whos.amung.us

wtorek, 5 sierpnia 2014

O bałwaństwie Hołdysa

Autor: Integrator

Chciałem tu dziś wrzucić parę słów o Ukrainie, bo to w obliczu rosyjskiej agresji dla nas piszących w pewnym sensie obowiązek. Potem pomyślałem, że się o tym jednak sporo pisze, więc nie muszę koniecznie produkować się w tym samym deseniu a jeśli już to raczej napiszę o pewnym wątku tej wojny, który tu na Salonie ma także swoje reperkusje. Niestety. W korytarzu przychodni gdzie spędziłem parę dobrych godzin wisiał telewizor, z Hołdysem na ekranie. No i szlak wziął moje plany.
Program nazywał się „Minęła 20”. Nie oglądam takich rzeczy bo one są tak samo uszyte jak wszystko co do tej pory widziałem. Jest jakiś człowiek robiący za redaktora, zaprasza znanych i lubianych, zadaje im pytania a oni mu mówią co im w danej chwili głowa podpowiada.  Zmieniają się więc tylko nazwy i ci prowadzący ale cała reszta to wciąż jedno i to samo.
Tym razem padło na Hołdysa. Takim zdaniem to się raczej kończy artykuły , ale co mi tam - już teraz serdecznie wszystkich zapraszam do obejrzenia sobie tego „wywiadu”. Nie ma lepszej drogi do zrozumienia bałwaństwa jak zobaczyć je z bliska i na własne oczy. A program zaczyna się bardzo klasycznym bałwaństwem. Oto prowadzący informuje  nas na wstępie, że rozmowa będzie o tym co mówił ksiądz Zbigniew Lemański na Przystanku. Obiecałem sobie nie zajmować się tym pogubionym człowiekiem i nie zamierzam nadal tego robić, ale jak idzie o jego osobę to akurat tyle wiem, że on ma na imię Wojciech a nie Zbigniew. Zbigniew ma za to na imię na pewno Hołdys, a dokładnie to on jest Zbigniew Hołdys a nie Zbigniew Hodywa jak go przedstawił prowadzący. Mamy więc taki oto start poważnego programu o tematyce społeczno-politycznej, gdzie redaktor-bałwan robi bałwański wstęp myląc imiona i przekręcając nazwiska a potem konsekwentnie trzymając się bałwańsko niskiego poziomu zadaje bałwańskie pytania Hołdysowi. Ten przyjmuje propozycję udziału w bałwaństwie i odpowiada mu na bałwańskie pytania w niemniej bałwański sposób. Bałwańskiemu redaktorowi dziś się upiecze, wszak bałwanowi trudno dostrzec w sobie samym bałwana.  Jest więc jak dla mnie usprawiedliwiony, a wisienką na torcie jego bałwaństwa niech będzie zielona, uśmiechnięta buźka w lewym górnym rogu ekranu, co to ją widać podczas całego programu.
Zastanawia mnie natomiast bałwaństwo Hołdysa i jemu ten tekst poświęcę. Kto jak kto ale on akurat ma predyspozycje by bałwanem nie być. Wydaje mi się, że on jest człowiekiem który jednak myśli, próbuje istnieć w sposób niezależny, no i ma dar który u ludzie bardzo cenię - on jak wiemy gra. Nie wiem czy dobrze czy nie, ale podobno to co robi jest mocne. Ja grać nie umiem. Próbowałem trochę na pianinie i od tamtej pory wiem, że grać już nie będę, podczas gdy on umie wziąć martwą rzecz do rąk i ją ożywić. W dodatku w taki sposób, że pozwala to niektórym z nas jak przeczytałem na forach wchodzić w odmienne stany emocjonalne. Ufam, że głównie w te dobre. I to jest coś. Ale ciągle na tym samym paliwie jechać nie można, więc w końcu i ja muszę zadać sobie to pytanie - skoro on bałwanem być nie musi, to dlaczego w to bałwaństwo wchodzi?
O technice rozciągania autorytetu z jednej dziedziny na drugą już tu kiedyś pisałem w tekście „Ile jest Olbryskiego w Otylli?”. Cały zabieg polega na tym, że dla przykładu taki Tomasz Lis zaprasza do swojego programu znanego aktora, albo piosenkarza i zaczyna pytać ich co myślą o Kaczyńskim? To są oczywiście ludzie znani i lubiani, ale też tak dobrani żeby któremuś nie strzeliło do głowy, by na antenie palnąć, że w sumie to ten Kaczor zły nie jest i że można by…. A guzik, żadnych „można by”. Takich filozofów się nie zaprasza. No chyba, że w asyście sześciu innych którzy zrobią z niego i z tego Kaczyńskiego kompletne pośmiewisko. Ci co upchają tyłki w studyjnych fotelach są tak dobrani, że na pytanie o Kaczyńskiego albo o. Rydzyka odpowiedzą na wyścigi i bez zająknięcia, że to są ludzie nikczemni, którzy swym jadem niszczą wysiłek wszystkich poprzednich pokoleń, które w trosce o przyszłość naszego kraju, dokładały co miały najlepszego do tego co wspólne. Albo jakoś podobnie. A wszystko po to by autorytet jakim cieszy się dobry aktor, albo jak w tym przypadku muzyk Hołdys, bez wątpienia rozpoznawalny przez tysiące, rozciągnąć niepostrzeżenie na sferę w której autorytetem nigdy nie był, nie jest, daj Bóg nie będzie. Zaprasza się więc „gwiazdę” do studia. Redaktor pyta ją o sprawy polityczne, społeczne czy nawet ekonomiczne, a ta jak gdyby nigdy nic odpowiada mu na każde pytanie. Omnibus? Raczej bałwan, bo trudno przypuszczać, że ktoś kto tak intensywnie pracuje na swój blask, przechodzi z jednego planu zdjęciowego na drugi a w przerwie wpada na deski teatru, czy kończąc jeden koncert pracuje już nad kolejnym, by taki ktoś miał czas by w domowym zaciszu studiować meandry polityki. Tak, tak wiem, im za takie wywiady podobno płacą, to jest też sposób utrzymywania się na fali. Przychodzą więc i paplają językami cokolwiek im na nie ślina przyniesie a my słuchamy, klaszczemy i mlaskamy z podziwem.
Przychodzi na takie imprezy jak widać i Hołdys, muzyk, być może akurat tym razem z poczuciem misji  i rozprawia o polityce a wcześniej o Kościele Katolickim. Przyznam, że z umiarem, bez zbędnych drwin i raczej z wrodzonym szacunkiem do tej instytucji  choć od razu dodaje, że wbrew reszcie rodziny on jest niewierzący. Mówi też dla pierwszego z brzegu przykładu, że media w Polsce kłamią. Że łżą w takim stopniu, że jemu się robi niedobrze gdy czyta to co największe gazety w tym kraju piszą akurat o księdzu Lemańskim. Mówi bałwańskiemu redaktorowi, że pytanie które mu zadaje sklejone jest z masy kłamstw bo wszystko było inaczej. I mimo, że się tak dobrze zapowiadało od tej chwili niestety idzie Hołdys już tylko w bałwaństwo.
Na początek niepomny swych krytycznych słów o dziennikarzach, szuka potwierdzenia faktów u redaktora, po czym bezkrytycznie je przyjmując pozwala sobie na epitet względem rzecznika Episkopatu. Tak po prostu. Bo tak mu powiedział dziennikarz, jeden z tych których ma za kłamców.
Albo chwali Hołdys bp. Życińskiego, że przyjechał na Przystanek. Mówi, że tam są ludzie którzy chcą słuchać o życiu, o swoich czy księży rozterkach, w żadnym razie o tym co sobie kapłan myśli, po odczytaniu na mszy świętej ewangelii . Po czym całkiem swobodnie znów niepomny tego co mu przed chwilą z ust wyszło, wspiera księdza Lemańskiego w opinii, że Kościół nie powinien mówić o niczym innym, jak tylko o ewangelii. Nie o medycynie choć my tu akurat mamy masę rozterek, nie o polityce z którą jest nam jeszcze gorzej. Księża mają gadać tylko o wierze, a jak zaczną o życiu i naszych czy swoich rozterkach to zgadza się muzyk Hołdys z księdzem Lemańskim, że mamy wychodzić  z kościoła, aż się księża nauczą. Przepraszam, ale ja z tego naprawdę nic nie rozumiem. I nie pojmuję z kim u lich a oni mają, ci biskupi, gadać na tym Przystanku i o czym? Niby o dogmatach wiary katolickiej z ludźmi po alkoholu, uwalonymi w błocie, którzy w drodze po towar usiedli odetchnąć w cieniu tego akurat namiotu? Na takie dyskusje są specjalne miejsca i czas, choć pewnie trudno to zrozumieć Hołdysowi który przychodzi do studia gadać o tych rzeczach w pomarańczowej koszulce. Nie wspomnę o czapce z daszkiem. Tylko proszę się nie czepiać. To nie brak kultury. To jest imidź.
Ale to nie wszystko. Muzyk mówi, że ksiądz Lemański ma rację bo miał tysięczne owacje. Dosłownie tak. A więc wystarczy, że ktoś zbierze tysiąc ludzi i już według Hołdysa ma rację. Ładnie, choć pewnie z wyjątkami dla Kaczyńskiego? Ma rację ksiądz Lemański, produkuje się dalej pan muzyk, bo Ojciec Święty Franciszek też wchodził między ludzi, jeździł z nimi autobusami po mieście i wsłuchiwać się w ich potrzeby. To jest dopiero bałwaństwo, w obliczu listu Papież w którym stoi co Watykan myśli o ks. Lemańskim. No i znamienne, że mimo tych małych podróży Ojciec Święty jakoś nie zmienia nauki Kościoła by dopasować ją do oczekiwań młodych. Aborcja to wciąż morderstwo, czystość jest cnotą,  narkotyki grzechem - a przecież nikt nie wątpimy, że o takich zmianach rozmawiała z nim ta młodzież, nieprawdaż? Co nie przeszkadza Hołdysowi bałwanić nas o otwartości Franciszka na postulaty koniecznych zmian w kościele słane ze strony młodych? Albo mówi nam ten muzyk, że bp. Życiński na Woodstoku dał nam więcej niż tysiące „mszy katolickich”? Bo co? Bo Hołdys tak uważa? A jak on to przeprasza mierzył? Wpadł pogadać pod namiotem biskup  Życiński, coś powiedział o Bogu do ledwo przytomnych ludzi, a oni się od razu nawrócili i zamiast iść nawalić się do reszty poszli się modlić do pobliskiego kościoła? I były ich tysiące. A Hołdys stał w albie przed wejściem i ich liczył. Tak to rozumiem było? To jest Panie Muzyk bałwaństwo a nie poważna dyskusja.
Już Was nie męczę. Jeszcze taki smaczek na koniec, przykra rzecz ale jakże symboliczna. Hołdys mówi, że Kościół w sumie chce dobrze dla człowieka, stąd te wszystkie nakazy. Ale zaraz się reflektuje i pyta czy ludzie są dobrzy na skutek tych nakazów czy może w efekcie zrozumienia tudzież wcześniej doświadczenia? Na słuszność którego to twierdzenia, wspomina o dzieciach Wałęsy który miał je wszystkie ostrzegać by nie dotykały kuchenki a i tak wszystkie dotknęły by się samemu przekonać, że nie warto. O tym jak ostatecznie wyszły na tym „zrozumieniu i doświadczeniu” dzieci Wałęsy pisać nie będę bo tym już zajęły się portale plotkarskie. Dla mnie wystarczyło gapić się w ten kanał parę minut przed publicznym bałwanieniem się Hołdysa. W serwisie informacyjnym podano, że zmarł 41-letni uczestnik Przystanku Woodstock. Jak podano w wyniku „wyczerpania organizmu poprzedzonego intensywnym piciem alkoholu”. No, proszę jak się ten biedak wytrwale sam uczył życia, bez wskazówek Kościoła a poprzez doświadczenie. Z pewnością wiele zrozumiał. Szkoda, że tam gdzie teraz jest raczej już mu się to nie przyda.
 
Link do rozmowy ze Zbigniewem Hodywą o księdzu Zbigniewie Lemańskim
 http://vod.tvp.pl/audycje/publicystyka/minela-dwudziesta/wideo/03082014/16032280
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz