whos.amung.us

sobota, 9 sierpnia 2014

O religiach pokojowych, wojennych i śmierci trywialnej.

Autor: Coryllus
 
Na portalu GW ukazała się wreszcie informacja o tym człowieku, który rozjeżdżał ludzi na Monciaku. Okazuje się, że to wybitny pracownik korporacji, a konkretnie działu HR. Możemy więc śmiało, na podstawie tylko tej jednej wiadomości przyjąć, że pan ów jest po prostu świrem. Ja miałem do czynienia z kilkoma ludźmi od rekrutacji i powiedzieć mogę tyle, że oni są po prostu tacy sami. To jest ten sam typ oszusta, który formatowany jest w jakiejś podziemnej maszynce do mięsa wielkości stodoły. Inaczej być nie może.
 
Ten co ludzi rozjeżdżał, miał na przykład fioła na punkcie zdrowego życia, posiłki do pracy przynosił sobie w specjalnych słoikach i, jak nas informuje GW, bardzo dobrze grał w squasha. Nie wiem co to jest ten squash, ale zgaduję, że coś wyjątkowo bezsensownego. Najciekawsze zaś jest to, na jakim etapie znajduje się dziennikarskie śledztwo gazowni. W tekście opisującym tego zwyrodnialca stoi, że przed swoim czynem mamrotał buddyjskie mantry, ale – jak pisze autor tekstu – w tej pokojowej religii nie należy szukać przyczyn ataku. To jest najlepszy fragment tekstu jaki kiedykolwiek został napisany przez autora stamtąd. Nie dorównuje mu żaden tekst Orlińskiego. W tej pokojowej religii nie należy szukać przyczyn ataku – wskazówka dla śledczych po prostu. No i to założenie, że miał miejsce jakiś atak. Z jakiej przyczyny? Jedzenie w słoikach było niesmaczne czy squash się zepsuł z samego rana?
 
Buddyzm z istoty mnie nie interesuje, ale tak dla przypomnienia rzec chciałem, że wojny toczone w średniowiecznej i nowożytnej Japonii, a także w Japonii nowoczesnej, były wojnami prowadzonymi przez buddystów i dżinistów, oraz wyznawców jakichś jeszcze religii, których rozpoznać nie potrafimy. Szczerym buddystą był pan Miyamoto Musashi, mistrz sztuk wszelakich, który sypiał z otwartymi oczami i zamkniętym sercem, a jak ktoś chciał się z nim pojedynkować pan Musashi zabijał go samym tylko spojrzeniem swoich kamiennych oczu. Szczerymi buddystami byli japońscy oficerowie, którzy wydawali rozkazy mordowania jeńców wojennych, a także czasem ich zjadania, o czym nie dalej jak wczoraj pisała ta sama gazownia. No, a tutaj mamy buddystę aspirującego, który może i miał ochotę wypruć komuś flaki, ale w korporacji był tylko ten squash, a nie tradycyjna japońska szermierka, kupił więc sobie japoński samochód i załatwił sprawę inaczej. Jakież będą jego dalsze losy?
 
Przypuszczam, że gazownia, po głębokim i poważnym dziennikarskim śledztwie, odnajdzie w jego życiu jakąś starą babcię, a może stryjenkę, której powierzono go w opiekę, kiedy był mały. Ta stryjenka była oczywiście katoliczką, która dwa razy w tygodniu chodziła do kościoła, a różaniec miała owinięty na pięści przez cały właściwie czas. No i wtedy okaże się, że to ona zaszczepiła mu wprost do serca czarne robaki zemsty, które wylęgły się po latach i zaczęły mu to serce zjadać. Nie wierzycie? Poczekajcie. Są bowiem religie pokojowe i religie wojenne. Gazownia pisze o tym co jakiś czas. Bezwzględnie pokojową religią jest oczywiście judaizm, dalej idzie buddyzm, a może ludowe pogaństwo, sam już nie wiem, gdzieś niżej plasują się sekty protestanckie, w których kapłanami mogą być kobiety, potem mamy suficki islam, obojętnie co by to nie znaczyło, następnie husytyzm, islam normalny, prawosławie, satanizm, a na końcu religię rzymsko-katolicką, która jest po prostu jednym wielkim nawoływaniem do wojny i zniszczenia. Tak to mniej więcej wygląda.
 
Ponieważ piszę teraz książkę czeską, sprawy te ujawniają się przede mną w różnych kontekstach. Bo trzeba wam wiedzieć, że nie tylko GW uprawia ten sport, który polega na wartościowaniu wyznań na zasadzie – pokojowe-wojenne, czynią tak prawie wszyscy pracownicy naukowi zwani humanistami. I trudno doprawdy znaleźć kogoś, kto spojrzałby trzeźwo na sprawy husytyzmu czy aktywności braci czeskich w Polsce w XVII wieku. Wszyscy bowiem, którzy występują przeciwko Kościołowi Katolickiemu, są z miejsca klasyfikowani jako ludzie dobrzy, prawi i dążący z całym impetem do szczęścia innych ludzi, nawet jeśli zdarzy im się kogoś zamordować. Aspekt gospodarczy rzecz jasna w tych wszystkich rozważaniach na temat religijności pokojowej i wojennej nie istnieje.
 
Na tej samej stronie GW mamy artykuł poświęcony jakiemuś psu z Ameryki, którego właścicielka kazała uśpić bo miał nowotwór. Najpierw jednak urządziła dla niego przyjęcie, potem zawiozła go gdzieś na spacer, no i było takie ogólne psie święto. Potem zaś szybciutko do rakarza i do piachu. Sprawa jest oczywiście na fejsie i wszyscy płaczą. Po tekstem o psie mamy rzecz jasna fantastyczne komentarze, w jednym z nich ktoś napisał, że marzy o tym, by ludzie mogli odchodzić w taki sposób, w spokoju, bez stresu, w otoczeniu kochającej rodziny. Ja się rzadko zajmuje omawianiem tego rodzaju obłąkania, ale to ze względu na moje osobiste obawy przed śmiercią i cierpieniem. Wolę o tym nie myśleć i nie pisać po prostu. Wiem jednak, będąc świadkiem kilku agonii, że w takich wypadkach nie ma raczej mowy o pogodzeniu się z losem i spokojnym oczekiwaniu. No chyba, że ktoś, jak moja matka, jest usypiany przez nowotwór produkujący wielkocząsteczkowe białka. Jak ktoś nie ma szczęścia i jest przytomny, to po prostu walczy i z walki tej raczej nie ma zamiaru rezygnować. Pies zaś to jednak nie człowiek, jak się wydaje komentatorom w GW, pies lubi zjeść hamburgera i pomachać ogonem, to jest wzruszające, ale to nie jest jednakowoż człowiek, który przeżywa swoją egzystencję w tylu wymiarach, że się o tym korporacyjnym buddystom nawet nie śniło.
 
Pamiętam kilka wyjątkowo idiotycznych historii dotyczących zgonów, które nastąpiły ponieważ ludzie zostali dotknięci obłędem podobnym do tego, jaki eksponuje dziś gazownia. Chodzi mi o trywializację śmierci i zrównanie w niej człowieka i psa. Zwykle odbywa się to na dwa sposoby, ale efekt jest zawsze ten sam – człowiek w godzinie śmierci staje się psem. Mamy więc albo metodę zastosowaną dziś przez komentatorów gazowni, albo metodę odwrotną, kiedy to śmierć przedstawiana jest jako ziszczenie się marzeń, a towarzyszy jej zwykle sfingowane rozczarowanie życiem, w wyniku niepowodzeń w szkole albo w miłości.
 
Mnóstwo się o tym pisało w gazetach dawnymi czasy, w takim „Na przełaj” dla przykładu, ale też w innych tygodnikach. Postacie różnych niepogodzonych z życiem samobójców, dotkniętych piętnem genialności lansowane były dość szeroko. Potem słyszało się, że ten i ów licealista, w porywie nagłym, a może też trochę po wódce, wyleciał z balkonu wykrzykując jakieś podniosłe hasła. Jakiś inny napisał testament, w którym wyraził życzenie, by spalono go po śmierci, zaś jego prochy rozsypano nad Himalajami. Nie chciałbym być w skórze rodziców tego durnia, kiedy policja w towarzystwie jakiegoś zbałwanionego psychologa odczytuje im z kartki kulfony ich nieżyjącego dziecka. Dziecka, któremu ktoś zrobił wodę z mózgu historiami o psach co jadły przed śmiercią hamburgery, a potem trafiły na mały zielony cmentarz skąd bardzo dobrze widać statuę wolności. Nie chciałbym być w skórze ojca, który chciał takiego mistrza wychować na człowieka, a potem musiał słuchać jak gliniarz sylabizuje z kartki te teksty o Himalajach. Miałem, nie wiem skąd wzięte, wrażenie, że tego rodzaju trendy już zanikają, okazuje się jednak, że nie, że to żyje nadal i ma się dobrze. Tyle, że teraz idealiści prący z całą siłą ku doskonałości i nirwanie nie dokonują już zamachów na własne życie. To takie niepraktyczne. Jeden z nich właśnie wskazał im drogę dalszego duchowego rozwoju. O wiele lepiej przecież organizować zamachy na życie innych, najlepiej przypadkowych osób. Ileż w tym adrenaliny, ileż przygody i prawdy, prawie tyle samo co w organizowanych przez różne korporacje skokach na bungie z wysokiego mostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz