whos.amung.us

piątek, 27 czerwca 2014

Jest gorzej: Oni nie są głupi. To są psychopaci.

Autor: Toyah
Przez chwilę zamiar miałem taki, by dziś, zamiast tradycyjnej notki, wstawić tu tylko poniższy film, zachęcić do refleksji i ewentualnie, jeśli komuś przyjdzie do głowy coś mądrego – komentowania. Ponieważ jednak, jak widzę, od wczoraj, a więc, od kiedy mi syn mój pokazał to coś, sprawa nabrała pewnego rozpędu, a w związku z tym siłą rzeczy pojawiły się jakieś tam obce komentarze, uznałem, że zrobię tak, że ów film faktycznie tu wkleję, poproszę wszystkich, by go sobie obejrzeli, a kiedy już wszyscy złapiemy pierwszy, czy może trzeci oddech, podzielę się z nimi swoimi refleksjami. A zatem proszę spojrzeć; to jest zaledwie parę minut: 
 
 
      Pamiętam, jak kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w katowickiej Hali Parkowej, dziś wykorzystywanej przez niejakiego Mazgaja na pomieszczenia dla supermarketu Alma, znajdowało się kino, no i myśmy tam wtedy, jako że bilety były tanie, regularnie chodzili. Pewnego dnia wyświetlano tam jeden z moich do dziś ulubionych filmów, western Petera Fondy, z nim w roli głównej, pod tytułem „The Hired Hand”, czyli po polsku „Wynajęty człowiek”, no i ja – ponieważ na to akurat chodziłem przy każdej okazji – poszedłem i wtedy. Jest w „Wynajętym człowieku” scena, kiedy źli ludzie, chcąc zabrać mu konia, zabijają pewnego sympatycznego chłopaka, ów chłopak cały zakrwawiony i zapłakany, dusi się tą śmiercią, by jeszcze na sam koniec wydusić z siebie słowo „Mamo”. Okropna jest ta scena, z jednej strony bardzo wzruszająca, makabrycznie realistyczna, a z drugiej, być może ze względu na sam charakter filmu, niemal poetycka. No i stało się tak – a ja to pamiętam do dziś – że kiedy ten chłopak krztusi się tą krwią, próbuje coś powiedzieć, no i w końcu pada to ledwo zrozumiałe słowo „Mamo”, ktoś z sali krzyczy: „Ale się najeboł!”, a więc w tłumaczeniu ze śląskiego na polski: „Ale się nawalił!”
      Pamiętam to zdarzenie do dziś, trochę oczywiście przez to, że film „Wynajęty człowiek” to, jak już wspomniałem, jeden z moich ulubionych filmów, no a scena ta jest naprawdę wstrząsająca, ale przede wszystkich może dlatego, że ja do dziś nie potrafię się nadziwić, że są wśród nas ludzie, którzy autentycznie, wcale nie dla zademonstrowania jakiejś niby-siły, ale naprawdę szczerze i bez śladu ironii, wykazują kompletny brak tak zwanej empatii. Chodzi mi o ludzi, którzy widząc ludzkie nieszczęście, wzruszają ramionami i mówią: „A co mnie to obchodzi? Niech spierdala!”  Ludzi, którzy kiedy słyszą historię o tych dwóch chłopcach, którzy przychodzą do lokalnego spożywczaka, kładą na ladę dwa złote czterdzieści groszy i proszą o kilogram ziemniaków i dwa jajka, wybuchają śmiechem. Mówię o ludziach, którzy, słuchając naszej opowieści o tym, jak potrafi być ciężko, gdy z jednej strony wiesz, że musi być jakieś wyjście, tylko że akurat nie jesteś w stanie znaleźć odpowiednich drzwi, bo albo jesteś już tym szukaniem zmęczony, albo już ci głowa pęka od tak zwanych „dobrych rad”, mówią: „Możesz powtórzyć, bo nie słuchałem?” Mam tu na myśli oczywiście też ludzi, którzy na słowo „Smoleńsk” zaczynają rechotać i wymyślać kolejne bon moty na temat tych z nas, którzy już nie żyją, i nie ma ludzkiej siły, by ich zmusić do choć chwili refleksji. Ja wiem, że lekarze mają na tego typu mentalność swoje nazwy, faktem jest jednak to, że ja się wciąż nie mogę się przestać dziwić.
      No i mamy ten film, wyprodukowany na zamówienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Proszę zwrócić uwagę, że człowiek – to z pewnością był konkretny człowiek – który napisał scenariusz tego filmu, miał kilka zdecydowanie lepszych sposobów przedstawienia problemu. On mógł ów autobus od początku pokazać, jako jakiegoś jeźdźca apokalipsy, który mimo że cały rozklekotany i ledwo żywy zabija te dzieci; mógł na końcu zamiast tego motylka wrzucić jakiegoś złego trolla, który naciska ten guzik „stop”; mógł też, zamiast tego okropnego babska na końcu i tej prasy, wrzucić jakieś zwykłe cmentarzysko z setkami podobnych, starych autobusów, które zostały wycofane z dróg; mógł wreszcie choćby nie dawać na koniec tego idiotycznego „nie miej litości!”. Tymczasem, mamy co mamy.
       Z tego co czytam, powszechny odbiór tego filmu jest taki, że jego autor i samo ministerstwo, jako zleceniodawca, to banda głupków. Otóż moim zdaniem tak nie jest. To wcale nie chodzi o to, że oni są wszyscy głupi. Problem w tym, że oni są chorzy. Moim zdaniem to nie jest banda głupców – to jest banda psychopatów. To są dokładnie tacy sami psychopaci, jak tamten ktoś sprzed lat, który w katowickiej Hali Parkowej wrzasnął: „Ale się najeboł!”.
      To są wreszcie ludzie tacy jak oni wszyscy, a więc ci ministrowie, prezesi, biznesmeni, których rozmowy ostatnio publikuje tygodnik „Wprost” – ludzie których jedyną refleksją na wszystko co spotykają na swojej drodze, jest rechot połączony ze słowem „kurwa”. Mam wrażenie, że w natłoku tych wszystkich informacji, zgubiła się nam ostatnio być może najważniejsza z nich. Otóż dysponenci tych taśm i animatorzy ich publikacji zadecydowali, by nie ujawniać tego, co tam mówiono na temat „osób zmarłych”. A my oczywiście doskonale wiemy, że to wcale nie chodzi o to, co minister Sikorski, biznesmen Krawiec, czy podejrzany Nowak mówili na temat swoich zmarłych rodziców, dziadków, rodzeństwa, czy nawet Wojciecha Jaruzelskiego. Tu musiało chodzić o ich opinie na temat Sławomira Skrzypka, Anny Walentynowicz, Lecha Kaczyńskiego, czy oczywiście – może tu najbardziej – Przemysława Gosiewskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że redakcja „Wprost” nie publikuje tej części rozmów właśnie ze względu na ten punkt programu. A co tam się wyprawia, tego się już pewnie nie dowiemy, natomiast jestem pewien, że gdyby wyciekł choćby fragment tych akurat refleksji, siła uderzenia byłaby tak wielka, że żadna „kurwa” w wykonaniu biznesmena Krawca, ani żaden przekręt żony ministra Nowaka, nie miałaby tu najmniejszych szans. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę, jak Sieć zareagowała na wyprodukowany przez MSWiA film o smutnym autobusie. Stąd, że ja, rozumiejąc poziom politycznych kontrowersji, wiem akurat, że nie ma takiej siły, która normalnie żyjących i myślących ludzi, zmusiłaby do tego, by na widok ludzkich strzępów, wołali… no właśnie, wołali co? Cóż oni mogli sobie tam opowiadać? Jak mówię, tego nie wiemy, natomiast możemy się tego domyślić. A już z pewnością nie sądzę, żeby była jakakolwiek przesada w założeniu, że każde ich słowo może być idealnie wręcz symbolizowane przez ów końcowy napis powyższego filmu: „Nie miej litości!”
        Na sam koniec, jeszcze jedna refleksja, która z tematem tej notki nie ma niemal nic wspólnego, ale nie mogę się powstrzymać. Dziś robiłem zakupy w lokalnym supermarkecie i na półce z gazetami zobaczyłem najnowsze wydanie „Newsweeka”, gdzie Lis rozmawia ze wspomnianym wcześniej Nowakiem. Proszę sobie wyobrazić, że wziąłem to do ręki, przeczytałem niemal w całości i uderzyły mnie dwa fragmenty. Pierwszy to ten, gdzie Nowak, pytany o najpiękniejszy moment swojej politycznej kariery, odpowiada, że jest to dzień, w którym po wygranych wyborach 2007 roku Platforma przejmowała władzę, a on widział „trzęsącego się jak galareta” Błaszczaka. Tego widoku, i tej satysfakcji, jak sam mówi, nikt mu do końca życia nie odbierze. Drugi moment to ten, gdy Lis pyta go o to, jak na jego polityczny upadek reagują jego dzieci. Odpowiada Nowak z dumą, że jego córka go pociesza i mówi mu, nie martw się tato, wszystko będzie dobrze, i na to –  jak jakiś Filip z konopi – wyskakuje Lis i pyta go, czy w ten sposób on musiał pocieszać swoje dziecko… no i w tym momencie Nowak, jak się domyślamy, zaczyna beczeć.
      Bardzo to ciekawe. Bardzo. Moim zdaniem ciekawe do tego stopnia, że osobiście, gdybym był nieco młodszy i bardziej naiwny, byłbym skłonny nawet uznać, że tak naprawdę każdy film musi się skończyć happy endem, gdyby nie jedno wspomnienie. Otóż, kiedy chodziłem jeszcze do mojej słynnej męskiej podstawówki, miałem kolegę Zbyszka, który był największym i całkowicie bezlitosnym bandytą. Do dziś pamiętam, jak któregoś dnia cała klasa została wezwana do gabinetu higienistki, gdzie miano nam pobrać krew z palca. I proszę sobie wyobrazić, że mój kolega Zbyszek, kiedy zobaczył tę kropelkę krwi na swoim palcu, zemdlał. Autentycznie i zwyczajnie zemdlał. Padł na ziemię i trzeba go było zbierać. Pamiętam to niemal tak dobrze, jak tamten okrzyk w Hali Parkowej na filmie „Wynajęty człowiek”. Tak samo dobrze, jak już do końca życia będę pamiętał owe wykrzywione tępym szyderstwem twarze wpatrujące się w to błoto.
 
 
Wszystkich chętnych do współtworzenia Tygodnika Solidarni zapraszamy do kontaktu na tygodniksolidarni@gmail.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz