whos.amung.us

wtorek, 22 lipca 2014

Rozważania o narodzie. Część I i II.

Autor: Integrator

Pozwólcie, że rozpocznę tu dziś pewien eksperyment. Spokojnie nic Wam nie grozi. Raczej nic nie wybuchnie, może poza waszą pomysłowością i zaangażowaniem, na które liczę. W czym rzecz, bo pewnie już niecierpliwie z nogi na nogę przestępujecie?

Chcę byście pomogli napisać mi pracę którą nazwałem roboczo „Rozważania o narodzie”. Po co? Bo my się z tego bagna jako naród nie wyczołgamy póki nie zrozumiemy co się z nami dzieje - rzecz lepiej ujmując - co się z nami wbrew nam i bez naszej wiedzy wyrabia? A do tego zrozumienia lepszej drogi nie znam jak wspólne rozmyślanie. Tak właśnie. Myśl była we wszystkim pierwsza. Później jest czas działania, by na końcu nic już nie przypominało początków.

Zadanie to niełatwe, mam tego pełną świadomość ale są dwa źródła nadziei które każą mi wierzyć, że da się to wspólnie zrobić. Pierwszą nadzieją natchnęła mnie lektura encykliki Evangelium Vitae. Spokojnie nie będę jej tu cytował. Pamiętam jeszcze jak sam plackiem leżałem na plaży i że takie materiały w tej pozycji nie przechodzą. Ale piszę o niej bo to jest pierwowzór tego co my tu wspólnie być może zrobimy. Jan Paweł II pisząc ją, poprosił kardynałów o materiały, o to by przesłali mu swoje opnie, uwagi, pomysły. Drugą nadzieję, że może coś z tego wspólnego pisania jednak wyjdzie, daliście mi wy sami, swoimi komentarzami. Niejeden z moich tekstów powstał po lekturze tego co pod moimi tekstami pisaliście. Można tam znaleźć istne perełki i na nie także w tym przypadku liczę. Będę tu wstawiał co jakiś czas kolejną część tych Rozważań, co jakiś czas by Was nie zanudzić. I będę na Was liczył, że zechcecie, że nie będzie Wam to obojętne.

Dziś pierwsze dwie części. Piszcie co uważacie, tak jak Wam serce i rozum czynić każe. Piszcie w komentarzach, na skrzynkę, byle by nie na Berdyczów. Podpowiadajcie, podsuwajcie, zachęcajcie, dodawajcie, korygujcie, sugerujcie. Słowem - "ajcie" i "ujcie" bez limitów!


 


O tożsamości narodowej


I


 


Jakże szczęśliwym jest nasze pokolenie. Jesteśmy jednym z nielicznych , któremu nie dane jest widzieć bomb spadających na nasze domy. Przyszło nam żyć w czasach  o których nasi pradziadowie mogli tylko marzyć i to marzyć po cichu. To o co oni walczyli, do czego torowali sobie drogę krwią i łzami, my dostaliśmy ot tak bez żadnego wysiłku.


Dzisiaj nie musimy przelewać krwi za Ojczyznę tak jak robili to nasi ojcowie, co nie znaczy, że możemy spokojnie wegetować. Obdarowani wolnością nie możemy zapominać, że każde pokolenie ma swoje zadania. To co otrzymaliśmy musimy utrzymać, rozwinąć, ubogacić i przekazać pomnożone naszym następcom w swoistym peletonie pokoleń. Im silniej będziemy to czuli, tym silniejsze będą nasze więzi, tym mocniej będziemy odczuwać wzajemną potrzebę współpracy. Tylko tak rozwiniemy to, co wyróżnia naród bierny od aktywnego, naród martwy od żywego a lepiej jeszcze - żywotnego. Tym wyróżnikiem jest tożsamość narodowa. Tylko dzięki niej możemy wspólnie osiągnąć to, czego nawet najsilniejsza jednostka sama uczynić nie zdoła.

Tożsamość to umiejętność zdefiniowania się. Tożsamość narodowa to umiejętność poprawnego wyboru i przypisania się do czynników charakterystycznych dla danego narodu tj. kultury, tradycji, języka. Tak o tym pisze Józef Maria Bocheński w książce „Patriotyzm, męstwo, prawość żołnierska”: „...jeśli więc zważymy, że aczkolwiek człowiek nie jest tylko duchem, to jednak jest przede wszystkim istotą duchową i w jego życiu etycznym główną rolę odgrywają czynniki duchowe – a więc kultura. Choć wiec nie będzie to zupełnie ścisłe, możemy powiedzieć, że przyznanie się do określonej ojczyzny jest przede wszystkim przyznaniem się do pewnej kultury narodowej.”[1] Świadomy wybór tego czynnika i wcześniej wymienionych jest równoważny zdeklarowaniu się i przypisaniu do danego narodu i jest możliwy tylko w przypadku jednostki o rozwiniętej tożsamości narodowej. Wypadkowa z  tożsamości poszczególnych jednostek to tożsamość narodu i jest tym wyższa im wyższą świadomość posiada jednostka, a zatem poziom jaki prezentuje nasz naród jest zależny od każdego z nas. Zależy nie tylko od sąsiada udzielającego się w samorządzie, czy sąsiadki chodzącej na spotkania lokatorskie w spółdzielni mieszkaniowej, a więc od ludzi aktywnych, ale zależy od każdego, dosłownie. Bez względu na to czy bierzemy czynny udział w życiu narodu czy nie, od nas zależy jego przyszłość. Jesteśmy bowiem niczym czterdziestomilionowy zaprzęg w wielkim wielowiekowym wyścigu narodów. Jeśli dokładamy wszystkich sił, a przy tym wspieramy innych by dali z siebie wszystko, nasz naród wysuwa się na prowadzenie. Jeśli zwalniamy, jeśli nie dokładamy nic od siebie to przeszkadzamy i stajemy się zbędnym balastem. Tym samym swoją bierną postawą przyczyniamy się do coraz gorszej pozycji naszego kraju na międzynarodowej arenie współzawodnictwa.

Poprzednim pokoleniom wiodło się różnie. Był czas kiedy to my tyczyliśmy szlaki, my byliśmy wzorem i przykładem. Były też czasy, kiedy wielka część zaprzęgu zapomniała o swej powinności i nie tylko przestała ciągnąć ten wspólny „zaprzęg”, ale poczęła biec w innym kierunku ściągając nas na bezdroża historii. Wyeliminowana z biegu narodów musiała czekać ponad wiek, by ponownie móc zająć należne jej miejsce wśród narodów świata. Dzisiaj coraz częściej zwalniamy. W chaosie potrzeb wielu z nas ciągnie we własnym kierunku zapominając, że w przepaść ciągnie całą resztę. Wolni lecz powiązani z narodem zapominają, że ich dobro nie zawsze tożsame jest z dobrem kraju. Zostając w tyle krztusimy się tumanami kurzu mijających nas narodów, które nigdy dotąd nawet nie marzyły by biec przed Polską. Dzisiaj to już fakt. Małe narody o wysokiej tożsamości narodowej wyprzedziły nas i stale powiększają dystans. 

I chociaż to co piszę może na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwnym, szczególnie w obliczu faktu, że od ćwierćwiecza mamy wolne państwo, to przed nami wielkie zadanie. Tym trudniejsze, że w przeciwnie niż my nasi poprzednicy wiedzieli gdzie czai się zagrożenie, wiedzieli kto jest wrogiem a dzięki temu wiedzieli gdzie uderzyć by zwyciężyć. Tak było w czasie wojen, za rozbiorów czy chociażby tak niedawno za czasów komuny. My dziś stoimy przed wyzwaniem o wiele większym chociaż do końca sami tego jeszcze nie rozumiemy. Oto bowiem musimy stawić czoła wrogowi, którego nie widać. Nie chodzi w obcych mundurach po ulicach, nie narzuca nam jawnie swojego języka czy obyczajów. Nie jest też jak nieudolnie zaszczepiany nam socjalizm w którym jasno określono strony: źli to ci na górze, dobrzy to my, a my zawsze razem, wspólnie, solidarnie, po cichu przeciwko nim. Dzisiaj nie wiadomo, gdzie jest wróg, gdzie są ci „oni”. Nie wiadomo gdzie uderzać, nie wiadomo nawet skąd, kiedy i jak często on sam uderza. Niczym wirus niezauważalnie, powoli obezwładnia nas bez większych objawów tak iż dopiero gdy będzie za późno, pokaże prawdziwe oblicze.

Bardzo więc ważne zadaniem na teraz jest uświadomienie sobie w jakim miejscu historii i międzynarodowych gier stoimy, czego my tak naprawdę chcemy, dokąd idziemy? Bo póki co pewnym jest tylko to, że wracamy z wygnania do krainy niepodległych narodów. I że robimy to z błogą nieświadomością zgubnych procesów i zasad tam obowiązujących. Pierwszym krokiem zatem musi być zrozumienie, że coś nam jako narodowi grozi i że realnym jest najstraszniejsza rzecz jaka może się nam przydarzyć tj. wynarodowienie. Zanim się zorientujemy może być za późno. Tożsamość narodowa, poczucie polskości i umiłowanie wszystkiego co się z nią wiąże staje się dzisiaj naszym podstawowym obowiązkiem. Tylko naród świadomy może kierować swoimi losami, może stawiać opór. Naród nieświadomy, a takim powoli się stajemy, staje się narodem sterowanym. Jest narzędziem i oddaje swoją tożsamość na rzeź. Musimy zatem stać się wspólnotą na tyle świadomą swej wspólnoty historycznej, kulturowej i tradycji, że jeśli przyjdzie czas gotowi będziemy wspólnie o nie walczyć tj. trwać na straży szeroko rozumianej niepodległości tworzonego ustroju państwowego. Takie są zadania na początku drogi. Na jej końcu, celem ostatecznym, który na dzisiaj jest tylko marzeniem, jest Ojczyzna o której będziemy mogli powiedzieć: Jedna, Wielka, Niepodległa, Bogu wierna.

  

II



Nasza droga ku tożsamości narodowej nie był ani krótka ani łatwa. Od samego początku, a dokładnie od czasów chrztu, spoczął na nas obowiązek odwiecznego trzymania warty u wrót do cywilizacji chrześcijaństwa. Tak o tym pisze w swoim potężnym dziele o Historii Polski angielski historyk Norman Davies: „Dla każdego okresu na przestrzeni dziejów od r. 1000 do 1939 można przytoczyć wypowiedzi będące dowodem przeświadczenia, że Polska była, jest i zawsze pozostanie najdalej wysuniętą placówką zachodniej cywilizacji. W wiekach najwcześniejszych widziano w niej obrońcę okopów oddzielających od pruskich i litewskich pogan, w okresie nowożytnym – zaporę broniącą dostępu islamowi i moskiewskim schizmatykom, w w. XX – straż szańców wzniesionych na linii frontu walczącego komunizmu. We wszystkich okresach dziejów przeznaczone Polsce „miejsce w Europie” – podobnie jak miejsce sąsiednich Węgier – było zupełnie jasno określone: antemurale, przedchmurze”[2] Podobnie ujmuje to T. Siemiradzki w „Porozbiorowych dziejach Polski”: „Przebiegłszy myślą całość dziejów Polski, przychodzimy do tego przekonania, że posłannictwem jej była i jest ustawiczna walka z ciemnemi i ujemnemi siłami, które zagrażały w danej chwili i dziś jeszcze grożą postępowi i rozwojowi cywilizacyi w Europie.[3]

Rola obrońcy i wartownika, z drugiej zaś strony sąsiedztwo wiecznie głodnej naszych terenów Germanii, skazywało Polskę już od jej wczesnych początków na ciągłe ataki. Polski naród i jego tożsamość kreowała się w prawie nieustannej walce o byt, o przetrwanie. Tą polską drogę krzyżową kończącą się licznymi Golgotami, znajdujemy pokrótce opisaną we wstępie do wyżej już cytowanej pracy T. Siemiradzkiego.[4] Jak piszę sam autor, młoda Polska już od samego początku, aż do XV stulecia walczy z ciemną, brutalną masą świata germańskiego skupiając tym samym na sobie prawie wszystkie jej siły, co pozwala rozwinąć się cywilizacji łacińskiej na południu i zachodzie Europy. Dopiero klęska pod Psim Polem, Płowcami i Grunwaldem osłabiła Germanów dając nam czas na odetchnięcie i rozwinięcie się. Nie minęła jednak kilka wieków a Polska ponownie stanęła przed nowym zagrożeniem, wielką falą turecko-tatarską płynącą od wschodu ku sercu Europy. Uporawszy się po prawie dwóch wiekach z tą barbarzyńską plagą, złamawszy jej potęgę pod Wiedniem, Rzeczypospolitej nie dane było zasłużenie odpocząć. Na wschodzie pojawił się nowy wróg, który już na długo miał stać się jej najgorszym snem – Moskwa. Ta nie mogąc po wielorakich próbach zniszczyć naszego Kraju potroiła siły zapraszając do jego rozbioru Prusy i Austrię. Zahartowany w bojach lecz już znacznie osłabiony w ciągłych atakach i dręczony wewnętrznymi chorobami Naród Polski, takiej sile oporu stawić już nie potrafił. Rzeczpospolita znikła z mapy. Zniknęło państwo, ale nie Naród, który dalej mimo niewoli kontynuował uprawę swej kultury, sztuki, tradycji, języka. Mimo tak ciężkiej sytuacji Polacy potrafili zjednoczyć się i zapomniawszy o swych dobrach i osobistych prawach uchwalili konstytucję, która swa dalekosiężnością i nowatorstwem zwróciła na nas oczy całego świata. Jednocześnie co jakiś czas, tu na naszych ziemiach przypominano poprzez powstania i walkę poza granicami kraju, że Naród Polski żyje i nie godzi się żyć w niewoli, że jest Narodem samodzielnym, że jest prawowitym właścicielem Nadwiślańskich Ziem. Toteż dążąc do upragnionej niepodległości, kolejne pokolenia przekazywały sobie prawo walki stając na miejsce poprzednich. I tak jak ojciec zwalniał z posterunku dziada, tak teraz syn stawał na miejscu swego ojca. I poza bezkrwawą walką o zachowanie tożsamość jaka toczyła się na polu kultury i ekonomi ta właśnie zmiana warty pokoleń była najwspanialszym znakiem silnego poczucia tożsamości Polaków. Bardzo ładnie ujmuje to T. Siemiradzki: „Ta ciągła walka z potrójnym wrogiem, walka ciężka i krwawa, testamentem spadająca z ojca na syna, jest jednym z najwspanialszych zjawisk w historii nowożytnej. Ciągłość tej walki, jej regularne odnawianie się co pokolenie wzbudza podziw i szacunek w obojętnym widzu, a strach i niepokój we wrogu.[5] Ten upór, ta wola walki i nieustannie przekazywana miłość do nieistniejącej Ojczyzny w końcu zaowocowała – powstała nowa, odrodzona, II Rzeczypospolita. Ale ta radość trwała krótko. Po ponad stuletnim wysiłku pokoleń tylko przez „chwilę” dane nam było się nią cieszyć. Czerwona Rosja podawszy rękę Brunatnemu Rzeźnikowi sięgnęła po to co nie jej. Tak oto rozpoczęła się II Wojna Światowa. Kolejny rozbiór, kolejna tragedia, kolejne pokolenia chwyciły za broń. Bo my tu mamy takie prawo, że Polska jest wolna albo walczy! I nie ma się co dziwić: „Jak każdy żywy organizm potrzebuje swobody do prawidłowego rozwijania się, tak naród żywy potrzebuje niepodległości, aby żyć i rozwijać się normalnie i prawidłowo. [...] Naród czuje, że bez tej wolności musi zginąć wcześniej czy później i, dopóki żyje, broni się od śmierci. Żadne usiłowania pojedynczych ludzi nie potrafią poruszyć narodu umarłego, ale też żadne przeszkody nie powstrzymają żywego od walki o życie.[6]

Dzisiaj po roku ‘89 mamy wolność. Lecz cóż z niej? Ta, której tak pragnęli nasi pradziadowie, którą sobie wymarzyli ci którzy nigdy jej nie widzieli, dzisiaj się marnuje. Jako jedno z niewielu jesteśmy pokoleniem, które nie musi przelewać krwi; i cóż na Boga my z tym robimy?





[1] Bocheński Józef Maria „Patriotyzm, męstwo, prawość żołnierska”, Wydawnictwo Antyk, Warszawa 1989,
 s. 11
[2] Davies Norman „Boże Igrzysko“ Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1999, s.163
[3] Siemiradzki Tomasz „Porozbiorowe Dzieje Polski”, Cieszyn 1910, s.8
[4] j.w, s. 8
[5] j.w, s.5
[6] Siemiradzki Tomasz „Porozbiorowe Dzieje Polski”, Cieszyn 1910, s.7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz