Wszyscy pamiętamy jak za czasów miłości i braterstwa, które zrodziła się między Tuskiem i Putinem nad leżącymi w błocie zwłokami naszego prezydenta, obowiązywała jednie słuszna wykładnia, że Rosjanie to nasi bracia. Wciskano nam tą nową wiarę do tego stopnia, że znaleźli się i tacy którzy jak Wajda wzywali nas byśmy szli palić znicze na grobach Rosjan, którzy zniewalali Warszawę a nasze kobiety nierzadko traktowali jak zdobycz wojenną. Obowiązywała zasada - o Putinie tylko dobrze a jednocześnie największym złem tego świata był Łukaszenko. Był wręcz taki czas, że nie było tygodnia by media nie donosiły nam o jego kolejnych grzechach wobec świętej demokracji, o dzielnych zmaganiach świata zachodniego z despotą i o sukcesach naszego ministra spraw zagranicznych który osobiście przewodził tej krucjacie przeciwko wodzowi Białorusi. Potem wszystko skończyło się jak zwykle czyli nagle ucichło. Z tą różnicą, że Łukaszenko ponownie przykręcił nam śrubę a w miejsce naszych przedsiębiorców na ten rynek weszli francuscy, włoscy, niemieccy o czym media już nie wspomniały.
Czas na epilog i tu mogę Wam już zdradzić ów oczywisty pomysł na wygrane wybory – media. Ale nie takie jakie mamy dziś - małe, walczące o byt prawicowe pisemka. To musi być koncern, wzorem tego co konsekwentnie buduje od lat o. Rydzyk ale tym razem taki dla wszystkich. To musi być mocna odpowiedź na to co wyprawia się w tym kraju za pomocą mikrofonów i kamer bo mając te dwa tylko narzędzia można wszystko. Nie ma sensu jak profesor Staniszkis silić się na poszukiwanie kolejnych kandydatów których potem rzucać będziemy na oczywistą śmierć przed kamerami. Takich prób było już nazbyt wiele by zrozumieć, że nie tędy droga. I musi to przede wszystkim zrozumieć sam Jarosław Kaczyński bo on wciąż najwyraźniej nie rozumie, że z mediami można walczyć tylko mediami. Pamiętam jak razu pewnego zaplątałem się na Nowogrodzką przy okazji jakiś spraw wyborczych i akurat przemawiał Kaczyński a przed nim kłębiła się spora grupa ubranych jak obdartusy dziennikarzy. Wieczorem oglądałem to samo w telewizji i choć Kaczyński mówił rzeczy ważne, to człowiek z kamerą zrobił mu w tym czasie najazd na przykrótkie mankiety i buty, które wyglądały mniej więcej jak te które ja zwykle używałem wrzucając co wakacje węgiel kupowany przez moją babcię na zimę. I wtedy złapałem się na tej myśli, że nawet ja, zdawało się człowiek wyczulony i odporny na takie zagrania, po tej relacji nie umiałem powtórzyć co mówił Kaczyński, za to miałem wyraźnie odczuwalne przeświadczenie, że póki co to tego Kaczyńskiego za granicą pokazywać nie należy. To było jeszcze przed Smoleńskiem i trwa do dziś nieprzerwanie.
Pamiętam jak Jarosław Kaczyński, to było podawane w mediach, polecił jak się nie mylę posłowi Suskiemu stworzyć listę lokalnych mediów przychylnych PiSowi by móc stworzyć front medialny dla potrzeb nadchodzących wyborów. Na czym skończyła się jego misja? Na niczym, takiej listy dalej nie ma a poseł Suski ma się dobrze, jak wielu posłów którym Kaczyński powierzył jakieś zadanie i z wykonania którego ich później nie rozliczył. I tak to sobie wszystko płynie pośród morza narzekań, że nie mamy mediów, że przez to przegrywamy, że w sumie to wszystko przez Żydów i masonów bo my sami rzecz jasna robimy wszystko co trzeba i tak dobrze jak trzeba. Ja absolutnie nie czuję się kompetentny by pouczać Jarosława Kaczyńskiego w roli eksperta ale jak najbardziej mam prawo adresować do niego te słowa jako jego wyborca. Szczególnie, że głosuje się co raz ciężej widząc jak wiele jest do zrobienia, jak wbrew pozorom wiele można a jak niewiele jest w tym bardzo ważnym temacie robione. A druga strona w tym czasie pracuje jak należy i zbiera zasłużone tej pracy owoce. Gdy trzeba było rozpędzić niepokorną redakcję odpowiedni impuls dotarł gdzie trzeba, uruchomiono stosowne procedury, gdzie trzeba uruchomiono finansowanie, gdzie trzeba podjęto decyzje, co trzeba kupiono a kogo trzeba wywalono z dnia na dzień na bruk. I stał się porządek. A Tusk widział, że jest dobry. I z łaskawości swej przyjął ten porządek, a oddanych mu stosownie wynagrodził.
Jarosław Kaczyński musi zrozumieć, że bez mediów nic nie wskóra. Każdy jego krok, każda decyzja będzie skutecznie ośmieszana, każdy sukces obrócony w porażkę. Musi też zrozumieć, że otaczanie się kordonem ludzi których jedynym osiągnięciem było spędzenie kilku mocy na styropianie czy pomoc w zakładaniu nieistniejącej już partii skutkuje izolowaniem się od świata a w konsekwencji koniecznością opierania się tylko na informacjach, które to otoczenie do niego dopuszcza. Otoczenie składające się z ludzie którzy nie są wolni od osobistych ambicji a ich relacje z dołami komplikuje cały zakres gromadzonych przez lata animozji.  
W ostatnich wyborach John McCain starł się w kampanii wyborczej o fotel prezydenta USA z Barackiem Obamą. Dla tych co nie wiedzą McCain to jest facet który walczył w Wietnamie, został zestrzelony i z połamanymi nogami i rękami wzięty do niewoli. Torturowany i przetrzymywany przez dwa lata w izolatce nie wydał nikogo a dostawszy szansę powrotu do kraju w związku z wymianą jeńców odmówił gdy dowiedział się, że transakcja nie obejmuje jego towarzyszy niedoli. Mimo to przegrał z Obamą synem jakiegoś Kenijczyka, który z Ameryką miał pewnie tyle wspólnego, że być może wiedział gdzieś leży. Wygrał Obama bo obiecał po skończonej kampanii dać swojej córeczce pieska a potem bo pokazał całemu światu jak biega po Biały Domu. Wygrał bo tak chciały media.
I tak będzie teraz i zawsze, u nas czy za oceanem. Póki ktoś kompetentny nie zrozumie, że z mediami można walczyć tylko mediami.

piątek, 12 września 2014

Tak się w Polsce odłowuje rząd!

Autor: Integrator

Ci którzy czytają moje teksty z pewnością zauważyli, że mam ten zwyczaj odnoszenia się do spraw aktualnych z pewnym opóźnieniem. Może się to wydawać dziwnym i niedopasowanym do dzisiejszych czasów sposobem relacjonowania ważkich spraw ale uważam, że dla zachowania jakości przekazu inaczej się nie da. Można co prawda i robi to większość komentatorów, złapać jakiś news i lecieć z nim od razu do komputera by przerzucić na ekran pierwszą myśl jaka w głowie zaświta - zwłaszcza gdy szczytem ambicji jest kryterium pierwszeństwa, a dopiero później trafność ogłaszanych uwag. Ja akurat problemu z tym nie mam, nie czuję parcia by być pierwszym na mecie, a zanim cokolwiek napiszę sprawdzam, badam by wreszcie przemieliwszy wszystko dokładnie najlepiej jak tylko umiem napisać Wam co z tego dumania mi wyszło. Zresztą co by tu nie mówić perspektywa czasu  daje szansę oderwania się od emocji, które gdy opadną niczym zasłona dymna, pozwalają dopiero dostrzec szczegóły, które w pierwszej chwili nam uciekają.

Minął tydzień a zatem czas już ku temu najlepszy by przyjrzeć się nominacji, dziś już nie premiera a zwyczajnie pana Tuska na przewodniczącego Rady Europy. Nie chcę się odnosić do tego co ta nominacja dla nas Polaków znaczy starczy, że wszyscy dobrze od czasów Buzka wiemy, że niewiele. Jestem nawet pewien, że to wszystko jest dla większości z nas na takim poziomie abstrakcji, mam tu na myśli tą całą Unię i jej instytucje, że gdyby jakiś uczciwy dziennikarz ruszył w końcu cztery litery ze sterylnego studia i poszedł między ludzi z pytaniem ot tak dla przykładu - jakie kompetencje przejmuje w Brukseli nasz były premier, tłumaczyli by się gęsto, że oczywiście będzie odpowiedzialny, za no, za ten,… kończąc z głupia franc acz z ulgą frazesami z mediów, że będzie szefem!... prezydentem!!... takim jakby papieżem Europy!!! Zresztą co ja się czepiam zwykłych ludzi. Nie lepiej jak idzie o meritum sprawy wyglądało to przecież gdy ten mikrofon podsunięto pod nos paru politykom a z nimi akurat problemu nie ma, oni do tych rozwalonych na fotelach w sejmowym korytarzu dziennikarzy sami leżą i plotą; jedni o niewyobrażalnym sukcesie Polski, a zrazu inni,  że o żadnym sukcesie mowy być nie może, że my tu w kraju z tego nawet łyżki smalcu mieć nie będziemy, a jeśli już mamy mówić o sukcesie to tylko w kategorii osobistego szczęścia Tuska, który po comiesięcznej wypłacie będzie kupował sobie jakąś miłą kawalerkę pod Warszawą, i tak co miesiąc, aż mu się znudzi. Ten tani chwyt obliczony na wzbudzenie w nas brzydkich emocji może i pociąga część z nas do większej jeszcze nienawiści tym bardziej gdy każdego dnia zmuszonym się jest ciułać grosz do grosza, ale ja tu akurat oczekuję szczególnie od „tak zwanych naszych posłów” czegoś głębszego niż sczytywanie i puszczanie w obieg nagłówków z brukowca. Wiem, wymagam zdaje się od nich nazbyt wiele ale nie znajduję analizy, niech tam choćby zadumy nad tym z czym tu w związku z tą nominacją mamy do czynienia. A przecież stała się z punktu widzenia naszej państwowości i niezależności rzecz poważna.

Historią interesowałem się w liceum a potem na studiach w stopniu nadprzeciętnym. I choć było potem z tym co raz gorzej wszak stare hobby ustępowało miejsca nowym to jednak jakaś wiedza i spostrzeżenia na zawsze w głowie pozostają. I pewnie dlatego doszło do mnie wczoraj, że nie było chyba u nas jeszcze takiej hecy by szef państwa dostawszy propozycję objęcia stanowiska w innym państwie, rzucił wszystko w cholerę i ot tak sobie wyjechał - a właśnie z takim przypadkiem mamy tu do czynienia. Nie wiem czy Wy to widzicie, więc zróbmy to raz jeszcze i w zwolnionym tempie... jest człowiek... szef partii rządzącej… który w trakcie ostatnich kampanii zapowiedział dziesiątki poważny zmian, by ująć wszystko jednym słowem, miało być pięknie i zielono i tym razem już serio i naprawdę… po czym gdy pojawia się pierwsza okazja, bez najmniejszego wahania jakby tych wszystkich słów i obietnic nie było, ów człowiek rzuca wszystko co zaczął, spiepszył a w dodatku nie dokończył i… wyjeżdża. Widzicie to? Bo ja bardzo dokładnie ale wciąż nie mogę uwierzyć, że tak można! Wyjeżdża z kraju człowiek, który rozkopał pół Polski dobijając przy okazji setki rodzimych firm budowlanych, zdemontował kolej, szkolnictwo i system zdrowia, zamknął stocznię, nakazał nam pracować do ciężkiej starości a uwikławszy nas w jakieś smutne umowy z Rosją, która stawia Europę na krawędzi wojny zwyczajnie wyjeżdża. Właśnie w takiej chwili! A wszystko na co nas stać, mam tu na myśli naszą klasę polityczną to bredzenie o sukcesie, czy liczenie zer na przyszłym tuskowym koncie. A to jeszcze nie wszystko. To dopiero początek ważnych pytań, które z pewnością ktoś znacznie ważniejszy, niż zwykły bloger powinienem stawiać.  

Jest bowiem w tle tej sprawy coś jeszcze znacznie gorszego bo na poziomie już najwyższej polityki, co nigdy mieć miejsca nie powinno - politycy europejscy odwołali polskiego premiera, polski rząd! Gdzieś tam w małym gronie, usiadło kilku panów i dla nich tylko z wiadomych powodów postanowili, że czas Tuska a wraz nim rządów Platformy Obywatelskiej w Polsce się skończył. Może to zabrzmieć dziwnie szczególnie gdy wychodzi spod pióra przeciwnika tego rządu ale to ich rządzenie choć w skutkach dla nas fatalne, trwa nieprzerwanie od kilku lat i chciał nie chciał daje państwu pewnego rodzaju stabilność. Tak, właśnie tak. Fakt, że w bałaganie, w nieudolności ale dużo mniejszym niż panowałby przy okazji wymiany rządu, a potem urzędników i szefów spółek państwowych a więc tego wszystkiego z czym mamy do czynienia gdy do władzy dorwie się nowa partia. A taki wstrząs na żywym organizmie państwa przerabiamy u nas od początku przemian regularnie co cztery lata. Ciśnie się więc na usta takie pytanie: komu ta, jako taka stabilność  przeszkadza i czyje interesy w obecnym układzie są blokowane, że nagle tak nijaki człowiek jak Tusk, jednakże premier państwa, zostaje powołany do pełnienia stanowiska, które wymaga od niego rezygnacji z dotychczasowych obowiązków? Jaki plan względem Polski zaczęto realizować skoro w tak zamaskowany sposób odwołano premiera a jednocześnie wymieniono szefa partii pod wodzą, którego mimo ogromnych wewnętrznych tarć ta partia wciąż trwała i wygrywała? Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to jest początek demontażu Platformy Obywatelskiej i choć ja o tej partii nie mogę powiedzieć nic dobrego to nie podoba mi się, że o trwaniu czegokolwiek w Polsce decyduje ktokolwiek zza granicy. A proces rozpadu szczególnie, że mamy okres przedwyborczy, będzie jak sądzę postępował teraz w tempie geometrycznym szczególnie, że na szefa partii i premiera desygnuje się całkowicie rozbitą psychicznie kobietę. Panią Kopacz, która swój udział w wysokiej polityce przypieczętowała rozwodem, o czym ja zawsze będę czuł się zobowiązany przypomnieć, jako o punkcie zwrotnym w życiu takiego człowiek, który rozstając się z drugim człowiekiem a zarazem Bogiem, traci busolę ale i poczucie granic. Także w kłamstwie w którym pani Kopacz osiągnęła swoiste dno dezinformując nas o pracy naszych patologów w Smoleńsku, by tym samym kryć upokarzające dla nas obchodzenie się Rosjan z ciałami naszych rodaków.  

Ale wracając do nominacji Tuska mamy tu parę pytań na które natychmiast powinni szukać odpowiedzi nasi politycy, zamiast liczyć mu przyszłe zera na koncie. Szczególnie powinni bić na alarm ci, którym bliskie są zagadnienia niepodległości i suwerenności naszego kraju bo ktoś, gdzieś, poza granicami naszego kraju powiedział premierowi Państwa Polskiego, że ma zrezygnować i stawić się w europejskiej centrali, a ten jak to robią zwykli posłowie wybrani na europosłów spakował się w trymiga i już jest po polskim rządzie. Ja oczywiście wiem, że mogę walić głową w mur a i tak znajdą się tacy, którzy zawsze i bardzo chętnie przyjdą tu pluć na Kaczyńskiego, ale w tym przypadku akurat jestem pewien, że gdyby taka propozycja przyszła do nas za czasów gdy on był premierem, to zwyczajnie powiedziałby, że dziękuje ale zostaje. I nie dlatego, że on nie umie angielskiego jak Tusk, albo ma wystarczająco dużo na koncie bo dzięki mediom wiemy, że jak my wszyscy też siedzi na kredytach. Nie odmówiłby także ze strachu, że nie podoła bo dobrze to czujemy, że doskonale by sobie poradził i wzorem brata, który prowadził niezależną politykę w rejonie byłby tam rozpoznawanym i uznawanym politykiem. Otóż Kaczyński odmówiłby pojechania do Brukseli przede wszystkim dlatego, że wbrew temu co nam opowiadał Tusk jakoby oddał wszystko dla dobra tego kraju, Jarosław Kaczyński akurat w to co mówi wierzy i wciąż uważa, że ma tu parę rzeczy do zrobienia.

A więc zachęcam tych którzy mienią się być autorytetami w tych sprawach o których tu w tak smutnym tonie piszę, by zanim trzaśnie kolejna sensacja a dziennikarze przylecą pytać Was o pierdoły, byście usiedli i zastanowili się ku jakiemu upadkowi my jako państwo zdążamy? Bo, że ta nominacja jest częścią jakiegoś strasznego planu, który ma nas do tego upadku doprowadzić nie mam wątpliwości.  Pytanie tylko co dokładnie jest na końcu tej drogi?