whos.amung.us

poniedziałek, 28 lipca 2014

O bolesnej lekcji Prymusa. Dla wszystkich.

Autor: Integrator

Każdy dzień niesie z sobą jakieś nowe doświadczenia. Mając swoje lata człowiek zakłada, że widział już wiele, że nic go nie zaskoczy i co by tam los nie przyniósł jakoś sobie poradzi. Tym czasem guzik. Co i rusz dzieją się sprawy wobec których jesteśmy tak bezradni, że pozostaje jeno stać z rozdziawioną gębą i patrzeć jak się ten młynek wkoło nas sam kręci. A już szczególnie szczęka bruku sięga gdy inicjatorem tychże spraw jest własny pies.
 
Parę miesięcy temu w tekście „O tym jak to musiało być pięknie w dawnej Polsce” opisywałem moją przygodę na Podkarpaciu, pamiątką po której poza całą masą miłych chwil i niezapomnianych wspomnień jest pies, którego stamtąd przywiozłem. Gospodyni która podzieliła się ze mną tym szczęściem miała do oddania dwa szczeniaki, z czego jeden wabił się oryginalnie acz zasadnie - Putin. I choć była pokusa by wziąć właśnie tego, choćby dla samej możności wołania „Putin do nogi”, to ostatecznie wziąłem tego drugiego. Niech się z Putinem kto inny użera.
 
Mojego psa nazwałem Prymus. Nie dało się inaczej jako że egzamin z pierwszej podróż autem, w dodatku tuż po rozłączeniu ze „stadem”, zdał celująco. Gospodarstwo z którego go zabrałem leżało na uboczu małej wioski, choć przy ulicy to bez przydrożnych lamp, więc zwierzęta żyły tam zgodnie z rytmem dnia. Już to wystarczy by zrozumieć co czuł szczeniak nieprzywykły do rozświetlonych nocą witryn sklepowych, do oślepiających świateł mijanych aut a nade wszystko do bezwładności jakiej ulega ciało w pędzącym samochodzie. Nie obyło się przez to bez „technicznych” postojów, niemniej bez większych przeszkód udało się w końcu dotrzeć do nowego domu, do nowego „stada”.
 
Tak więc mamy Prymusa a wraz z nim całą masę radości ale i obowiązków. Wierzcie mi, pies potrafi zmienić życie w sposób diametralny co dotarło do nas już przy okazji pierwszej planowanej z jego udziałem podróży. Nie mamy komu zostawić tej naszej pociechy, więc chciał nie chciał musimy zabierać go ze sobą co jest naprawdę dużym wyzwaniem. Jak idzie o samą podróż to większego problemu nie ma. Wystarczy położyć na tylne siedzenie koc i od czasu do czasu zatrzymać się by pies mógł oznaczyć jakieś drzewo, umoczyć język w wodzie, chwilę pobiegać i znów można jechać. Droga pod górkę ma swój początek z chwilą gdy zaczynamy szukać noclegu, bo chętnych do przyjęcia turystów z takim bagażem jest naprawdę niewielu. Wystarczy tylko wspomnieć o czworonogu a od razu zaczynają się wymówki i już wiadomo, że trzeba szukać dalej. Proszę więc sobie wyobrazić nasze zdziwienie gdy podczas ostatniego wyjazdu, gdy byliśmy w absolutnej kropce jak idzie o te noclegi, nieoczekiwanie Prymus załatwił nam kwaterę.
 
Otóż w ramach urlopu pojechaliśmy śladem połowy Polski nad morze. To był wyjazd nieplanowany, ale że ja miałem wyjazd służbowy w te okolice to padła myśl, że żona dojedzie do mnie autobusem i zostaniemy opalić trochę blade ciała na plażach Sopotu. Znalezienie noclegu w tym mieście w tak gorącym okresie graniczy z cudem, toteż…  z wiarą w tenże cud trzymaliśmy się uparcie wcześniej ustalonego planu. Ja pojechałem pierwszy, potem dołączyła do mnie żona no i jak dziesiątki podobnych nam osób, próbowaliśmy jakoś odnaleźć się w zastanych realiach. Dla takich przypadków tradycja każe stosować dwie szkoły. Jedni szukają wolnych miejsc zaraz po przyjeździe, inni walą prosto z samochodu między fale by zregenerowawszy uszczuplone podróżą siły, przystąpić do szukania dla siebie na noc jakieś norki.  Przepraszam kwatery.
 
Wybraliśmy wariant drugi więc po paru godzinach szwędania się po kurorcie zaczęliśmy dopiero dzwonić tam gdzie wskazała sieciowa wyszukiwarka. Każdy kto choć raz szukał noclegów takim sposobem wie, że tam jest taki bałagan, że jakiekolwiek znalezione informacje o cenach czy aktualnym stanie wolnych pokoi można sobie zwyczajnie wsadzić w, niech będzie grzecznie, że pominąć. Zostaje samemu próbować ogarnąć ten bajzel i dzwonić numer po numerze z ledwie żywą nadzieją, że coś się znajdzie by i tak w końcu pogodzić się z oczywistym faktem, że czaka nas nocleg w aucie lub powrót do miejsca z którego przyjechaliśmy. I tylko Prymus zdawał się niczym nie przejmować. Leżał wygięty na grzbiecie z wywalonym jęzorem, rad z każdej perspektywy, nawet gdyby to oznaczało nocowanie w lesie. Dla niego w to mi graj. Oby tylko w pełnym stadzie. No i wtedy przyszło olśnienie, taka zbawcza myśl, że plaża to przecież nie tylko Sopot. I jeśli pół Polski leży właśnie tam, a drugie pół łazi po górach, to siłą rzeczy reszta plaż rozsianych w okolicy musi być pusta. I tam też wzorem wcześniejszych wypraw udaliśmy się wtepędy.
 
By dojechać do Wyspy Sobieszewskiej należy w odpowiednio oznaczonym miejscu skręcić, jeszcze zanim wjedziemy do Gdańska. Już to jest zaletą tego miejsca, bo dzięki temu nie musimy pakować się do zakorkowanego Trójmiasta. Po przebyciu paru kilometrów wijącego się pośród łąk asfaltu i przeprawie przez pływający most nad Martwą Wisłą jesteśmy na miejscu.
 
Sobieszewo ma wszystko co turyście potrzebne do życia. Są knajpy, ale i eleganckie przyhotelowe restauracje. Są smażalnie ryb, markety, kościół, uliczne stragany i cała masa kwater noclegowych. Rzecz jasna jest i plaża, z ratownikami, pomocą medyczną, przebieralnią, ubikacją i niezliczoną ilością drobniutkiego piasku. Ani śladu kamieni. Jeśli już czegoś brak to ludzi i choć napływa ich trochę w okolicach weekendu, to potem znów jest pięknie. A gdyby komuś i to przeszkadzało, może się na to wszystko zwyczajnie wypiąć i uciec, jak myśmy to zrobili, na te dwa oblegane dni na pobliską dziką plażę. Dziką w sensie, że z wejściem dozwolonym acz bez wyżej wspomnianych udogodnień.
 
Gdy dotarliśmy na miejsce godzina była już wieczorna, więc od razu pojechaliśmy na ul. Falową do ośrodka Fala, a jakże, z którego gościnności już raz przed laty korzystaliśmy. W recepcji siedziała pani, która jak się później okazało była właścicielką tej położonej wśród brzóz bazy noclegowej, a która usłyszawszy, że mamy pieska niby łamiąc się wewnętrznie od razu znalazł dla nas pokój. Z zastrzeżeniem, że co prawda na jedną noc, no ale jednak. Prymus bardzo szybko zaprzyjaźnia się z każdym kto nie gryzie, więc zaledwie po paru machnięciach ogonem zawarł bliższą znajomość z panią dyrektor, przez co znalazł się dla nas wolny pokój na kolejny dzień, a potem jeszcze na kolejny. Tym to sposobem ta nasza kula u nogi stała się nam w jednej chwili przepustką i gwarantem beztroskiego byczenia się na plaży. Było co prawda z tym trochę zachodu, bo każdego dnia mieliśmy inny pokój a przez to wymuszoną przeprowadzkę, ale „w tych okolicznościach przyrody i tego, i niepowtarzalnych” to był niewiele nieznaczący szczegół. I jeśli jeszcze mogę parę słów tytułem dobrych rad to omijajcie Bar pod Brzozami, który czyha sobie podstępnie na wygłodniałych wczasowiczów niedaleko bramy tego ośrodka. To co się tam podaje, niewiele ma z jedzeniem wspólnego, za to ceny? Mariot panie, normalnie Mariot.
 
No i proszę, ja tu miałem o psie, a leci wciąż o moim urlopie. Doprawdy nie wiem, dlaczego Wy nawet słowem nie piśniecie żeby mnie na właściwe tory nawrócić? A rzecz jest przecież ważna, posłuchajcie. Pies jest także stworzeniem bożym i jako takiemu jakieś uczucie a i zwykły szacunek jednak się należy. Jak ktoś tego nie rozumie, to niech sobie coś takiego przygarnie, a póki co słucha i się nie wymądrza. Otóż, ten pies w zaledwie parę miesięcy naprawdę wiele mnie nauczył. O sobie samym w szczególności, ale wiele mi dał lekcji o nas, ludziach. Dajmy na to ten nocleg. Jeśli to przypadkiem czyta Pani Dyrektor to ja całuję rączki bo bynajmniej złego słowa powiedzieć o niej nie mogę. Ale gdyby tak kto bez psa przyjechał szukać noclegu? Albo ilekroć idę z tym psem na spacer stale znajdzie się ktoś kto widząc tego mojego Prymusa rozpływa się z rozkoszy nad jego urodą, a nierzadko tuli się do niego jak do dziecka. A gdybym tak szedł bez psa, niech już będzie bez tego tulenia, uśmiechnąłby się kto do mnie przyjaźnie? Jak łatwo przychodzi nam być człowiekiem dla zwierząt, a jak trudno dla innych ludzi.
 
Może mi ktoś zarzucić, że jestem monotematyczny no ale mnie naprawdę mocno ściska by Wam tu na koniec jeszcze jedno zdarzenie opowiedzieć. Otóż dwa dni temu Prymus wpadł pod samochód. Masakra. Puściłem go na chwilę ze smyczy by sobie przy siatce z dwoma pudlami pobiegał, a ten nie wiedzieć czemu zrobił nagły zwrot i na moich oczach sru, pod samochód. Nie pamiętam by to biedne psisko darło się kiedy tak głośno. Wykręcony bólem, stanął dęba na dwóch nogach po czym upadł na grzbiet i tak leżał na jezdni z pyskiem pełnym krwi, ze zgiętą łapą gryząc mnie na oślep po rękach gdy chciałem go podnieść. Tym co dotąd nie pomdleli śpieszę wyjaśnić, że Prymus i ten egzamin zdał nad wyraz celująco. Gdy go położyłem pod płotem, przestał wyć, łapę wciąż trzymał w powietrzu ale patrzył na mniej już przytomnie, a parę chwili później, choć trochę kulejąc znów biegał z pudlami wzdłuż siatki. Zostawmy go tam skoro tak się dobrze bawi i zobaczmy co się przez parę chwil wkoło nas działo.
 
Najpierw stanął ruch drogowy. I to na obu pasach bo kierowcy samochodów stojących najbliżej leżącego na ulicy psa zwyczajnie zdębieli i nie wiedzieli czy jechać czy śpieszyć na ratunek. Parę metrów od nas kilku panów grzebało się w dole wykopanym na chodniku, by widząc co się stało przerwali pracę, wyskoczyli na ulicę i energicznie zaczęli wskazywać gabinet weterynarza znajdujący się akurat w budynku naprzeciw. Jakiś przechodzeń podbiegł do mnie i powiedział, że tu niedaleko jest schronisko dla psów i jeśli to jest bezpański pies to on go tam weźmie, żeby mu pomogli. Pojawił się oczywiście i kierowca feralnego samochodu który przejął się Prymusem do tego stopnia, że dopiero gdy zobaczył go flirtującego na powrót z pudlami, poczuł się zobowiązany  wspomnieć o naderwanym zderzaku. A wszystko przy wtórze niemniej głośnego zawodzenia dziewczynki która akurat przechodziła obok nas ze swoją mamusią. 
 
Prymus ma się dobrze. Leży właśnie pod stołem i z przejęciem liże mi stopy. Jakoś tego nie lubię ale mu pozwalam. Niech ma. Jest po przejściach nie będę go dodatkowo stresował. Ale tym bardziej też nie opowiem mu tego co mi od chwili jego wypadku chodzi po głowie. A dręczy mnie taka sentencja, że coś tu jest nie tak, gdy tak wiele osób przejmuje się wyciem zranionego w nóżkę psa, a tylko nieliczni „krzykiem” nienarodzonych. I że tak wielu z nas udaje, że nie wie, że im się wyrywa nóżki szczypcami - na żywca.
 
- Nie, nie, spokojnie! Nie pieskom.
- Aaa, to ok. Uf, aleś mnie pan wystraszył. Dobrze, że nie pieskom. Bo jakimż to trzeba być bydlakiem by dręczyć zwierzęta?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz