whos.amung.us

poniedziałek, 1 września 2014

Donald Tusk do Brukseli, czyli rozwiązanie ostateczne

Autor: Toyah
 
W zgiełku, jaki wypełnił publiczną debatę, po tym jak Donald Tusk został wyznaczony na stanowisko przewodniczącego Rady Europy, mam wrażenie, że wciąż ginie pewien drobny, jednak bardzo moim zdaniem istotny, element. Otóż, jak z pewnością wszyscy pamiętamy, jeszcze parę tygodni temu, kandydatura Tuska była do tego stopnia nierealna, że w pewnym momencie nawet on sam uznał za stosowne oświadczyć, że jemu ani w głowie porzucanie Polski, bo tylko tu widzi sens pracy i działania. A, jak się możemy domyślić, takie oświadczenie w ustach Tuska, a więc człowieka, który nawet się podrapać za uchem nie może bez wcześniejszej konsultacji ze specjalistami od politycznego wizażu, musiało być spowodowane informacją, że o żadnym awansie mowy być nie może.
 
      I oto nagle David Cameron, jak grom z jasnego nieba, ogłasza, że nikt jak tylko Donald Tusk… i lawina rusza z intensywnością wręcz niespotykaną. Ja ani w tej chwili już nie pamiętam, ile dni to trwało, ani tym bardziej nie chce mi się tych dni liczyć, ale z całą pewnością nie upłynął tydzień, jak wszystko się rozstrzygnęło. A biedny Tusk nawet nie zdążył pisnąć. Zupełnie, jakby któregoś dnia zbudził go telefon, ktoś mu powiedział, że ma się przygotowywać, bo za parę dni będzie miał konferencję prasową w Brukseli w języku angielskim, po czym odłożył słuchawkę.
 
      Sympatycy Platformy Obywatelskiej, wyrażając radość z faktu, że oto Donald Tusk, jako premier rządu i ważny polski polityk, a przy okazji Polska, jako kraj, zostali w tak piękny sposób uhonorowani owym zaszczytnym i prestiżowym stanowiskiem, szydzą z Jarosława Kaczyńskiego, że on by pewnie też tak chciał, ale nie dla psa kiełbasa, bo Unia Europejska to zbyt poważna organizacja, żeby tam jakąkolwiek rolę mogli odgrywać jacyś żoliborscy nieudacznicy. A ja sobie próbuje wyobrazić ową, zgadzam się, że absolutnie absurdalną sytuację, że to Jarosławowi Kaczyńskiemu nagle ktoś każe przeprowadzić do Brukseli i objąć któreś z europejskich stanowisk. Przede wszystkim, on by owej propozycji nie przyjął. Dlaczego? Z paru powodów. Przede wszystkim, on autentycznie ma w Polsce sprawy ważniejsze, niż zadawanie szyku w projektach fikcyjnych i bez znaczenia, po drugie jest politykiem zbyt ważnym i poważnym, żeby rzucać się na oferty z natury rzeczy skierowane w stronę polityków reprezentujących trzecią, czy czwartą ligę (czy ktoś z nas wyobraża sobie, żeby ktokolwiek miał czelność zaproponować to stanowisko Cameronowi, Merkel, czy choćby temu Włochowi Renzi?) i wreszcie, on doskonale zdaje sobie sprawę, jak i my sami zresztą, że jego rezygnacja z przewodzenia PiS-owi oznacza koniec nie tylko samego PiS-u, ale całej nadziei, jakie Polacy wiążą z sukcesem tego projektu. Wyjazd Kaczyńskiego do Brukseli, z każdego punktu widzenia, stanowiłby dla niego wizerunkową kompromitację o skali niewyobrażalnej.
 
       Czy to, co się stało, kompromituje również Tuska? Oczywiście, że nie. Przede wszystkim dlatego, że po tych wszystkich latach, on już wielokrotnie przekroczył wszelkie granice kompromitacji i cokolwiek dziś zrobi, nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla jego publicznej oceny. Jeśli idzie o Tuska, to jego już nawet nie kompromituje to, co się stało podczas wczorajszej konferencji prasowej; jego nawet nie kompromituje publicznie sformułowane oświadczenie pani Małgorzaty Tusk, że awans jej męża to dla nich i większe pieniądze, większy prestiż, no i wygodniejsze życie; w przypadku tego człowieka, jak mówię, nie może się stać już nic, co naszą opinię na jego temat zmieni.
 
       Ale ja jednak bardzo chciałbym wiedzieć, co takiego się stało, że kilka dni temu, ni z gruszki ni z pietruszki, David Cameron oświadczył, że to Tusk będzie kolejnym przewodniczącym Rady Europy? Tego ani nikt nam nie powie, ani też, jak widać, nikogo to za bardzo nie interesuje. W tej sytuacji, ja bym zaryzykował pewną teorię, możliwe, że dość ryzykowną, niemniej dla tych, którzy lubią czytać ten blog, wcale nie tak bardzo zaskakującą, bo wynikającą prosto z tego, co tu już wcześniej było proponowane. Otóż, jak sobie niektórzy z nas z pewnością przypominają, moja polityczna diagnoza jest taka, że System, widząc, że przez minione siedem lat rządzenia, władza Platformy Obywatelskiej tak bardzo się skorumpowała, uległa takiemu zepsuciu, że doszło do sytuacji we współczesnej Europie niewyobrażalnej, a więc nie tylko do serii politycznych zabójstw, ale do systematycznego, całkowicie bezkarnego, fałszowania wyborów, uznał, że musi zareagować i Platformę Obywatelską, już nie tylko jako partię i polityczny projekt, ale jako układ ściśle pozapaństwowy, rozwiązać, czy to przy pomocy prowokacji, czy serii intryg. Jak mówię, to jest tylko teoria, a więc coś, co jest siłą rzeczy narażone na niepewność, a nawet znaczne prawdopodobieństwo błędu. No ale ponieważ nie mamy dziś w Polsce jakichkolwiek ośrodków dostarczających nam niezależnej politycznej analizy, pozostają te moje biedne spekulacje. A zatem, moim zdaniem, to z czym mamy do czynienia od pewnego już czasu, to bardzo mozolnie prowadzony przez System proces likwidowacji Platformy Obywatelskiej i doprowadzenia do zmiany rządu. To jest coś takiego trochę, jak to, z czym mieliśmy do czynienia jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku, kiedy doprowadzono do ostatecznego zniszczenia politycznej reprezentacji „Gazety Wyborczej”, czyli Unii Wolności, no i parę lat później, kiedy zadano ostateczny cios środowiskom post-pezetpeereoskim, reprezentowanym przez Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego. Moim zdaniem, dziś mamy do czynienia z procesem, jeśli nie identycznym, to bardzo analogicznym, a wczorajsze powołanie Donalda Tuska na ową, jak to mówią Amerykanie, „Mickey Mouse position” to ostateczny krok – po niepowodzeniu prowokacji taśmowej – do skutecznego zakończenia owego nieszczęścia.
 
      Nie chce mi się i szkoda mi energii, by wyjaśniać tu, w jaki sposób to, co się wczoraj stało, ma doprowadzić do upadku tego rządu i powołania nowego. Jest to dla mnie na tyle jasne i oczywiste, że, jeśli mam tu jeszcze coś powiedzieć, wolę się skupić na kwestiach ciekawszych, a już a całą pewnością zabawniejszych. I wbrew pozorom wcale mi nie chodzi o widok Donalda Tuska, jak za nasze pieniądze przez najbliższe pieniądze, dzień w dzień, po trzy godziny rano i trzy godziny po południu, będzie się uczył języka angielskiego, żeby zdążyć na grudzień. To akurat jest smutne, nie zabawne. Wesoła natomiast jest próba wyobrażenia sobie, kogo Platforma Obywatelska z Polskim Stronnictwem Ludowym wyznaczą na kolejnego premiera. Największe szanse podobno ma marszałek Ewa Kopacz. Jeśli mam cokolwiek doradzać naszym posłom, proponuje, by głosować na nią obiema rękoma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz