whos.amung.us

wtorek, 19 sierpnia 2014

Nowa turystyczna oferta: wakacje w Smoleńsku

Autor: Toyah
 
Ze Szklarską Porębą łączy mnie sentyment tego przede wszystkim rodzaju, że to tam właśnie, na miejscowym cmentarzu, pochowana jest moja starsza siostra Zosia, której nigdy wprawdzie nie miałem okazji zobaczyć, ale wiem, że ona tam leży i to jest dla mnie ważne. Pewnie dlatego też, kiedy w ostatnim numerze tygodnika „W Sieci” zobaczyłem felieton poety Wencla i rzuciła mi się nagle w oczy owa Szklarska Poręba, zawziąłem się i przeczytałem od początku do końca, co on tam pisze. Rzecz w tym, że Wencel właśnie wrócił z urlopu, który spędzał z rodziną w rejonie Karkonoszy i zauważył, że tam, gdziekolwiek człowiek się ruszy, czuje się, jakby się znalazł w muzeum satanizmu. Poczynając od ulic, które niemal w całości zachowały swoje nazwy z czasów PRL-u, przez sklepy z pamiątkami, gdzie królują zabawne maski z twarzą ojca Rydzyka, Antoniego Macierewicza, lub po prostu małpy, po zdobiące rynki miasteczek posągi Diabła. Wencla owo odkryciem szalenie poruszyło, w dodatku, to co tam zobaczył, połączył z informacjami wskazującymi, że ośrodki takie jak Karpacz, czy właśnie Szklarska Poręba to bastiony Platformy Obywatelskiej i wyciągnął z tego wniosek, że dziś Diabłu nigdzie nie jest tak dobrze, jak właśnie tam w Polsce południowo-zachodniej.
 
Otóż, wbrew pozorom, ja diagnozę Wencla podzielam. Wprawdzie w Szklarskiej Porębie, a także w Karpaczu, nie byłem od czasu, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, a zatem nie wiem, co tam słychać, natomiast, owszem, miałem stosunkowo niedawno okazję przejeżdżać samochodem przez Polskę zachodnią i uważam, że tam króluje syf, który można opisać wyłącznie, jako pomieszanie owego właśnie najbardziej peerelowskiego PRl-u z rozkradzionymi i porzuconymi resztkami po Niemcach. I mijając owe tereny, nie miałem wątpliwości, że ludzie, którzy je zamieszkują, w znacznej większości muszą być przez ten syf tak zdemoralizowani, że oni ani nie mogą głosować na nikogo innego, jak na ludzi wskazanych im przez telewizor, ani nie posiadać innych rozrywek, jak zakładanie sobie na łby masek z twarzą Macierewicza i po pijanemu tańczyć wokół pomników jakiejś kozy z ptasim dziobem.
 
A zatem, tu z Wenclem się zgadzam. Zobaczyć coś takiego, musi być przeżyciem niezwykle stresującym. Natomiast prawdziwy problem polega na tym, że Wencel, dokładnie tak samo, jak większość jego kolegów dziennikarzy, ale również podobnie, jak władze samorządowe Wrocławia i okolic, oraz zasiedlający owe tereny elektorat, są mocno spóźnieni w stosunku do tego, co się faktycznie w Polsce dzieje. Otóż zarówno te wszystkie post-sowieckie gadżety, te ulice Buczka, 1 Maja, czy Armii Czerwonej, to post-peerelowskie gówno stanowiące wystrój lokalnych knajp, to wylewające się z każdego zakątka pogaństwo, to wszystko jest już dawno passe. Dziś, czego ani Wencel, ani zapewne też redakcja „W Sieci” nie zauważyła, króluje tak zwany „trip na ojczyznę”. Dziś jest tak, że szydzenie z białoczerwonej flagi, głoszenie poglądu, że Polska to wstyd i zacofanie, że Boga nie ma, a nawet, że przyszłością świata jest powszechna tolerancja i szacunek dla wszelkich wynaturzeń, traktowane jest przez kulturę popularną, jako nieszkodliwe dziwactwo.
 
I tu dochodzimy do sedna moich dzisiejszych refleksji. O ile dobrze sobie przypominam, już w jednym z pierwszych opublikowanych na tym blogu tekstów zwróciłem uwagę na fakt, że podstawowym sposobem kontrolowania przez System naszych emocji, jest czynienie z nich elementu kultury pop. Praktycznie od pierwszego dnia, gdy w Polsce zapanował nowy, tak zwany demokratyczny, porządek, System zarządza naszymi emocjami w ten sposób, że wszystko to, co w nich z jego punktu widzenia jest dobre i pożądane, zostaje przedstawione na tle najbardziej charakterystycznych dla popu dekoracji, a więc różnego rodzaju gadżetów, kabaretu, kolorowej prasy, filmu, piosenki, natomiast wszelka wrażliwość traktowana przez System, jako niesłuszna, czy wręcz groźna, spychana jest w tak zwaną niszę, a tym samym skazana na kulturowy niebyt.
 
Przykłady owego procederu można by mnożyć, wspominając choćby to, jak to swego czasu, w ciągu zaledwie paru miesięcy, udało się doprowadzić do tego, by każdy praktycznie Polak wiedział, jak należy rozumieć słowo „kaczor”, z czym się powinno mu kojarzyć miasto Toruń, a nawet tak egzotyczne nazwy, jak Gabon, czy Jamajka i dlaczego Jareczek, a nie Jarosław. Pamiętamy te codzienne towarzyskie pogawędki na temat psa Saby, wieśmaków, kota prezesa, czy w ogóle samego prezesa. Ja bym jednak chciał dziś pokazać, jak ten system działa, na przykładzie owej biednej wdeptanej w smoleńskie błoto szachownicy. Pamiętamy wszyscy pewnie bardzo dobrze, jak to Solidarni2010, idąc z falą narodowego poruszenia smoleńską tragedią, wyprodukowali piękne metalowe znaczki z białoczerwoną szachownicą, byśmy sobie je mogli wpinać w klapy płaszczy, kurtek, czy marynarek. Pamiętamy też, jak w jednej niemal chwili owe szachownice, a wraz z nimi polskie narodowe barwy zostały przez kulturę pop opisane, jako symbol głupiego, kulturowego zacofania, posmoleńskiej histerii, czy nawet zwykłego kibolstwa. Czy ktoś ma w ogóle wątpliwości, skąd się wówczas wzięła owa fala szydzenia z flagi i polskiego godła? Przecież tu nie może być najmniejszej wątpliwości, że to wszystko stanowiło reakcję na ów obraz z 10 kwietnia ukazujący tę naszą biedną czerwień i biel tonącą w tamtej nieopisanej zbrodni. I oto od pewnego czasu –myślę, że jest bardzo możliwe, że to wszystko zapoczątkował sam Radosław Sikorski, zakładając w reakcji na zwycięstwa Kamila Stocha zieloną marynarkę i wpinając sobie w nią znaczek z białoczerwoną szachownicą – możemy zobaczyć, że to już nie my chodzimy z tymi znaczkami, ale oni. Powoli wychodzi na to, że System uznał, że będzie bardzo dobrze wyszarpać nam te znaczki i zacząć się z nimi obnosić, jak gdyby nigdy nic. Ledwie parę dni temu zobaczyłem w telewizji grupę jakichś podobno polskich studentów z Oxfordu broniących przed antyoksfordzkimi atakami Radosława Sikorskiego i jego brytyjskiego wykształcenia, i wręcz z przerażeniem nie mogłem nie zaobserwować, jak każdy z nich miał wpięty w klapę znaczek z polską szachownicą.
 
Zdaję sobie sprawę z tego, co mi niektórzy z nas powiedzą: że się czepiam, że każdy ma prawo do patriotyzmu, a zwłaszcza młodzi Polacy studiujący w Oxfordzie i tęskniący za Polską, że nic złego wreszcie w tym, że ktoś, kto dotychczas miał do Polski stosunek obojętny, poczuł ten piękny związek i tę dumę, i takie tam. Ja jednak nie takie cuda widziałem i wiem, jak się je moderuje. Bardzo więc proszę, kiedy jeszcze zanim skończy się ten rok, a my zobaczymy, jak nagle przy okazji Święta Niepodległości we wszystkich dotychczas tak szaro-burych oknach pojawią się białoczerwone flagi, a każdy porządny sympatyk weekendowych zakupów w wielkich galeriach handlowych będzie się kręcił po tych alejkach, demonstrując skromny znaczek z białoczerwoną szachownicą, nie dajmy się nabrać. Niech nam broń Boże nie przyjdzie do głowy się cieszyć, że wreszcie Polska się doczekała uznania ze strony tych, co jej dotychczas życzyli, by zdechła gdzieś w ciemnym kącie, z dala od cywilizowanej Europy, i że niewidomi przejrzeli na oczy. Nikt z nich bowiem na oczy nie przejrzy, jeśli wcześniej paru cwaniaków ze specjalnymi szczypczykami im tych oczu na siłę nie otworzy. A oni z całą pewnością to zrobią – już to robią to tu, to tam, dziś, wczoraj i jutro – a kiedy ktoś z nas próbuje coś wyjaśniać, to zaraz mu się wyjaśni, co znaczy słowo „hipster” i dlaczego ono jest od niedawna słowem obelżywym.
 
Tak to właśnie się dzieje z tą naszą Polska, z tym popem i z bandą tych kombinatorów. Tu zawsze chodziło przede wszystkim o to, by trafić w gusta publiczności, a jeśli owe gusta wciąż jakoś nie chciały się znaleźć w celowniku, to wystarczyło celownik nieco przesunąć w prawo, lub w lewo, i w końcu zawsze się okazało, że jak człowiek się postara, to może wszystko. Nawet się skutecznie wziąć za takie wieśniactwo, jak Karpacz, Piechowice, czy Szklarska Poręba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz