whos.amung.us

czwartek, 31 lipca 2014

Karl von Linne ojcem państwowości polskiej.

Autor: Coryllus
 
Miałem dziś pisać o czymś innym, bo problem profanacji godła, jaki się dokonał dwa dni temu w TVN, wydaje się dziś trochę mniej aktualny. Zdecydowałem się jednak go poruszyć, bo prosił mnie o to nasz kolega cbrengland. Oto jakiś bałwan zrobił telewizyjny materiał o tym, że znajdujący się w godle Polski orzeł to bielik, a ten nie jest przecież żadnym orłem, ale orłanem. Orłany zaś to nędzni padlinożercy i w ogóle stworzenia nie warte tego by im oddawać cześć. Materiał kończy się pointą, która brzmi – jakie państwo takie godło, czy jakoś podobnie.
 
Zacznę od kwestii prostszej i łatwiejszej do zrozumienia dla takiego choćby Kamila Durczoka, który uśmiechał się kiedy emitowano ten idiotyczny materiał. Dla niektórych może to być nie do uwierzenia, ale w godle Polski i Niemiec jest ten sam ptak. Różnica jedynie w postrzeganiu go przez obydwie nacje. Oto Niemcy widzą grupodupego, ponurego stwora z rozcapierzonymi szponami, a my eleganckiego białego ptaka w złotej koronie. A to jest ten sam bielik, który w dodatku jest orłanem, a nie orłem. W Niemczech stworzenie to nie nazywa się tak jak u nas, ale mówi się nań orzeł morski. Jest nawet taki obraz – obrońcy granic – pochodzący z czasów Hitlera, na którym widać dwa krążące nad skałami Rugii orły morskie. One nie jedzą na tym obrazie padliny, tak jak też nie jedzą jej w rzeczywistości, no może czasami. Orły morskie polują na ryby. W pobliżu Grodziska Mazowieckiego mieszkają dwa takie ptaki i nawet przestały się już bać ludzi, wyglądają naprawdę poważnie i majestatycznie. Parę lat temu, przez kraj przetoczyła się dyskusja o pewnym szczególnym rodzaju zachowań, oto w miejscach gdzie z powodu nadmiaru łatwego pożywienia, pozostawionego przez ludzi byle gdzie, namnożyło się tych bielików, rolnicy w obawie o swój pierzasty inwentarz, zastawiali na nie pułapki i…..nigdy nie zgadniecie co robili tym ptakom. Bo to jest dokładne przełożenie na praktykę tego sposobu myślenia, który został zaprezentowany przez świrów z TVN, z tym bałwanem Durczokiem na czele. Otóż obcinali im nogi i puszczali wolno. Ptaki musiały latać aż do śmierci z wyczerpania. Pamiętam moment kiedy chory na białaczkę Durczok łysy jak kolano prowadził te swoje programy i na jakie diapazony współodczuwania podnosiła się wtedy myśl niektórych osób. Pamiętam jak Alicja Resich Modlińska powiedziała publicznie, że ona nie może na niego patrzeć. Na niego i na tego drugiego, który też akurat zachorował. Modlińska została wtedy przez opinię publiczną zniszczona, a ja się dziś zastanawiam czy słusznie, bo ciężkie doświadczenia oraz okazywane mu współczucie niczego Durczoka nie nauczyły. Podobnie jak nie nauczył ten jego przypadek niczego kolegów z redakcji TVN. Ktoś powie, że to nie są adekwatne sprawy, tam indywidualne cierpienie, a tu szyderstwo z jakiegoś nieważnego w zasadzie symbolu. Skoro nieważnego, to może teraz Durczok puści materiał o orłach morskich i o godle Niemiec? W zasadzie dlaczego nie. Na wsi, skąd pochodzę funkcjonuje bardzo prawdziwe i zawsze skuteczne powiedzenie – nie lituj się nad chamem. On i tak nie zrozumie o co ci chodzi. I tu właśnie, w przypadku Kamila Durczoka i jego kolegów widać to bardzo jaskrawo. Nie litujmy się więc kolejny raz nad chamami i jak im się zdarzy jakaś przykrość, a my akurat nie mamy ochoty kopać ich po tyłku, to chociaż nie przeszkadzajmy tym, którzy to czynią. Tylko w taki sposób bowiem możliwa jest edukacja chama, inaczej on niczego nie zrozumie i będzie myślał, że przyszliśmy mu coś podarować. Solidny kopniak niżej krzyża przywodzi go do przytomności i stawia do pionu. Nie można szydzić z godła i nie czyni tego nikt przytomny. Poza oczywiście prowokatorami malującymi gwiazdy Dawida na szubienicach, w różnych starych domach na obrzeżach miast.
 
Co ma do tego Karl von Linne? Uwaga, Kamil Durczok może przestać czytać, bo to nie dla niego. Niech się lepiej zajmie pielęgnowaniem swoich śląskich frustracji. Karl von Linne, szwedzki przyrodnik zwany Linneuszem, jest ojcem systematyki przyrodniczej, do której my się tak przyzwyczailiśmy, że nie wyobrażamy sobie bez niej świata. Każdy mimowolnie, często błędnie, ale zawsze we właściwym kontekście używa takich pojęć jak gatunek, rodzaj, rząd….To są określenia, które Karl von Linne, a po nim inni zastosowali do opisu świata ożywionego, jaki nas otacza. Linneusz wymyślił te wszystkie nazwy i wtłoczył w nie stworzenia boże, które przedtem chodziły sobie samopas podobnie jak ludzie i nikt nie miał jeszcze pojęcia kto jest orłem, kto orłanem, a kto Kamilem Durczokiem. Nie istniało wtedy nawet określenie głupi hanys, wyobraźcie sobie, ale świat istniał, albowiem stworzył go Pan Bóg. Nikt nie miał do zwierząt pretensji, że żywią się w taki, a nie inny sposób i podobno, choć w to akurat nie wierzę i uważam, za wymysł oświecenia, ludzie nie rozumieli, że życie owadów przebiega poprzez różne stadia. Nie kojarzyli gąsienicy z motylem po prostu. To nie może być prawda, zważywszy na skomplikowane systemy jakie umysł ludzki tworzył przed wymyśleniem systematyki. Myślę, że ludzie po prostu nie interesowali się tym za mocno i nie uważali, by kwestie rozwoju osobowego bielinka kapustnika były aż tak ciekawe, jak to się zdawało badaczom osiemnastowiecznym. Co innego było na tapecie. Zbawienie duszy i takie tam…Dopiero później rozgrzały spory o to czy bielik jest orłem czy orłanem i co zjada. Wcześniej ludzie po prostu zachwycali się majestatem tych ptaków i ich pięknem. Tylko czy to są kwestie, które może pojąć taki Durczok? Nawet po tej swojej chorobie, nawet po tym, jak wylał się na niego ten autentyczny i szczery strumień współczucia? Nie, bo on i ten drugi przeżywają dopiero swoje stadium poczwarki, ja to wiem na pewno albowiem miałem z biologii w szkole średniej same dobre oceny.
 
Na dziś to tyle, mam trochę zajęć na kwadracie.

Ci powstańcy z Warszawy to się wcale dobrze bawili.

Autor: Integrator

Ostatnio stale brakuje mi czasu. Być może to przez te upały wszystko mi tak wolno idzie, ale fakt jest faktem, że choć pod koniec dnia padam potwornie zmęczony to zadań do wykonania jakoś nie ubywa. Co gorsza nie mam przez to czasu by pisać tak często jakbym chciał. Z resztą nie wiem o czym miałbym pisać skoro nawet nie wiem co się dzieje w kraju czy na świecie. Mam teraz tylko tą listę, te zadania do wykonania i jak koń z klapkami na oczach człapię prosto i wytrwale do wyznaczonego celu.
 
Mózg tak łatwo wyłączyć się nie da, więc choć mimochodem i dopiero przymuszony nadmiarem obowiązków to jednak zauważyłem, że moje oglądanie wieczornych Wiadomości było rodzajem uzależnienia.  Gdy przychodziła odpowiednia pora cokolwiek  bym akurat nie robił, odkładałem to na bok by śpiesznie włączyć telewizor i nałykać się tej papki jaką z wielkim zaangażowaniem przygotowuje, podlizujący się Tuskowi, redaktor Kraśko. Nie ważne, że kilka razy w ciągu dnia słyszę serwisy informacyjne w radio, albo czytam to i owo w sieci. Przychodziła godzina 19.30 a ja dzień w dzień siedziałem gdzie trzeba zwarty i gotowy.
 
Ale jak to bywa w walce z nałogami, przychodzą chwile większej słabości kiedy człowiek usprawiedliwiając się w duchu, że i tak długo wytrwał, zapala w końcu tego jednego papierosa, wychyla jednego małego, czy jak ja włącza to pudło i ogląda. Oczywiście z gorącym postanowieniem, że to tylko ten jeden raz i naprawdę ostatni. Na szczęście nie obejrzałem wszystkiego, zmęczenie wzięło górę, ale to co miałem zobaczyć, niestety zobaczyłem.
 
To co tu za chwilę napiszę może się niektórym nie spodobać, szczególnie po tak uroczo-tkliwym materiale we wczorajszych Wiadomościach ale jakoś nigdy nie przejmowałem się tym co ludzie gadają, więc proszę oto klu dzisiejszego tekstu.
 
Było tam o wizycie naszego prezydenta w Niemczech, który pojechał wziąć udział w otwarciu wystawy której instalację, co mocno podkreślano, umieszczono w budynku w którym wydano rozkaz zniszczenia powstańczej Warszawy. W materiale pokazano jak Komorowski mówi o tym z jakieś ambony, potem jak chodzi po wystawie i dobrze się bawi w towarzystwie niemieckiego prezydenta a na koniec jak opowiada coś o pojednaniu we właściwym dla siebie, dziadziusiowym stylu. Ja takie rzeczy oglądam całkiem spokojnie, bo moje zdanie o tym panu mam już wyrobione i akurat wiem, że jeśli on się do czegoś w ogóle nadaje to właśnie do takiego łażenia po wystawach, czytania napisanych mu przez kogoś rocznicowych odezw do narodu, względnie do pozowania do zdjęć z tymi wszystkimi przywódcami których my znamy z mediów a którzy naszego prezydenta kojarzą tyle o ile ktoś im powie kto zaś i skąd dojechał. I pewnie bym tak sobie tą propagandę łykał bez mrugnięcia okiem gdyby nie fakt, że pokazano w tym materiale także niektóre zdjęcia jakie znalazły się na tej wystawie.
 
Chcę Wam powiedzieć, że ja to Powstanie odkąd o nim usłyszałem uznaję za zasadne i wyjątkowe w takim stopniu, że jeśli jakimś cudem coś przeniosłoby mnie w czasie i wylądowałbym na tamtych barykadach, to nie darłbym się na nich żeby wracali do domów bo to nie ma sensu, i nie przeprawiałbym się ile sił w rękach na drugi brzeg Wisły by paść do kolan Ruskim i prosić o przyjęcie do „polskiego” wojska, tylko poprosiłbym tych powstańców o biało-czerwoną opaskę i stanął z nimi na tym kawałku wolnej Polski, gotów zginąć za to za co oni ginęli. Zrobiłbym to też już choćby dlatego, poza wzniosłymi argumentami których zwolennicy tego Powstania używają by przekonać przeciwników, a może przede wszystkim dlatego, że tam właśnie w te dni odżyła pradawna zasad wszystkich poprzednich pokoleń, że Polak jest wolny albo walczy. I dlatego gdy przeglądam zdjęcia z tych sierpniowych dni, pierwsze co mi się rzuca w oczy to całkowity spokój jaki bije z twarzy tych powstańców. Zachęcam Was byście zwrócili na to uwagę, bo to jest klucz do zrozumienia tego Powstania. Po sześciu latach schodzenia z drogi każdemu niemieckiemu żołnierzowi, po tylu latach życia w strachu i niepewności o jutro, ci ludzie mogli w reszcie wstać i choć przez te parędziesiąt dni znów żyć jak ludziom przystało - godnie. Dlatego podczas tych krótkich przerw gdy nie latały im kule nad głowami, zwyczajne bawili się, śpiewali, robili te zdjęcia, żartowali. To był ich czas wolności, i jeśli ktoś nie umie tego zrozumieć to niech chociaż w te rocznicowe chwile odda cześć ich odwadze i poświęceniu bo te są raczej bezdyskusyjne.  
 
Ale wróćmy do sedna. Wszystko byłoby jak mówię w porządku a ja napakowany kraśkową papką poszedłbym spać ogłupiały i syty, gdyby nie ten mały szczegół, że ktoś wymyślił aby te „radosne” zdjęcia umieścić akurat na wystawie dla Niemców. Jak sądzę to nie był przypadek. Tak jest ładniej a przede wszystkim łatwiej, dzięki czemu jak to widzieliśmy w rzeczonym przekazie nasz prezydent mógł chodzić po wystawie uśmiechnięty od ucha do ucha, no i ogólnie dobrze się bawić. No a że to ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną na bazie której pan Komorowski, tak przynajmniej wczoraj deklarował, chce budować przyszłość to już dla nas nie nowość.
 
Ja tej wystawy nie widziałem. Być może tam są jakieś inne zdjęcia, pokazujące drugą stronę medalu a w szczególności „osiągnięcia” Wermahtu w walce z cywilami ale to i tak nic nie zmienia. Jak na mój gust nienajlepszym otwarciem dyskusji na temat niemieckich rzezi w powstańczej Warszawie, jest pokazywanie radosnej strony tego Powstania. Taka wystawa pozwala Niemcom czuć się rozliczonym za zbrodnie którą dokonali na tym przepięknym wówczas mieście (zwanym Paryżem Północy) i jej mieszkańcach a przecież póki co silnego postanowienia poprawy nie odnotowaliśmy. Wszyscy wciąż dobrze pamiętamy, że kanclerz tego państwa jeszcze niedawno gdy takie było polityczne zapotrzebowanie nie potrafiła odciąć się od kobiety, która chciała narzucić światu postrzeganie II Wojny Światowej przez pryzmat krzywdy wyrządzonej wysiedlonemu za Odrę niedoszłemu narodowi panów. 
 
Szukałem trochę w sieci zdjęć z tej wystawy i poza uśmiechniętym Komorowskim i wspomnianymi wesołymi fotkami powstańców niewiele znalazłem. Wnioskuję więc, że zdjęć które pokazują zbrodnie na cywilach tam nie ma, no a jeśli były to nasze media uznały za stosowne by ich nie pokazywać. Bo znów  - tak jest ładniej i łatwiej. A więc proszę bardzo, oto kolejny piękny obrazek do tej wystawy – „Polska i Niemcy budują nowe stosunki na prawdzie”. Nowej i najprawdziwszej na jaką obie strony stać.
 
Traf chciał, że wczoraj przejeżdżałem obok pomnika „Ofiar Rzezi Woli” upamiętniającego wymordowanie mieszkańców tej dzielnicy podczas Powstania Warszawskiego. Dla tych którzy nie wiedzą na pomniku umieszczono napis: "Pamięci 50 tysięcy mieszkańców Woli zamordowanych przez Niemców podczas Powstania Warszawskiego 1944 r". I to jest kolejny punkt którego jak sądzę na wystawie nie pokazano i o którym we wspomnianym materiale nie napomknięto a to przecież te same sierpniowe dni. Ci ludzie nie byli żołnierzami, nie ginęli z bronią w ręku. To jest pomnik zbrodni wojennej dokonanej na mieszkańcach, zwykłych cywilach których wywlekano z domów i rozstrzeliwano. Pomnik tylko w sposób symboliczny odzwierciedla skalę tej zbrodni w taki sposób, że w murze który stanowi trzon tego pomnika po wielotysięcznych rozstrzeleniach widnieją ludzkie sylwetki wyżłobione przez kule. W rzeczywistości tych ludzi nie tylko rozstrzeliwano ale by oszczędzić na amunicji palono żywcem, wysadzano granatami, używano jako żywe tarcze a kobiety i dziewczynki zanim zabito, masowo gwałcono. Rozkaz Hitlera brzmiał jednoznacznie: "Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy". Tylko jednego dnia 5 sierpnia zabito od 20 do 40 tysięcy bezbronnych mieszkańców Warszawy, bez oglądania się na wiek czy płeć. Potem zacierano ślady paląc zwłoki, które wcześniej układano w stosy tworzące mur z ludzkich ciał o wysokości dwóch metrów i długości 20-30 metrów. To była jak się przypuszcza największa jednorazowa zbrodnia w historii naszego narodu dokonana na Polakach przeciągu jednego dnia, i porównywalna tylko z tym co UPA robiła na Wołyniu. A to przecież tylko jedna dzielnica. 
 
Pamiętajmy więc o tych ludziach, bo uśmiechnięty prezydent Komorowski jak widać już o nich zapomniał.  A z tej wystawy z której jest tak dumny młodzi Niemcy dowiedzą się głównie tyle, że ci powstańcy z Warszawy to się wcale dobrze bawili, śpiewali, robili te zdjęcia i dowcipkowali.
 
 
 

 
Pomnik Ofiar Rzezi Woli
(pobrano z Wikipedia.pl)

 

wtorek, 29 lipca 2014

Rozważania o Narodzie. Część II.

Autor: Integrator 

Dziś kolejna część wspólnych rozważań o narodzie, o tożsamości narodowej. Zapraszam do przemyśleń, dodawania własnych uwag i komentarzy, które będę mógł uwzględnić we wspólnie już wówczas pisanej rozprawce.

Rozważania o Narodzie
Część III

Dla większości z nas tożsamość narodową to pojęcie ściśle wiążące się z okresem wojny, szczególnym stanem zagrożenia w czasie pokoju z polityką. A to przecież nie cała prawda. Ślad przynależności a wcześniej przypisania się do pewnej kultury, do cywilizacji łacińskiej w przypadku Polski, odnaleźć można w każdej sferze naszego życia bo owa tożsamość każe nam przyjmować odpowiednie postawy świadczące o naszym świadomym wyborze danego zbioru zasad i wartości. 

Tożsamość możemy kształtować poprzez kultywowanie narodowych świętości, poprzez czerpanie wzorców z historii. Niestety wbrew pięknej maksymie nie jest ona dla wielu z nas nauczycielką życia. Nie uczymy się na błędach przodków, w ogóle niewiele z tej historii czerpiemy. A przecież nie po to poprzednie pokolenia tułały się po obcej ziemi byśmy mieli kogo opłakiwać czy na pomnikach stawiać, ale po to by mieć wzór i by pamiętać co czynić nam wolno a przed czym powinniśmy się strzec. Nie odrzucajmy tych doświadczeń. To już zostało wykonane i zapisane. My jedynie musimy o tym pamiętać i ciągle sobie to sobie w myślach i codziennym życiu odnawiać. A potem przekazywać kolejnym pokoleniom byśmy już nigdy jako naród nie przechodzili przez to, przez co przechodzić musieli nasi  pradziadowie

Pierwszym krokiem na drodze ku odbudowaniu własnej tożsamości narodowej jest wiedza. Niestety tej się nie dziedziczy, trzeba ją samemu zdobywać. Żeby wyjść z sytuacji w jakiej się znajdujemy najpierw jako społeczeństwo, należy przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego gdzie jesteśmy i dokąd dążymy. A nade wszystko dokąd nas pchają. Jeśli tego nie zrobimy wszelkie próby wyjścia z obecnego stanu rzeczy będą wykonywane po omacku i kończyć się będą tym samym: porażką, kolejnym zwątpieniem i beznadzieją. Przeto wzbudzanie świadomości już nawet nie narodowej a zwykłej społecznej, obywatelskiej, staje się dzisiaj racją stanu i najważniejszym zdaniem dla patriotycznych elit Polski. Gdzie: „racja stanu w odniesieniu do osób jako wspólnoty polega na służeniu dobru wspólnemu, którym jest mądrość wyrażająca się w chronieniu osobowych relacji miłości, wiary i nadziei, wiążących ludzi z ludźmi w humanizmie i wiążących ludzi z Bogiem w religii”.(1) 

Ale tego chcieć musimy wspólnie. Tylko takie wspólne „chcenie” będzie motorem napędzającym zmiany. Musimy w sobie samych wzbudzić chęć przystąpienia do wspólnego dzieła. Musimy wzbudzić w sobie gotowość do czynienia rzeczy nadnormalnych, ponad pospolitych. Złożone ziarno do ziarna, marzenie do marzenia, działanie wsparte działaniem innych daje siłę przebicia, której dzisiaj tak potrzebujemy. „Przyszłość jest w rękach narodu. Upaść może naród wielki, zginać tylko nikczemny”.(2) Tej wielkości musi pragnąć tak dzisiaj jak i zawsze nie tysiąc, nie milion ale całe czterdzieści milionów. Zwracał na to także uwagę niejednokrotnie Jan Paweł II odwiedzając nasz kraj w 1983 roku. Tak mówił do nas na Górze Św. Anny: „Podczas mojego pielgrzymowania do ojczystej ziemi podkreślam wielokrotnie, że Polska jest dobrem wspólnym całego Narodu i na to dobro muszą być otwarci wszyscy jej synowie i córki, bo takie dobro domaga się stałego i rzetelnego wysiłku społeczeństwa. Pragnę bardzo, by stopniowo pokonane zostały piętrzące się trudności, by Polacy mogli budować owocnie swoje dziś i jutro. Naród bowiem, jak mówiłem w Warszawie, musi żyć i rozwijać się o własnych siłach”.(3)

c.d.n.
1. Gogacz Mieczysław „Mądrość buduje państwo”, Niepokalanów 1993, s. 150
2. Siemiradzki Tomasz „Porozbiorowe Dzieje Polski”, Cieszyn 1910, s. 363
3. Gałązka Grzegorz „Ojczyzno ma..., Wizyty Apostolskie Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce 1979-1999”, Druga Wizyta Apostolska, Góra Św. Anny, 21 VI 1983, Wydawnictwo Michalineum.

... jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć

Autor: Toyah
 
       Ani nie jestem teologiem autoryzowanym, ani, jak część z tak zwanych dziennikarzy katolickich, teologiem samozwańczym, ani, co więcej, nie mam nawet tak skromnych ambicji, by objaśniać ludziom najprostsze zagadki naszej wiary, takie choćby, o których dzieci uczą się – czy choćby powinny się uczyć – na lekcjach religii, jednak tym razem chciałbym zaryzykować pewną teorię dotyczącą słynnego fragmentu Pisma Świętego, znanego nam z krótkiej bardzo sekwencji: „Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”.
 
       Otóż mnie od pewnego czasu chodzi po głowie owa śmierć, jako ostatni wróg. Ja oczywiście rozumiem, że wrogiem – choćby i ostatnim – może być Szatan; nie zdziwiłbym się, gdyby ostatnim wrogiem okazał się grzech, czy w ogóle zło… a tu tymczasem mamy tę śmierć. Wszyscy wiemy, jak śmierć potrafi być czymś bardzo z naszego punktu widzenia najgorszym: boimy się jej, nie rozumiemy, niektórzy z nas nawet nie lubią o niej rozmawiać, i mimo że wiemy jednocześnie, że żyć wiecznie nikt z nas chyba by nie chciał, staramy się ją odwlec w nieskończoność. A i tak wciąż mamy tę świadomość, że ona jest czymś równie naturalnym, jak życie. Tymczasem nagle się dowiadujemy, że śmierć jest wrogiem. Nie wyjątkowo wyboistą drogą do życia wiecznego, ale wrogiem, i to – co tu akurat jest dla nas kwestią podstawową – wrogiem ostatecznym.
 
     Tematem tego numeru „Zeszytów” jest piąte przykazanie, czyli „nie zabijaj” i jego przeróżne interpretacje. Nie wiem, jak inni, ale z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu, od czasów, gdy byłem małym dzieckiem, to właśnie przykazanie – nie pierwsze, nie czwarte, nie siódme nawet, ale właśnie piąte – przemawiało do mnie najbardziej: nie wolno zabijać. Kraść, kłamać, nie chodzić do kościoła, nie słuchać rodziców – owszem, to też. Przede wszystkim jednak trzeba się trzymać jak najdalej od śmierci. Takie to były wówczas moje emocje, do tego stopnia silne, że fraza „piąte nie zabijaj” stanowiła dla mnie w pewnym momencie punkt wyjścia do innych przykazań. Ile razy trzeba było szybko powiedzieć, które przykazanie nie pozwala na przykład cudzołożyć, od razu zaczynałem w głowie te recytację od „piąte nie zabijaj”. A przecież, jeśli się dobrzez zastanowić, to akurat piąte jest być może jedynym przykazaniem, które większości z nas nie dotyczy. My możemy nie szanować Boga, bliźniego i rodziców, i opuszczać Mszę Świętą, i zazdrościć, i kłamać i kraść nawet, ale zabijać? No, zabijanie akurat to nie jest nasza rzecz.
 
      A jednak myślę, że emocje, jakie budziło to piąte przykazanie, były nie tylko moje. Emocje, które w jakiś tam sposób, jak sądzę wyprzedzały, a jednocześnie uzupełniały, ową zapowiedź św. Pawła, że na końcu jako największy wróg zostanie pokonana śmierć. I już nikt nikogo nie zabije.
 
      Proszę zwrócić uwagę, że Paweł, poza tym największym, nie wymienia innych wrogów. Oczywiście, w innych miejscach mamy i demony i grzech i grzeszników i samego diabła, ale tu u Pawła jest tylko śmierć. Wszyscy wrogowie i największy z nich – śmierć. Czy to możliwe więc, że nasza dziecięca intuicja, która kazała nam traktować zabójstwo jako grzech największy, a śmierć jako największego wroga człowieka, była słuszna? Wydaje mi się że tak.
 
      Kiedyś przeżyłem pewną przygodę, którą zresztą miałem okazję już opisać w paru miejscach, ale muszę do niej wrócić i tu w „Zeszytach”. Otóż przez jakiś czas, jeżdżąc tramwajem do pracy, spotykałem dziewczynkę w wieku może 15, a może 16 lat, drobną blondynkę, ani ładną, ani brzydką, z plecakiem, w jakim dzieci noszą książki do szkoły, z niemal całą twarzą poprzebijaną czarnymi kolczykami. I kiedy mówię o całej twarzy i o kolczykach czarnych, wcale nie przesadzam, ale mam na myśli autentycznie całą twarz: wargi, nos, uszy i brwi, i że ona miała to wszystko poprzebijane czarnymi kolczykami. Ale mało tego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ona za każdym razem, kiedy ją widziałem – a widziałem ja razy kilka – była straszliwie smutna, straszliwie samotna i straszliwie pusta. Nigdy się nie dowiedziałem, czy ona jechała do szkoły, czy może tak krążyła bez sensu po mieście, bo szkoła jej nie była do niczego potrzebna, czy może była umówiona z kimś „na mieście”, ale myślę, ze to akurat nie jest takie ważne. To co robiło największe wrażenie, to oczywiście te kolczyki i ta samotność. A jeśli ktoś jest na tyle domyślny, by wyprzedzać moje słowa, to już wie, że jeszcze ta śmierć. Bo właśnie tak to wyglądało: ona była zanurzona w śmierci.
 
      W odróżnieniu od większości dzieci w jej wieku, ona też nie słuchała muzyki. Nawet nie robiła wrażenia, jakby mogła mieć telefon komórkowy, z którego tej muzyki mogłaby, gdyby tylko chciała, słuchać. Siedziała taka pogrążona w swojej ponurej samotności i patrzyła przed siebie. I to, powiem szczerze, mnie bardzo zdziwiło. Ja bym po kimś takim jak ona spodziewał się, że będzie słuchał nawet jeśli nie Nergala z zespołem Behemoth, to chociaż Black Sabbath, a ona nie słuchała niczego. Ją najwidoczniej ta muzyka nawet nie interesowała.
 
      Trochę skaczę w tym tekście od wątku do wątku, no ale tak to jakoś wyszło i pewnie już tak zostanie. Otóż ja od pewnego czasu bardzo przejmuję się satanizmem promowanym przez kulturę popularną, a kiedy używam określenia „satanizm” to niekoniecznie mam na myśli takich wykonawców, jak wspomniany Black Sabbath, czy Led Zeppelin, czy choćby całą tę muzykę określaną nazwą „black metal”, ale też – i to może przede wszystkim – i nie coś, co ostatnio staje się coraz bardziej popularne, jako pogański folk. Chodzi o tych wszystkich grajków poprzebieranych w najstarsze słowiańskie stroje, uzbrojonych w stare, tradycyjne słowiańskie instrumenty i wykonujących muzykę źródeł, z czasów, jak to oni określają, jeszcze przedchrześcijańskich, a więc jedynie prawdziwych. Słucham niekiedy tej muzyki i myślę sobie, że tak to właśnie Diabeł próbuje zdobyć nasze dusze. Odwracając naszą uwagę od Boga. Realizując dokładnie to, co papież Franciszek tak fantastycznie celnie określił słowami, że kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana. Słucham niekiedy tej muzyki i się trochę boję.
 
      Niedawno miałem okazję obejrzeć gdzieś fragment koncertu zespołu Behemoth, gdzie wśród tej całej satanistycznej dekoracji Nergal wykrzykiwał do idealnie opętanej publiczności bluźniercze hasła, a tłum je podejmował i za nim wiernie powtarzał, no i też się bałem. Bo wiedziałem, że tam z nimi jest Szatan. Natomiast przyznaję, że ani na moment nie przyszło mi do głowy, i wtedy, podczas słuchania fragmentów tego koncertu, ani wcześniej, kiedy słuchałem zespołów Led Zeppelin, Black Sabbath, czy naszej polskiej Kapeli ze wsi Warszawa, że tam dochodzi do zabójstwa; że tam oprócz tego Diabła jest też śmierć.
 
      I oto kilka dni temu kolega przesłał mi link do pewnego filmu dostępnego w Internecie, stanowiącego fragment większego projektu zatytułowanego „Kraina grzybów”, po obejrzeniu którego doszedłem do wniosku, że gdyby nawet zostawić ten obraz – obraz, powiedzmy to uczciwie, z wielu względów, dla normalnie przeżywającego świat człowieka, nie do wytrzymania – natomiast wypełniający go dźwięk zastąpić wspomnianym wcześniej koncertem zespołu Behemoth, cały czarny plan stojący za tym projektem wziął by w łeb. Gdyby wspomniany film wypełnić klasycznym czarnym metalem, to wszystko nagle stałoby się żartem. Bo rzecz polega na tym, że projekt „Kraina grzybów” to nie jest satanizm, jaki znamy – to jest śmierć.  I owa śmierć jest wręcz doskonale opisywana i przez ten obraz, ale w równym stopniu też przez dźwięk – powtarzam, dźwięk zupełnie inny od tego, do któregośmy się już zdążyli przyzwyczaić.
 
      Nie udało mi się obejrzeć więcej, niż dwie, może trzy minuty tego filmu, ale powiem szczerze, że te parę minut wystarczyły mi, żebym zrozumiał, czym jest śmierć i jak wygląda piekło. I niech nikt nie myśli, że tam mieliśmy jakieś kozły, odwrócone krzyże, szyderstwa z Boga, seks, ciężką rockową muzykę, jakieś nieludzkie zawodzenia. Nic z tego. Tam wszystko robiło wrażenie dość klasycznego artystycznego projektu, tyle że on cały tonął w śmierci. Nie jestem tego w stanie opisać, i przyznaję, że też bym nie chciał tego robić, ale tak to właśnie wyglądało: to było, jak koszmar z dzieciństwa, z którego się budzimy zlani potem, bo przez chwilę poczuliśmy na czole zimny oddech śmierci. Piekła, Szatana, wiecznego cierpienia, ale przede wszystkim śmierci, czyli – powiedzmy to sobie wreszcie – nieskończonej samotności.
 
      I przyjaciele i rodzice i Kościół i różnego rodzaju autorytety przestrzegają nas, byśmy trzymali się z dala od ścieżek Szatana, który – ciekawe, swoją drogą, skąd ten pomysł – próbuje nas podobno uwieść przez muzykę, czy w ogóle kulturę pop. Otóż wygląda na to, że, owszem, Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji ma wiele sposobów i bardzo dużo cierpliwości, by każdy z nich wykorzystać przeciwko człowiekowi, jednak nie powinniśmy zbyt ławo uwierzyć, że on jest tak naiwny, by te wszystkie swoje sposoby wymalować nam na wielkiej tablicy, a na koniec się jeszcze pod tym podpisać przy pomocy trzech szóstek, czy odwróconego pentagramu. Jeśli on jest tym, kim uważamy, że jest, i będzie chciał nas zaatakować, to z całą pewnością nie dostarczy nam wcześniej odpowiedniej instrukcji, jak się przed tym atakiem bronić, ale spróbuje nas, z sobie tylko znaną perfekcją, uwieść.
 
      Co więc powinniśmy wiedzieć? Przede wszystkim, że on jest, i wcale nie zamierza czekać bezczynnie na przyjście Królestwa Bożego.  On w Boga nie wierzy. On jest przekonany, że Bóg nie żyje. Poza tym nie powinniśmy się łudzić, że wystarczy, że nie będziemy słuchać muzyki rockowej, ale ograniczymy się na przykład do klasyki, bo nie ma żadnego naprawdę powodu, by uważać, że Diabeł z jakiegoś powodu czuje obrzydzenie do Beethovena. Nie ma tez powodu sądzić, że Diabeł gardzi i nie ogląda rozrywkowych programów w Polsacie. No i wreszcie, po trzecie, musimy pamiętać, że największym wrogiem jest śmierć i to w niej dopiero możemy odnaleźć prawdziwego Szatana. Bo to on jest pierwszym zabójcą. To przeciwko niemu zostało zapisane piąte przykazanie.
 
      Właśnie tak. To śmierć jest pierwszym wrogiem i bądźmy pewni, że kiedy Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji będzie nas chciał do siebie przygarnąć, to nie przez to, że nam pokaże jakiś wisiorek z powieszonym do góry nogami krzyżykiem, nie przez figurkę kozy z poskręcanymi rogami, nie przez pisane gotykiem idiotyzmy o tym, że niepokonane słońce przenika czarne drzewa, ale w taki sposób, byśmy się nawet nie zorientowali, że to on do nas przemawia, byśmy myśleli, że to tylko taka sztuka w temacie kosmosu i niepokonanej śmierci. Bo ona, jak już wiemy, zostanie pokonana, ale co z nami?
 
      Tak. Kradnie, cudzołoży, kłamie, nie szanuje rodziców, zazdrości, zabija nie człowiek, ale Szatan, a robiąc to spycha nas w otchłań śmierci. To jest jego domena. I właśnie dlatego, na samym końcu, jako największy wróg, zostanie pokonana śmierć.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Amerykanie mają rację!

Autor: Integrator
 
Padają opinie, pełne pretensji to Amerykanów, że skoro mają nagrania wskazujące na zestrzelenie samolotu pasażerskiego nad Ukrainą, to tym bardziej mają nagrania ze Smoleńska, a jeśli mają to są źli i brzydcy, że nam ich nie dają.
 
To że mają nasz Smoleńsk nagrany, i to minuta po minucie nie ma wątpliwości. Jest taki globalny system, wywiadu elektronicznego o pięknej nazwie Echelon, którego głównym współtwórcą są właśnie Amerykanie. System przechwytuje każdą wiadomość powstałą na naszym globie i wyemitowaną w eter tak w postaci rozmowy telefonicznej, emailowej, czy smsowej. Każda z przechwyconych wiadomości, także ta notka którą tu piszę, jest analizowana pod kątem słów kluczowych i przekazywana odpowiednim zainteresowanym służbom. No więc jeśli nagrano zwykły lot pasażerski, tym bardziej nagrano tak wysoki rangą lot do Smoleńska. W tym wypadku myślę, że i sfotografowano. To jest raczej dla ludzi myślących oczywiste.
 
Oburza się wielu z Was na Amerykanów, że tak się robić nie godzi, że tak się sojuszników nie traktuje. A niby jak mają nas ci Amerykanie traktować? Jak się ustawić do państwa którego prezydent był przeciwko rozwiązaniu WSI, organizacji mającej swoje korzenie w strukturach wywiadowczych Rosji? Jak zaufać "sojusznikowi" którego premier publicznie obściskuje się z Putinem nad utaplanymi w błocie zwłokami własnego prezydenta?!
 
W 1983 roku Rosja zestrzeliła południowokoreański samolot pasażerski, który wszedł w jej obszar powietrzny. Zginęli wszyscy pasażerowi znajdujący się na pokładzie. Jest taka teoria, choć głównie podtrzymywana przez samych Rosjan, że był to lot szpiegowski. I nie chodzi tu o robienie zdjęć, bo w to nikt nie uwierzył. Raczej o fakt, że wejście takiego samolotu w obszar wrogiego państwa musiał zainicjować wszystkie systemy obronne, uruchomić odpowiednie procedury na poznaniu których jak sądzę zależało Amerykanom. Liczyli przy tym na to, że Rosja nie odważy się zestrzelić samolotu pełnego niewinnych ludzi, że skończy się ostrzeżeniem i eskortą. Przeliczyli się.
 
W przypadku Smoleńska jest nie inaczej, choć odwróciły się role. Ujawnienie przez Amerykanów posiadanych informacji wywiadowczych o locie do Smoleńska równałoby się z odsłonięciem potencjału szpiegowskiego jakim w chwili obecnej dysponują. A taka wiedza jest bezcenna dla takiego państwa jak Rosja. Jeśli więc już miałoby dojść do ujawnienia tych danych, to w zamian za coś równie cennego, no a przynajmniej dla kogoś wyjątkowego. A my w chwili obecnej - z obecnym rządem u sterów którego stoi człowiek który robi wszystko by zatrzeć ślady rosyjskiej zbrodni na elicie swego narodu - jesteśmy dla Amerykanów nikim. Przykro to mówić, ale po prostu nikim. Żadnym partnerem, wątpliwym sojusznikiem.
 
 

O bolesnej lekcji Prymusa. Dla wszystkich.

Autor: Integrator

Każdy dzień niesie z sobą jakieś nowe doświadczenia. Mając swoje lata człowiek zakłada, że widział już wiele, że nic go nie zaskoczy i co by tam los nie przyniósł jakoś sobie poradzi. Tym czasem guzik. Co i rusz dzieją się sprawy wobec których jesteśmy tak bezradni, że pozostaje jeno stać z rozdziawioną gębą i patrzeć jak się ten młynek wkoło nas sam kręci. A już szczególnie szczęka bruku sięga gdy inicjatorem tychże spraw jest własny pies.
 
Parę miesięcy temu w tekście „O tym jak to musiało być pięknie w dawnej Polsce” opisywałem moją przygodę na Podkarpaciu, pamiątką po której poza całą masą miłych chwil i niezapomnianych wspomnień jest pies, którego stamtąd przywiozłem. Gospodyni która podzieliła się ze mną tym szczęściem miała do oddania dwa szczeniaki, z czego jeden wabił się oryginalnie acz zasadnie - Putin. I choć była pokusa by wziąć właśnie tego, choćby dla samej możności wołania „Putin do nogi”, to ostatecznie wziąłem tego drugiego. Niech się z Putinem kto inny użera.
 
Mojego psa nazwałem Prymus. Nie dało się inaczej jako że egzamin z pierwszej podróż autem, w dodatku tuż po rozłączeniu ze „stadem”, zdał celująco. Gospodarstwo z którego go zabrałem leżało na uboczu małej wioski, choć przy ulicy to bez przydrożnych lamp, więc zwierzęta żyły tam zgodnie z rytmem dnia. Już to wystarczy by zrozumieć co czuł szczeniak nieprzywykły do rozświetlonych nocą witryn sklepowych, do oślepiających świateł mijanych aut a nade wszystko do bezwładności jakiej ulega ciało w pędzącym samochodzie. Nie obyło się przez to bez „technicznych” postojów, niemniej bez większych przeszkód udało się w końcu dotrzeć do nowego domu, do nowego „stada”.
 
Tak więc mamy Prymusa a wraz z nim całą masę radości ale i obowiązków. Wierzcie mi, pies potrafi zmienić życie w sposób diametralny co dotarło do nas już przy okazji pierwszej planowanej z jego udziałem podróży. Nie mamy komu zostawić tej naszej pociechy, więc chciał nie chciał musimy zabierać go ze sobą co jest naprawdę dużym wyzwaniem. Jak idzie o samą podróż to większego problemu nie ma. Wystarczy położyć na tylne siedzenie koc i od czasu do czasu zatrzymać się by pies mógł oznaczyć jakieś drzewo, umoczyć język w wodzie, chwilę pobiegać i znów można jechać. Droga pod górkę ma swój początek z chwilą gdy zaczynamy szukać noclegu, bo chętnych do przyjęcia turystów z takim bagażem jest naprawdę niewielu. Wystarczy tylko wspomnieć o czworonogu a od razu zaczynają się wymówki i już wiadomo, że trzeba szukać dalej. Proszę więc sobie wyobrazić nasze zdziwienie gdy podczas ostatniego wyjazdu, gdy byliśmy w absolutnej kropce jak idzie o te noclegi, nieoczekiwanie Prymus załatwił nam kwaterę.
 
Otóż w ramach urlopu pojechaliśmy śladem połowy Polski nad morze. To był wyjazd nieplanowany, ale że ja miałem wyjazd służbowy w te okolice to padła myśl, że żona dojedzie do mnie autobusem i zostaniemy opalić trochę blade ciała na plażach Sopotu. Znalezienie noclegu w tym mieście w tak gorącym okresie graniczy z cudem, toteż…  z wiarą w tenże cud trzymaliśmy się uparcie wcześniej ustalonego planu. Ja pojechałem pierwszy, potem dołączyła do mnie żona no i jak dziesiątki podobnych nam osób, próbowaliśmy jakoś odnaleźć się w zastanych realiach. Dla takich przypadków tradycja każe stosować dwie szkoły. Jedni szukają wolnych miejsc zaraz po przyjeździe, inni walą prosto z samochodu między fale by zregenerowawszy uszczuplone podróżą siły, przystąpić do szukania dla siebie na noc jakieś norki.  Przepraszam kwatery.
 
Wybraliśmy wariant drugi więc po paru godzinach szwędania się po kurorcie zaczęliśmy dopiero dzwonić tam gdzie wskazała sieciowa wyszukiwarka. Każdy kto choć raz szukał noclegów takim sposobem wie, że tam jest taki bałagan, że jakiekolwiek znalezione informacje o cenach czy aktualnym stanie wolnych pokoi można sobie zwyczajnie wsadzić w, niech będzie grzecznie, że pominąć. Zostaje samemu próbować ogarnąć ten bajzel i dzwonić numer po numerze z ledwie żywą nadzieją, że coś się znajdzie by i tak w końcu pogodzić się z oczywistym faktem, że czaka nas nocleg w aucie lub powrót do miejsca z którego przyjechaliśmy. I tylko Prymus zdawał się niczym nie przejmować. Leżał wygięty na grzbiecie z wywalonym jęzorem, rad z każdej perspektywy, nawet gdyby to oznaczało nocowanie w lesie. Dla niego w to mi graj. Oby tylko w pełnym stadzie. No i wtedy przyszło olśnienie, taka zbawcza myśl, że plaża to przecież nie tylko Sopot. I jeśli pół Polski leży właśnie tam, a drugie pół łazi po górach, to siłą rzeczy reszta plaż rozsianych w okolicy musi być pusta. I tam też wzorem wcześniejszych wypraw udaliśmy się wtepędy.
 
By dojechać do Wyspy Sobieszewskiej należy w odpowiednio oznaczonym miejscu skręcić, jeszcze zanim wjedziemy do Gdańska. Już to jest zaletą tego miejsca, bo dzięki temu nie musimy pakować się do zakorkowanego Trójmiasta. Po przebyciu paru kilometrów wijącego się pośród łąk asfaltu i przeprawie przez pływający most nad Martwą Wisłą jesteśmy na miejscu.
 
Sobieszewo ma wszystko co turyście potrzebne do życia. Są knajpy, ale i eleganckie przyhotelowe restauracje. Są smażalnie ryb, markety, kościół, uliczne stragany i cała masa kwater noclegowych. Rzecz jasna jest i plaża, z ratownikami, pomocą medyczną, przebieralnią, ubikacją i niezliczoną ilością drobniutkiego piasku. Ani śladu kamieni. Jeśli już czegoś brak to ludzi i choć napływa ich trochę w okolicach weekendu, to potem znów jest pięknie. A gdyby komuś i to przeszkadzało, może się na to wszystko zwyczajnie wypiąć i uciec, jak myśmy to zrobili, na te dwa oblegane dni na pobliską dziką plażę. Dziką w sensie, że z wejściem dozwolonym acz bez wyżej wspomnianych udogodnień.
 
Gdy dotarliśmy na miejsce godzina była już wieczorna, więc od razu pojechaliśmy na ul. Falową do ośrodka Fala, a jakże, z którego gościnności już raz przed laty korzystaliśmy. W recepcji siedziała pani, która jak się później okazało była właścicielką tej położonej wśród brzóz bazy noclegowej, a która usłyszawszy, że mamy pieska niby łamiąc się wewnętrznie od razu znalazł dla nas pokój. Z zastrzeżeniem, że co prawda na jedną noc, no ale jednak. Prymus bardzo szybko zaprzyjaźnia się z każdym kto nie gryzie, więc zaledwie po paru machnięciach ogonem zawarł bliższą znajomość z panią dyrektor, przez co znalazł się dla nas wolny pokój na kolejny dzień, a potem jeszcze na kolejny. Tym to sposobem ta nasza kula u nogi stała się nam w jednej chwili przepustką i gwarantem beztroskiego byczenia się na plaży. Było co prawda z tym trochę zachodu, bo każdego dnia mieliśmy inny pokój a przez to wymuszoną przeprowadzkę, ale „w tych okolicznościach przyrody i tego, i niepowtarzalnych” to był niewiele nieznaczący szczegół. I jeśli jeszcze mogę parę słów tytułem dobrych rad to omijajcie Bar pod Brzozami, który czyha sobie podstępnie na wygłodniałych wczasowiczów niedaleko bramy tego ośrodka. To co się tam podaje, niewiele ma z jedzeniem wspólnego, za to ceny? Mariot panie, normalnie Mariot.
 
No i proszę, ja tu miałem o psie, a leci wciąż o moim urlopie. Doprawdy nie wiem, dlaczego Wy nawet słowem nie piśniecie żeby mnie na właściwe tory nawrócić? A rzecz jest przecież ważna, posłuchajcie. Pies jest także stworzeniem bożym i jako takiemu jakieś uczucie a i zwykły szacunek jednak się należy. Jak ktoś tego nie rozumie, to niech sobie coś takiego przygarnie, a póki co słucha i się nie wymądrza. Otóż, ten pies w zaledwie parę miesięcy naprawdę wiele mnie nauczył. O sobie samym w szczególności, ale wiele mi dał lekcji o nas, ludziach. Dajmy na to ten nocleg. Jeśli to przypadkiem czyta Pani Dyrektor to ja całuję rączki bo bynajmniej złego słowa powiedzieć o niej nie mogę. Ale gdyby tak kto bez psa przyjechał szukać noclegu? Albo ilekroć idę z tym psem na spacer stale znajdzie się ktoś kto widząc tego mojego Prymusa rozpływa się z rozkoszy nad jego urodą, a nierzadko tuli się do niego jak do dziecka. A gdybym tak szedł bez psa, niech już będzie bez tego tulenia, uśmiechnąłby się kto do mnie przyjaźnie? Jak łatwo przychodzi nam być człowiekiem dla zwierząt, a jak trudno dla innych ludzi.
 
Może mi ktoś zarzucić, że jestem monotematyczny no ale mnie naprawdę mocno ściska by Wam tu na koniec jeszcze jedno zdarzenie opowiedzieć. Otóż dwa dni temu Prymus wpadł pod samochód. Masakra. Puściłem go na chwilę ze smyczy by sobie przy siatce z dwoma pudlami pobiegał, a ten nie wiedzieć czemu zrobił nagły zwrot i na moich oczach sru, pod samochód. Nie pamiętam by to biedne psisko darło się kiedy tak głośno. Wykręcony bólem, stanął dęba na dwóch nogach po czym upadł na grzbiet i tak leżał na jezdni z pyskiem pełnym krwi, ze zgiętą łapą gryząc mnie na oślep po rękach gdy chciałem go podnieść. Tym co dotąd nie pomdleli śpieszę wyjaśnić, że Prymus i ten egzamin zdał nad wyraz celująco. Gdy go położyłem pod płotem, przestał wyć, łapę wciąż trzymał w powietrzu ale patrzył na mniej już przytomnie, a parę chwili później, choć trochę kulejąc znów biegał z pudlami wzdłuż siatki. Zostawmy go tam skoro tak się dobrze bawi i zobaczmy co się przez parę chwil wkoło nas działo.
 
Najpierw stanął ruch drogowy. I to na obu pasach bo kierowcy samochodów stojących najbliżej leżącego na ulicy psa zwyczajnie zdębieli i nie wiedzieli czy jechać czy śpieszyć na ratunek. Parę metrów od nas kilku panów grzebało się w dole wykopanym na chodniku, by widząc co się stało przerwali pracę, wyskoczyli na ulicę i energicznie zaczęli wskazywać gabinet weterynarza znajdujący się akurat w budynku naprzeciw. Jakiś przechodzeń podbiegł do mnie i powiedział, że tu niedaleko jest schronisko dla psów i jeśli to jest bezpański pies to on go tam weźmie, żeby mu pomogli. Pojawił się oczywiście i kierowca feralnego samochodu który przejął się Prymusem do tego stopnia, że dopiero gdy zobaczył go flirtującego na powrót z pudlami, poczuł się zobowiązany  wspomnieć o naderwanym zderzaku. A wszystko przy wtórze niemniej głośnego zawodzenia dziewczynki która akurat przechodziła obok nas ze swoją mamusią. 
 
Prymus ma się dobrze. Leży właśnie pod stołem i z przejęciem liże mi stopy. Jakoś tego nie lubię ale mu pozwalam. Niech ma. Jest po przejściach nie będę go dodatkowo stresował. Ale tym bardziej też nie opowiem mu tego co mi od chwili jego wypadku chodzi po głowie. A dręczy mnie taka sentencja, że coś tu jest nie tak, gdy tak wiele osób przejmuje się wyciem zranionego w nóżkę psa, a tylko nieliczni „krzykiem” nienarodzonych. I że tak wielu z nas udaje, że nie wie, że im się wyrywa nóżki szczypcami - na żywca.
 
- Nie, nie, spokojnie! Nie pieskom.
- Aaa, to ok. Uf, aleś mnie pan wystraszył. Dobrze, że nie pieskom. Bo jakimż to trzeba być bydlakiem by dręczyć zwierzęta?

wtorek, 22 lipca 2014

Rozważania o narodzie. Część I i II.

Autor: Integrator

Pozwólcie, że rozpocznę tu dziś pewien eksperyment. Spokojnie nic Wam nie grozi. Raczej nic nie wybuchnie, może poza waszą pomysłowością i zaangażowaniem, na które liczę. W czym rzecz, bo pewnie już niecierpliwie z nogi na nogę przestępujecie?

Chcę byście pomogli napisać mi pracę którą nazwałem roboczo „Rozważania o narodzie”. Po co? Bo my się z tego bagna jako naród nie wyczołgamy póki nie zrozumiemy co się z nami dzieje - rzecz lepiej ujmując - co się z nami wbrew nam i bez naszej wiedzy wyrabia? A do tego zrozumienia lepszej drogi nie znam jak wspólne rozmyślanie. Tak właśnie. Myśl była we wszystkim pierwsza. Później jest czas działania, by na końcu nic już nie przypominało początków.

Zadanie to niełatwe, mam tego pełną świadomość ale są dwa źródła nadziei które każą mi wierzyć, że da się to wspólnie zrobić. Pierwszą nadzieją natchnęła mnie lektura encykliki Evangelium Vitae. Spokojnie nie będę jej tu cytował. Pamiętam jeszcze jak sam plackiem leżałem na plaży i że takie materiały w tej pozycji nie przechodzą. Ale piszę o niej bo to jest pierwowzór tego co my tu wspólnie być może zrobimy. Jan Paweł II pisząc ją, poprosił kardynałów o materiały, o to by przesłali mu swoje opnie, uwagi, pomysły. Drugą nadzieję, że może coś z tego wspólnego pisania jednak wyjdzie, daliście mi wy sami, swoimi komentarzami. Niejeden z moich tekstów powstał po lekturze tego co pod moimi tekstami pisaliście. Można tam znaleźć istne perełki i na nie także w tym przypadku liczę. Będę tu wstawiał co jakiś czas kolejną część tych Rozważań, co jakiś czas by Was nie zanudzić. I będę na Was liczył, że zechcecie, że nie będzie Wam to obojętne.

Dziś pierwsze dwie części. Piszcie co uważacie, tak jak Wam serce i rozum czynić każe. Piszcie w komentarzach, na skrzynkę, byle by nie na Berdyczów. Podpowiadajcie, podsuwajcie, zachęcajcie, dodawajcie, korygujcie, sugerujcie. Słowem - "ajcie" i "ujcie" bez limitów!


 


O tożsamości narodowej


I


 


Jakże szczęśliwym jest nasze pokolenie. Jesteśmy jednym z nielicznych , któremu nie dane jest widzieć bomb spadających na nasze domy. Przyszło nam żyć w czasach  o których nasi pradziadowie mogli tylko marzyć i to marzyć po cichu. To o co oni walczyli, do czego torowali sobie drogę krwią i łzami, my dostaliśmy ot tak bez żadnego wysiłku.


Dzisiaj nie musimy przelewać krwi za Ojczyznę tak jak robili to nasi ojcowie, co nie znaczy, że możemy spokojnie wegetować. Obdarowani wolnością nie możemy zapominać, że każde pokolenie ma swoje zadania. To co otrzymaliśmy musimy utrzymać, rozwinąć, ubogacić i przekazać pomnożone naszym następcom w swoistym peletonie pokoleń. Im silniej będziemy to czuli, tym silniejsze będą nasze więzi, tym mocniej będziemy odczuwać wzajemną potrzebę współpracy. Tylko tak rozwiniemy to, co wyróżnia naród bierny od aktywnego, naród martwy od żywego a lepiej jeszcze - żywotnego. Tym wyróżnikiem jest tożsamość narodowa. Tylko dzięki niej możemy wspólnie osiągnąć to, czego nawet najsilniejsza jednostka sama uczynić nie zdoła.

Tożsamość to umiejętność zdefiniowania się. Tożsamość narodowa to umiejętność poprawnego wyboru i przypisania się do czynników charakterystycznych dla danego narodu tj. kultury, tradycji, języka. Tak o tym pisze Józef Maria Bocheński w książce „Patriotyzm, męstwo, prawość żołnierska”: „...jeśli więc zważymy, że aczkolwiek człowiek nie jest tylko duchem, to jednak jest przede wszystkim istotą duchową i w jego życiu etycznym główną rolę odgrywają czynniki duchowe – a więc kultura. Choć wiec nie będzie to zupełnie ścisłe, możemy powiedzieć, że przyznanie się do określonej ojczyzny jest przede wszystkim przyznaniem się do pewnej kultury narodowej.”[1] Świadomy wybór tego czynnika i wcześniej wymienionych jest równoważny zdeklarowaniu się i przypisaniu do danego narodu i jest możliwy tylko w przypadku jednostki o rozwiniętej tożsamości narodowej. Wypadkowa z  tożsamości poszczególnych jednostek to tożsamość narodu i jest tym wyższa im wyższą świadomość posiada jednostka, a zatem poziom jaki prezentuje nasz naród jest zależny od każdego z nas. Zależy nie tylko od sąsiada udzielającego się w samorządzie, czy sąsiadki chodzącej na spotkania lokatorskie w spółdzielni mieszkaniowej, a więc od ludzi aktywnych, ale zależy od każdego, dosłownie. Bez względu na to czy bierzemy czynny udział w życiu narodu czy nie, od nas zależy jego przyszłość. Jesteśmy bowiem niczym czterdziestomilionowy zaprzęg w wielkim wielowiekowym wyścigu narodów. Jeśli dokładamy wszystkich sił, a przy tym wspieramy innych by dali z siebie wszystko, nasz naród wysuwa się na prowadzenie. Jeśli zwalniamy, jeśli nie dokładamy nic od siebie to przeszkadzamy i stajemy się zbędnym balastem. Tym samym swoją bierną postawą przyczyniamy się do coraz gorszej pozycji naszego kraju na międzynarodowej arenie współzawodnictwa.

Poprzednim pokoleniom wiodło się różnie. Był czas kiedy to my tyczyliśmy szlaki, my byliśmy wzorem i przykładem. Były też czasy, kiedy wielka część zaprzęgu zapomniała o swej powinności i nie tylko przestała ciągnąć ten wspólny „zaprzęg”, ale poczęła biec w innym kierunku ściągając nas na bezdroża historii. Wyeliminowana z biegu narodów musiała czekać ponad wiek, by ponownie móc zająć należne jej miejsce wśród narodów świata. Dzisiaj coraz częściej zwalniamy. W chaosie potrzeb wielu z nas ciągnie we własnym kierunku zapominając, że w przepaść ciągnie całą resztę. Wolni lecz powiązani z narodem zapominają, że ich dobro nie zawsze tożsame jest z dobrem kraju. Zostając w tyle krztusimy się tumanami kurzu mijających nas narodów, które nigdy dotąd nawet nie marzyły by biec przed Polską. Dzisiaj to już fakt. Małe narody o wysokiej tożsamości narodowej wyprzedziły nas i stale powiększają dystans. 

I chociaż to co piszę może na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwnym, szczególnie w obliczu faktu, że od ćwierćwiecza mamy wolne państwo, to przed nami wielkie zadanie. Tym trudniejsze, że w przeciwnie niż my nasi poprzednicy wiedzieli gdzie czai się zagrożenie, wiedzieli kto jest wrogiem a dzięki temu wiedzieli gdzie uderzyć by zwyciężyć. Tak było w czasie wojen, za rozbiorów czy chociażby tak niedawno za czasów komuny. My dziś stoimy przed wyzwaniem o wiele większym chociaż do końca sami tego jeszcze nie rozumiemy. Oto bowiem musimy stawić czoła wrogowi, którego nie widać. Nie chodzi w obcych mundurach po ulicach, nie narzuca nam jawnie swojego języka czy obyczajów. Nie jest też jak nieudolnie zaszczepiany nam socjalizm w którym jasno określono strony: źli to ci na górze, dobrzy to my, a my zawsze razem, wspólnie, solidarnie, po cichu przeciwko nim. Dzisiaj nie wiadomo, gdzie jest wróg, gdzie są ci „oni”. Nie wiadomo gdzie uderzać, nie wiadomo nawet skąd, kiedy i jak często on sam uderza. Niczym wirus niezauważalnie, powoli obezwładnia nas bez większych objawów tak iż dopiero gdy będzie za późno, pokaże prawdziwe oblicze.

Bardzo więc ważne zadaniem na teraz jest uświadomienie sobie w jakim miejscu historii i międzynarodowych gier stoimy, czego my tak naprawdę chcemy, dokąd idziemy? Bo póki co pewnym jest tylko to, że wracamy z wygnania do krainy niepodległych narodów. I że robimy to z błogą nieświadomością zgubnych procesów i zasad tam obowiązujących. Pierwszym krokiem zatem musi być zrozumienie, że coś nam jako narodowi grozi i że realnym jest najstraszniejsza rzecz jaka może się nam przydarzyć tj. wynarodowienie. Zanim się zorientujemy może być za późno. Tożsamość narodowa, poczucie polskości i umiłowanie wszystkiego co się z nią wiąże staje się dzisiaj naszym podstawowym obowiązkiem. Tylko naród świadomy może kierować swoimi losami, może stawiać opór. Naród nieświadomy, a takim powoli się stajemy, staje się narodem sterowanym. Jest narzędziem i oddaje swoją tożsamość na rzeź. Musimy zatem stać się wspólnotą na tyle świadomą swej wspólnoty historycznej, kulturowej i tradycji, że jeśli przyjdzie czas gotowi będziemy wspólnie o nie walczyć tj. trwać na straży szeroko rozumianej niepodległości tworzonego ustroju państwowego. Takie są zadania na początku drogi. Na jej końcu, celem ostatecznym, który na dzisiaj jest tylko marzeniem, jest Ojczyzna o której będziemy mogli powiedzieć: Jedna, Wielka, Niepodległa, Bogu wierna.

  

II



Nasza droga ku tożsamości narodowej nie był ani krótka ani łatwa. Od samego początku, a dokładnie od czasów chrztu, spoczął na nas obowiązek odwiecznego trzymania warty u wrót do cywilizacji chrześcijaństwa. Tak o tym pisze w swoim potężnym dziele o Historii Polski angielski historyk Norman Davies: „Dla każdego okresu na przestrzeni dziejów od r. 1000 do 1939 można przytoczyć wypowiedzi będące dowodem przeświadczenia, że Polska była, jest i zawsze pozostanie najdalej wysuniętą placówką zachodniej cywilizacji. W wiekach najwcześniejszych widziano w niej obrońcę okopów oddzielających od pruskich i litewskich pogan, w okresie nowożytnym – zaporę broniącą dostępu islamowi i moskiewskim schizmatykom, w w. XX – straż szańców wzniesionych na linii frontu walczącego komunizmu. We wszystkich okresach dziejów przeznaczone Polsce „miejsce w Europie” – podobnie jak miejsce sąsiednich Węgier – było zupełnie jasno określone: antemurale, przedchmurze”[2] Podobnie ujmuje to T. Siemiradzki w „Porozbiorowych dziejach Polski”: „Przebiegłszy myślą całość dziejów Polski, przychodzimy do tego przekonania, że posłannictwem jej była i jest ustawiczna walka z ciemnemi i ujemnemi siłami, które zagrażały w danej chwili i dziś jeszcze grożą postępowi i rozwojowi cywilizacyi w Europie.[3]

Rola obrońcy i wartownika, z drugiej zaś strony sąsiedztwo wiecznie głodnej naszych terenów Germanii, skazywało Polskę już od jej wczesnych początków na ciągłe ataki. Polski naród i jego tożsamość kreowała się w prawie nieustannej walce o byt, o przetrwanie. Tą polską drogę krzyżową kończącą się licznymi Golgotami, znajdujemy pokrótce opisaną we wstępie do wyżej już cytowanej pracy T. Siemiradzkiego.[4] Jak piszę sam autor, młoda Polska już od samego początku, aż do XV stulecia walczy z ciemną, brutalną masą świata germańskiego skupiając tym samym na sobie prawie wszystkie jej siły, co pozwala rozwinąć się cywilizacji łacińskiej na południu i zachodzie Europy. Dopiero klęska pod Psim Polem, Płowcami i Grunwaldem osłabiła Germanów dając nam czas na odetchnięcie i rozwinięcie się. Nie minęła jednak kilka wieków a Polska ponownie stanęła przed nowym zagrożeniem, wielką falą turecko-tatarską płynącą od wschodu ku sercu Europy. Uporawszy się po prawie dwóch wiekach z tą barbarzyńską plagą, złamawszy jej potęgę pod Wiedniem, Rzeczypospolitej nie dane było zasłużenie odpocząć. Na wschodzie pojawił się nowy wróg, który już na długo miał stać się jej najgorszym snem – Moskwa. Ta nie mogąc po wielorakich próbach zniszczyć naszego Kraju potroiła siły zapraszając do jego rozbioru Prusy i Austrię. Zahartowany w bojach lecz już znacznie osłabiony w ciągłych atakach i dręczony wewnętrznymi chorobami Naród Polski, takiej sile oporu stawić już nie potrafił. Rzeczpospolita znikła z mapy. Zniknęło państwo, ale nie Naród, który dalej mimo niewoli kontynuował uprawę swej kultury, sztuki, tradycji, języka. Mimo tak ciężkiej sytuacji Polacy potrafili zjednoczyć się i zapomniawszy o swych dobrach i osobistych prawach uchwalili konstytucję, która swa dalekosiężnością i nowatorstwem zwróciła na nas oczy całego świata. Jednocześnie co jakiś czas, tu na naszych ziemiach przypominano poprzez powstania i walkę poza granicami kraju, że Naród Polski żyje i nie godzi się żyć w niewoli, że jest Narodem samodzielnym, że jest prawowitym właścicielem Nadwiślańskich Ziem. Toteż dążąc do upragnionej niepodległości, kolejne pokolenia przekazywały sobie prawo walki stając na miejsce poprzednich. I tak jak ojciec zwalniał z posterunku dziada, tak teraz syn stawał na miejscu swego ojca. I poza bezkrwawą walką o zachowanie tożsamość jaka toczyła się na polu kultury i ekonomi ta właśnie zmiana warty pokoleń była najwspanialszym znakiem silnego poczucia tożsamości Polaków. Bardzo ładnie ujmuje to T. Siemiradzki: „Ta ciągła walka z potrójnym wrogiem, walka ciężka i krwawa, testamentem spadająca z ojca na syna, jest jednym z najwspanialszych zjawisk w historii nowożytnej. Ciągłość tej walki, jej regularne odnawianie się co pokolenie wzbudza podziw i szacunek w obojętnym widzu, a strach i niepokój we wrogu.[5] Ten upór, ta wola walki i nieustannie przekazywana miłość do nieistniejącej Ojczyzny w końcu zaowocowała – powstała nowa, odrodzona, II Rzeczypospolita. Ale ta radość trwała krótko. Po ponad stuletnim wysiłku pokoleń tylko przez „chwilę” dane nam było się nią cieszyć. Czerwona Rosja podawszy rękę Brunatnemu Rzeźnikowi sięgnęła po to co nie jej. Tak oto rozpoczęła się II Wojna Światowa. Kolejny rozbiór, kolejna tragedia, kolejne pokolenia chwyciły za broń. Bo my tu mamy takie prawo, że Polska jest wolna albo walczy! I nie ma się co dziwić: „Jak każdy żywy organizm potrzebuje swobody do prawidłowego rozwijania się, tak naród żywy potrzebuje niepodległości, aby żyć i rozwijać się normalnie i prawidłowo. [...] Naród czuje, że bez tej wolności musi zginąć wcześniej czy później i, dopóki żyje, broni się od śmierci. Żadne usiłowania pojedynczych ludzi nie potrafią poruszyć narodu umarłego, ale też żadne przeszkody nie powstrzymają żywego od walki o życie.[6]

Dzisiaj po roku ‘89 mamy wolność. Lecz cóż z niej? Ta, której tak pragnęli nasi pradziadowie, którą sobie wymarzyli ci którzy nigdy jej nie widzieli, dzisiaj się marnuje. Jako jedno z niewielu jesteśmy pokoleniem, które nie musi przelewać krwi; i cóż na Boga my z tym robimy?





[1] Bocheński Józef Maria „Patriotyzm, męstwo, prawość żołnierska”, Wydawnictwo Antyk, Warszawa 1989,
 s. 11
[2] Davies Norman „Boże Igrzysko“ Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1999, s.163
[3] Siemiradzki Tomasz „Porozbiorowe Dzieje Polski”, Cieszyn 1910, s.8
[4] j.w, s. 8
[5] j.w, s.5
[6] Siemiradzki Tomasz „Porozbiorowe Dzieje Polski”, Cieszyn 1910, s.7

niedziela, 20 lipca 2014

Wysyłamy Lisowi dziecięce majtki

Autor: Toyah

Nie wiem, czy to tylko ja zauważyłem, czy może sprawa zainteresowała wielu z nas, tyle że ja się sprawą przejąłem, na wszelki wypadek jednak chciałbym zwrócić uwagę na pewien uprawiany z zadziwiającą zawziętością przez szereg reżimowych mediów proceder polegający na kuszeniu nas rzekomo poważnymi,  socjologicznymi analizami, a dotyczącymi najróżniejszego typu patologii, jakie podobno zżerają polski naród. I broń Boże nie chodzi o to, że my Polacy jesteśmy głupi, leniwi, zabobonni, czy choćby zbyt pobożni. W żadnym wypadku. Można by wręcz powiedzieć, że całkiem na odwrót. Oto nagle okazuje się, że na przykład znakomita większość młodych wykształconych mieszkańców Warszawy korzysta z usług luksusowych burdeli i że zjawisko to ma nawet już swoją unikalną nazwę; chwilę później w którymś z tak zwanych tygodników opinii znajdujemy raport, że owi wykształceni pracownicy warszawskich korporacji uzależnili się od szybkiego seksu w porze lunchu i w tej chwili ów proceder – też już mający swoją jak najbardziej naukową nazwę –  stał się autentyczną modą; w tym samym niemal czasie jakiś „Newsweek”, czy „Polityka” publikują raport na temat studentek uniwersytetów, które świadczą usługi seksualne bogatym biznesmenom, i że najczęściej są to dziewczyny przybyłe do wielkich miast z podkarpackich wiosek; nie zdążymy się nawet jeszcze temu nadziwić, kiedy z innej strony dochodzi do nas wiadomość na temat gimnazjalistek udzielających się erotycznie swoim nauczycielkom; po gimnazjalistkach pojawiają się uczniowie podstawówek świadczący usługi homoseksualne podstarzałym gejom w galeriach handlowych; po dzieciach z podstawówek, nadchodzi plaga kierowców jeżdżących po polskich drogach po zażyciu kokainy; za chwilę już dowiadujemy się, że pojawił się kolejny proceder, a mianowicie coś, co się nazywa „bumerang” i polega na tym, że polscy trzydziestolatkowie postanawiają żyć na koszt rodziców, bo, po zaspokojeniu wszystkich przyjemności – zapewne związanych z wcześniej opisywanymi usługami ze strony studentek spod Rzeszowa i gimnazjalistek z Kutna – 3 tysiące miesięcznie nie wystarcza na podstawowe utrzymanie; po „bumerangach” idą absolwenci liceów, którzy w obawie przed bezrobociem wstępują do seminariów duchownych, licząc na to, że kiedy już zostaną tymi księżmi, będą mogli pozwolić sobie i na ekskluzywne dziwki z Ustrzyk czy Komańczy i na wypasione wakacje w egzotycznych krajach. I tak dalej, i w ten sam od zawsze sposób, byleby stworzyć wrażenie, że Polacy to naród na tak zaawanasowanym poziomie moralnego upadku, że nie pozostaje już nic innego, jak „ten kraj” wystawić na aukcji na niemieckim e-bayu. Obok Bułgarii, Rumunii i oczywiście Białorusi.

„Newsweeka” nie biorę do ręki, a nawet, gdzie tylko mam okazję, staram się omijać go szerokim łukiem, natomiast oto właśnie na Onecie przeczytałem, że w najnowszym wydaniu tej szmaty ukazał się raport sporządzony przez niejakiego Wojciecha Staszewskiego, a zatytułowany „Sekskolonie polskich nastolatków”. Tekst, dużo za długi nawet jak na moje możliwości, opisuje z chirurgiczną precyzją, jak to polska młodzież na zorganizowanych wakacjach za granicą chleje, ćpa i się – przepraszam za wyrażenie, ale tu nie ma bardziej adekwatnego określenia – kurwi na wszelkie możliwe sposoby, za darmo, za grosze, lub za ciężkie euro z każdym, kto tylko się pojawi z jęzorem na wierzchu i działką amfetaminy w kieszeni. I powiem szczerze, że tym razem nie wytrzymałem. Otóż ja biorę pod uwagę, że dzisiejsi trzydziestolatkowie zaludniający warszawskie korporacje mają najróżniejsze fiksacje – choć i tu mam poważne wątpliwości i chętniej wierzę, że oni są tak zarobieni fizycznie i psychicznie, że choćby skromnego wzwodu nie doświadczyli od miesięcy – natomiast jeśli idzie o dzieci, to niech Lis z kolegami nie próbują mnie tu naciągać, bo na dzieciach to ja akurat znam się świetnie. Obraz przedstawiony przez owego Staszewskiego jest tak niedorzeczny i tak prymitywnie kłamliwy, że nie mam wątpliwości, że gdyby któreś z tych opisanych przez niego chłopców czy dziewcząt miało okazję się z nim zapoznać, to w najlepszym wypadku wybuchłoby pełnym najwyższej pogardy rechotem, a niewykluczone, że by Staszewskiemu splunęło prosto w oko, ze znanym mi z minionych już dawno lat, wiecznie dźwięcznym zawołaniem: „Ale ciuuuul!” Ja z młodzieżą najróżniejszego pochodzenia i wieku bowiem mam do czynienia zawodowo na codzień od wielu już lat, w swoim życiu miałem kontakt z dziećmi, które były naprawdę bardzo zdemoralizowane, jednak to co opisuje w swoim tekście Staszewski stanowi tak piramidalną bzdurę, że ja nie mam słów, by go choćby w miarę skutecznie obrazić. Problem z dzisiejszą młodzieżą bowiem jest taki, że jeśli oni w ogóle zgadzają się pojechać na jakieś kolonie, gdzie nie ma lodówki z maminym obiadem, McDonalda z frytkami i ketchupem za 5 złotych, i komputera z darmowym Internetem, to seks jest ostatnią rzeczą, jaka im przychodzi do głowy. Problem z tymi dziećmi jest taki, że one na wycieczkach od rana do wieczora siedzą zamknięte w pokoju i albo śpią, albo esemesują, albo słuchają piosenek z komórki, albo po prostu gapią się w sufit, a na myśl o seksie wzruszają ramionami, bo z kim one by miały ów seks uprawiać? Ze swoimi kolegami? A w jaki to niby sposób? Przy pomocy papierosa? Oczywiście zawsze można się upić, tyle że wódka akurat jest niesmaczna, wino kwaśne, a piwo? W końcu ile można wypić piwa, zanim się człowiek wyrzyga? No a poza tym, to wszystko przecież kosztuje, nawet jeśli założyć, że się znajdzie sprzedawca-desperat, który im ten alkohol sprzeda. Tymczasem ten dureń Staszewski opisuje jak to te właśnie dzieci żądają od kierowcy autokaru, by się zatrzymał na stacji benzynowej, bo im się właśnie skończył alkohol i prezerwatywy. Czy ten człowiek nie ma wstydu? Czy oni naprawdę uważają, ze mają do czynienia z idiotami?

Powstaje więc pytanie: czemu oni to robią? Dlaczego Tomasz Lis, człowiek wydawałoby się jednak przynajmniej potrafiący liczyć, odstawia takie bałwaństwo? Otóż ja tu widzę trzy opcje. Pierwsza z nich to taka, że, jak już wspomniałem wcześniej, oni uprawiają zwykłą propagandę, której celem jest pokazanie nam, że opinia jakoby Polska była ostatnim bastionem konserwatywnych wartości na świecie, to mit; że jest wręcz przeciwnie – Polska to moralny upadek i degeneracja. I oczywiście jest to możliwe. Biorąc pod uwagę opisany przeze mnie dopiero co fakt, że telewizja TVN24 uznała, iż podniesie sobie oglądalność zatrudniając tych nudziarzy Wróbla i Kurkiewicza, możliwe jest też, że stan umysłu tych ludzi jest taki, że oni faktycznie wierzą w to, że normalny czytelnik weźmie te idiotyzmy za dobrą monetę; że skoro uwierzył w to, że gdzieś w warszawskich korporacjach jacyś młodzi biznesmeni wydają tysiące złotych dziennie na ekskluzywne dziwki, uwierzą też w to, że ich dzieci to afrykańskie ogiery i hiszpańskie lale.

Jest też jednak inna ewentualność, ta mianowicie, że za tego typu tekstami stoi przekonanie Lisa i jego współpracowników, że przeciętny czytelnik bardzo lubi sobie poczytać o 12-letnich dziewczynkach ściągających majtki; że przeciętny czytelnik „Newsweeka” to tak naprawdę pedofil-sadysta, który w dodatku jest tak głupi, że po to, by się podniecić, gotów jest wydawać 6 złotych tygodniowo, zamiast włączyć sobie Internet i mieć za darmo to samo, tyle że 10 razy lepiej. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę że nie, ale diabli ich wiedzą, co w tych pustych łbach się dzieje.

Jest wreszcie trzecia możliwość i powiem uczciwie, że ona mi najbardziej przemawia do wyobraźni. Otóż zarówno Lis, jak i ten Staszewski, a kto wie, czy nie oni wszyscy, to ludzie, którzy sami osobiście znaleźli się na tym poziomie perwersyjnego zdziczenia. Myślę sobie, że dla każdego z nich obraz jakiejś biednej, zapuszczonej, ledwo żywej z alkoholowego upojenia gimnazjalistki obmacywanej przez wychowawcę kolonijnego, czy jakiegoś włoskiego alfonsa gdzieś w bułgarskiej dyskotece, to jest taka atrakcja, że oni układając te teksty czują autentyczne wzruszenie. To musi tak właśnie wyglądać. Życie, jakie oni prowadzą, w tym krańcowym już wręcz zepsuciu i upadku, musiało ich doprowadzić do stanu, gdzie ów tak frustrujący przecież brak tak zwanej normalności, każe im wierzyć, że to właśnie jest świat, którego im brakuje: nie świat tych luksusowych modelek, tych piosenkarek, telewizyjnych prezenterek, których nagle zrobiło się już zwyczajnie za dużo, ale właśnie takich biednych, byle jakich dzieci, z którymi można zrobić co się chcę za parę złotych, albo choćby flaszkę piwa. To ich dopiero jara. To jest to ich ostateczne marzenie o zwykłym, normalnym życiu, którego tak bardzo im brakuje, a które tak właśnie sobie wyobrażają. On, ona, ten smutny ledwo wyrośnięty biust i te majtki. Gdybym miał więcej możliwości, myślę, że zorganizowałbym ogólnopolską akcję pod hasłem: „Wysyłamy Lisowi dziecięce majtki”, a tak, to nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć ten tekst życzeniem, by każdy z nich jeden po drugim zdechli. I to jeszcze dziś. Teraz.