whos.amung.us

sobota, 23 sierpnia 2014

Niech nam pokażą jak pisać CV!

Autor: Integrator
 
Całkiem niedawno trafiłem tu na filmik na którym jakaś kobieta z pełnym zapałem produkował się na temat sposobu pisania dobrego CV. Twierdziła, że to jest sprawa absolutnie pierwszorzędna jak idzie o ocenę kandydata, a zatem winniśmy jej zdaniem, zrobić wszystko by nasze CV było na tyle wyjątkowe, że gdy adresat weźmie je na chwile do ręki, a bierze jest podobno przy całej masie napływających życiorysów faktycznie tylko na chwilę, to by gdy już na nie spojrzy nie mógł oderwać od niego oczu a gdy mu to się wreszcie uda by zaraz chwycił za telefon i zaprosił nas na rozmowę kwalifikacyjną.
 
 
Gdy byłem jeszcze młody i naiwny, a stan ten nieustannie trwał od narodzin do zakończenia studiów, udzielałem się trochę w studenckiej gazetce „Spinacz”. To był dosłownie epizod, bo po dwóch czy trzech artykułach mój kontakt z tą gazeta się urwał. Nie pamiętam dlaczego, no ale teksty poszły wraz z kolejnymi numerami do druku, a ilekroć przy okazji rodzinnych spotkań jest mowa o moich tekstach umieszczanych tu i ówdzie w przeróżnych gazetach ja niezmiennie wracam z sentymentem do tej chwili gdy po raz pierwszy wziąłem z korytarza uczelnianego darmowy numer Spinacza i mogłem po raz pierwszy przeczytać w nim swój tekst, podpisany moim nazwiskiem. I choć dziś co jakiś czas piszę anonimowe teksty do największych gazet pod którymi podpisuje się moja firm, to tamten tekst we wspomnianej klasyfikacji sentymentalnej jest wciąż nie do pobicia.
 
 
Wspominam o tym bo jeden z artykułów zamieszczonych w tej uczelnianej gazecie był poświęcony tematyce CV właśnie, i dokładnie jak ta pani w tym filmiku, popisywałem się tam wiedzą na temat zasad poprawnie budowanego Życiorysu. Nie pamiętam co ja tam dokładnie pisałem, mam ten numer gdzieś schowany ale, że mam tu zaawansowany remont to nie będę robił wykopalisk i powiem Wam tylko tyle co pamiętam. A pamiętam tyle, że po pierwsze ja do tego zagadnienia podszedłem bardzo poważnie. Co prawda jak przystało na człowieka który póki co nie musiał jeszcze szukać pracy i studiował spokojnie na koszt rodziców, nie miałem ni bladego pojęcia o realiach rynku pracy i pisałem ten cały instruktaż z pełnym przekonaniem, że wszystko i wyłącznie zależy od tego właśnie CV. No ale przynajmniej nie było tam ani krzty wyrachowania czy hipokryzji których pełne są współczesne teksty poświęcone tej tematyce. Radziłem więc czytelnikom, by nie przekraczali objętości jednej strony A4, by podawali tylko najważniejsze dane z punktu widzenia potencjalnego pracodawcy, no i by zachowali pewne minimum jak idzie o część estetyczną a więc by karta nie była pogięta czy nie daj Boże poplamiona. Zalecałem by najlepiej włożyć ją do koperty w koszulce i wypisywałem jeszcze inne dyrdymały na ówczesny moment mojego świadomości rzeczy ważne i odkrywcze.
 
 
Byłem wtedy jak dobrze pamiętam na początku czwartego roku, a że jak wszyscy wiemy mniej więcej od tego momentu wszystko leci z górki a czas leci w niemniej szalonym tempie, nie wiedzieć kiedy odebrałem dyplom i stanąłem przed koniecznością rozejrzenia się za jakąś pracą. Siłą rzeczy także przed możliwością zweryfikowania magicznej mocy sprawczej jaką całkiem niedawno przypisywałem dobrze skrojonemu Życiorysowi. Sprawa wydawała się prosta i wszystko co musiałem zrobić to w moim przypadku tak na prawdę przelać już tylko na papier wszystkie mądrości jakimi popisywałem się klejąc artykuł do wspomnianego „Spinacza” a potem przebierać w nadchodzących ofertach jak owe kapryśne księżniczki ze znanych nam bajek. Poszło mi z tym bardzo sprawnie i po niespełna godzinie miałem w ręku moje pierwsze, własne CV - jak wówczas wierzyłem - uniwersalny klucz do wszystkich drzwi za którymi znajdę wymarzoną i dowolnie wybraną pracę. I choć teraz uśmiecham się na samo wspomnienie tej chwili, to zważywszy na fakt, że wyniki w nauce miałem wyżej niż średnie, byłem młody, a nadto pełen energii i pomysłów to założenie, że świat stoi przede mną otwarty wcale nie wydawało się wówczas przesadne.
 
 
Z Internetem sprawa nie była wtedy jeszcze tak powszechna, więc wszystko załatwiało się poprzez gazety i gołębie Poczty Polskiej. Kupiłem zatem tą z największą liczbą ogłoszeń - wiadomo jaką - wyciągnąłem dodatek „Praca” ciskając resztę do przykioskowego kosza, wybrałem w domu anonse które uznałem za warte mojej uwagi, zapakowałem wszystko w koperty i wysłałem gdzie trzeba trochę zdziwiony, że tak mi z tym szukaniem pracy łatwo poszło.
 
Odzew był zerowy. Gazety rozpisywały się, że to ciężki okres, że wielu absolwentów bombarduje rynek pracy swoimi ofertami, ale że nie wolno się poddawać i trzeba próbować bo jak nie ten to tamten przedsiębiorca zechce lada chwila rozszerzyć zakres działania, a wtedy moje Cv będzie jak znalazł. Wysyłałem więc je regularnie co poniedziałek meldując się pod kioskiem po nowe wydanie gazety z nadzieja, że jeśli kupię ją rano a potem szybko wyślę to może ktoś tam mnie zdąży zauważyć zanim tysiące innych świeżo upieczonych magistrów zrobi to co i ja i ostatecznie zasypie ogłoszeniodawcę swoimi błaganiami o pracę. Robiłem to z takim zapałem, że proszę sobie wyobrazić, iż w pewnej chwili ilość wysłanych CV sięgnęła setki, a koszty druku CV i zakupu znaczków zaczął być odczuwalny. Tymczasem odpowiedzi jak nie było tak nie było. Nic, całkowita cisza. Nawet jednego telefonu. Aż w końcu zadzwonił ten pierwszy.
 
Tu przyznać się muszę, a pewnie miało to jakiś wpływ na całą tą sytuację, że choć skoczyłem inżynierię lądową to w tamtym czasie marzyła mi się praca w agencji reklamowej. Podczas studiów pracowałem parę miesięcy w czymś takim, i choć mój pomysł został użyty przy projektowaniu opakowań dla słonych paluszków ogólnopolskiej firmy za co nic nie dostałem a gdy zwróciłem na ten fakt uwagę swojemu szefowi to wywalił mnie w tej samej chwili na pysk, i tak podobał mi się ten sposób zarabiania na życie więc próbowałem dalej tyle, że gdzie indziej. Po prostu wiedziałem, że mam do tego smykałkę, więc niezrażony tym zdarzeniem próbowałem ponownie dostać się do świata freelanserów, tym razem w Warszawie. A że w tej branży nikt nie patrzy na dyplom bo kładzie się nacisk na kreatywność, tak przynajmniej brzmią te ich ogłoszenia, to ktoś w końcu zadzwonił. Przyjechałem na rozmowę, w pokoju siedziała jakaś młoda dziewczyna i rozpoczęliśmy rozmowę a potem dostałem test z całą masą pytań na które musiałem w jej obecności odpowiedzieć. Nie wiem kto pisał te pytania i dobierał do nich odpowiedzi, ale dla umysłu przywykłego do technicznego myślenia nijak to wszystko nie miało sensu, a gdy zwróciłem jej na to uwagę, zrozumiałem, że najwyraźniej ona jest właśnie ich autorem. Broniła więc zaciekle sensu i poprawności tego zadania, a gdy ja punkt po punkcie udowadniałem jej że brakuje tam elementarnej logiki, pani od HR-u z razu miła i uśmiechnięta zmieniła się w rozdygotaną i wyniosła paniusię, która nie wiedząc jak wyjść z tej opresji, wyprostowała się i oznajmiła mi z góry, że ona skończyła dwa fakultety a więc wie lepiej. Myśl, że tego tak zostawić nie można dopadła mnie dopiero w powrotnym pociągu do domu. Gdy dotarłem na miejsce, nasmarowałem obszernego emaila w którym bez ogródek napisałem co ja o takich rozmowach kwalifikacyjnych myślę, dodając już tak całkiem od serca uwagi parę uwag na tematy techniczne, a więc tego w jak późnych godzinach i w jakich topornych warunkach lokalowych przeprowadzane są te spotkania. Agencja miała swoją stronkę więc nie zastanawiaj się wiele wysłałem na podany tam email swoje uwagi, czując że powoli wracam do dawnego stanu emocjonalnej równowagi.
 
Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie gdy po paru dniach dostałem telefon z zaproszeniem od dyrektora tej agencji, jeśli się nie mylę nazwisko jego brzmiało Talonem, który ustami swojej polskiej sekretarki zapraszał mnie na spotkanie. Wciąż młody i wciąż taki naiwny jechałem ponownie do Warszawy, tym razem z przekonaniem, że zwróciłem na siebie uwagę jakiegoś Angola, który zechce skorzystać z moich uwag a potem uścisnąć mi dłoń i zaprosić do współpracy. Na miejscu okazało się, że email podany na stronie należał do centrali, a osoba która odebrała mój list nie wiedzieć czemu (może w ramach wewnętrznych rozgrywek?) przetłumaczyła go i dała szefowi do przeczytana. A ten być może przy okazji, ale wsiadł w samolot i przyleciał by ze mną pogadać. Niestety nie o współpracy, a o jakości usług świadczonych przez jego pracowników. Pan Talone chciał wiedzieć, to pytanie pamiętam do dziś, gdzie popełnił błąd w szkoleniu swych ludzi? Mnie to wszystko tak zaskoczyło i jakoś tak przybiło, że zacząłem bąkać, że nie wiem i że w sumie to nie jestem pewien, więc zaraz mi podziękował grzeczne za przyjazd i kilka chwil później stałem na ulicy przed budynkiem polskiej filii angielskiej agencji reklamowej - tyłkiem do wejścia, rozglądając się na boki i zastanawiając którędy do Dworca? Po tygodniu listonosz przyniósł kopertę w której znalazłem 100zł i karteczkę, że pan Talone dziękuje za spotkanie i przesyłam rekompensatę za poniesione koszta i trudy podróży. W tej całej sprawie, przyznam, że akurat ta stówa w kopercie zrobiła na mnie największe wrażenie tym bardziej, że nigdy później już nie spotkałem się z takim podejściem, ani też o takich przypadkach nie słyszałem. Dalej też wysyłałem to swoje wyjątkowe CV w ilościach już hurtowych, aż w końcu dostałem tą pierwszą, wymarzoną pracę szczęśliwy jak cholera, bo po ponad półrocznym siedzeniu w domu człowiek zaczyna dopuszczać do siebie rożne myśli, w pierwszej kolejności te, że jest się pewnie ułomnym lub od razu pełnym kretynem skoro innym się udaje a mi nie.
 
Myślę tak sobie o tych moich doświadczeniach w zdobywaniu pracy, a pracowałem w kilkunastu już pracach i przeróżnych zawodach, a potem patrzę na ten filmik i zastanawiam się jak to się stało, że z tak niewiele znaczącej sprawy jaką w procesie szukania pracy stanowi odpowiednio napisane CV, stworzono niemal branżę z rozbudowaną teorią, że nie zostaje nic jak tylko usiąść i w te brednie uwierzyć? A przecież każdy kto szukał pracy wie, szczególnie ci młodzi co stadnie opuszczając co roku mury przeróżnych uczelni, że jeśli praca jest to żadne papierki nie są potrzebne - ani ten dyplom, ani to śmieszne CV. Po prostu i już. Parę lat temu a było to, a jakże - za PiSu, roboty było tyle, że robiłem na trzech etatach. Dziś była rozmowa i tego samego dnia praca bo zwyczajnie wszystko kwitło i potrzebowano ludzi do pracy. Potem gdy przyszła ta zgraja lepkorękich smakoszy drogich cygar i ośmiorniczek ledwo mogłem utrzymać się na jednym etacie. I oczywiście można rozwijać ten wątek i opowiadać o makroekonomii i tendencjach globalnych ale ja od razu ucinam takie gadki także wspomnieniem z tamtych lat, gdy zadzwoniła do mnie znajoma ze Stanów i powiedział: „Słuchaj, wracają tu do nas same „przekrętasy”. Mówią, że chcą przeczekać Kaczorów”. Czy trzeba piać więcej? Wiele dobrego o ludziach tworzących wokół Kaczyńskiego nieprzeniknioną, szklaną kulę powiedzieć nie mogę. Ale zwykła uczciwość wymaga tego stwierdzenia, że to był czas prawdziwej konkurencji. Pochowali się po kątach ci co brali przetargi po koleżeńsku, pochowali ręce ci co wysuwali je po łapówki i nagle okazało się, że biznes może znów robić każdy, że każdy z nas ma równe szanse, że o sukcesie znów decyduje solidność, pomysłowość, ciężka praca.
 
Oglądam ten filmik raz jeszcze i uśmiecham się słysząc jak zdaje się poważna kobieta robi propagandę dla tak niewiele nieznaczonej sprawy jak odpowiednio napisane CV w dodatku na rynku pracy którego nie ma. Śmieszą mnie też ci wszyscy doradcy biznesowi i redaktorzy prowadzący programy tupu: „Jak zrobić własny biznes?” bo mają tyle dobrych rad dla poszukujących pracy co i ja gdy siedząc w redakcji "Spinacza" pisałem o sprawie która mnie nie boli i nie dotyczy. No ale oni są w tym nieporównywalnie gorsi. W przeciwieństwie do naiwnego studenta dobrze wiedzą jak jest na rynku i że trzeba być ostrym wariatem tudzież ryzykantem by postawić wszystkie oszczędności na jedna kartę i zakładać w Polsce w pełni zgodnie z prawem funkcjonującą firmę. I choć ksiądz na religii często nam powtarzał, że nie ładnie jest komuś tak źle życzyć, to ja chciałbym i to bardzo by tą panią z filmiku i tych wszystkich redaktorów uczących nas przedsiębiorczości, a nadto cały nadęty personel Urzędów Pracy jeszcze dziś wywalono z roboty, byśmy potem w jakimś realityshow dla przykładu pt. „Jak oni szukają pracy?” mogli ich wszystkich wspólnie zobaczyć jak piszą te swoje wyjątkowe CV. A potem jak gaśnie im w oczach nadzieja gdy chodząc z nim od firmy do firmy odprawiani są bezlitośnie z kwitkiem.


Pisze dla nas Toyah, pisze Coryllus jeśli chcesz by umieszczano tu i twoje tekst to droga wolna. Przyłącz się  do nas i współtwórz Tygodnik Solidarni.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz