whos.amung.us

czwartek, 12 czerwca 2014

O życiu we śnie i śmierci na jawie

Autor: Toyah
 
W klasycznym dziś już filmie Lumeta, „Dog Day Afternoon” – jak niemal każde prawdziwie wybitne dzieło, wykpionym i zlekceważonym przez krytykę –  nie wiadomo czemu wyświetlanym w Polsce pod tytułem „Pieskie popołudnie”, ów straszny dzień kończy się tak, że wszyscy są z tego upału albo tylko zmęczeni, albo zwyczajnie wręcz półprzytomni, i tylko ci agenci FBI, którym nigdy nie jest ani zbyt zimno, ani za ciepło, zachowują swoją zwykłą czujność i, wykorzystując ten jeden jedyny moment nieuwagi, zabijają biednego Sala. I to jest scena, której się nie zapomina.
     
Powiem szczerze, że ze mną jest tak, że gdyby miało się okazać, że w Niebie jest zawsze upalne lato, to ja nie mówię, że w ciemno wybieram Piekło, ale owszem, negocjowałbym. Znam parę osób – ciekawe, że są to bez wyjątku kobiety – dla których nie istnieją temperatury zbyt wysokie. Jest sierpień, termometry pokazują 42 stopnie w cieniu, przychodzi wrzesień, temperatura spada do 36, a one wpadają depresję, że jest zimno i że one będą musiały czekać kolejny rok, żeby się można było poopalać. Nie rozumiem tego, ale przyjmuję, że świat jest tak właśnie skonstruowany i mam już tylko nadzieję, że Pan Bóg zna proporcje, i urządzając dla nas mieszkanie, rozważył wszystkie opcje.
    
Wczorajszy dzień przyniósł dowód na to, że nawet jeśli mróz też potrafi zabić, to upał robi to z okrucieństwem znacznie bardziej wysmakowanym. Oto w Rybniku pewien człowiek zostawił swoją trzyletnią córeczkę w zamkniętym samochodzie na rozpalonym parkingu, poszedł do pracy, a kiedy wrócił po ośmiu godzinach, ona już oczywiście nie żyła. Czemu to zrobił i jakie były dokładne okoliczności tego nieszczęścia, nie wiemy, bo raz że policja wcale nie musi nas o wszystkim informować, a dwa, że z tego co słyszymy, ojciec dziewczynki jest w takim stanie, że nie ma sposobu się od niego dowiedzieć niczego. Nie lepiej jest z matką, która – jak już się dowiedziały odpowiednie media – z rozpaczy straciła zmysły i jest pod opieką lekarzy. W pewnym momencie tylko pojawiła się informacja, że on o dziecku zapomniał. Miał je zawieźć do przedszkola, ale zamiast tego pojechał do pracy i to dziecko w samochodzie zostawił. Po ośmiu godzinnych wyszedł z pracy i już tylko krzyknął: „O Boże! Jak ja mogłem tak zapomnieć!” No a ono się tam dosłownie ugotowało.
     
Jeszcze raz podkreślam, że nie wiemy, jak było, i do czasu aż ów nieszczęśnik odzyska mowę, a może i w ogóle już nigdy nic wiedzieć nie będziemy, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi dwie możliwości: pierwsza jest taka, że on swoją córeczkę zostawił na tym upale z głupoty, sądząc, że ona te osiem godzin jakoś przedrzemie, a potem razem wrócą do domu, ale z różnych, moim zdaniem dość oczywistych względów, wydaje mi się to zwyczajnie nieprawdopodobne. Jest jednak druga możliwość, taka mianowicie, że on rzeczywiście o tym dziecku zapomniał i to słowo, które się pojawiło tuż po tragedii, nie znalazło się tam bez przyczyny. On rzeczywiście mógł zapomnieć. Mogło się stać, że ta dziewczynka w pewnym momencie tak się zlała z tym strasznym tłem, przez które on się musiał już od dłuższego czasu przebijać, że zwyczajnie ją stracił z pamięci.
     
Niedawno opowiadał mi znajomy, że ich syn poszedł z ich labradorem na jakieś drobne zakupy, uwiązał go przed sklepem i był tak zamyślony, że wrócił do domu bez psa, a w domu nikt już do końca dnia tego, że pieska nie ma, nie zauważył, bo on nigdy nie rzucał się szczególnie w oczy, albo sobie śpiąc w swoim kąciku, albo po prostu leżąc i dumając. Dopiero wieczorem nagle ktoś zapytał: „Gdzie pies?” i wszyscy pobiegli pod sklep. Szczęśliwie, okazało się, że ktoś zawiadomił straż miejską, straż psa zawiozła do schroniska, no i wszystko skończyło się szczęśliwie.
     
Czemu opowiadam tę historię? Otóż wszyscy wiemy, jak to jest z naszymi dziennymi lękami i nocnymi koszmarami. Bardzo często one są tak dziwaczne i dla większości z nas nie do pojęcia, że jest nam zwyczajnie wstyd się do nich choćby przyznawać. I nie jest wcale tak najgorzej, jeśli się okaże, że boimy się śmierci, czy matury z matematyki, czy tego, że znaleźliśmy się na jakiejś bardzo wysokiej konstrukcji, nie znamy sposobu, by się stamtąd wydostać i tylko szukamy, czego by się tu złapać, żeby nie spaść, a pod nami jest już tylko ten idealnie płaski kawałek podłogi. Znacznie gorzej jest, kiedy nasz lęk dotyczy na przykład tego, że zapomnimy o czymś najbardziej ważnym i w ten sposób spowodujemy tragedię całego naszego życia. Nie wiem, jak jest u reszty z nas, ale lęk przed zapomnieniem o czymś, czego zapomnieć nie wolno, zapomnieniem spowodowanym nie naszym gapstwem, czy zwykłą głupotą, lub tym, że się człowiek zanurzył w jakichś bezsensownych rozrywkach, ale czymś na kształt zupełnie niezależnego od nas fatum. Mam na myśli sytuację, kiedy poszliśmy z dzieckiem na spacer, wracamy do domu, widzimy, że go nie ma, krzyczymy „O cholera!”… i nawet nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co takiego złego uczyniliśmy, że ono nagle nam zniknęło z oczu, a myśmy nawet tego nie zauważyli.
    
Nie zawsze tak miałem. Te koszmary zaczęły mnie nawiedzać – i chyba faktycznie najczęściej ich bohaterem było któreś z moich dzieci – dopiero w ostatnich latach. I to dokładnie w tym kształcie. Wracamy z wakacji, wysiadamy z pociągu, żona mnie pyta, gdzie dzieci… a ja nagle sobie uświadamiam, że one zostały gdzieś tam z tyłu, a ja nie wiem ani gdzie, ani kiedy, ani tym bardziej, w jakich okolicznościach. Kiedy to się zaczęło? Nie umiem powiedzieć. Możliwe, że wtedy, gdy Hanka jeszcze była bardzo mała, ja ją ciągnąłem na sankach, ona, będąc zawsze bardzo spokojnym dzieckiem, ani nic nie mówiła, ani nic ode mnie nie chciała, a ja szedłem oczywiście bardzo zamyślony… i ocknąłem się dopiero wtedy, gdy obcy ludzie zaczęli za mną wołać, że zgubiłem dziecko. Nie sądzę jednak, żeby to był ten moment. Wtedy akurat jeszcześmy się wszyscy potrafili z tej przygody tylko śmiać. To był dopiero sam początek świata, w jakim przyszło nam dziś żyć.
     
Jak mówię, nie wiem, ilu z nas przeżywa tego typu koszmary, ale mam bardzo mocne podejrzenie, że nie jestem tu sam. Od pewnego już czasu widzę bowiem, jak często moi znajomi na moje pytanie „Dlaczego? Co się stało?”, odpowiadają: „Przepraszam, stary, zapomniałem”. I ja to wyjaśnienie bardzo dobrze rozumiem, ja je regularnie przyjmuję, bo sam tu nie jestem bez winy. Ja zapominam nieustannie. I to nawet nie dlatego, że mam zbyt wiele rzeczy do zapamiętania, a zapisywać sobie czegokolwiek nie miałem nigdy w zwyczaju. Ja zapominam wyłącznie z tej przyczyny, że jestem tak pochłonięty codziennymi zmartwieniami i poszukiwaniem perspektyw, a czas mnie nieustannie tak wyprzedza, że już nawet niekiedy nawet nie dni, nie tygodnie, ale i miesiące pozostawiam za sobą z niezałatwionymi sprawami. Uważam, że to jest główny powód, a przy tym autentyczna plaga. Niemal wszyscy ludzie, jakich znam żyją z taką intensywnością różnego rodzaju zmartwień, że za każdym niemal razem, kiedy się budzą, zdają sobie sprawę z tego, że wczoraj już było, a kiedy postanawiają, że tym razem nie zapomną, budzą się ponownie i okazuje się, że to już kolejny wtorek i kolejny miesiąc.
     
Jeśli więc to, co się przydarzyło temu biednemu człowiekowi z Rybnika, którego dziś tak wszyscy nienawidzimy, i jego biednej córeczce, której tak bardzo współczujemy, wyglądało właśnie tak, to ja bardzo wszystkich przepraszam, ale ja go nie mogę nie rozumieć. Ja sobie bowiem jestem w stanie bardzo dobrze wyobrazić, jak on ją wiezie do tego przedszkola, ona sobie w tym strasznym upale zasypia na tylnym siedzeniu, a on – w tym samym strasznym upale i myślami już w pracy, a może wciąż jeszcze w domu, splątanymi tysiącem różnych drobnych zmartwień – najzwyczajniej w świecie traci czujność. I proszę mi nie mówić, że kochający ojciec nigdy by tak nie postąpił, bo miłość nie ma tu nic do rzeczy. Tu już mamy wyłącznie walkę odruchów splątanych nieustannych zmartwieniami i naszą zwykłą ludzką słabości.
     
Ja znam oczywiście komentarze dotyczące tego, co się stało wczoraj w Rybniku i oczywiście też nie mogłem nie usłyszeć owego chóru żądań śmierci dla „wyrodnego ojca”. Najlepiej takiej samej dokładnie, przez jaką musiało przejść jego dziecko. Ostrzegam więc każdego, kto spróbuje uderzać w ten ton. Wszyscy jesteśmy w jednakowej sytuacji: mądrzy i głupi, leniwi i pracowici, biedni i bogaci, młodzi i starzy. Nauczono nas w ciągu ostatnich kilkunastu lat na wszystko reagować już tylko instynktownie, a następnie przyprowadzono nad prawdziwą, straszną przepaść, stoimy na tym skrawku śliskiej bardzo podłogi, a zatem naprawdę lepiej by było, gdybyśmy się skupili na sobie i na naszym strasznym niewątpliwie losie, a nie na człowieku, któremu już i tak nikt i nic nie do końca świata nie pomoże. On już przekroczył tę granicę, a my mamy wszystko przed sobą i nawet się nie obejrzymy, jak kolejny z nas dostanie tak w łeb, że będzie zazdrościł tym, którzy się mieli szczęście nigdy nie urodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz