whos.amung.us

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Demokracja jako system zarządzania piekłem

Autor: Integrator
 
W pierwszych wyborach jakie odbyły się w `89 roku z racji wieku wziąć jeszcze udziału nie mogłem. Niemniej miałem pełne poczucie wyjątkowości chwili, która właśnie trwała a wszechobecna euforia udzieliła mi się w takim stopniu, że choć byłem dzieckiem pamiętam jak dziś, że całymi dniami siedzieliśmy z rodzicami przed telewizorem by wspólnie kibicować ludziom spod znaku „Solidarności”. I tak było przy okazji pierwszych wyborów jak i potem przy okazji każdych kolejnych - zawsze kibicowaliśmy „naszym” w szczególności zaś jednemu człowiekowi, którego osobą byłem zafascynowany na poziomie wręcz magicznym.  Z resztą nie byłem w tym odosobniony. W tamtych dniach miliony Polaków odkrywało na nowo znaczenie słowa „wolność” i w tym sensie wszyscy byliśmy dziećmi i jak dzieci z właściwą sobie naiwnością przyjmowaliśmy bezkrytycznie wszystko co nam podsuwano, jak się później okazało w z góry ustalony sposób. Pamiętam dla przykładu jak buchnęła całkiem niewiadomo skąd taka wieść, że Lech Wałęsa (bo o jego magicznym wpływie na moja osobę tu mowa), rozważa przywrócenie w Polsce monarchii. Były to jak sądzę wczesne podrygi wszechobecnych dziś speców od politycznej reklamy, o istnieniu którego to zjawiska nie mieliśmy jeszcze wówczas ani trochę pojęcia, toteż roztrząsaliśmy tą wiadomość całkiem na serio, dając sobie wzajemnie najróżniejsze argumenty za i przeciw. Dziś już wiemy jak z tym było, ale taki to właśnie był tamten czas - wszystko było możliwe, nic nie było niemożliwe - pierwsze tak wspaniałe uczucie w życiu wielu milionów Polaków. Jestem niemal pewien, że gdyby z jakiś powodów ktoś tą monarchistyczną myśl wtedy dalej pociągnął to my z miłość do wykreowanego nam wodza niechybnie posadzilibyśmy go na wawelskim tronie lub na Zamku w Warszawie, gdzie tylko by chciał. I to wszystko co zachowało się z moich wspomnień z tamtych dni. Nie licząc malutkiego osobistego przeżycia, które z pewnym sentymentem pielęgnuję i zachowuję w alei ciepłych wspomnień mej pamięci. No dobrze, niech będzie jeszcze krótko i o nim dla pokazania pełni obrazu. Otóż dorwawszy gdzieś plakat z Wałęsą a chcąc mieć własny wkład w jego walce o fotel prezydenta, w największej tajemnicy nakleiłem ten plakat na ścianie osiedlowego warzywniaka, tam gdzie codziennie przewijały się tabuny przyszłych wyborców poszukujących póki co produktów na domową zupę. Ja mały chłopczyk, ten wielki plakat, słoik z klejem z mąki ziemniaczanej i jak wierzyłem gdzieś tam niedobitki komuny którym wyszedłem późnym wieczorem naprzeciw. Nawet teraz uśmiecham się gdy to piszę. Potem leżałem na podłodze przed telewizorem i rozpierany dumą kontynuowałem kibicowanie wiedząc, że to co tam się dzieje, dzieje się już teraz także dzięki mnie. Plakat wisiał na swoim miejscu kilka dni, po czym ktoś go zerwał i na tym kończy się epizod spóźnionego opozycjonisty, wielkiego Polaka na miarę swego wieku i możliwości. To był naprawdę piękny czas. Mieliśmy w końcu wolną od komuny Polskę. Potem wolne od szkoły soboty. Wolno już było panu od historii powiedzieć nam o wrześniowym ciosie zadanym w plecy od Wschodu, a ja mogłem na przerwie opowiadać kolegom o Katyniu. Przez chwilę wszystko było wolno. Wszystko było wolne od wszystkiego. Mieliśmy całe kiszenie wypchane tą wolnością. A potem, było już tylko gorzej…
 
Byliśmy idealnym materiałem do okłamywania i bezpardonowego urabiania tym lepszym, że nikt z nas nie miał jeszcze wówczas pojęcia jakie zagrożenia niesie ze sobą demokracja. Była ona dla nas niemal mitycznym dobrem, idealnym negatywem komunizmu i w sumie na tym kończyła się nasza wiedza o tym w co my się całą masą pakujemy. Nikt też w tamtym czasie nie miał jeszcze pojęcia co to jest polityka i jak straszne może mieć oblicze. A jeśli ktoś twierdził inaczej, to się zwyczajnie popisywał lub jedynie wrodzona podejrzliwość kazała mu widzieć w niej niebezpieczny mechanizm sterowania demokracją i źródło kolejnego zniewolenia. Tym razem ekonomicznego i duchowego, ale to stało się jasne dopiero po latach a i tak wciąż nie dla wszystkich. Wtedy jednak wciąż byliśmy jeszcze młodym społeczeństwem, któremu powiedziano, że głosując pierwszy raz samodzielnie decyduje o przyszłości swego kraju i to nam wystarczyło. Niewiele mówiło się o połowicznej wolności pierwszych wyborów i o tym, że będzie to parlament w którym dotychczasowa władza dostanie gwarantowaną większość a potem wybierze nam Jaruzelskiego na prezydenta. Z resztą, my w tym zbiorowym amoku chyba broniliśmy się przed takimi informacjami, które mogłyby zakłócić naszą radość i nie chcieliśmy dostrzegać symptomów pierwszych, zbliżających się kłopotów, nierozerwalnie związanych z nowym systemem jak i konsekwentnie budowanego w oparciu o ten system nowo-starego układu sił. Wciąż i bez końca chcieliśmy przeżywać stan który mógł być z oczywistych powodów tylko stanem przejściowym. Staliśmy w kółku trzymając się za rączki niczym dzieci na mikołajkowej zabawie w przedszkolu gdy tymczasem z całą determinacją i pełną parą rozpoczęto realizację scenariuszy przyjętych w Magdalence. Tych oficjalnych i tych nieoficjalnych, w obu przypadkach obficie opijanych przez niegdysiejszych wrogów gorzałą.
 
Poprzez kotarę beztroskości za którą świętowaliśmy tryumf tych których mieliśmy za „naszych”, nieubłaganie zaczęło przebijać się pytanie o codzienność i o to jak to wszystko dalej będzie wyglądało? Całkowicie zerwała tą zasłonę i obudziła nas z marzeń o uczciwej i wolnej Polsce bezpardonowa walka, której kulisy także w ramach tej walki zaczęto relacjonować nam na bieżąco w mediach. I nagle zdaliśmy sobie sprawę, że trudno w tym targowisku twarzy, wartości i interesów rozpoznać kto jest „nasz” a kto tylko udaje. Pojawiły się pierwsze oskarżenia o zdradę i pierwsze wzmianki o teczkach, także tych Wałęsy. W jednej chwili runęły nasze nadzieje i wyobrażenia. W iście ekspresowym tempie zaczęliśmy dojrzewać ale i boleśnie odczuwać skutki naszej dyletanckości w tej nowej politycznej dyscyplinie, która niepostrzeżenie wdarła się do każdego zakamarka naszego życia. Wkrótce okazało się, że poza zmianą godła i paru jeszcze innych formalności nowa rzeczywistość jest równie mroczna i nieprzenikniona jak ta miniona, za to w niespotykany do tej pory sposób bezwzględna i nieczuła na problemy poszczególnych obywateli. Po raz pierwszy poczuliśmy, że choć w końcu wiele zależy od nas to ceną za to jest społeczne sieroctwo i wyizolowanie. Państwo niewiele już musiało a prym wiodły twarde zasady rynku w którego tryby wrzucono nas całkiem nieprzygotowanych. Zajęci stawianiem pierwszych kroków, ciesząc się, że wciąż idziemy choć inni w koło padają, nie umieliśmy dostrzec, że są wśród nas daleko lepiej przygotowani sprinterzy za przyczyną których, skalę dokonanej wówczas grabieży na majtku państwa można dziś porównać tylko z tym co się działo gdy przez ten kraj wzdłuż i wszerz maszerowały obce wojska. Brano wszystko i na wszystkie możliwe sposoby aż osiągnięto poziom zuchwalstwa, przy którym nie dało się już tego w żaden sposób ukryć. Pierwsze informacje o masowo padających państwowych zakładach, o zamykanych PGR-ach i oszukańczych prywatyzacjach budziło wielu z demokratycznego letargu w sposób gwałtowny i nierzadko dla nich tragiczny.
 
Nie ma dziś sensu przypominać sobie tego wszystkiego z detalami bo to jest zadanie dla historyków i oni mniej lub lepiej odrobili już tą lekcję. I choć różnią się w ocenie tamtych czasów, to fakty zapisane w dokumentach z tamtych dni bezsprzecznie wskazują, że to co chcieliśmy uważać za wyjątkowy dar od Boga, było z zamysłem realizowanym procesem budowania nowego układu na strukturach funkcjonującego państwa. Co gorsza procesem dokonanym w tak przedni sposób, że poza zmianą właściciela tego co do niedawna było jeszcze dobrem wspólnych, wszystko zostało po staremu.
 
 
I tak jest po dzień dzisiejszy. Jako społeczeństwo wylądowaliśmy tam gdzie staliśmy na początku tej trwającej już dwadzieścia pięć lat drogi. Przez to jedno co dziś z pewnością możemy świętować jest okrągła rocznica wytrwałego truchtania w miejscu. I nic chyba nie mogło lepiej potwierdzić tej tezy jak to co się aktualnie dzieje na naszych oczach z tym państwem a co nam tak boleśnie pokazują nagrania z restauracji pana Sowy. Myślcie co chcecie ale mi wciąż na to samo wychodzi, że się pan prezydent jednak bardzo, bardzo myli twierdząc, że to co teraz mamy to najpiękniejszy okres naszych dziejów.
 
 Oj, będzie miał z naszych polityków kiedyś diabeł prawdziwą pociechę. A na razie zbudowany naszej demokracji przykładem wprowadza ją u siebie, by móc jeszcze okrutniej zarządzać piekłem.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz