whos.amung.us

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozważania o narodzie. Część V.

Autor: Integrator
 
Proces jaki sam sposób kształtowania się tożsamość Narodu Polskiego bardzo wyraźnie maluje się na przestrzeni dziejów. Nasza kultura; religia, sztuka, prawo z racji położenia geograficznego, formowana była tak przez wpływy Zachodu jak i Wschodu. Nie powinniśmy o tym zapominać szczególnie dziś gdy zachłystując się zachodnia kulturą, odcinamy się nieomal ze wstydem od Wschodu. Tym czasem nasze państwo ukształtowało się dokładnie na wzór „szwu” jaki powstał na styku tych dwu cywilizacji, szwu wykonanego nicią wiary katolickiej. Próba oderwania którejkolwiek części niszczy naszą tożsamość wyrosłą z jedności w różności, co w jednym zdaniu bardzo ładnie ujął Norwid pisząc: „ Naród składa się nie tylko z tego, co wyróżnia go od innych, lecz i z tego, co go z innymi łączy.”[1]
 
Ważne jest wiec by pamiętać, że najważniejszą rzeczą dla Polski jest by w pogoni za Zachodem nie gubiła Wschodu, by coś co jest „na pewno” nie oddała za „chyba”. Nie musimy też iść za wszelką cenę ni do jednych ni do drugich tym bardziej, że z racji pochodzenia od zawsze ich cząstkę w sobie mamy. Znajdźmy to w sobie, spotęgujmy a będzie nasze bez często strasznych kosztów jakie niesie bezkrytyczne małpowanie wszystkiego i bez umiaru. I znów Norwid pisał o tym tak: „Ani sztuk, ani rzemiosła, ani rękodzieł kolejami żelaznymi sprowadzić nie można do narodu, i można tylko do siebie, ale nie do narodu [...], do wszystkiego naród musi sam dojść, bo cokolwiek doń przyjdzie, nie zapuści korzenie.”[2] W innym miejscu pisze z kolei, że: „Każdy naród powstający musi coś nowego przynieść, musi być w czymś konieczny; inaczej: na cóż małpowania i powtarzania rzeczy, na które kto inny zapracował?”[3] Idąc ciut dalej za Norwidem można wręcz pytywać - po co komu taki naród?
 
Rozpatrując relacje wiążące nas z sąsiadami musimy pamiętać, że łacińska Polska leży na drodze do jedności cywilizacji bizantyjskiej. Mające w niej swe korzenie Rosja i Niemcy stale i od wieków w nas uderzały jakobyśmy byli między młotem a kowadłem. Tylko od nas zależy czy to nas w końcu i raz na zawsze zniszczy czy zahartuje? Trzeba nam też zrozumieć, że Rosja jak i Niemcy nigdy nie byli i nie mogą być podporą dla Polski i że z żadnym z nich nie można wiązać przyszłości. Mogą nas łączyć tylko krótkotrwałe, strategiczne sojusze. Na nic więcej liczyć nie możemy a za naiwność w innym postrzeganiu tych spraw zawsze będziemy musieli płacić krwią.
 
Nie możemy zapominać także, że międzynarodowa pozycja naszego kraju jest odwrotnie proporcjonalna do jakości aktualnych relacji na linii Rosja-Niemcy. Im te są lepsze tym gorzej dla nas, tym słabnie znaczenie Polski na tejże międzynarodowej arenie która nie raz dopuszczała stany graniczne w których postrzegani byliśmy jako państwo zbyteczne. O tym ciągle musimy pamiętać. Także o tym, że zawsze chwilowa przychylność tych państw kończy się gdy w grę wchodzą ich własne interesy. A że z racji sąsiedztwa nie kończą się tam gdzie zaczynają nasze a raczej zwykle nachodzą na siebie, powstają wielopoziomowe „strefy zgrzytu” – nie zawsze wprost artykułowane, ale zawsze pilnie strzeżone.
 
Musimy zrozumieć, że w takim układzie na sąsiedzką pomoc liczyć nie możemy a już na pewno nie na bezinteresowną – takich relacji w stosunkach międzynarodowych nie ma. Tu od zawsze działa jedna zasada - „silniejszy bierze wszystko”, a w razie trwania chwilowego stanu równowagi sił obowiązuje reguła „coś za coś”. Nie inaczej. Rzadko bywa by jeden kraj obdarowywał drugiego z dobroci serca, tak jak rzadko zdarza się by jeden człowiek bezinteresownie dał drugiemu tyle by znacznie polepszyć jego warunki bytowe. Musimy więc liczyć na siebie i tylko na siebie, przy tym dmuchać na zimne a nade wszystko i tak ciągle uważać. Bardzo ważne jest byśmy uczyli się przy tym od innych jakie korzyści niesie ze sobą poczucie dumy narodowej i byśmy nauczyli się dbać i o nasze sprawy.
 
Tożsamość narodowa to poczucie przynależności do narodu, do jedynej i niepowtarzalnej kultury, języka, zwyczajów. Tylko w pełni rozumni procesów zachodzących wkoło nas będziemy mogli zachować tą odrębność i przekazać ją następnym pokoleniom. Ale nie uda się ta sztuczka bez rozwiniętej świadomości narodowej i świadomości procesów których jako naród i państwo jesteśmy częścią. Tylko dzięki świadomości będziemy mogli dostrzec i zrozumieć zachodzące w koło zmiany, będziemy mogli im przeciwdziałać, próbować modelować, a w najgorszym razie pozyskamy czas by przygotować się na nieuniknione. Musimy więc uczyć się dostrzegać zagrożenia ale i szanse dla naszego rozwoju. Już choćby te dwie rzeczy poprawiwszy z powrotem skierujemy polski pociąg na właściwe tory.


[1]  Gomulicki Juliusz „Cyprian Norwid. Pisma wierszem i prozą”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984, s.357
[2] j.w, s 345
[3] j.w, s 352

czwartek, 28 sierpnia 2014

Czy profesor Staniszkis straciła węch?

Autor: Integrator
Mam tu przed sobą ostatni numer tygodnika „Do rzeczy”, a w nim wywiad z profesor Jadwigą Staniszkis. Tak się składa, że nie należę do czytelników tego tygodnika, nie jestem w ogóle miłośnikiem tego typu publicystyki, ale gdy przeczytałem w sieci, że pani profesor taki wywiad popełniła, to pomyślałem – czemu nie? – i tym to sposobem wszedłem w posiadanie aktualnego numeru wspomnianego periodyka.
Już w drodze z kiosku zajrzałem do środka i proszę bardzo, od razu cała masa myśli a w tym ta którą umiesiłem w tytule. Dlaczego tak? Otóż profesor Staniszkis roztrząsa w wywiadzie z jednej strony przyczyny obecnego stanu rzeczy z jakim mamy do czynienia w Polsce i wskazuje drogi wyjścia z tej trudnej sytuacji. Z drugiej, i od tego zaczyna się cała rozmowa, przeprowadza krótki przegląd personalny, próbując wskazać odpowiedniego kandydata, który mógłby z powodzeniem stawić czoła obecnemu prezydentowi w nadchodzących wyborach. Analizę braku zainteresowana młodych ludzi polityką, przyczyny ich ucieczki za granicę i opis ogólnego stanu państwa które tam wykłada z racji, że są już od lat wałkowane i oczywiste, darujcie ale pominę. Chcę za to i to w sposób dość obszerny pochylić się nad kandydaturą, którą profesor wskazuje jakoby była najlepszą, w sposób szczególny zaś nad argumentami które przy tej okazji padają. Cóż, w konsekwencji przyjdzie mi też na koniec wypowiedzieć się o kondycji samej pani profesor. A jakże! Mam nadzieję zachęceni takim wstępem, przejdźmy wspólnie i jak chcieli twórcy tego tygodnika dalej, czyli do rzeczy.
Ujmując wszystko jednym zdaniem profesor Staniszkis stawia na Zytę Gilowską. Przy czym dla lepszego efektu degraduje niemalże wszystkich na wstępie, nazywając Tuska prostakiem, Komorowskiego słabym naśladowcą Piłsudskiego, Dudę człowiekiem beznadziejnym, profesora Glińskiego idealnym kandydatem by przegrać w sposób bezbolesny, a najbliższe otoczenie Kaczyńskiego wiernymi gamoniami którym dobrze jest jak jest - po czym na tak oczyszczonym przedpolu stawia nam jako osoby mogące wydrzeć prezydenturę Komorowskiemu - Annę Streżyńską i Krzysztofa Szczerskiego. No i tą Gilowską. Tej pierwszej przepraszam nie znam a z racji, że piszę to późną porą wybaczcie ale zdam się na Was i sprawdzać kimże ta pani jest już nie będę. O Szczerskim trochę słyszałem ale jak idzie o jego osobę to profesor robi w tekście takim zamęt, że naprawdę trudno pojąć o co jej tak naprawdę w tym przypadku chodzi? Z jednej więc strony gani Szczerskiego za zbyt silną „demoralizację stażem partyjnym”, następnie przechodzi do krytyki Kaczyńskiego za brak jasnej deklaracji odpartyjnienia kraju w czym upatruje pani profesor główną bolączkę naszych czasów, po czym jakby niepomna swych słów na powrót wskazuje owego „zdemoralizowanego stażem partyjnym” człowieka jako właściwego kandydata do przewodzenia temu państwu. Zaiste trudno będzie się zwykłemu zjadaczowi chleba w tym wszystkim połapać.
Ale nie dlatego oddałem te 5,90zł (w tym 8% VAT), żeby doszukiwać się braku logicznej ciągłości w wywodach pani profesor. Wybrałem gazetę w miejsce niewiele droższego za to bardziej strawnego kebaba, głównie po to by poznać argumenty dla których jedna znana profesor chciałaby widzieć inną profesor jak bierze się za bary z magistrem Komorowskim. I nie ukrywam, że to co przeczytałem a zakładam, że tekst był autoryzowany, utwierdziło mnie w ostatecznym przekonaniu, że profesor Staniszkis jest już w takiej kondycji umysłowej, że jeszcze jeden taki wywiad, góra dwa i wszystko na co pracowała latami zwyczajnie się zawali. Autorytetem jak wszystko na tym świecie jest chwilowe i łatwe do stracenia, szczególnie gdy jego fundamenty podkopuje się serią intelektualnych porażek, a niestety wywiad ten jest tego procesu najlepszym choć smutnym przykładem.
Oto znana socjolog jako argumenty przemawiające za kandydaturą profesor Gilowskiej całkiem poważnie podaje fakt, że ta „jest kobietą, jest waleczna i dużo nauczyła się w Radzie Polityki Pieniężnej” a zapytana o ścieżkę prowadzącą do zwycięstwa w walce o tron radzi by skompromitować „typ popularności wynikający z braku działania” i gołosłowność. Już tyle zdaniem pani Staniszkis wystarczy by pokonać Komorowskiego.
No przyznacie sami, że choćby dla zasady ciśnie się na usta mocne słowo, bo trudno takie rzeczy w inny sposób komentować. Oto leży przede mną wywiad z kobietą która jak idzie o sprawy społeczno-polityczne, nie tylko po naszej stronie, niewątpliwie uznana jest za autorytet. To jest osoba do której o komentarz dla aktualnych wydarzeń zwraca się połowa dziennikarzy w tym kraju i która pewnie z tej racji rości sobie prawo do udzielania pouczeń prezesowi jedynej póki co liczącej się opozycji w tym kraju, który mimo niewątpliwej góry błędów i wszechstronnego ostrzału wciąż trwa, a jak wskazują badania ma szanse na powrót. I ktoś taki twierdzi a nam każe wierzyć, że z jednej strony kobieta, z drugiej osoba chora, jest w stanie pokonać człowieka który na najwyższe stanowisko w państwie wdrapał się dzięki Wojskowym Służbom Informacyjnym i w którego trwaniu na tej pozycji, jak można przypuszczać zainteresowani są także rosyjscy protoplaści tych służb. I przeciwko tak umocowanemu przeciwnikowi, który w walce o fotel prezydenta dysponował będzie całym zapleczem jakim dysponuje państwo, profesor Staniszkis wysyła chorą kobietę bo „dużo się nauczyła w Radzie Polityki Pieniężnej”. Czy to można brać na poważnie? No sami powiedzcie, czy to ma jakiś sens? A w czym przepraszam, że tak tą drogą zapytam panią Staniszkis, w czym ta pozyskana tam wiedza ma jej dokładnie pomóc? Jakich umiejętności niezbędnych w starciu z takim przeciwnikiem a potem w zarządzaniu pałacem nabyła pani Gilowska w tej Radzie? I jakimż to u licha argumentem w takim doborze kandydata ma być fakt, że Zyta Gilowska jest kobietą? Ja naprawdę nic z tego nie rozumiem. Jakby konieczność wprowadzania parytetów nie była wystarczającym dowodem, że polscy wyborcy w tym także kobiety nie chcą póki co widzieć kobiet w polityce, a już najbardziej w roli prezydenta. Przepraszam wszystkie panie za to co teraz napiszę, ale to co wygaduje pani profesor to jest ten sam sposób myślenia, który przyjęli Amerykanie wybierając na Sekretarza Stanu kobietę, która potem w ich imieniu jechała prowadzić przeróżne negocjacje do krajów arabskich, gdzie status kobiety niewiele jest lepszy od pozycji psa. Cywilizacja do której należymy wypracowała co prawda inne standardy ale i tak wystawienie kobiety na chwilę obecną, i to nie tylko w Polsce, w tak ważnym pojedynku jest po prostu horrendalnym nieporozumieniem. A na dodatek jeszcze ta choroba. Nie miałem pojęci, że profesor Gilowską jest aż tak źle, ale tym bardziej pomysł by wystawiać ją do tak ciężkiej walki a przy tym obarczać odpowiedzialnością za przyszłość prawicy a nade wszystko kraju wydaje mi się niemalże nieetycznym. Pomijając już fakt, że akurat ten rodzaj ludzkiej dysfunkcji w sposób naturalny prowokuje pytania o sens pełnienia przez te osoby ważnych funkcji w państwie co z resztą przerabialiśmy na przykładzie Bronisława Komorowskiego, który jak swego czasu domniemywano w związku ciężką chorobą mógł podejmować decyzje dotyczące państwa w stanie niepełnej świadomości. Tym czasem profesor Staniszkis niepomna tak oczywistych kwestii, wysuwa kandydaturę chorej profesor Gilowskiej a ponowną uwagę dziennikarza, że to jednak może skutecznie uniemożliwić jej start w wyborach zbija niemniej dziwnym stwierdzeniem: „Może chodzić tylko o wygraną”. Rozumiem, że dla spełnienia wizji pani Staniszkis, Zyta Gilowska miałaby najpierw zrobić ten straszny wysiłek i stanąć do walki z mającym po swojej stronie media i służby przeciwnikiem, a gdy jakimś cudem wygra ładnie nam za wsparcie podziewać i jeszcze tego samego wieczoru z powodów zdrowotnych abdykować? Wierzcie mi, że to się wszystko naprawdę bardzo ciężko czyta.
I to nie jest tak, że profesor Staniszkis nagle coś tąpnęło i zaczęła z dnia na dzień opowiadać niestworzone rzeczy. Dobrze pamiętam, że to się zaczęło już w wyborach prezydenckich, tych po Smoleńsku gdy w studio dziennikarz po zakończonej debacie Kaczyński-Komorowski, zapytał profesor kto wygrał a ta ni z gruszki nie z pietruszki wypaliła, że był remis. Ona już wtedy pokazała, że słabnie i że przestaje orientować się w tej grze, która rozgrywa się dookoła, w której sama i najwyraźniej bezwiednie bierze udział. Już wtedy nie rozumiała, że przyjmując zaproszenie do studia w roli zwolennika Kaczyńskiego miała bezwzględnie go chwalić i bronić. I nawet nie dlatego, że on tam wypadł całkiem dobrze bo to może być odczucie subiektywne, ale dlatego, że ta rozmowa w studio, to pytanie i ta jej odpowiedź były zwyczajnie przedłużeniem zakończonej właśnie debaty. To była część nieprzerwanie trwającej kampanii, darmowy czas reklamowy by powiedzieć coś dobrego o swoim kandydacie. Zamiast tego profesor Staniszkis siląc się na nikomu niepotrzebny w tym czasie obiektywizm, opowiadała ku memu najgłębszemu zdziwieniu jakieś frazesy o remisie. Za to już całkiem poprawnie sytuację widział profesor Nałęcz, który przyszedł do studia jako zwolennik Komorowskiego i zapytany o wynik, jednoznacznie przyznał zwycięstwo swemu dziś pracodawcy. To był dla mnie pierwszy i tak oczywisty znak, że kończy się profesor Staniszkis jaką znamy, że niegdyś szybka w ripostach i celna w uwagach zaczyna tracić politycznych węch i smak. Późniejsze jej wystąpienia i niespodziewanie krytyczne opinie na temat prezesa PiS a nade wszystko asekuracyjna postawa w mediach obliczona na wypracowanie wizerunku osoby obiektywnej tylko potwierdziły, że proces przemiany o którym piszę niestety zaczął się i bardzo intensywnie postępuje.
„Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Profesor Staniszkis ten czas przegapiła i przekroczyła czerwoną jak jej szminka linię poza którą jest już tylko droga w dół. Niepostrzeżenie dla siebie samej weszła na ścieżkę i na kurs z którego jeśli nie zejdzie, zaprowadzi ją do końca na który ja patrzeć będę z nieudawanym smutkiem.


Zapraszamy do współpracy przy tworzeniu Tygodnika Solidarni także Kowalskich i Nowaków. Na tych stronach liczy się przede wszystkim dobre pióro!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Oddają babci dowód: wszystkie ręce na pokład!

Autor: Toyah
 
Naprawdę nie trzeba ani specjalnie uważnie obserwować naszej sceny politycznej, ani tym bardziej być tu jakimś szczególnym ekspertem, by wiedzieć, że najpewniej dzisiejszy rok jest ostatnim, kiedy, nie tylko Platforma Obywatelska, ale też przy okazji jej szef, Donald Tusk, odgrywają w tej przestrzeni jakąkolwiek rolę. Czas rządów tych niesłychanych wręcz szkodników – a używając określenia „szkodników”, i tak staram się być bardzo grzeczny i umiarkowany –  dobiega końca, a ja sobie myślę, że byłoby bardzo źle, gdyby komukolwiek z nas przyszło do głowy uważać, że to się dzieje dzięki wspólnemu narodowemu wysiłkowi, lub co gorsza, dzięki wyjątkowo skutecznej pracy polityków, członków i przyjaciół  Prawa i Sprawiedliwości.
 
      W czym rzecz? Otóż wczoraj rozmawiałem ze znajomym, który jest bardzo dobrze ulokowanym w tak zwanych „źródłach dobrze poinformowanych” i który powiedział mi, że wedle powszechnie przyjętej opinii, podwójne zwycięstwo PiS-u i Lecha Kaczyńskiego w roku 2005 było prawdopodobnie w znacznej mierze zasługą największego i najbardziej od lat wpływowego dziennika „Fakt” i osobiście jego naczelnego redaktora Grzegorza Jankowskiego. Dzięki temu, że niemiecki Axel Springer uczynił redaktorem naczelnym największego polskiego dziennika, a następnie przez wiele lat utrzymał na tej pozycji, człowieka otwarcie deklarującego się, jako polski patriota i człowiek tak zwanej „prawicy niepodległościowej” i dzięki temu, że ów „patriota” cały swój redaktorski wysiłek włożył w to, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało tamte wybory, udało się nam zdobyć te co najmniej kilkaset tysięcy dodatkowych głosów, i zwyciężyć.
 
      Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie chcę tu pisać o Jankowskim, ani pozytywnie, ani negatywnie. Ci, co go znają osobiście, lub tylko o nim słyszeli od osób lepiej zorientowanych, to co mają wiedzieć, i tak wiedzą, tyle że to akurat nie ma tutaj dla nas żadnego znaczenia. Ja bowiem nie chcę pisać o Jankowskim, ale o tym, w jaki sposób kreuje się społeczne emocje i jak ów proceder potrafi wpływać na losy nie tylko pojedynczych ludzi, ale całych społeczeństw. Jak mówię, wedle opinii osób poinformowanych, zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005 było w pewnym bardzo istotnym stopniu było zasługą polityki niemieckiej grupy Axel Springer. Co to dla nas znaczy? Nie wiem, ale i to dziś nie jest prawdziwym problemem.
 
      Pamiętam tamten czas, bo bardzo wówczas kibicowałem zarówno Prawu i Sprawiedliwości, jak i samemu Lechowi Kaczyńskiemu, ale też – dokładnie z tych samych przyczyn – pamiętam jesień roku 2007, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory, a Polska na tak wiele lat trafiła w łapy owego gangu, któremu na imię Platforma Obywatelska. Pamiętam tamte dni i pamiętam, jak jeszcze może trzy tygodnie przed wyborami dla każdego w miarę zorientowanego w sytuacji obserwatora sceny politycznej było czymś absolutnie oczywistym, że Platforma Obywatelska tych wyborów nie wygra. Dziś oczywiście, czy to skutkiem naturalnego wypierania z pamięci faktów dla nas niewygodnych, czy przez równie naturalny upływ czasu, już nie pamiętamy tamtej sytuacji, ale było tak, że niemal do ostatnich dni przed wyborami, zarówno sondaże, jak i osoby je komentujące, wskazywały, że czy to przez bardzo złą kampanię Platformy, czy przez jakieś tam jednak przywiązanie wyborców do obecnej władzy, Platforma tych wyborów nie wygra.
 
      A jednak wygrała. Jak to się stało? Czy może Axel Springer zmienił redakcję „Faktu”? A może sam redaktor Jankowski uznał, że ta Polska jest jednak do niczego i nie warto w nią dłużej inwestować? Nic podobnego. Rzecz w tym, że pojawiła się osobna siła, która nadzwyczaj agresywnie i skutecznie zdominowała polski rynek opinii, przysparzając, wedle bardzo skromnych szacunków, Platformie Obywatelskiej jakieś 3 milionów dodatkowych głosów, głównie młodych, dotychczas kompletnie niezainteresowanych polityką, ludzi, bez których Donald Tusk ze swoją ferajną byliby nikim. Co to takiego? Już wyjaśniam.
 
      Oto krótko po tamtych wyborach, Jacek Żakowski, reżimowy dziennikarz i komentator, przedstawił tekst, w którym napisał następujące słowa:
     „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
      Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.
 
        W ten sposób ów tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy”. To jedno zdanie bowiem ukazuje cały początek owego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym właśnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym właśnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
 
      Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część, którą i ja tworzę – jest w Polsce odsunięta poza nawias tego właśnie społeczeństwa i tego narodu.
 
       Myślę, że każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie coś innego. Natomiast ja mam w głowie, i to szczególnie dzisiaj, dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007. Oto przed kilku już laty zwróciłem uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie „Fundacja Karola Adenauera”. Pewien ze znanych w Sieci komentatorów napisał tak:
      „Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKAhttp://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.htmldaremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl. Kliknąłem z ciekawości – i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
      Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.plpodaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że „jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz”. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięcioosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta”.
 
       Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można na przykład wejść na stronę owego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idź na wybory”, czy „Schowaj babci dowód”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko, co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
 
        Ja na przykład na stronę FOR zajrzałem, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie państwa, ale tego, co na tym państwie pasożytuje i, co to państwo doprowadza do kompletnej ruiny. I znów czytam tamten tekst Jacka Żakowskiego, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to, co nam zgotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. Z reprezentowanego przez Żakowskiego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w tej rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to, co nam się daje, albo zniknąć.
 
        Tego jednak nie zrobimy. Ani jednego, ani drugiego. Natomiast powinniśmy, jak zawsze zresztą, uczyć się na doświadczeniach. A doświadczenia są takie, że istnieją bardzo potężne siły, które gdzieś obok nas rozgrywają swoje interesy, a my z ich perspektywy mamy być tu albo zaledwie statystami, albo, w najlepszym wypadku, robotnikami na tej czarnej plantacji. Jak ta nasza wiedza i nasza roztropność ma się realizować w praktyce? Moim zdaniem wystarczy, że będziemy mieli oko na takiego Leszka Balcerwicza, a więc oryginalnie drobnego komunistycznego uniwersyteckiego pachołka, potem wiceministra w postkomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego, potem jakiegoś niedomytego pracownika naukowego na SGH, w następnej kolejności grabarza zdychającego postPRL-u w postaci Unii Wolności, a dziś, od kilku już lat autentycznego „kingmakera”, o wciąż nie do końca rozpoznanej proweniencji. Popatrzmy na Leszka Balcerowicza dziś, a więc człowieka, który w roku 2007 doprowadził do zwycięstwa Donalda Tuska i jego czarny gang, a dziś, bardzo dyskretnie, niemniej jak najbardziej stanowczo i bezlitośnie, ów projekt ostatecznie grzebie. I pamiętajmy: Leszek Balcerowicz to nie jest byle kto. Leszek Balcerowicz to ktoś, kogo nam przysłała tamta strona i to przysłała nam nie bez przyczyny. Leszek Balcerowicz wreszcie to nie mąż właścicielki prywatnej firmy o nazwie Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, a przynajmniej nie przede wszystkim. To głównie, a z naszego punktu widzenia, wyłącznie, emisariusz sił, które nas prowadza do zwycięstwa. Jeśli chcemy, by to zwycięstwo było jednak nasze, dbajmy o to, by o tym ani na moment nie zapomnieć.

sobota, 23 sierpnia 2014

Niech nam pokażą jak pisać CV!

Autor: Integrator
 
Całkiem niedawno trafiłem tu na filmik na którym jakaś kobieta z pełnym zapałem produkował się na temat sposobu pisania dobrego CV. Twierdziła, że to jest sprawa absolutnie pierwszorzędna jak idzie o ocenę kandydata, a zatem winniśmy jej zdaniem, zrobić wszystko by nasze CV było na tyle wyjątkowe, że gdy adresat weźmie je na chwile do ręki, a bierze jest podobno przy całej masie napływających życiorysów faktycznie tylko na chwilę, to by gdy już na nie spojrzy nie mógł oderwać od niego oczu a gdy mu to się wreszcie uda by zaraz chwycił za telefon i zaprosił nas na rozmowę kwalifikacyjną.
 
 
Gdy byłem jeszcze młody i naiwny, a stan ten nieustannie trwał od narodzin do zakończenia studiów, udzielałem się trochę w studenckiej gazetce „Spinacz”. To był dosłownie epizod, bo po dwóch czy trzech artykułach mój kontakt z tą gazeta się urwał. Nie pamiętam dlaczego, no ale teksty poszły wraz z kolejnymi numerami do druku, a ilekroć przy okazji rodzinnych spotkań jest mowa o moich tekstach umieszczanych tu i ówdzie w przeróżnych gazetach ja niezmiennie wracam z sentymentem do tej chwili gdy po raz pierwszy wziąłem z korytarza uczelnianego darmowy numer Spinacza i mogłem po raz pierwszy przeczytać w nim swój tekst, podpisany moim nazwiskiem. I choć dziś co jakiś czas piszę anonimowe teksty do największych gazet pod którymi podpisuje się moja firm, to tamten tekst we wspomnianej klasyfikacji sentymentalnej jest wciąż nie do pobicia.
 
 
Wspominam o tym bo jeden z artykułów zamieszczonych w tej uczelnianej gazecie był poświęcony tematyce CV właśnie, i dokładnie jak ta pani w tym filmiku, popisywałem się tam wiedzą na temat zasad poprawnie budowanego Życiorysu. Nie pamiętam co ja tam dokładnie pisałem, mam ten numer gdzieś schowany ale, że mam tu zaawansowany remont to nie będę robił wykopalisk i powiem Wam tylko tyle co pamiętam. A pamiętam tyle, że po pierwsze ja do tego zagadnienia podszedłem bardzo poważnie. Co prawda jak przystało na człowieka który póki co nie musiał jeszcze szukać pracy i studiował spokojnie na koszt rodziców, nie miałem ni bladego pojęcia o realiach rynku pracy i pisałem ten cały instruktaż z pełnym przekonaniem, że wszystko i wyłącznie zależy od tego właśnie CV. No ale przynajmniej nie było tam ani krzty wyrachowania czy hipokryzji których pełne są współczesne teksty poświęcone tej tematyce. Radziłem więc czytelnikom, by nie przekraczali objętości jednej strony A4, by podawali tylko najważniejsze dane z punktu widzenia potencjalnego pracodawcy, no i by zachowali pewne minimum jak idzie o część estetyczną a więc by karta nie była pogięta czy nie daj Boże poplamiona. Zalecałem by najlepiej włożyć ją do koperty w koszulce i wypisywałem jeszcze inne dyrdymały na ówczesny moment mojego świadomości rzeczy ważne i odkrywcze.
 
 
Byłem wtedy jak dobrze pamiętam na początku czwartego roku, a że jak wszyscy wiemy mniej więcej od tego momentu wszystko leci z górki a czas leci w niemniej szalonym tempie, nie wiedzieć kiedy odebrałem dyplom i stanąłem przed koniecznością rozejrzenia się za jakąś pracą. Siłą rzeczy także przed możliwością zweryfikowania magicznej mocy sprawczej jaką całkiem niedawno przypisywałem dobrze skrojonemu Życiorysowi. Sprawa wydawała się prosta i wszystko co musiałem zrobić to w moim przypadku tak na prawdę przelać już tylko na papier wszystkie mądrości jakimi popisywałem się klejąc artykuł do wspomnianego „Spinacza” a potem przebierać w nadchodzących ofertach jak owe kapryśne księżniczki ze znanych nam bajek. Poszło mi z tym bardzo sprawnie i po niespełna godzinie miałem w ręku moje pierwsze, własne CV - jak wówczas wierzyłem - uniwersalny klucz do wszystkich drzwi za którymi znajdę wymarzoną i dowolnie wybraną pracę. I choć teraz uśmiecham się na samo wspomnienie tej chwili, to zważywszy na fakt, że wyniki w nauce miałem wyżej niż średnie, byłem młody, a nadto pełen energii i pomysłów to założenie, że świat stoi przede mną otwarty wcale nie wydawało się wówczas przesadne.
 
 
Z Internetem sprawa nie była wtedy jeszcze tak powszechna, więc wszystko załatwiało się poprzez gazety i gołębie Poczty Polskiej. Kupiłem zatem tą z największą liczbą ogłoszeń - wiadomo jaką - wyciągnąłem dodatek „Praca” ciskając resztę do przykioskowego kosza, wybrałem w domu anonse które uznałem za warte mojej uwagi, zapakowałem wszystko w koperty i wysłałem gdzie trzeba trochę zdziwiony, że tak mi z tym szukaniem pracy łatwo poszło.
 
Odzew był zerowy. Gazety rozpisywały się, że to ciężki okres, że wielu absolwentów bombarduje rynek pracy swoimi ofertami, ale że nie wolno się poddawać i trzeba próbować bo jak nie ten to tamten przedsiębiorca zechce lada chwila rozszerzyć zakres działania, a wtedy moje Cv będzie jak znalazł. Wysyłałem więc je regularnie co poniedziałek meldując się pod kioskiem po nowe wydanie gazety z nadzieja, że jeśli kupię ją rano a potem szybko wyślę to może ktoś tam mnie zdąży zauważyć zanim tysiące innych świeżo upieczonych magistrów zrobi to co i ja i ostatecznie zasypie ogłoszeniodawcę swoimi błaganiami o pracę. Robiłem to z takim zapałem, że proszę sobie wyobrazić, iż w pewnej chwili ilość wysłanych CV sięgnęła setki, a koszty druku CV i zakupu znaczków zaczął być odczuwalny. Tymczasem odpowiedzi jak nie było tak nie było. Nic, całkowita cisza. Nawet jednego telefonu. Aż w końcu zadzwonił ten pierwszy.
 
Tu przyznać się muszę, a pewnie miało to jakiś wpływ na całą tą sytuację, że choć skoczyłem inżynierię lądową to w tamtym czasie marzyła mi się praca w agencji reklamowej. Podczas studiów pracowałem parę miesięcy w czymś takim, i choć mój pomysł został użyty przy projektowaniu opakowań dla słonych paluszków ogólnopolskiej firmy za co nic nie dostałem a gdy zwróciłem na ten fakt uwagę swojemu szefowi to wywalił mnie w tej samej chwili na pysk, i tak podobał mi się ten sposób zarabiania na życie więc próbowałem dalej tyle, że gdzie indziej. Po prostu wiedziałem, że mam do tego smykałkę, więc niezrażony tym zdarzeniem próbowałem ponownie dostać się do świata freelanserów, tym razem w Warszawie. A że w tej branży nikt nie patrzy na dyplom bo kładzie się nacisk na kreatywność, tak przynajmniej brzmią te ich ogłoszenia, to ktoś w końcu zadzwonił. Przyjechałem na rozmowę, w pokoju siedziała jakaś młoda dziewczyna i rozpoczęliśmy rozmowę a potem dostałem test z całą masą pytań na które musiałem w jej obecności odpowiedzieć. Nie wiem kto pisał te pytania i dobierał do nich odpowiedzi, ale dla umysłu przywykłego do technicznego myślenia nijak to wszystko nie miało sensu, a gdy zwróciłem jej na to uwagę, zrozumiałem, że najwyraźniej ona jest właśnie ich autorem. Broniła więc zaciekle sensu i poprawności tego zadania, a gdy ja punkt po punkcie udowadniałem jej że brakuje tam elementarnej logiki, pani od HR-u z razu miła i uśmiechnięta zmieniła się w rozdygotaną i wyniosła paniusię, która nie wiedząc jak wyjść z tej opresji, wyprostowała się i oznajmiła mi z góry, że ona skończyła dwa fakultety a więc wie lepiej. Myśl, że tego tak zostawić nie można dopadła mnie dopiero w powrotnym pociągu do domu. Gdy dotarłem na miejsce, nasmarowałem obszernego emaila w którym bez ogródek napisałem co ja o takich rozmowach kwalifikacyjnych myślę, dodając już tak całkiem od serca uwagi parę uwag na tematy techniczne, a więc tego w jak późnych godzinach i w jakich topornych warunkach lokalowych przeprowadzane są te spotkania. Agencja miała swoją stronkę więc nie zastanawiaj się wiele wysłałem na podany tam email swoje uwagi, czując że powoli wracam do dawnego stanu emocjonalnej równowagi.
 
Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie gdy po paru dniach dostałem telefon z zaproszeniem od dyrektora tej agencji, jeśli się nie mylę nazwisko jego brzmiało Talonem, który ustami swojej polskiej sekretarki zapraszał mnie na spotkanie. Wciąż młody i wciąż taki naiwny jechałem ponownie do Warszawy, tym razem z przekonaniem, że zwróciłem na siebie uwagę jakiegoś Angola, który zechce skorzystać z moich uwag a potem uścisnąć mi dłoń i zaprosić do współpracy. Na miejscu okazało się, że email podany na stronie należał do centrali, a osoba która odebrała mój list nie wiedzieć czemu (może w ramach wewnętrznych rozgrywek?) przetłumaczyła go i dała szefowi do przeczytana. A ten być może przy okazji, ale wsiadł w samolot i przyleciał by ze mną pogadać. Niestety nie o współpracy, a o jakości usług świadczonych przez jego pracowników. Pan Talone chciał wiedzieć, to pytanie pamiętam do dziś, gdzie popełnił błąd w szkoleniu swych ludzi? Mnie to wszystko tak zaskoczyło i jakoś tak przybiło, że zacząłem bąkać, że nie wiem i że w sumie to nie jestem pewien, więc zaraz mi podziękował grzeczne za przyjazd i kilka chwil później stałem na ulicy przed budynkiem polskiej filii angielskiej agencji reklamowej - tyłkiem do wejścia, rozglądając się na boki i zastanawiając którędy do Dworca? Po tygodniu listonosz przyniósł kopertę w której znalazłem 100zł i karteczkę, że pan Talone dziękuje za spotkanie i przesyłam rekompensatę za poniesione koszta i trudy podróży. W tej całej sprawie, przyznam, że akurat ta stówa w kopercie zrobiła na mnie największe wrażenie tym bardziej, że nigdy później już nie spotkałem się z takim podejściem, ani też o takich przypadkach nie słyszałem. Dalej też wysyłałem to swoje wyjątkowe CV w ilościach już hurtowych, aż w końcu dostałem tą pierwszą, wymarzoną pracę szczęśliwy jak cholera, bo po ponad półrocznym siedzeniu w domu człowiek zaczyna dopuszczać do siebie rożne myśli, w pierwszej kolejności te, że jest się pewnie ułomnym lub od razu pełnym kretynem skoro innym się udaje a mi nie.
 
Myślę tak sobie o tych moich doświadczeniach w zdobywaniu pracy, a pracowałem w kilkunastu już pracach i przeróżnych zawodach, a potem patrzę na ten filmik i zastanawiam się jak to się stało, że z tak niewiele znaczącej sprawy jaką w procesie szukania pracy stanowi odpowiednio napisane CV, stworzono niemal branżę z rozbudowaną teorią, że nie zostaje nic jak tylko usiąść i w te brednie uwierzyć? A przecież każdy kto szukał pracy wie, szczególnie ci młodzi co stadnie opuszczając co roku mury przeróżnych uczelni, że jeśli praca jest to żadne papierki nie są potrzebne - ani ten dyplom, ani to śmieszne CV. Po prostu i już. Parę lat temu a było to, a jakże - za PiSu, roboty było tyle, że robiłem na trzech etatach. Dziś była rozmowa i tego samego dnia praca bo zwyczajnie wszystko kwitło i potrzebowano ludzi do pracy. Potem gdy przyszła ta zgraja lepkorękich smakoszy drogich cygar i ośmiorniczek ledwo mogłem utrzymać się na jednym etacie. I oczywiście można rozwijać ten wątek i opowiadać o makroekonomii i tendencjach globalnych ale ja od razu ucinam takie gadki także wspomnieniem z tamtych lat, gdy zadzwoniła do mnie znajoma ze Stanów i powiedział: „Słuchaj, wracają tu do nas same „przekrętasy”. Mówią, że chcą przeczekać Kaczorów”. Czy trzeba piać więcej? Wiele dobrego o ludziach tworzących wokół Kaczyńskiego nieprzeniknioną, szklaną kulę powiedzieć nie mogę. Ale zwykła uczciwość wymaga tego stwierdzenia, że to był czas prawdziwej konkurencji. Pochowali się po kątach ci co brali przetargi po koleżeńsku, pochowali ręce ci co wysuwali je po łapówki i nagle okazało się, że biznes może znów robić każdy, że każdy z nas ma równe szanse, że o sukcesie znów decyduje solidność, pomysłowość, ciężka praca.
 
Oglądam ten filmik raz jeszcze i uśmiecham się słysząc jak zdaje się poważna kobieta robi propagandę dla tak niewiele nieznaczonej sprawy jak odpowiednio napisane CV w dodatku na rynku pracy którego nie ma. Śmieszą mnie też ci wszyscy doradcy biznesowi i redaktorzy prowadzący programy tupu: „Jak zrobić własny biznes?” bo mają tyle dobrych rad dla poszukujących pracy co i ja gdy siedząc w redakcji "Spinacza" pisałem o sprawie która mnie nie boli i nie dotyczy. No ale oni są w tym nieporównywalnie gorsi. W przeciwieństwie do naiwnego studenta dobrze wiedzą jak jest na rynku i że trzeba być ostrym wariatem tudzież ryzykantem by postawić wszystkie oszczędności na jedna kartę i zakładać w Polsce w pełni zgodnie z prawem funkcjonującą firmę. I choć ksiądz na religii często nam powtarzał, że nie ładnie jest komuś tak źle życzyć, to ja chciałbym i to bardzo by tą panią z filmiku i tych wszystkich redaktorów uczących nas przedsiębiorczości, a nadto cały nadęty personel Urzędów Pracy jeszcze dziś wywalono z roboty, byśmy potem w jakimś realityshow dla przykładu pt. „Jak oni szukają pracy?” mogli ich wszystkich wspólnie zobaczyć jak piszą te swoje wyjątkowe CV. A potem jak gaśnie im w oczach nadzieja gdy chodząc z nim od firmy do firmy odprawiani są bezlitośnie z kwitkiem.


Pisze dla nas Toyah, pisze Coryllus jeśli chcesz by umieszczano tu i twoje tekst to droga wolna. Przyłącz się  do nas i współtwórz Tygodnik Solidarni.
 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Czy w sieci grasują trole?

Autor: Integrator
 
Jakiś czas temu przemknęła przez media informacja, że Putin pomny klęski informacyjnej z czasów inwazji na Gruzję, wyciągnął z tej lekcji naukę i na wojnę z Ukrainą wysłał tym razem także blogerów. Mamy więc w dziś taki oto stan rzeczy, że gdy Rosjanie przebrani za nie-Rosjan demolują na oczach całego świata suwerenne państwo, w sieci działa równolegle drugi front, gdzie jak donoszą angielskie media stale „walczy” około 600 najemników by za odpowiednim wynagrodzeniem tumanić światową opinię publiczną, że wszyscy Ukraińcy to faszyści, a sam kraj nie wart jest uwagi ni splunienia. Wypisz wymaluj Rosja Sowiecka na chwilę przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Polski, 17 września roku pamiętnego.
 
O tym, że najemnicy pracujący dla państw czy korporacji grasują w sieci dowiedziałem się dość wcześnie a świadomość tego faktu raz na zawsze zmieniła mój sposób postrzegania Internetu. Wcześniej, gdy chciałem poradzić się w tematach konsumpcyjnych, wchodziłem na fora poczytać co posiadacze wszelakich sprzętów domowych mają mi aktualnie do powiedzenia. Dla przykładu gdy zbliżał się koniec umowy u operatora telefonii  komórkowej a wraz z nim pojawiała się możliwość wymiany komórki, odpalałem modem i czytałem którą (jeszcze wówczas „cegłę”) warto wziąć i dlaczego? Podobnie było z pralką, czy aparatem cyfrowym; konsultowałem swoje przyszłe wybory biorąc pod uwagę przed podjęciem decyzji  zakupu to co ich użytkownicy mieli do powiedzenia.  Dziś, gdy obszar ten zdominowali ludzie od reklamy wiem, że wszystko co tam znajduję to zwyczajny blef. I że pośród ludzi którzy pragną wyrazić szczerą opinię o właściwościach sprzętu który nabyli, grasuje na forach cała armia ludzi zatrudnianych przez korporacje, którzy w ramach swoich pracowniczych obowiązków mają i ten cel, a jak się okazuje często główny i jedyny, by wypisywać tam kłamstwa o produktach konkurencji, przy okazji wychwalając swoje pod niebiosa. Są też tacy których rolą jest li tylko urabianie opinii publicznej w sprawach światopoglądowych poprzez publikowanie fałszywych informacji, tudzież ośmieszanie poszczególnych osób czy idei a jeśli tylko się da wszczynać na forach kłótnie skutecznie uniemożliwiając wszelkie dyskusje. Technik osiągnięcia tak sprecyzowanego celu jest wiele, a ludzi którzy parają się takim zajęciem zwykło nazywa się trolami.
 
Bloga prowadzę w sumie od niedawna i wciąż pewne rzeczy są dla mnie nowe, wciąż wielu rzeczy się uczę. Dla przykładu gdy zaczynałem wstawiać tu swoje pierwsze teksty z uporem podejmowałem dyskusję szczególnie z ludźmi którzy komentowali moje teksty w sposób zgryźliwy, nawet niegrzeczny nie odnosząc się często przy tym w ogóle do zawartej w notce treści. Pojawiali się też tacy którzy pisali komentarze zwyczajnie głupie lub budowane w oparciu o argumenty dawno już skompromitowane, że często miałem ochotę wyłączyć się z dyskusji podsumowując wszystko mocnym słowem. Dla dobra sprawy trwałem i cierpliwie tłumaczyłem swoje, a gdy jakiś bloger w ostrych słowach pisał co myśli o autorze tak niemądrych komentarzy upominałem go, prosząc byśmy zachowali poziom, byśmy pamiętali że inni poszukują i błądzą. Szybko się jednak zorientowałem, że o żadnym błądzeniu mowy być nie może, że to w większości przypadków jest robota celowa w czym utwierdził mnie jeden z bardzo znanych tu blogerów, którego każdy tekst notuje kilkutysięczną liczbę odsłon.  Gdy opowiedziałem mu o swych wątpliwościach, od razu i bez najmniejszej nuty wahania w głosie powiedział, że muszę zacząć banować. Powiedział mi, że wchodzenie z tymi ludźmi w dyskusję zawsze kończy się awanturą i zwykłą pyskówką co jest im na rękę bo w gruncie rzeczy głównie po to przychodzą. A więc gdy wysyłałem mu smsem ksywki komentujących u mnie z zapytaniem czy zna i co sądzi o tym czy o tamtym, on pisał mi niezmiennie i krótko „Znam. Wywal!” albo „Udaje naszego potem rozwala dyskusje. Banuj!”. Skończyło się na tym, że choć zaczynałem swoją aktywność w sferze wirtualnego słowa z mocnym postanowieniem, że będę rozmawiał ze wszystkimi, zablokowałem już trzech blogerów. I coś czuję, że to nie koniec.
 
Część z Was myśli sobie, że ja mam muchy w nosie, że przyszedłem się tu wymądrzać i że rosnąca poczytność bloga najwyraźniej w moim przypadku skutkuje uderzeniem wody sodowej do głowy. Nie zostaje mi więc nic innego jak tylko na konkretnych przykładach pokazać Wam jak się tu mniej lub bardziej świadomie uprawia ów trolling. A Wy sami oceńcie czy ja się dałem podpuścić przez znanego blogera czy zwyczajnie nie było innego wyjścia i sami zrobilibyście to co ja będąc zmuszonym, zrobiłem.
 
Pierwszym sygnałem, że coś niedobrego zaczyna się dziać wokół moich tekstów, był komentarz blogera o ksywce NEUROMAN.CER który pod tekstem „Przybyłem, zobaczyłem, III RP zwyciężyła!” gdzie pisałem o opłakanych skutkach funkcjonowania układów w III RP, zapytuje mnie: „Tak przy okazji. Sprawdziłeś "prawa do gruntu"? Wyobrażacie sobie? Tak po prostu. Nie ma znaczenia, że zakład wielkości czwartej części obszaru dzielnicy Ursus prasowany jest przez buldożery, że ziemię kupili deweloperzy z kapitałem zagranicznym i będą trzepać miliony złotych wikłając miliony z nas w dożywotnie kredyty hipoteczne. Dla NEUROMAN.CER-a ważne jest czy ja wchodząc tam miałem prawo robić zdjęcia a jeśli nie to czy (w domyśle) czyni mnie to złodziejem? Czy widzicie jak piękny w swej prostocie to zabieg? Jednym zdaniem podważa się wiarygodność autora zarazem przekierowuje dyskusję na inny temat. Zaraz za nim przyszedł bloger RAJDER135 i pisze, tak całkiem ni z gruszki ni z pietruszki: „kompletna bzdura […] od kiedy to każdy i wszyscy muszą mieć na własność mieszkania […] jest to jeden z większych idiotyzmów polskich .” Po czym tłumaczy nam, że mieszkania powinno się wynajmować.  Nie ma się co doszukiwać sensu w tym komentarzu bo zapytany przez mnie od kogo mielibyśmy te mieszkania wynajmować (ktoś w końcu musiałby być właścicielem) RAJDER135 odpowiada: „spółdzielnie, samorządy, przedsiębiorstwa, albo osoby prywatne.” Tak, wiem to masło maślane, ale przecież nie o zachowanie sensu chodzi, a znów o odwrócenie uwagi od przyczyny dla której autor pisał tą notkę. Jeśli czyta to przypadkiem socjolog, to gorąco polecam lekturę tych komentarzy. Będzie mógł prześledzić mechanizm jak sprawa równania przez III RP kolejnego zakładu z ziemią, za sprawą m.in. RAJDER-a135 zeszła tam na ględzenie o sensie kupowania mieszkań a potem na rozważania o zasadności kupowania miejskich autobusów w Chinach. Trolling w pełnym wydaniu.
 
Potem był tekst „Bezwstyd. Pierwsza bolączka III RP”  a wraz z nim popis blogera o ksywce KACZAKOMUNA, który pisze w swym komentarzu tak: „Niestety nie mogę się z Panem zgodzić. Wywód udowadnia jedynie pańskie rozdęte ego, prostotę widzenia otaczającego świata, poparte dużą dozą prostackiego chamstwa. Współczuję rodzinie, sąsiadom i współpracownikom.” Zastanawiacie się pewnie o czym to ja tam pisałem, że tekst wyzwolił aż taką agresję? Otóż zastanawiałem się w tej notce gdzie miał początek powszechny w naszym społeczeństwie upadek standardów, który dotyka dziś wszystkie zawody bez wyjątku? A trzon tekstu zbudowałem w oparciu o wspomnienia z dzieciństwa o moim koledze z podstawówki i Lechu Wałęsie, który dał nam jaką sądzę jako pierwszy przykład i wewnętrzne przyzwolenie, by pchać się na wszelkie stanowiska bez choćby cienia kwalifikacji, a brak przygotowania maskować arogancją i prostactwem. KACZAKOMUNA najwyraźniej poczuł się adresatem tekstu i napisał co napisał. Odpisałem mu, że bardzo dziękuje za ten komentarz bo dopełnia i uwiarygodnia mój tekst. Jest zarazem świetnią wizytówką komentującego. Gdy dalej się wyzłośliwiał, zbanowałem człowieka.
 
Pod tekstem „Ci powstańcy z Warszawy to się wcale dobrze bawili” gdzie wskazywałem na mechanizm zakłamywania historii przez Bronisława Komorowskiego pojawił się z kolei niejaki ROBIN4123 z komentarzem, że tekst ma beznadziejnie długi wstęp i znów w domyśle, że przez to nie da się tego czytać. Napisałem mu, że jak mu to przeszkadza to niech czyta od końca zaś blogerka Celestyna11 wprost mu wypaliła, żeby zwrócił uwagę na styl własnych komentarzy i nie wciągał ludzi w pustą dyskusję. Niezrażony chwilową porażką ROBIN4123 spróbował od razu z innej strony, odgrzewając starą dyskusję nad sensem Powstania i odpowiedzialnością Bora za zniszczenie miasta. Gdy wyjaśniłem mu, że do tej zagłady doszłoby i w inny miastach gdyby nie opór Warszawy poszedł w takie tango, że nie miałem innego wyjścia jak tylko go zablokować. Co na to ROBIN4123? Usunął swoje komentarze, a o jego obecności świadczą tylko odniesienia innych blogerów do tego co pisał. Tekst jak się później okazało spodobał się dla odmiany pani Bognie Janke, która wyróżniła go w konkursie na najlepszy tekst o Powstaniu. Za co jej, jak i tym którzy tekst do konkursu zgłosili (bez mojej wiedzy) przy okazji ładnie dziękuję.
 
Teraz będzie ciekawie. Otóż wkleiłem tu także tekst „Amerykanie mają rację!”, argumentując, że gdybym był na ich miejscu, nie dałbym Tuskowi żadnego nagrania ze Smoleńska, bo tak cenne dane wywiadowcze, a nadto informacje o posiadanym w tym względzie potencjale użycza się sojusznikowi, a nie państwu którego premier  ściska się nad grobem swego prezydenta z Putinem, a aktualna głowa państwa jako jedyny poseł głosuje przeciwko rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, w całości opartych na rosyjskim wywiadzie. Tekst zwabił blogera 35STAN, który napisał, bym przeanalizował „ politykę rządu D. Tuska pod kątem realizacji celów ustalonych przez Komorowskiego z Obamą podczas tamtej jego wizyty w Waszyngtonie.”, no i że o sile naszego prezydenta stanowi obecność amerykańskiego na uroczystościach z okazji 25 lat wolności. Napisałem mu, że to tylko była tylko okazja do wspólnego zdjęcia i że jak idzie o politykę twardych faktów to my zwyczajnie leżymy. Zapytałem też czy on przypadkiem nie pisze z kancelarii prezydenta a jeśli tak to niech się lepiej wysili i poda choć kilka konkretnych osiągnięć swego pracodawcy. Dostałem w odpowiedzi papkę zbliżoną do przekazów medialnych, a że ja w obliczu tego co się dzieje tuż przy naszej wschodniej granicy, poziom tolerancji dla bzdur mam ostatnio bardzo zaniżony, z czystym sumieniem zblokowałem STAN-a. Słusznie? Sami oceńcie. Zostawiałem za to blogera Dariusz123 tylko dlatego, że nie jestem pewien jego intencji ale podejrzewam, że to jednak też trol, tyle że u mnie debiutujący. Oto jego wpis: „Amerykanie, oprócz systemu Echelon maja również bardzo precyzyjny system FCUKEN SUTPID który umożliwia fotografowanie i nagrywanie wszelkich ruchów mających miejsce na świecie. Gdyby Amerykanie chcieli ujawnić te nagrania, moglibyśmy zebrać niezbite dowody ruchów i ruskich i np. wiedzieć co sie działo w samolocie tuż przed rozsadzeniem go przez ruchów.” O co mu chodzi? Nie wiadomo, więc pewnie znów o rozbicie dyskusji, bo innego sensu w tym wpisie nie znajduję. A domniemamy system „FCUKEN SUTPID” o którym wspomina po przestawieniu miejscami liter drugiej z trzecią daje FUCKEN STUPID. Mam więc „blogera” Dariusz123 na oku.
 
Jeszcze jeden przykład i uciekam, a Wy korzystajcie bo to naprawdę przydatna lekcja. Ci co śledzą moje wpisy wiedzą, że co jakiś czas wklejam tu kolejną część „Rozważań o Narodzie”. Czas ku temu bardzo właściwy, ale że słowo naród zobrzydzono nam na wszystkie możliwe sposoby, to cykl ten cieszy się niemalże zerową poczytnością. Ale i na tym odcinku jak się okazuje ktoś czuwa. Pojawił się tam niejaki NUN z jakże właściwą dla troli notką i pod czwartą częścią Rozważań pisze mi m.in. tak: „Pana notka to wypociny ortodoksyjnego katolika " bieda i ubóstwo was zbawi" i w pana mniemaniu ten stan ma świadczyć bycia polskimi elitami.” Takich słów nigdzie w tekście nie użyłem. Nigdy też nie wskazywałem na konieczność sprowadzania się do pozycji nędzarzy Europy. Wręcz przeciwnie. Stale wskazuję tam na konieczność wzbudzania dumy narodowej i pilną potrzebę budowania silnej pozycji Polski w oparciu o ekonomię i jej własną armię, wskazując te dwa filary jako jedyną gwarancję naszej niepodległości. Ale NUN ma to najwyraźniej gdzieś. On i jemu podobni przychodzą w jednym celu. Piszą by dyskredytować autora, lub jak w tym przypadku zniechęcić do lektury tekstu. Wrzucają swoje nędzne komentarze po to by zdusić dyskusję w zarodku, a jeśli się nie uda, przynajmniej przekierować ją na tematy mniej ważkie. Świętują, gdy uda się jeszcze przy okazji wszystkich skłócić.
 
Na Wikipedii wisi taka definicja trolowania: „Trollowanie polega na zamierzonym wpływaniu na innych użytkowników w celu ich ośmieszenia lub obrażenia (czego następstwem jest wywołanie kłótni) poprzez wysyłanie napastliwych, kontrowersyjnych, często nieprawdziwych przekazów czy też poprzez stosowanie różnego typu zabiegów erystycznych. […]Typowe miejsca działania trolli to grupy i listy dyskusyjne, fora internetowe, czaty itp. Trollowanie jest złamaniem jednej z podstawowych zasad netykiety. Jego efektem jest dezorganizacja danego miejsca w Internecie, w którym prowadzi się dyskusję i skupienie uwagi na trollującej osobie.”
 
Ekspertem nie jestem, ale bez wątpienia trole grasują i to nie tylko tu ale w całej sieci. Są też jak widać póki co łatwi są do namierzenia. Mają zwykle niewiele tekstów na koncie, za to setki i tysiące komentarzy a używane przez nich ksywki wskazują na brak przywiązania do nich już na etapie tworzenia. Z myślą o poważnym blogowaniu wybieramy przecież nick możliwie nam bliski i niepowtarzalny. Trolom to obojętne. Używają pierwszego wolnego. Dziś może to być RAJDER135 lub ROBIN4123 a gdy zbyt wielu zorientuje się kto zacz, porzucą je i wrócą tu jako RAJDER136 czy ROBIN5123. Dostępnych kombinacji mają wiele.
 
Trole są i nieustannie grasują. Pamiętajmy o tym i banujmy ich bezlitośnie. Wszak Internet to dziś za sprawą spin doktorów Tuska pole czystej propagandy a za sprawą Putina nawet przedłużenie pola walki. Jedni trolują bo tak muszą, bo pracują na zlecenie. Inni bo nie myślą, pełniąc przez to bezwiednie funkcję pożytecznych głupców. Kim są ci o których tu pisałem nie wiem, ale bez wątpienia szkodzą. Stawiajmy więc im i im podobnym skuteczny opór. I nigdy nie bagatelizujmy przeciwnika. Bo bez wątpienia jest biegły w posługiwaniu się najstarszą bronią Rosji - kłamstwem i dezinformacją.
 

Nowa turystyczna oferta: wakacje w Smoleńsku

Autor: Toyah
 
Ze Szklarską Porębą łączy mnie sentyment tego przede wszystkim rodzaju, że to tam właśnie, na miejscowym cmentarzu, pochowana jest moja starsza siostra Zosia, której nigdy wprawdzie nie miałem okazji zobaczyć, ale wiem, że ona tam leży i to jest dla mnie ważne. Pewnie dlatego też, kiedy w ostatnim numerze tygodnika „W Sieci” zobaczyłem felieton poety Wencla i rzuciła mi się nagle w oczy owa Szklarska Poręba, zawziąłem się i przeczytałem od początku do końca, co on tam pisze. Rzecz w tym, że Wencel właśnie wrócił z urlopu, który spędzał z rodziną w rejonie Karkonoszy i zauważył, że tam, gdziekolwiek człowiek się ruszy, czuje się, jakby się znalazł w muzeum satanizmu. Poczynając od ulic, które niemal w całości zachowały swoje nazwy z czasów PRL-u, przez sklepy z pamiątkami, gdzie królują zabawne maski z twarzą ojca Rydzyka, Antoniego Macierewicza, lub po prostu małpy, po zdobiące rynki miasteczek posągi Diabła. Wencla owo odkryciem szalenie poruszyło, w dodatku, to co tam zobaczył, połączył z informacjami wskazującymi, że ośrodki takie jak Karpacz, czy właśnie Szklarska Poręba to bastiony Platformy Obywatelskiej i wyciągnął z tego wniosek, że dziś Diabłu nigdzie nie jest tak dobrze, jak właśnie tam w Polsce południowo-zachodniej.
 
Otóż, wbrew pozorom, ja diagnozę Wencla podzielam. Wprawdzie w Szklarskiej Porębie, a także w Karpaczu, nie byłem od czasu, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, a zatem nie wiem, co tam słychać, natomiast, owszem, miałem stosunkowo niedawno okazję przejeżdżać samochodem przez Polskę zachodnią i uważam, że tam króluje syf, który można opisać wyłącznie, jako pomieszanie owego właśnie najbardziej peerelowskiego PRl-u z rozkradzionymi i porzuconymi resztkami po Niemcach. I mijając owe tereny, nie miałem wątpliwości, że ludzie, którzy je zamieszkują, w znacznej większości muszą być przez ten syf tak zdemoralizowani, że oni ani nie mogą głosować na nikogo innego, jak na ludzi wskazanych im przez telewizor, ani nie posiadać innych rozrywek, jak zakładanie sobie na łby masek z twarzą Macierewicza i po pijanemu tańczyć wokół pomników jakiejś kozy z ptasim dziobem.
 
A zatem, tu z Wenclem się zgadzam. Zobaczyć coś takiego, musi być przeżyciem niezwykle stresującym. Natomiast prawdziwy problem polega na tym, że Wencel, dokładnie tak samo, jak większość jego kolegów dziennikarzy, ale również podobnie, jak władze samorządowe Wrocławia i okolic, oraz zasiedlający owe tereny elektorat, są mocno spóźnieni w stosunku do tego, co się faktycznie w Polsce dzieje. Otóż zarówno te wszystkie post-sowieckie gadżety, te ulice Buczka, 1 Maja, czy Armii Czerwonej, to post-peerelowskie gówno stanowiące wystrój lokalnych knajp, to wylewające się z każdego zakątka pogaństwo, to wszystko jest już dawno passe. Dziś, czego ani Wencel, ani zapewne też redakcja „W Sieci” nie zauważyła, króluje tak zwany „trip na ojczyznę”. Dziś jest tak, że szydzenie z białoczerwonej flagi, głoszenie poglądu, że Polska to wstyd i zacofanie, że Boga nie ma, a nawet, że przyszłością świata jest powszechna tolerancja i szacunek dla wszelkich wynaturzeń, traktowane jest przez kulturę popularną, jako nieszkodliwe dziwactwo.
 
I tu dochodzimy do sedna moich dzisiejszych refleksji. O ile dobrze sobie przypominam, już w jednym z pierwszych opublikowanych na tym blogu tekstów zwróciłem uwagę na fakt, że podstawowym sposobem kontrolowania przez System naszych emocji, jest czynienie z nich elementu kultury pop. Praktycznie od pierwszego dnia, gdy w Polsce zapanował nowy, tak zwany demokratyczny, porządek, System zarządza naszymi emocjami w ten sposób, że wszystko to, co w nich z jego punktu widzenia jest dobre i pożądane, zostaje przedstawione na tle najbardziej charakterystycznych dla popu dekoracji, a więc różnego rodzaju gadżetów, kabaretu, kolorowej prasy, filmu, piosenki, natomiast wszelka wrażliwość traktowana przez System, jako niesłuszna, czy wręcz groźna, spychana jest w tak zwaną niszę, a tym samym skazana na kulturowy niebyt.
 
Przykłady owego procederu można by mnożyć, wspominając choćby to, jak to swego czasu, w ciągu zaledwie paru miesięcy, udało się doprowadzić do tego, by każdy praktycznie Polak wiedział, jak należy rozumieć słowo „kaczor”, z czym się powinno mu kojarzyć miasto Toruń, a nawet tak egzotyczne nazwy, jak Gabon, czy Jamajka i dlaczego Jareczek, a nie Jarosław. Pamiętamy te codzienne towarzyskie pogawędki na temat psa Saby, wieśmaków, kota prezesa, czy w ogóle samego prezesa. Ja bym jednak chciał dziś pokazać, jak ten system działa, na przykładzie owej biednej wdeptanej w smoleńskie błoto szachownicy. Pamiętamy wszyscy pewnie bardzo dobrze, jak to Solidarni2010, idąc z falą narodowego poruszenia smoleńską tragedią, wyprodukowali piękne metalowe znaczki z białoczerwoną szachownicą, byśmy sobie je mogli wpinać w klapy płaszczy, kurtek, czy marynarek. Pamiętamy też, jak w jednej niemal chwili owe szachownice, a wraz z nimi polskie narodowe barwy zostały przez kulturę pop opisane, jako symbol głupiego, kulturowego zacofania, posmoleńskiej histerii, czy nawet zwykłego kibolstwa. Czy ktoś ma w ogóle wątpliwości, skąd się wówczas wzięła owa fala szydzenia z flagi i polskiego godła? Przecież tu nie może być najmniejszej wątpliwości, że to wszystko stanowiło reakcję na ów obraz z 10 kwietnia ukazujący tę naszą biedną czerwień i biel tonącą w tamtej nieopisanej zbrodni. I oto od pewnego czasu –myślę, że jest bardzo możliwe, że to wszystko zapoczątkował sam Radosław Sikorski, zakładając w reakcji na zwycięstwa Kamila Stocha zieloną marynarkę i wpinając sobie w nią znaczek z białoczerwoną szachownicą – możemy zobaczyć, że to już nie my chodzimy z tymi znaczkami, ale oni. Powoli wychodzi na to, że System uznał, że będzie bardzo dobrze wyszarpać nam te znaczki i zacząć się z nimi obnosić, jak gdyby nigdy nic. Ledwie parę dni temu zobaczyłem w telewizji grupę jakichś podobno polskich studentów z Oxfordu broniących przed antyoksfordzkimi atakami Radosława Sikorskiego i jego brytyjskiego wykształcenia, i wręcz z przerażeniem nie mogłem nie zaobserwować, jak każdy z nich miał wpięty w klapę znaczek z polską szachownicą.
 
Zdaję sobie sprawę z tego, co mi niektórzy z nas powiedzą: że się czepiam, że każdy ma prawo do patriotyzmu, a zwłaszcza młodzi Polacy studiujący w Oxfordzie i tęskniący za Polską, że nic złego wreszcie w tym, że ktoś, kto dotychczas miał do Polski stosunek obojętny, poczuł ten piękny związek i tę dumę, i takie tam. Ja jednak nie takie cuda widziałem i wiem, jak się je moderuje. Bardzo więc proszę, kiedy jeszcze zanim skończy się ten rok, a my zobaczymy, jak nagle przy okazji Święta Niepodległości we wszystkich dotychczas tak szaro-burych oknach pojawią się białoczerwone flagi, a każdy porządny sympatyk weekendowych zakupów w wielkich galeriach handlowych będzie się kręcił po tych alejkach, demonstrując skromny znaczek z białoczerwoną szachownicą, nie dajmy się nabrać. Niech nam broń Boże nie przyjdzie do głowy się cieszyć, że wreszcie Polska się doczekała uznania ze strony tych, co jej dotychczas życzyli, by zdechła gdzieś w ciemnym kącie, z dala od cywilizowanej Europy, i że niewidomi przejrzeli na oczy. Nikt z nich bowiem na oczy nie przejrzy, jeśli wcześniej paru cwaniaków ze specjalnymi szczypczykami im tych oczu na siłę nie otworzy. A oni z całą pewnością to zrobią – już to robią to tu, to tam, dziś, wczoraj i jutro – a kiedy ktoś z nas próbuje coś wyjaśniać, to zaraz mu się wyjaśni, co znaczy słowo „hipster” i dlaczego ono jest od niedawna słowem obelżywym.
 
Tak to właśnie się dzieje z tą naszą Polska, z tym popem i z bandą tych kombinatorów. Tu zawsze chodziło przede wszystkim o to, by trafić w gusta publiczności, a jeśli owe gusta wciąż jakoś nie chciały się znaleźć w celowniku, to wystarczyło celownik nieco przesunąć w prawo, lub w lewo, i w końcu zawsze się okazało, że jak człowiek się postara, to może wszystko. Nawet się skutecznie wziąć za takie wieśniactwo, jak Karpacz, Piechowice, czy Szklarska Poręba.

sobota, 9 sierpnia 2014

O religiach pokojowych, wojennych i śmierci trywialnej.

Autor: Coryllus
 
Na portalu GW ukazała się wreszcie informacja o tym człowieku, który rozjeżdżał ludzi na Monciaku. Okazuje się, że to wybitny pracownik korporacji, a konkretnie działu HR. Możemy więc śmiało, na podstawie tylko tej jednej wiadomości przyjąć, że pan ów jest po prostu świrem. Ja miałem do czynienia z kilkoma ludźmi od rekrutacji i powiedzieć mogę tyle, że oni są po prostu tacy sami. To jest ten sam typ oszusta, który formatowany jest w jakiejś podziemnej maszynce do mięsa wielkości stodoły. Inaczej być nie może.
 
Ten co ludzi rozjeżdżał, miał na przykład fioła na punkcie zdrowego życia, posiłki do pracy przynosił sobie w specjalnych słoikach i, jak nas informuje GW, bardzo dobrze grał w squasha. Nie wiem co to jest ten squash, ale zgaduję, że coś wyjątkowo bezsensownego. Najciekawsze zaś jest to, na jakim etapie znajduje się dziennikarskie śledztwo gazowni. W tekście opisującym tego zwyrodnialca stoi, że przed swoim czynem mamrotał buddyjskie mantry, ale – jak pisze autor tekstu – w tej pokojowej religii nie należy szukać przyczyn ataku. To jest najlepszy fragment tekstu jaki kiedykolwiek został napisany przez autora stamtąd. Nie dorównuje mu żaden tekst Orlińskiego. W tej pokojowej religii nie należy szukać przyczyn ataku – wskazówka dla śledczych po prostu. No i to założenie, że miał miejsce jakiś atak. Z jakiej przyczyny? Jedzenie w słoikach było niesmaczne czy squash się zepsuł z samego rana?
 
Buddyzm z istoty mnie nie interesuje, ale tak dla przypomnienia rzec chciałem, że wojny toczone w średniowiecznej i nowożytnej Japonii, a także w Japonii nowoczesnej, były wojnami prowadzonymi przez buddystów i dżinistów, oraz wyznawców jakichś jeszcze religii, których rozpoznać nie potrafimy. Szczerym buddystą był pan Miyamoto Musashi, mistrz sztuk wszelakich, który sypiał z otwartymi oczami i zamkniętym sercem, a jak ktoś chciał się z nim pojedynkować pan Musashi zabijał go samym tylko spojrzeniem swoich kamiennych oczu. Szczerymi buddystami byli japońscy oficerowie, którzy wydawali rozkazy mordowania jeńców wojennych, a także czasem ich zjadania, o czym nie dalej jak wczoraj pisała ta sama gazownia. No, a tutaj mamy buddystę aspirującego, który może i miał ochotę wypruć komuś flaki, ale w korporacji był tylko ten squash, a nie tradycyjna japońska szermierka, kupił więc sobie japoński samochód i załatwił sprawę inaczej. Jakież będą jego dalsze losy?
 
Przypuszczam, że gazownia, po głębokim i poważnym dziennikarskim śledztwie, odnajdzie w jego życiu jakąś starą babcię, a może stryjenkę, której powierzono go w opiekę, kiedy był mały. Ta stryjenka była oczywiście katoliczką, która dwa razy w tygodniu chodziła do kościoła, a różaniec miała owinięty na pięści przez cały właściwie czas. No i wtedy okaże się, że to ona zaszczepiła mu wprost do serca czarne robaki zemsty, które wylęgły się po latach i zaczęły mu to serce zjadać. Nie wierzycie? Poczekajcie. Są bowiem religie pokojowe i religie wojenne. Gazownia pisze o tym co jakiś czas. Bezwzględnie pokojową religią jest oczywiście judaizm, dalej idzie buddyzm, a może ludowe pogaństwo, sam już nie wiem, gdzieś niżej plasują się sekty protestanckie, w których kapłanami mogą być kobiety, potem mamy suficki islam, obojętnie co by to nie znaczyło, następnie husytyzm, islam normalny, prawosławie, satanizm, a na końcu religię rzymsko-katolicką, która jest po prostu jednym wielkim nawoływaniem do wojny i zniszczenia. Tak to mniej więcej wygląda.
 
Ponieważ piszę teraz książkę czeską, sprawy te ujawniają się przede mną w różnych kontekstach. Bo trzeba wam wiedzieć, że nie tylko GW uprawia ten sport, który polega na wartościowaniu wyznań na zasadzie – pokojowe-wojenne, czynią tak prawie wszyscy pracownicy naukowi zwani humanistami. I trudno doprawdy znaleźć kogoś, kto spojrzałby trzeźwo na sprawy husytyzmu czy aktywności braci czeskich w Polsce w XVII wieku. Wszyscy bowiem, którzy występują przeciwko Kościołowi Katolickiemu, są z miejsca klasyfikowani jako ludzie dobrzy, prawi i dążący z całym impetem do szczęścia innych ludzi, nawet jeśli zdarzy im się kogoś zamordować. Aspekt gospodarczy rzecz jasna w tych wszystkich rozważaniach na temat religijności pokojowej i wojennej nie istnieje.
 
Na tej samej stronie GW mamy artykuł poświęcony jakiemuś psu z Ameryki, którego właścicielka kazała uśpić bo miał nowotwór. Najpierw jednak urządziła dla niego przyjęcie, potem zawiozła go gdzieś na spacer, no i było takie ogólne psie święto. Potem zaś szybciutko do rakarza i do piachu. Sprawa jest oczywiście na fejsie i wszyscy płaczą. Po tekstem o psie mamy rzecz jasna fantastyczne komentarze, w jednym z nich ktoś napisał, że marzy o tym, by ludzie mogli odchodzić w taki sposób, w spokoju, bez stresu, w otoczeniu kochającej rodziny. Ja się rzadko zajmuje omawianiem tego rodzaju obłąkania, ale to ze względu na moje osobiste obawy przed śmiercią i cierpieniem. Wolę o tym nie myśleć i nie pisać po prostu. Wiem jednak, będąc świadkiem kilku agonii, że w takich wypadkach nie ma raczej mowy o pogodzeniu się z losem i spokojnym oczekiwaniu. No chyba, że ktoś, jak moja matka, jest usypiany przez nowotwór produkujący wielkocząsteczkowe białka. Jak ktoś nie ma szczęścia i jest przytomny, to po prostu walczy i z walki tej raczej nie ma zamiaru rezygnować. Pies zaś to jednak nie człowiek, jak się wydaje komentatorom w GW, pies lubi zjeść hamburgera i pomachać ogonem, to jest wzruszające, ale to nie jest jednakowoż człowiek, który przeżywa swoją egzystencję w tylu wymiarach, że się o tym korporacyjnym buddystom nawet nie śniło.
 
Pamiętam kilka wyjątkowo idiotycznych historii dotyczących zgonów, które nastąpiły ponieważ ludzie zostali dotknięci obłędem podobnym do tego, jaki eksponuje dziś gazownia. Chodzi mi o trywializację śmierci i zrównanie w niej człowieka i psa. Zwykle odbywa się to na dwa sposoby, ale efekt jest zawsze ten sam – człowiek w godzinie śmierci staje się psem. Mamy więc albo metodę zastosowaną dziś przez komentatorów gazowni, albo metodę odwrotną, kiedy to śmierć przedstawiana jest jako ziszczenie się marzeń, a towarzyszy jej zwykle sfingowane rozczarowanie życiem, w wyniku niepowodzeń w szkole albo w miłości.
 
Mnóstwo się o tym pisało w gazetach dawnymi czasy, w takim „Na przełaj” dla przykładu, ale też w innych tygodnikach. Postacie różnych niepogodzonych z życiem samobójców, dotkniętych piętnem genialności lansowane były dość szeroko. Potem słyszało się, że ten i ów licealista, w porywie nagłym, a może też trochę po wódce, wyleciał z balkonu wykrzykując jakieś podniosłe hasła. Jakiś inny napisał testament, w którym wyraził życzenie, by spalono go po śmierci, zaś jego prochy rozsypano nad Himalajami. Nie chciałbym być w skórze rodziców tego durnia, kiedy policja w towarzystwie jakiegoś zbałwanionego psychologa odczytuje im z kartki kulfony ich nieżyjącego dziecka. Dziecka, któremu ktoś zrobił wodę z mózgu historiami o psach co jadły przed śmiercią hamburgery, a potem trafiły na mały zielony cmentarz skąd bardzo dobrze widać statuę wolności. Nie chciałbym być w skórze ojca, który chciał takiego mistrza wychować na człowieka, a potem musiał słuchać jak gliniarz sylabizuje z kartki te teksty o Himalajach. Miałem, nie wiem skąd wzięte, wrażenie, że tego rodzaju trendy już zanikają, okazuje się jednak, że nie, że to żyje nadal i ma się dobrze. Tyle, że teraz idealiści prący z całą siłą ku doskonałości i nirwanie nie dokonują już zamachów na własne życie. To takie niepraktyczne. Jeden z nich właśnie wskazał im drogę dalszego duchowego rozwoju. O wiele lepiej przecież organizować zamachy na życie innych, najlepiej przypadkowych osób. Ileż w tym adrenaliny, ileż przygody i prawdy, prawie tyle samo co w organizowanych przez różne korporacje skokach na bungie z wysokiego mostu.

piątek, 8 sierpnia 2014

Rozważania o Narodzie. Część IV.

Autor: Integrator

Utarło się mówić w Polsce - polityka to bagno. Powtarzamy hasło przy okazji dysput politycznych niczym jakieś prawidło, jakby wisiało nad nią jakieś fatum. Powtarzamy i nic z tym nie robimy a przecież wszystko zależy od nas, to jest dla nas poważne wyzwanie. Od sposobu podejścia do którego w dużej mierze zależy jak żyć będziemy jako naród.
 
Rządzące elity co jakiś czas ulegają zgnuśnieniu i deprawacji. Nieustanna konieczność wchodzenia w różnego rodzaju kompromisy i ustępstwa, oraz podejmowania różnorakich często egzotycznych koalicji prowadzi do rozbijania sumień o interes partii. Dochodzi do politycznej demoralizacji. Tylko społeczeństwo czynne i świadome potrafi w porę dostrzec te zjawiska i poprzez nacisk „opinii publicznej” a już ostatecznie poprzez wybory wymienić chore sfery. Musimy zatem ćwiczyć się w wypełnianiu danych nam praw. Ćwiczyć się w rozsądku i dobrych wyborach tak, byśmy w przyszłości stanowili zdrowe źródło bezustannego odradzania się polskich elit. Ci bowiem co będą kiedyś „na górze” wyrastają spośród nas, są już pośród nas, a zatem konieczność kształtowania i uświadamiania ludzi jest tożsame z interesem narodowym. Mamy obowiązek być narodem wyrobionym politycznie, orientować się w sytuacji. Musimy wytworzyć własną siłę polityczną, która mądrzejsza o doświadczenie poprzednich „społecznie odwołanych” elit zacznie w końcu dbać o nasze interesy. Naród musi czuć się jak gospodarz i dążyć do oddziaływania na organa państwa w taki sposób by służyło ono jego celom. Stąd już krótka droga do społeczeństwa obywatelskiego. W tym dziele nie możemy zapominać, że także tu na dole potrzebujemy fachowców: dobrych inżynierów, lekarzy, sprzątaczek, krawców, ślusarzy. Potrzebujemy mądrych Polek, matek, żon, dobrych ojców. W przeciwnym razie sprzedadzą nas, a jako naród zniszczą.
 
Ongiś mnogość podziałów patriotycznych ugrupowań polskich wynikała z faktu, że przywiązanie do idei nie pozwalało iść na kompromisy. Te były traktowane jako odstępstwo a przez to zdrada. Im bardziej na lewo, gdzie liberalizm zbiera największe żniwa, idee gasną a ich miejsce zajmuje pieniądz. Ale ten podział to już przeszłość. Pieniądz stał się głównym i powszechnym celem a cała reszta tylko jego przykrywką. Apolityczności mamony pozwala dziś zawiązywać niemożliwe do niedawna kompromisy i koalicje prowadzące do całkowitego wymieszania zasad i wartości. Honor ginie, grzech ginie, jeno pieniądz żyje. To jest trąd na organizmie naszej Ojczyzny. To jest choroba sącząca się i nie dając się już wyleczyć. Musimy odciąć się całkowicie od tego co chore a co gorsze od tego co zakaźne.
 
Dawne znajomości, zobowiązania, układy nie pozwalają wyrwać się wielu z marazmu w jaki bezwiednie lub świadomie wchodzili przez lata. Wyrobione przyzwyczajenia i normy upychane im do głowy owocują dzisiaj skostnieniem umysłu i brakiem „pomyślunku”, przez co nie są w stanie wyrwać się ze schematów, którymi operowali od niepamiętnych sobie czasów. Przyjęcie nowych reguł, nierzadko zaprzeczających tym wyuczonym i niemal instynktownym, musieliby poprzedzić całkowitą przemianą, skutkującą zmianą tożsamość jednostki. Tego większość uczynić nie potrafi, bo wielkiej pracy pokolenia nasze jeśli już to tylko czytało, nigdy zaś nie praktykowało. Jakże na czasie wydają się dzisiaj słowa Romana Dmowskiego, który w książce „Świat powojenny i Polska” pisał: „Jedną z najfatalniejszych strat moralnych, jakie poniosła nasza cywilizacja, jest powszechny w pokoleniach powojennych brak wiary w wielkie sprawy, przywiązanie do wielkich idei, zdolności do wielkiego wysiłku i poświęcenia w ogóle, a zawłaszcza dla celów nieosobistych. Szlachetni fanatycy wymarli lub ostatni wymierają.”.[1]  To wołanie do ludzi młodych, nie złamanych porażkami i trudami.
 
Nie wolno jednak zapominać, że młody potrzebuje mistrza, który ociosawszy swym doświadczeniem nieokiełznane wyobrażenia młodego człowieka, pozwoli mu wprowadzać je w życie dzięki właściwemu dynamizmowi i niespożytej w tym wieku energii. Mistrza który swoim przykładem pokaże mu jak tą energię zaprzęgnąć do pracy dla dobra Rzeczypospolitej. Tak by młody raz a poprawnie utożsamił się z tym dobrem i na przyszłość już sami i bezbłędnie rozpoznawał interes narodowy. A gdy przyjdzie czas próby, aby bez wahania spełnił swój polski obowiązek.
 
Zastanawiam się czy moje pokolenie, gdyby przyszła taka konieczność, umiałoby odpowiedzieć na wyzwanie czasu tak, jak zrobiło to pokolenie chociażby Września? Czy zdało by test? Tu już nie wystarczy namiastka tożsamości narodowej, ale prawdziwa i nieugięta chęć trwania i kultywowania daru pokoleń – Niepodległości. Jak bardzo ważnym jest dziś to o czym mówił w Kaliszu Ojciec Święty: „Starajmy się rozwijać i pogłębiać w sercach dzieci i młodzieży uczucia patriotyczne i więzi z Ojczyzną. Wyczulać na dobro wspólne narodu i uczyć młodzież odpowiedzialności za przyszłość. Wychowanie młodego pokolenia w duchu miłości do Ojczyzny ma wielkie znaczenie dla przyszłości narodu. Nie można bowiem służyć dobrze narodowi, nie znając jego dziejów, bogatej tradycji i kultury. Polska potrzebuje ludzi otwartych na świat, ale kochających swój rodzinny kraj”[2] .
 
Do tego jeszcze długa droga bo tożsamość narodowa pośród naszych polityków od których w dużej mierze to zależy jest szczątkowa. W chwili obecnej nie istnieje nawet pojęci polskiej myśli politycznej wokół której mogłaby wzrasta i kształtować się ta tożsamość. To co mamy to zlepek indywidualnych pomysłów poszczególnych polityków amatorów i zapożyczonych pomysłów z innych krajów, adoptowanych bez głębszych refleksji do naszej rzeczywistości -  jeszcze bardziej wzmagających zamęt i chaos odbijający się na sile kraju. Brak nam jasno określonego kierunku. Idziemy na oślep raz po raz potykając się o cele i dążenia innych państw z którymi w efekcie przegrywamy. Brak jasno określonych perspektyw i ścieżek do nich prowadzących, a nade wszystko silnej woli by zrealizować powstały plan, skazuje nas na ciągłe trwanie na marginesie europejskiej polityki. Gdzie jeśli już zaistniejemy to jako państwo karcone lub też popychadło potrzebne innym do realizowania swoich celów. Często naszym kosztem. A wszystko przez brak tożsamości, która jaskrawo nakreśliłaby w umysłach polskich drogę do dobra swego narodu, która nie uchylając się przed chwilowo modnymi koniunkturami stale wskazywała by jeden i ten sam cel do którego mają nas prowadzić zmieniający się politycy. Dzisiaj potrzebna jest jedna, klarowna myśli dla nas i dla przyszłych pokoleń. Potrzebny jest rząd narodowy, który dobro Narodu Polskiego postawi sobie celem nadrzędnym.
 
Póki co realizowany na zachodzie model „od pieniędzy do polityki” u nas odwrócono by iść „od polityki do pieniędzy”. Polityka to u nas sposób na zarabianie. Owe pięć minut życiowej szansy, których nie wolno zmarnować. Człowiek będący jeszcze wczoraj „nikim”, z dnia na dzień staje się osobą decydującą o losach kraju. Jego utożsamienie się z dobrem Ojczyzny jest tak nikłe jak poczucie odpowiedzialności za to co robi. Całkowita bezkarność popycha ku sterom państwa coraz to gorsze jednostki ciągnące nas wszystkich ku jakiemuś wielkiemu upadkowi. Zauważając to u sobie współczesnych Polaków, Feliks Koneczny pisał: „Apatia moralna, brak zainteresowania sprawami publicznymi stawia istotny skir życia publicznego, albowiem zacierają potrzebę tego, co w całym życiu zbiorowym najpotrzebniejsze, mianowicie odpowiedzialność. Z jej zaś zanikaniem zanikają zdolności twórcze w społeczeństwie. Iluzoryczność odpowiedzialności wiedzie też do najgroźniejszego z nieszczęść publicznych: do bezkarności zła.”[3]  Ten niekorzystny proces niestety nie zanikł i żywym jest także obecnie. Pojęcie kary i odpowiedzialności stało się czymś odległym i mglistym. Politycy pozbawieni miłości do Ojczyzny, nie utożsamiający się z własnym narodem, który winni reprezentować, rwą resztki pozostawione przez poprzedników sięgając po to do czego praw nie mają. A my tu na dolec często nie jesteśmy lepsi. Oto skutki braku tożsamości,  honoru i zwykłej godności. Toteż dziś z pełnym przekonaniem twierdzę, że Wielka Polska powstanie tylko wtedy, gdy przy jednym stole usiądą ludzie o wysokim poczuciu własnej wartości i tejże godności. Zwyczajnie ludzie honoru.
 
Utożsamianie się z własnym narodem, jego historią, tym co wniósł do wspólnego dorobku ludzkości daje nam siłę ducha i prawo do noszenia głowy wysoko uniesionej. Tylko wówczas możliwe są osobowości, które pozwalają naszym politykom zasiadać z ich odpowiednikami przy jednym stole jak równi z równymi. Polska może być równoprawnym partnerem w rozmowach i polityce międzynarodowej tylko, gdy w możliwie wysokim stopniu będzie niezależna gospodarczo i militarnie. Im silniejsza zależność w którejkolwiek z tych dziedzin, tym możliwość nacisków zewnętrznych wzrasta, pomniejszając wartość naszej niepodległości. Tymczasem nasza zależność gospodarcza miast maleć z roku na rok powiększa się, krępując nasze ruchy i ograniczając pole wolności decyzji.
 
Dlatego dzisiaj potrzebujemy silnych jednostek, które jak przed laty poprowadziły by Polskę ku należnemu jej miejscu wśród narodów europejskich. Ludzi, którzy czuć będą, że: „Polityka, jeżeli ma być zdrowa i uczciwa, dobroczynna w skutkach dla Narodu, wymaga zawsze ludzi odważnych, nie bojących się nadstawić karku za to w co wierzą. (...) Odwaga (...) polega na zachowaniu przytomności, zimnej krwi, zdolności logicznego myślenia i planowego działania wobec największego niebezpieczeństwa, na gotowość oddania życia za to, w co się wierzy i do czego dąży, na szacunku dla samego siebie, który dla ratowania własnej skóry nie pozwoli się upodlić.” [4] Minimalnym wkładem zwykłego obywatela w to dzieło, jest popierać mądrych i godnych ludzi, którzy staną się liderami. Oni zrobią to czego my nie chcemy lub ku czemu nie mamy zdolności i predyspozycji. Jeśli zawiedziemy miejsce liderów zajmą ludzi podli, sprzedajni lub spoza narodu. Wedrą się tam zajmując nienaturalny stan pustki jaki powstanie. Jakże trafnie ujął to Roman Dmowski „Społeczeństwa naszej cywilizacji właściwie niczego nie chcą, prócz tego, co dotychczas posiadały, tylko nieco więcej w dziedzinie materialnej, a dużo mniej w moralnej. I w tym tkwi największe dla nich niebezpieczeństwo. Bo gdy naród niczego nie chce, znajdą się zwykle inni, którzy chcą czegoś za niego, dla niego, a najczęściej od niego.”[5] 
 
Samokształcenie, poszerzanie horyzontów i społeczne dążenie do prawdy musi być dla nas priorytetem. Naród nie wyda zdrowych przywódców jeśli sam nie będzie świadomy procesów zachodzących wokoło.



[1] Dmowski Roman „Świat powojenny i Polska”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 1999, s.19
[2] Mari Arturo „Jan Paweł II i dzieci. Ufne serca.”, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2000, s. 97
[3] Koneczny Feliks „Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej”, Warszawa, Komorów 2001, s. 16
[4] Dmowski Roman „O ustroju politycznym państwa”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 1999, s
[5] Dmowski Roman „Świat powojenny i Polska”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 1999, s.125
  

środa, 6 sierpnia 2014

Sfingowana Norymberga i prawdziwe Powstanie

Autor: Coryllus
 
Miałem dziś pisać o zupełnie niezwykłym miejscu położonym na węgierskim trakcie, tuż przy granicy ze Słowacją. Napiszę jednak o tym jutro. Powód jest zaś taki, że na niezależnej ukazał się zapomniany ponoć tekst Józefa Mackiewicza o Powstaniu Warszawskim, który ponoć jest wyjątkowy i niesamowity, ponieważ Józef Mackiewicz dokonuje tam analizy sytuacji politycznej przed Powstaniem i w czasie jego trwania. Moim zdaniem niczego takiego w tym tekście nie ma. Mackiewicz pisze o rzeczach ważnych, jak choćby o fikcyjności rozkazu dotyczącego budowania umocnień przed armią czerwoną. Mackiewicz broni decyzji o wybuchu Powstania, ale nie dokonuje żadnej analizy. Mackiewicz daje jedynie wyraz swojej antyradzieckiej obsesji, która już dawno została pozbawiona swojej funkcji, a podejmuje się ją i używa zwykle po to, by podnieść temperaturę politycznych emocji dziś, w naszych okolicznościach. Z obsesjami zaś sprawa ma się tak, że są one zwykle płytkie i nie odpowiadają na żadne ważne pytanie, wyrastają bowiem z emocji i nienawiści. Być może słabość tekstu Mackiewicza wypływa z tego, że posługuje się on jedynie własnymi spostrzeżeniami, a te z racji tego, że nie był on wtajemniczony w wiele spraw muszą robić wrażenie niekompletnych. Trudno mi ocenić. Mam jednak do tego materiału kilka uwag, które zamieszczam poniżej.
 
Józef Mackiewicz twierdzi, że Hitler był zaślepiony i zawzięty jeśli chodzi o Warszawę. Być może, ale ja mam jakieś tam doświadczenia z zawziętością i wiem, że nie ma takiego zawziętego, którego nie da się przekupić, albo przepędzić wielkim, złym psem. Mackiewicz uważa, że „na logikę” Niemcy mogli zostawić Warszawę w rękach Powstańców albowiem skomplikowałoby to sytuację międzynarodową i przyniosło im korzyść. Ja bardzo przepraszam, ale co znaczy w roku 1944 słowo „Niemcy”? Czy Niemcy to Hitler, czy może Himmler? Czy Niemcy to czynni tam agenci amerykańscy i sowieccy wpływający na politykę i decyzje generałów? Czy Niemcy to agenci Londynu czy może wreszcie Niemcy to SS? Wtłacza się w nas następującą wersję wydarzeń – Himmler wraz z Hitlerem postanowili zburzyć Warszawę i tego właśnie dokonali, bo jej nienawidzili. Mackiewicz pisze zaś, że odwrót jednostek niemieckich był w toku. No to niech mi ktoś teraz wyjaśni jak to jest – wojsko się wycofuje, to jest poważna logistyczna operacja, trudna do zatrzymania jak rozumiem. Decyzje zapadają na najwyższych szczeblach. W czasie tej ewakuacji wybucha Powstanie i co? Niemcy mówią – dobra wracamy? Wiemy skądinąd, że do Warszawy i pod Warszawę ściągano nowe jednostki. Jedne się wycofywały, a inne przybywały. Na przykład RONA. Czy czasem – proszę mojego tekstu nie traktować jak analizy, ale jak garść spostrzeżeń – nie było tak, że jedne jednostki się wycofywały, a inne przybywały? Przybywały te gorsze, bardziej brutalne, kojarzące się jednoznacznie z bandyterką.
 
Józef Mackiewicz nie wiedział prawdopodobnie nic o przybyciu do Warszawy Jana Nowaka Jeziorańskiego ani Rettingera. Nie miał pojęcia więc, że agent amerykański wprost poinformował dowództwo, że pomocy nie będzie, a agent brytyjski zjawił się tu nie wiadomo po co. Ponieważ – o czym wiemy na pewno – był również agentem sowieckim, a w Polsce o mało nie został otruty, a następnie wywieziono go na noszach, podstawionym gdzieś na łące samolotem, zapytać wypada, jakie były relacje pana Rettingera z Niemcami. Na to pytanie nie odpowie nam Mackiewicz. Warto by też podnieść kwestię obecności rosyjskich agentów w niemieckich szeregach, szczególnie tych pacyfikujących Warszawę i zastanowić się ilu tam było Klossów?
 
Warszawa została zniszczona, jej ludność wymordowana, a – o czym nigdy dość przypominania – odpowiedzialni za to ludzie uniknęli kary. Dirlewangera zamordowano, jakże słusznie, ale ktoś, dawno temu wysłał mi zdjęcie, na którym widać elegancko ubranego, zadowolonego z siebie Oskara, jak opowiada coś uśmiechniętym amerykańskim żołnierzom. Gdyby nie Polacy, którzy tam wtedy byli w tym obozie i wymierzyli mu karę, Oskar Dirlewanger przeżyłby jeszcze wiele lat pod czułą opieką aliantów. Tak jak przeżyli w spokoju te lata Reinefarth i von dem Bach-Zelewski.
 
Wszyscy pamiętamy, a poinformował nas o tym tenże sam Józef Mackiewicz, z jaką zaciekłością Stalin tępił Kozaków. Wiemy też z jaką łatwością Brytyjczycy wydawali ich w ręce Rosjan, choć nie byli oni obywatelami radzieckimi. Von dem Bach zaś zeznawał w Norymberdze jako świadek. I co? Nikt nie wpadł na to, żeby go zamknąć za zbrodnie dokonane w Warszawie? Oczywiście, że nie, a tłumaczone to jest uległością aliantów wobec Stalina. Przypominam, że alianci wybawili od wyroku śmierci Alberta Speera, który został skazany jedynie na 20 lat więzienia. Nie znam szczegółów procesu w Norymberdze, ale podejrzewam, że nie był on jedynym zbrodniarzem, którego ocalono w imię jakichś tam interesów. Pamiętajmy też, że przed rozpoczęciem procesu w Norymberdze do Polski wysłano rotmistrza Pileckiego. Po co, że spytam? Żeby ocalić Polskę przed czerwoną zarazą?
 
Zastanówmy się czy nie było na tym procesie nikogo, kto powiedziałby, że von dem Bach to zbrodniarz? A jeśli taki ktoś był, ale milczał, to może po prostu w naszym dobrze pojętym interesie byłoby uznanie tego procesu za sfingowany? Ja się tylko zastanawiam, bo Norymberga stała się symbolem wykorzystywanym w Polsce przez wielu ludzi w szczerych i nieszczerych intencjach. No kojarzy się jednoznacznie pozytywnie. Niesłusznie moim zdaniem i nie mają tu do rzeczy nic tak zwane wartości ogólnoludzkie. Nie mają, bo nasze wartości też należą do tej kategorii uniwersalnych, a zostały w tym procesie pominięte, podeptane i zlekceważone. Przypominam, że von dem Bach miał wyrok, ale nie za działalność w Polsce, a za zabicie jakiegoś esesmana w czasie nocy długich noży.
 
Przypominam, że Reinefarth pobierał najwyższą, generalską emeryturę w Niemczech powojennych i chodził w glorii bohatera, bo wbrew rozkazowi Hitlera poddał Kostrzyn nad Odrą. Jakoś nikt nie pyta – komu poddał i co się z nim działo w radzieckiej niewoli. Potem, do samej śmierci piastował urząd burmistrza w pewnym miasteczku na wyspie Sylt, przy duńskiej granicy.
 
Wróćmy więc jeszcze raz do początku – analizy, nawet te, którymi ekscytują się redaktorzy niezależnej, nie uwzględniają kilku ważnych okoliczności. Przede wszystkim sowieckiej agentury w niemieckich szeregach i współpracy agentów brytyjskich z tymiż sowietami. Wściekłość Hitlera zaś jest – jak widać w przypadku jego podwładnego Heinza Reinefartha – dość problematyczna.
 
Proces Norymberski zaś powinien być w polskiej historii opisywany jako wydarzenie sfingowane, oszukane i wymierzone w Polskę. Powinien być tak opisywany przez naukowców i literatów. Tymczasem zamiast trzeźwej oceny – trzeźwej, czyli dokonanej z naszego punktu widzenia – mamy jakieś psychologizujące bzdury jak sztuka pod tytułem „Moja Norymberga” czy jakoś podobnie. Czas z tym kończyć mili Państwo, bo wygląda na to, że cała ta powstańcza koniunktura, nakręcana przez ostatnie lata prowadzić nas może ku kolejnemu oszustwu. Powstanie Warszawskie było aranżacją wymierzoną wprost w Polskę, aranżacją zaplanowaną przy udziale wszystkich sił czynnych w II wojnie światowej. Proces norymberski zaś był nie tyle procesem przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim, co procesem przeciwko tym mniejszym narodom Europy. I tak go moim zdaniem należy rozumieć.


Jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia i chcesz by inni dowiedzieli się o tym, zapraszamy Cię do umieszczania swych tekstów na www.tygodniksolidarni.pl 
Sam decydujesz czy chcesz to robić cyklicznie lub okazyjnie.