whos.amung.us

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Bogdan Zdrojewski zwariował ze strachu, czy z czystej nieuwagi?

Autor: Toyah
Nie wiem doprawdy, który to już raz okazuje się, że wystarczy, że się temat urodzi i zacznie raczkować, niemal w jednej chwili widać, że on już żyje własnym życiem i nie ma sposobu, by go potraktować, jak ów smutny autobus, który swoje zrobił i może zostać sprasowany. Niemal tydzień czekałem na odpowiednią okazję, by zająć się tym gazem, którym Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji, niemal jak owi kosmici z filmu Shayamalana o znakach, najwidoczniej karmi swoje sługi, a tu nagle trafiłem na dość już stary, bo sprzed dwóch niemal miesięcy, wywiad Mazurka z wówczas jeszcze ministrem kultury, a dziś europarlamentarzystą, Zdrojewskim w „Rzeczpospolitej”. Czemu Zdrojewski? Otóż on się, owszem, pojawił w moim wczorajszym tekście, jako bardzo dobry dowód na to, że Platforma Obywatelska to nie jest zwykła partia polityczna, ale projekt w pewnym sensie religijny, w dodatku religijny na poziomie, który znamy, czy to doniesień medialnych, czy nawet z dokumentalnych filmów poświęconych temu, że gdzieś tam w Południowej Ameryce tysiąc osób zgodziło się umrzeć, by już za chwilę odrodzić się w innej kosmicznej przestrzeni, a wszystko tylko dlatego, że ktoś im coś tam naopowiadał, a oni mu uwierzyli. Pamiętamy Zdrojewskiego jeszcze sprzed lat i mam wrażenie, że dla wielu z nas on był takim skromnym, w miarę porządnym, lokalnym politykiem, którego życie rzuciło akurat w objęcia Platformy Obywatelskiej, ale on tak naprawdę, jako porządny urzędnik, mógłby dobrze służyć każdemu. Pamiętamy, jak Zdrojewski miał zostać ministrem obrony narodowej, ale Tusk, widocznie uważając go za jakiegoś przybłędę, dał mu tę kulturę, no a on, grzecznie oczywiście, tę ofertę przyjął i próbował coś tam na swój określony sposób robić.
Ale pamiętamy Zdrojewskiego z jeszcze jednego wystąpienia, kiedy to podczas mszy za zmarłego w Smoleńsku swojego wiceministra Tomasza Merty przemawiał w kościele i autentycznie płakał, przepraszając za każde straszne słowo i każdy jeszcze straszniejszy czyn swoich politycznych przyjaciół, które doprowadziły do tej katastrofy i tej śmierci. Widzieliśmy beczącego Zdrojewskiego i jestem pewien, że wielu z nas zwyczajnie mu kibicowało, by jego następnym krokiem było już tylko demonstracyjne opuszczenie tego miejsca, które niesie tylko kłamstwo, cierpienie i śmierć.
I oto po latach mamy ów wywiad z Mazurkiem, a ja powiem szczerze, że czegoś takiego nie widziałem w życiu. Część z nas wie mniej więcej, jak te mazurkowe wywiady wyglądają. Pomijając rozmowy z takimi ludźmi jak Żuławski, czy Dwurnik, którzy Mazurkowi najwyraźniej czymś tam płacą, one są robione w taki sposób, by człowiek, którego on przepytuje, na koniec dostał cholery i wyrzucił go za drzwi, lub sam wyszedł, trzaskając drzwiami. Jest to wszystko oczywiście tylko pewną konwencją, no ale dzięki niej, te rozmowy potrafią być niekiedy dość ciekawe, a czasem i nawet pouczające.
Jak mówię, wywiad ze Zdrojewskim jest na tym tle czymś podwójnie szczególnym. Przede wszystkim, ja sobie nie przypominam bym kiedykolwiek miał okazję widzieć kogoś, kto od początku do końca, w najbardziej bezczelny i bezwstydny sposób kłamie, a z drugiej, właśnie z powodu tych kłamstw i ich intensywności, traktowany przez rozmówcę jak szmata, nawet się nie zarumienił ze wstydu. W rozmowie tej Mazurek robi to co zawsze, czyli wytyka Zdrojewskiemu najpierw kolejne krętactwa, potem już kłamstwa, a na końcu już, jak mówię, kłamstwa bezczelne i bezwstydne, Zdrojewski natomiast patrzy na niego tymi swoimi baranimi oczami i z uśmiechem mówi: „Ale pan jest dla mnie niedobry”. W końcu jest tak, że powstaje rozmowa w pewnym sensie najgorsza ze wszystkich dotychczasowych rozmów Mazurka, bo tam nie ma nic, tylko te kłamstwa, ich natychmiastowe prostowanie, kłamstwa kolejne, kolejny atak Mazurka i nowe kłamstwo, i nowy atak. Tam już, jak mówię, nie ma nic więcej; żadnej rozmowy, żadnego nowego tematu, żadnych emocji – tylko te kłamstwa. Wygląda na to, że nawet jeśli Mazurek na początku miał jakiś plan, by sobie ze Zdrojewskim, jak człowiek z człowiekiem, pogadać i mu tam trochę podokuczać, to Zdrojewski mu to zwyczajnie uniemożliwił.
Przypomina Zdrojewskiemu Mazurek, jak to ten obiecywał, że w Warszawie w ciągu trzech lat powstanie muzeum Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. „I jest bliskie finału", odpowiada Zdrojewski. „Minęło sześć lat i muzeum ani widu, ani słychu”. „Jest odwrotnie”, mówi Zdrojewski. „Odwrotnie to by było, gdyby stało”, mówi Mazurek. „Stoi”, odpowiada Zdrojewski. Okazuje się, że nie stoi.
Dalej. Przypomina Zdrojewskiemu Mazurek, jak jesienią 2008 roku zapowiadał przykrycie Trasy Łazienkowskiej i otwarcie Muzeum Historii Polski. „Trasy nie przykryto, muzeum nie ma”, mówi Mazurek. „Nieprawda, znowu się pan myli”. „Tak?” pyta Mazurek. „To jedźmy do tego muzeum, chętnie kupię panu bilet”. „Minister kultury nie zajmuje się przykrywaniem Trasy Łazienkowskiej”, odpowiada wesoło Zdrojewski. „Muzeum Historii Żydów Polskich ma obsuwę”. „Przecież MHŻP stoi, mogę pana tam zaprosić!” krzyczy Zdrojewski, na co Mazurek informuje: „Stoi pusty budynek, w którym kiedyś będzie wystawa”.
Co więc się udało? Remont Arkad Kubickiego i Pałacu Pod Blachą, Muzeum Polskiego Malarstwa w Sukiennicach, Donald Tusk wbił łopatę pod Muzeum II Wojny Światowej, gdzie „jesteśmy w fazie głębokiego wykopu”.
A więc tylko remonty, mówi Mazurek, zmienia temat i pyta Zdrojewskiego o TVP. „Proszę wymienić jakiegoś członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który należałby do Platformy Obywatelskiej. Choćby jednego!” woła Zdrojewski. Mazurek wymienia po kolei. „A czemu pan nie wspomina o członkach PiS w Krajowej Radzie?” „Bo ich nie ma”, mówi Mazurek. „Nieprawda, są!” krzyczy Zdrojewski. Okazuje się, że nie ma, na co Zdrojewski ze spokojem: „Pomyliłem się, chodziło mi o radę nadzorczą TVP, której członkiem jest prof. Wojciech Roszkowski”. „Jeden na siedmiu”, odpowiada Mazurek. „A zna pan jakiegoś członka Platformy w zarządzie TVP?” ripostuje Zdrojewski. „Braun”, mówi Mazurek. „Nie ja go tam delegowałem i nie może pan stwierdzić, że Platforma Obywatelska ma jakąkolwiek przewagę w mediach publicznych”.
I tak dalej do samego końca. Daję słowo, że tam nie ma praktycznie nic więcej, tylko ta rozmowa idioty:
- Dwa i dwa to pięć.
- Nie, proszę pana. Cztery.
- No dobra, może i cztery, ale trzy i trzy to z pewnością dwa.
- Nie. Sześć.
- Niech pan sobie myśli, co chce, ale ja mówię, że dwa.
- Ma pan trzy jabłka, a ja panu do tego daje jeszcze trzy, to ile będzie tych jabłek?
- Sześć. A więc tak jak mówiłem.
- Nie. Mówił pan dwa.
- Widocznie się pomyliłem. Nie wiem tylko, czemu pan się uparł, żeby rozmawiać ze mną o fizyce.
- Dodawanie to matematyka.
- Chyba wręcz przeciwnie.
A ja się już tylko zastanawiam, jak bardzo oni są nawet nie zdesperowani, ale zwyczajnie zatruci tą siarką, że stracili choćby podstawowy już wstyd. Przecież, cokolwiek by o Zdrojewskim nie powiedzieć, to jednak on musi mieć jakieś swoje życie, rodzinę, dzieci, wolny czas, który stara się spędzać tak jak każdy z nas. No dobra. Ktoś z nas powie to, co już było mówione wielokrotnie, a mianowicie to, że on, podobnie ja cała reszta uczestników tego czarnego projektu, ma znacznie więcej do stracenia, niż ktokolwiek z nas, i ja jestem to w stanie zrozumieć. Natomiast nie rozumiem, dlaczego on nie chce nam wysłać choćby jednego sygnału, że on tak naprawdę przez te kłamstwa prosi o ratunek. Dlaczego on, kiedy już udało mu się zostać tym europosłem i zapewnił sobie, jak to przyznał w swojej książce Migalski, jakiś milion złotych oszczędności w ciągu czterech lat, plus solidną emeryturę, nie wydusił z siebie choć jednego słowa prawdy, ale nadal – i robi to do dziś – nurza się w tym kłamstwie. Boi się, że go zabiją? Bez przesady.
Jest jednak coś, co, jak sądzę, i ich usprawiedliwia i przy okazji nam daje okazję do tego, byśmy się mogli nieco uspokoić. Otóż tam może chodzić już tylko o ten Smoleńsk. Może być tak, że ich wszystkich trzyma już tylko Smoleńsk. Każdy z nich, który spróbuje choćby drgnąć, naraża się na to, że zostanie odstrzelony, jako pierwszy. Dlaczego? Dlatego że tam był i dlatego, że nic nie powiedział. A to wystarczy, żeby się zwyczajnie bać. Innego wytłumaczenia nie mam, a to wystarczy mi, żeby się zastanawiać, czy to wszystko nie jest znacznie, znacznie prostsze. Tak bym wolał zdecydowanie bardziej. Jak zwykle, wszystko się sprowadza do tego, by nam było łatwiej żyć.
 
Zapraszamy wszystkich do współtworzenia Tygodnika "Solidarni" i do kontaktu na tygodniksolidarni@gmail.com
 

Czy można zaaresztować rząd?

Autor: Integrator
 
Muszę się tu Wam przyznać do pewnej słabości. Ale zanim to zrobię proszę by wyszli z sali psycholodzy bo ci bez wątpienia przypiszą mi głęboko ukryte zapędy dyktatorskie. Ot tak po prostu, już po jednym tekście, jak to tylko oni umieją. Zatem wynocha. Wyszli? A pan w niebieskiej kurtce? Mówi, że hydraulik? Hydraulik może zostać. Zaczynamy.

Proszę sobie wyobrazić, że oglądając wczoraj jak mniemam hollywoodzki film akcji (wybaczcie nie odnotowałem tytuły bo i oglądać zacząłem jakoś od połowy), odnotowałem u siebie wyraźną fascynację działaniami amerykańskich służb mundurowych. I nie mam tu na myśli wojskowych oddziałów specjalnych tych tak zwanych komandosów ale dokładnie rzecz ujmując owych panów którzy z napisem FBI na kurtkach wpadają do miejsca pełnego złych ludzi i w parę chwil robią z nimi porządek. Myślę, że każdy z Was wie o co mi chodzi bo bez podobnej sceny nie może się obyć żaden robiony w tym kraju w dodatku jeśli z rozmachem film akcji.

Część z Was zadaje sobie w tym miejscu pytanie, o czym ja tu do jasnej cholery piszę, skoro mamy w kraju tak przecież ciężki kryzys? Dlaczego gdy rząd próbuje zamieść wszystko pod dywan i gdy każdy kto umie pisać winien zagrzewać społeczeństwo - jeśli nie do walki - to przynajmniej do przyjęcia wszelkich dopuszczalnych prawem form obywatelskiego oporu, ja wyskakuję jak Filip z konopi z jakimś filmem? Otóż, to nie tak. To moje dzisiejsze pisanie tylko z pozoru wygląda na ucieczkę w tematy poboczne. Co prawda ja faktycznie mam niezłe ciągoty by pisać choćby o przysłowiowej "dupie Maryny" byle by nie o tych taśmach, i to głównie dlatego, że nie mam w zwyczaju wtrącać się do ewidentnej kłótni w rodzinne. Jednak piszę, wciąż i mimo wszystko piszę tyle, że na swój sposób bo nie chcę w to wchodzi więcej niż trzeba. Zanurzam tedy w to błoto jeno duży palec stopy i czując jak się ten bród we mnie rozlewa wzdrygam się i znów chcę uciekać. Wyjścia jednak nie mam, prowadzę blog polityczny i czasami jest tak dokładnie jak w tej chwili, czyli  "nie chcem, ale muszem". Nie przeciągajmy więc, i przejdźmy co prędzej do działa.

Dla zagubionych wyjaśnię najpierw dlaczego ja o tych panach co się tak pięknie piorą na naszych oczach piszę jak o rodzinie? Ano idąc trochę dookoła, jeśli przyjmiemy, że majątek narodowy to zbiór dóbr ujętych w nawiasach rzek Bugu i Odry to jako zamknięty i skończony a nieustannie grabiony wcześniej czy później musi zacząć się kurczyć. A że rwie się to sukno u nas po kawałku bez opamiętania już ćwierć wieku to stało się to co musiało - chętnych jest więcej niż towaru - co ekonomia nazywa przerostem popytu nad podażą. Stąd to co dziś oglądamy to właściwa dla takich chwil przetasowanie kontrahentów i ustalanie nowych stref wpływu.

Tedy jeśli już muszę się tym tematem zajmować, a już szczególnie gdy mam się odnieść do akcji w tygodniku "Wprost", to chcę Wam zwrócić uwagę na coś ważnego co nam w tym chaosie umknęło. I tu wracamy do początku. Otóż zacząłem ten tekst od mojej fascynacji ludźmi z FBI, a dokładnie od podziwu dla scen z aresztowań czy wtargnięć z udziałem śledczych z tej formacji, tylko dlatego że ja w nich wyczuwam autentyczną moc państwa jaka stoi za tymi ludźmi. Gdy ci faceci otwierają z buta drzwi, gdy rozbiegając się po pokojach krzyczą "FBI, nie ruszać się!" i gdy kładą na przysłowiową glebę oprychów - wiem, a jeszcze lepiej wiedzą to te oprychy, że właśnie skończyła się zabawa, że do gry weszło państwo i że to już nie przelewki. Facet z odznaką FBI to od tej chwili nie jakiś tam John Smith ale w jego osobie cała powaga i moc rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki a atak na niego to także atak na to państwo. W obliczu tego akcja którą zrobiono w tygodniku "Wprost" to bez wątpienia kompromitacja Państwa Polskiego. I żeby mnie wszyscy dobrze zrozumieli. Ja nie jestem przeciwnikiem wolnego słowa, a już na pewno nie usłyszycie ode mnie dobrego słowa za tym rządem. Ale gdy już tak się sprawy potoczą, że pada decyzja o wkroczeniu to przepraszam ale - niech to będzie z taką mocą, że aż wióry lecą! Tam powinni byli wejść panowie co to by tych dziennikarzy po dwóch, trzech naraz mogli wynieść a oczyściwszy tak teren dać pozostałym możliwość przejścia do czynności zabezpieczenia wiadomych materiałów. A jeśli nie tak to niechby to przynajmniej miało znamiona interwencji państwa a nie wycieczki spłoszonych widokiem kamer, panów po cywilu. Zobaczcie sobie proszę te nagrania raz jeszcze. To są służby specjalne tego państwa? Nie, to jest cyrk. Brakuje straganów, budek hot-dogami i watą cukrową. Nie, nie przesadzam. Na prawdę mam wrażenie, że nieustanna kompromitacja tego państwa i podlegających mu organów to dla rządu PO już niemal założenie programowe.

No więc z jednej strony mamy opisaną wyżej nieporadność gdy trzeba działać jawnie i w świetle dnia. Z drugiej zaś pełną determinację do obrony zajętych pozycji, nawet za cenę łamania prawa i niszczenia niezależność organów państwa. Stąd gdy na co dzień my tu na dole stale odczuwamy brak państwa, z chwilą gdy trzeba ukryć pokrętne działania kolegów stawia się na nogi wszystkie organa tego państwa z prokuraturą i służbami na czele.

I nie ma najmniejszych wątpliwości, że oni to wszystko wyciszą a my z ulgą zmęczeni tym bajzlem machniemy na to ręką i pojedziemy na wakacje. Tyle, że tego co się rozlało już tak do końca cofnąć się nie da. Bo jeśli szef NBP rozmawia z szefem służb specjalnych o sposobach radzenia sobie z nieposłusznymi biznesmenami z pomocą pałki, którą ma państwo to zasadnym staje się już nie tylko pytanie - czym to jest powzięcie przez prezesa Belkę wiedzy o planowanym przestępstwie? Zasadny staje się pytanie - czym się ta grupa ludzi różni w swym działaniu od mafii? I dalej, bo wszystko wskazuje na to, że rządzi jednak nami mafia to - czy można im w tej sytuacji zastosować tzw. obywatelskie zatrzymanie?

Pisze dla nas bloger Toyah, możesz pisać i Ty jeśli tylko zechcesz. Zapraszam wszystkich chętnych do współtworzenia Tygodnika Solidarni i do kontaktu na email: tygodniksolidarni@gmail.com

piątek, 27 czerwca 2014

Jest gorzej: Oni nie są głupi. To są psychopaci.

Autor: Toyah
Przez chwilę zamiar miałem taki, by dziś, zamiast tradycyjnej notki, wstawić tu tylko poniższy film, zachęcić do refleksji i ewentualnie, jeśli komuś przyjdzie do głowy coś mądrego – komentowania. Ponieważ jednak, jak widzę, od wczoraj, a więc, od kiedy mi syn mój pokazał to coś, sprawa nabrała pewnego rozpędu, a w związku z tym siłą rzeczy pojawiły się jakieś tam obce komentarze, uznałem, że zrobię tak, że ów film faktycznie tu wkleję, poproszę wszystkich, by go sobie obejrzeli, a kiedy już wszyscy złapiemy pierwszy, czy może trzeci oddech, podzielę się z nimi swoimi refleksjami. A zatem proszę spojrzeć; to jest zaledwie parę minut: 
 
 
      Pamiętam, jak kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w katowickiej Hali Parkowej, dziś wykorzystywanej przez niejakiego Mazgaja na pomieszczenia dla supermarketu Alma, znajdowało się kino, no i myśmy tam wtedy, jako że bilety były tanie, regularnie chodzili. Pewnego dnia wyświetlano tam jeden z moich do dziś ulubionych filmów, western Petera Fondy, z nim w roli głównej, pod tytułem „The Hired Hand”, czyli po polsku „Wynajęty człowiek”, no i ja – ponieważ na to akurat chodziłem przy każdej okazji – poszedłem i wtedy. Jest w „Wynajętym człowieku” scena, kiedy źli ludzie, chcąc zabrać mu konia, zabijają pewnego sympatycznego chłopaka, ów chłopak cały zakrwawiony i zapłakany, dusi się tą śmiercią, by jeszcze na sam koniec wydusić z siebie słowo „Mamo”. Okropna jest ta scena, z jednej strony bardzo wzruszająca, makabrycznie realistyczna, a z drugiej, być może ze względu na sam charakter filmu, niemal poetycka. No i stało się tak – a ja to pamiętam do dziś – że kiedy ten chłopak krztusi się tą krwią, próbuje coś powiedzieć, no i w końcu pada to ledwo zrozumiałe słowo „Mamo”, ktoś z sali krzyczy: „Ale się najeboł!”, a więc w tłumaczeniu ze śląskiego na polski: „Ale się nawalił!”
      Pamiętam to zdarzenie do dziś, trochę oczywiście przez to, że film „Wynajęty człowiek” to, jak już wspomniałem, jeden z moich ulubionych filmów, no a scena ta jest naprawdę wstrząsająca, ale przede wszystkich może dlatego, że ja do dziś nie potrafię się nadziwić, że są wśród nas ludzie, którzy autentycznie, wcale nie dla zademonstrowania jakiejś niby-siły, ale naprawdę szczerze i bez śladu ironii, wykazują kompletny brak tak zwanej empatii. Chodzi mi o ludzi, którzy widząc ludzkie nieszczęście, wzruszają ramionami i mówią: „A co mnie to obchodzi? Niech spierdala!”  Ludzi, którzy kiedy słyszą historię o tych dwóch chłopcach, którzy przychodzą do lokalnego spożywczaka, kładą na ladę dwa złote czterdzieści groszy i proszą o kilogram ziemniaków i dwa jajka, wybuchają śmiechem. Mówię o ludziach, którzy, słuchając naszej opowieści o tym, jak potrafi być ciężko, gdy z jednej strony wiesz, że musi być jakieś wyjście, tylko że akurat nie jesteś w stanie znaleźć odpowiednich drzwi, bo albo jesteś już tym szukaniem zmęczony, albo już ci głowa pęka od tak zwanych „dobrych rad”, mówią: „Możesz powtórzyć, bo nie słuchałem?” Mam tu na myśli oczywiście też ludzi, którzy na słowo „Smoleńsk” zaczynają rechotać i wymyślać kolejne bon moty na temat tych z nas, którzy już nie żyją, i nie ma ludzkiej siły, by ich zmusić do choć chwili refleksji. Ja wiem, że lekarze mają na tego typu mentalność swoje nazwy, faktem jest jednak to, że ja się wciąż nie mogę się przestać dziwić.
      No i mamy ten film, wyprodukowany na zamówienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Proszę zwrócić uwagę, że człowiek – to z pewnością był konkretny człowiek – który napisał scenariusz tego filmu, miał kilka zdecydowanie lepszych sposobów przedstawienia problemu. On mógł ów autobus od początku pokazać, jako jakiegoś jeźdźca apokalipsy, który mimo że cały rozklekotany i ledwo żywy zabija te dzieci; mógł na końcu zamiast tego motylka wrzucić jakiegoś złego trolla, który naciska ten guzik „stop”; mógł też, zamiast tego okropnego babska na końcu i tej prasy, wrzucić jakieś zwykłe cmentarzysko z setkami podobnych, starych autobusów, które zostały wycofane z dróg; mógł wreszcie choćby nie dawać na koniec tego idiotycznego „nie miej litości!”. Tymczasem, mamy co mamy.
       Z tego co czytam, powszechny odbiór tego filmu jest taki, że jego autor i samo ministerstwo, jako zleceniodawca, to banda głupków. Otóż moim zdaniem tak nie jest. To wcale nie chodzi o to, że oni są wszyscy głupi. Problem w tym, że oni są chorzy. Moim zdaniem to nie jest banda głupców – to jest banda psychopatów. To są dokładnie tacy sami psychopaci, jak tamten ktoś sprzed lat, który w katowickiej Hali Parkowej wrzasnął: „Ale się najeboł!”.
      To są wreszcie ludzie tacy jak oni wszyscy, a więc ci ministrowie, prezesi, biznesmeni, których rozmowy ostatnio publikuje tygodnik „Wprost” – ludzie których jedyną refleksją na wszystko co spotykają na swojej drodze, jest rechot połączony ze słowem „kurwa”. Mam wrażenie, że w natłoku tych wszystkich informacji, zgubiła się nam ostatnio być może najważniejsza z nich. Otóż dysponenci tych taśm i animatorzy ich publikacji zadecydowali, by nie ujawniać tego, co tam mówiono na temat „osób zmarłych”. A my oczywiście doskonale wiemy, że to wcale nie chodzi o to, co minister Sikorski, biznesmen Krawiec, czy podejrzany Nowak mówili na temat swoich zmarłych rodziców, dziadków, rodzeństwa, czy nawet Wojciecha Jaruzelskiego. Tu musiało chodzić o ich opinie na temat Sławomira Skrzypka, Anny Walentynowicz, Lecha Kaczyńskiego, czy oczywiście – może tu najbardziej – Przemysława Gosiewskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że redakcja „Wprost” nie publikuje tej części rozmów właśnie ze względu na ten punkt programu. A co tam się wyprawia, tego się już pewnie nie dowiemy, natomiast jestem pewien, że gdyby wyciekł choćby fragment tych akurat refleksji, siła uderzenia byłaby tak wielka, że żadna „kurwa” w wykonaniu biznesmena Krawca, ani żaden przekręt żony ministra Nowaka, nie miałaby tu najmniejszych szans. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę, jak Sieć zareagowała na wyprodukowany przez MSWiA film o smutnym autobusie. Stąd, że ja, rozumiejąc poziom politycznych kontrowersji, wiem akurat, że nie ma takiej siły, która normalnie żyjących i myślących ludzi, zmusiłaby do tego, by na widok ludzkich strzępów, wołali… no właśnie, wołali co? Cóż oni mogli sobie tam opowiadać? Jak mówię, tego nie wiemy, natomiast możemy się tego domyślić. A już z pewnością nie sądzę, żeby była jakakolwiek przesada w założeniu, że każde ich słowo może być idealnie wręcz symbolizowane przez ów końcowy napis powyższego filmu: „Nie miej litości!”
        Na sam koniec, jeszcze jedna refleksja, która z tematem tej notki nie ma niemal nic wspólnego, ale nie mogę się powstrzymać. Dziś robiłem zakupy w lokalnym supermarkecie i na półce z gazetami zobaczyłem najnowsze wydanie „Newsweeka”, gdzie Lis rozmawia ze wspomnianym wcześniej Nowakiem. Proszę sobie wyobrazić, że wziąłem to do ręki, przeczytałem niemal w całości i uderzyły mnie dwa fragmenty. Pierwszy to ten, gdzie Nowak, pytany o najpiękniejszy moment swojej politycznej kariery, odpowiada, że jest to dzień, w którym po wygranych wyborach 2007 roku Platforma przejmowała władzę, a on widział „trzęsącego się jak galareta” Błaszczaka. Tego widoku, i tej satysfakcji, jak sam mówi, nikt mu do końca życia nie odbierze. Drugi moment to ten, gdy Lis pyta go o to, jak na jego polityczny upadek reagują jego dzieci. Odpowiada Nowak z dumą, że jego córka go pociesza i mówi mu, nie martw się tato, wszystko będzie dobrze, i na to –  jak jakiś Filip z konopi – wyskakuje Lis i pyta go, czy w ten sposób on musiał pocieszać swoje dziecko… no i w tym momencie Nowak, jak się domyślamy, zaczyna beczeć.
      Bardzo to ciekawe. Bardzo. Moim zdaniem ciekawe do tego stopnia, że osobiście, gdybym był nieco młodszy i bardziej naiwny, byłbym skłonny nawet uznać, że tak naprawdę każdy film musi się skończyć happy endem, gdyby nie jedno wspomnienie. Otóż, kiedy chodziłem jeszcze do mojej słynnej męskiej podstawówki, miałem kolegę Zbyszka, który był największym i całkowicie bezlitosnym bandytą. Do dziś pamiętam, jak któregoś dnia cała klasa została wezwana do gabinetu higienistki, gdzie miano nam pobrać krew z palca. I proszę sobie wyobrazić, że mój kolega Zbyszek, kiedy zobaczył tę kropelkę krwi na swoim palcu, zemdlał. Autentycznie i zwyczajnie zemdlał. Padł na ziemię i trzeba go było zbierać. Pamiętam to niemal tak dobrze, jak tamten okrzyk w Hali Parkowej na filmie „Wynajęty człowiek”. Tak samo dobrze, jak już do końca życia będę pamiętał owe wykrzywione tępym szyderstwem twarze wpatrujące się w to błoto.
 
 
Wszystkich chętnych do współtworzenia Tygodnika Solidarni zapraszamy do kontaktu na tygodniksolidarni@gmail.com

środa, 25 czerwca 2014

O bułeczce za 300 złotych.

Autor: Integrator

Wracam właśnie z bazarku, osiedlowego małego targowiska na którym codziennie, podobnie jak na tysiącu innych podobnych a rozsianych po polskich miastach targach, można przyjść i kupić produkty rolne od tzw. chłopa. Mało tego kupić, można jeszcze pogadać ze sprzedawcą. I niekoniecznie o tym, że z sałatą w tym roku cienko, że cena czereśni raczej już nie spadnie, no i że jak teraz nie kupię truskawek to po powrocie z urlopu już ich nie będzie bo się kończą. Tam można pogadać też na dokładnie wszystkie inne tematy jakie tylko nam przyjadą do głowy lub leżą na sercu. I to jest całkiem zrozumiałe bo sprzedający swoje produkty rolnicy stoją tam cały dzień pilnując interesu więc zwyczajnie z nudów otwarci są na każdą propozycję pogadania w dodatku w takim stopniu, że wystarczy zagadnąć ich choć jednym zdaniem a potem już tylko stać i patrzeć jak dołączają się pozostali, tak sprzedawcy jak i kupujący.
 
A że ja byłem właśnie po transmisji z sejmu gdzie Tusk policzywszy wcześniej przysłowiowe szable, złożył wniosek o głosowanie nad wotum zaufania dla grupy gangsterów którym przewodzi i których nazywa rządem, nie miałem innego tematu w głowie jak ten właśnie. I z nim to właśnie między ważeniem ziemniaków a ogórków tam wypaliłem. Nie wiem czy oni mają w swoich kanciapach jakieś radia, albo te chińskie mini telewizorki, ale proszę sobie wyobrazić, że wszyscy byli na bieżąco i wiedzieli dokładnie wszystko to co i ja - człowiek który odszedł niedawno od telewizora. 
 
Nie będę tu relacjonował wszystkiego o czym w tak naprędce zebranej grupce gadaliśmy, bo wątków było dużo choć wszystkie rzecz jasna w temacie podsłuchowym. Muszę za to opowiedzieć Wam coś co z wielkim zapałem, gestykulując obficie rękoma, opowiedział mi jeden ze sprzedawców, a prawdziwość której to relacji potwierdzała jego żona nieustannie kiwając z przejęciem głową i co chwila dodając swoje "tak, tak", albo "uwierzy pan?".
 
Otóż miało dziś miejsce na tym bazarku mniej więcej takie zdarzenie. Około godziny 17tej podszedł do tych państwa jakiś człowiek, który na pierwszy rzut sprawiał wrażenie kogoś całkiem zwykłego. Ot klient jak ich wielu. Zapytał czy jeszcze otwarte a dowiedziawszy się że tak, poprosił o jedną pomarańczę. Słownie jedną. Szkoda, że nie widzieliście miny tego człowieka który mi to opowiadał. No ale trudno, musicie sobie to zdumienie pomieszane ze zniechęceniem i odrobiną rozdrażniania wyobrazić. Klient nasz pan nawet jak przysłowiową d... zawraca tak małym zakupem więc sprzedawca chciał nie chciał podał mu tą pomarańczę, powiedział złoty dwadzieścia pięć, a dla nierozbijania się o grosze zaokrąglił mu do złoty dwadzieścia. Przepraszam za te szczegóły ale oni mi to dokładnie tak opowiadał. Klient wziął pomarańczę, zapłacił te złoty dwadzieścia po czym.... wyciągnął legitymację mówiąc, że jest z kontroli skarbowej. Ale to nie koniec opowieści. Tak oszołomionych a zarazem szczęśliwych sprzedawców płodów rolnych z faktu, że wręczyli mu wraz z tą pomarańczą paragon, kontroler zostawił w spokoju i podszedł do butiku naprzeciw w którym sprzedaje się bułki. Z relacji piekarza którą ten później ku przerażeniu innych sprzedawców złożył, kontroler poprosił go o sprzedanie mu jednej bułki. Słownie jednej. Piekarz miał już wszystko popakowane, kasę podliczoną i zamkniętą ale że tamten ładnie po raz drugi poprosił, dał mu tą bułeczkę a otrzymane 50 groszy wsadził do kieszeni. I dalej poszło jak u opisanej pary rolników z tą różnicą, że po wyciągnięciu legitymacji kontroler wystawił piekarzowi dodatkowo mandat w wysokości 300 złotych.
 
Bloger Toyah pisał tu niedawno w tekście "Jest gorzej: Oni nie są głupi. To są psychopaci." o pewnym klipie za który zapłaciło ministerstwo, a który pokazuje historię biednego, zdezelowanego autobusika, który nienawidzony przez nowoczesne autobusy a przez dzieci witany płaczem i przerażeniem postanawia popełnić samobójstwo i udaje się w tym celu na złomowisko, na miejsce kasacji czyli swojej egzekucji. Tuż przed wjazdem do prasowalni czuły na piękno przyrody autobusik widząc motylka, który wyłącza maszynę i chce go odwieść od tak strasznego planu, rezygnuje z zamiaru popełnienia samobójstwa i próbuje zeskoczyć z prowadzącej go na śmierć taśmy. I gdy wszystkim nam wydaje się, że wszystko się jednak dobrze skończy, że autobusik uniknie śmierci ni stąd ni zowąd pojawia się jakaś kobieta, która wciska ponownie guzik w maszynie a ta robi z autobusika miazgę. A wszystko, by nie daj Boże nikt nie pobłądził, okraszone końcowym napisem - "Nie miej litości!". Toyah pisze, że to już nie głupota, że to psychopatyzm. Ja po obejrzeniu tego filmu nie mam wątpliwości, że tak dokładnie jest, mało tego to jest psychopatyzm w najczystszej postaci. Filmik bowiem budowany jest w oparciu o dokładnie te schematy jakie przyjmowali autorzy bajek na których myśmy się wszyscy wychowaliśmy. Pierwszym z brzegu przykładem niech będzie Kopciuszek albo Brzydkie Kaczątko. A więc mamy kogoś skrzywdzonego przez los, kogoś komu jest bardzo źle i z kim na zasadzie zwykłej ludzkiej (i niekoniecznie ludzkiej) solidarności i współczucia utożsamiamy się i gorąco pragniemy by mu się jakoś ten los odmienił. Tak jest w obu tych bajkach i w całej masie innych tylko nie w bajce Tuska. Tu tylko zaczyna się po dawnemu, a gdy już przywiążemy się emocjonalnie do autobusika i gdy mu współczując zastanawiamy się zgodnie z wyuczoną konwencją co też takiego nadzwyczajnego się zaraz stanie, że mu się to życie odmieni na lepsze mamy nagle wielkie sruuuu i po busiku. Tak po prostu. Nie przybiegają dzieci by autobusik z którego tyle lat korzystały w geście wdzięczności pomalować i odprowadzić do muzeum. Nie przychodzi też dobry kolekcjoner by autobusik odrestaurować. Jest tylko ta zimna kobieta, guzik "ON", a potem biały tekst na czarnym tle "Nie miej litości!"
 
Wczoraj w Faktach pokazywali ten filmik i poza dziećmi, które bardzo szkodowały tego busika pokazano jeszcze faceta, twórcę serialu animowanego "Włatcy Móch", który stwierdził, że on by to zrobił inaczej. On by pozwolił by w tym zdezelowanym autobusiku dzieci zajęły wszystkie miejsca po czym pokazałby jak on z tymi dziećmi wpada w przepaść i dopiero wtedy jest ta końcowa miazga jak w oryginale. A więc bez wątpienia to jest psychopatyzm w dodatku bardziej niebezpieczny niż jazda starym busikiem, bo psychopatyzm który uderza w schematy na których myśmy się wszyscy wychowali a które dziś w dorosłym życiu nie pozwalają nam przejść obok potrzebującego pomocy człowieka całkiem obojętnie. To jest coś tak absolutnie minimalnego jeśli w ogóle mamy mówić o człowieczeństwie, że gdy widzę jak się w te schematy uderza zwyczajnie brakuje mi słów. Ale też od razu wraca z przeszłości dobry przykład zmian społecznych, które przecież muszą być następstwem łamania w nas tak bardzo potrzebnych społecznie zachowań których uczymy się już właśnie w bajkach. Otóż rok, a może dwa lata temu, nie jestem pewien tak szybko nam ten czas ucieka, ZTM w Warszawie zrobił akcję pod tytułem "Obywatelu powstań" i jak się można domyśleć wzywano w ten sposób Warszawiaków korzystających z komunikacji miejskiej by ustępowali miejsca starszym ludziom, tudzież kobietom w ciąży czy ludziom z gipsem na nodze. Wynik akcji zaskoczył nie tylko ZTM. Na forach ich internetowej strony zrobiło się wielkie poruszanie a głównie młodzi ludzie zbiorowo wyrażali swoje oburzenie dla takiej akcji twierdząc, że płacą za bilet to im się miejsce należy i że jak staruchów bolą nogi to niech nie łażą po mieście tylko siedzą w domach. Dosłownie takie argumenty tam padały.
 
No i teraz wracając do naszego piekarza ja mam bardzo istotnie pytanie. Czy to co go spotkało to w obliczu afery podsłuchowej efekt tego, że państwo nie potrafi ścigać tych co kradną miliony więc ściga tych co mu ukradli choćby ten drobny podatek od 50 groszy jakie kosztowała ta bułeczka? Czy też może ten piekarz musiał zapłacić karę przede wszystkim za to, że on tą bułeczkę dał temu człowiekowi bo on go grzecznie prosił? Może ten piekarz dostał ten mandat właśnie dlatego, że choć wczoraj oglądał filmik o busiku to nie dostosował się i wbrew rządowemu zaleceniu "Nie miej litości!", zamiast powiedzieć człowiekowi żeby spadał głodnym, zlitował się i dał mu tą bułeczkę?
 
Dumałem nad tym usilnie i wiecie co wymyśliłem? Ano tyle, że jedno nie wyklucza drugiego. W końcu oni muszą niszczyć więzi społeczne, stale nas skłócać i wzajemnie na siebie napuszczać, byśmy zajęci sobą nie patrzyli im na ręce. I aby mogli spokojnie grabić do reszty to co jeszcze cudem ocalało.



No i na koniec tradycyjnie wszystkich chętnych do współtworzenia Tygodnika Solidarni zapraszamy do kontaktu na tygodniksolidarni@gmail.com
 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Demokracja jako system zarządzania piekłem

Autor: Integrator
 
W pierwszych wyborach jakie odbyły się w `89 roku z racji wieku wziąć jeszcze udziału nie mogłem. Niemniej miałem pełne poczucie wyjątkowości chwili, która właśnie trwała a wszechobecna euforia udzieliła mi się w takim stopniu, że choć byłem dzieckiem pamiętam jak dziś, że całymi dniami siedzieliśmy z rodzicami przed telewizorem by wspólnie kibicować ludziom spod znaku „Solidarności”. I tak było przy okazji pierwszych wyborów jak i potem przy okazji każdych kolejnych - zawsze kibicowaliśmy „naszym” w szczególności zaś jednemu człowiekowi, którego osobą byłem zafascynowany na poziomie wręcz magicznym.  Z resztą nie byłem w tym odosobniony. W tamtych dniach miliony Polaków odkrywało na nowo znaczenie słowa „wolność” i w tym sensie wszyscy byliśmy dziećmi i jak dzieci z właściwą sobie naiwnością przyjmowaliśmy bezkrytycznie wszystko co nam podsuwano, jak się później okazało w z góry ustalony sposób. Pamiętam dla przykładu jak buchnęła całkiem niewiadomo skąd taka wieść, że Lech Wałęsa (bo o jego magicznym wpływie na moja osobę tu mowa), rozważa przywrócenie w Polsce monarchii. Były to jak sądzę wczesne podrygi wszechobecnych dziś speców od politycznej reklamy, o istnieniu którego to zjawiska nie mieliśmy jeszcze wówczas ani trochę pojęcia, toteż roztrząsaliśmy tą wiadomość całkiem na serio, dając sobie wzajemnie najróżniejsze argumenty za i przeciw. Dziś już wiemy jak z tym było, ale taki to właśnie był tamten czas - wszystko było możliwe, nic nie było niemożliwe - pierwsze tak wspaniałe uczucie w życiu wielu milionów Polaków. Jestem niemal pewien, że gdyby z jakiś powodów ktoś tą monarchistyczną myśl wtedy dalej pociągnął to my z miłość do wykreowanego nam wodza niechybnie posadzilibyśmy go na wawelskim tronie lub na Zamku w Warszawie, gdzie tylko by chciał. I to wszystko co zachowało się z moich wspomnień z tamtych dni. Nie licząc malutkiego osobistego przeżycia, które z pewnym sentymentem pielęgnuję i zachowuję w alei ciepłych wspomnień mej pamięci. No dobrze, niech będzie jeszcze krótko i o nim dla pokazania pełni obrazu. Otóż dorwawszy gdzieś plakat z Wałęsą a chcąc mieć własny wkład w jego walce o fotel prezydenta, w największej tajemnicy nakleiłem ten plakat na ścianie osiedlowego warzywniaka, tam gdzie codziennie przewijały się tabuny przyszłych wyborców poszukujących póki co produktów na domową zupę. Ja mały chłopczyk, ten wielki plakat, słoik z klejem z mąki ziemniaczanej i jak wierzyłem gdzieś tam niedobitki komuny którym wyszedłem późnym wieczorem naprzeciw. Nawet teraz uśmiecham się gdy to piszę. Potem leżałem na podłodze przed telewizorem i rozpierany dumą kontynuowałem kibicowanie wiedząc, że to co tam się dzieje, dzieje się już teraz także dzięki mnie. Plakat wisiał na swoim miejscu kilka dni, po czym ktoś go zerwał i na tym kończy się epizod spóźnionego opozycjonisty, wielkiego Polaka na miarę swego wieku i możliwości. To był naprawdę piękny czas. Mieliśmy w końcu wolną od komuny Polskę. Potem wolne od szkoły soboty. Wolno już było panu od historii powiedzieć nam o wrześniowym ciosie zadanym w plecy od Wschodu, a ja mogłem na przerwie opowiadać kolegom o Katyniu. Przez chwilę wszystko było wolno. Wszystko było wolne od wszystkiego. Mieliśmy całe kiszenie wypchane tą wolnością. A potem, było już tylko gorzej…
 
Byliśmy idealnym materiałem do okłamywania i bezpardonowego urabiania tym lepszym, że nikt z nas nie miał jeszcze wówczas pojęcia jakie zagrożenia niesie ze sobą demokracja. Była ona dla nas niemal mitycznym dobrem, idealnym negatywem komunizmu i w sumie na tym kończyła się nasza wiedza o tym w co my się całą masą pakujemy. Nikt też w tamtym czasie nie miał jeszcze pojęcia co to jest polityka i jak straszne może mieć oblicze. A jeśli ktoś twierdził inaczej, to się zwyczajnie popisywał lub jedynie wrodzona podejrzliwość kazała mu widzieć w niej niebezpieczny mechanizm sterowania demokracją i źródło kolejnego zniewolenia. Tym razem ekonomicznego i duchowego, ale to stało się jasne dopiero po latach a i tak wciąż nie dla wszystkich. Wtedy jednak wciąż byliśmy jeszcze młodym społeczeństwem, któremu powiedziano, że głosując pierwszy raz samodzielnie decyduje o przyszłości swego kraju i to nam wystarczyło. Niewiele mówiło się o połowicznej wolności pierwszych wyborów i o tym, że będzie to parlament w którym dotychczasowa władza dostanie gwarantowaną większość a potem wybierze nam Jaruzelskiego na prezydenta. Z resztą, my w tym zbiorowym amoku chyba broniliśmy się przed takimi informacjami, które mogłyby zakłócić naszą radość i nie chcieliśmy dostrzegać symptomów pierwszych, zbliżających się kłopotów, nierozerwalnie związanych z nowym systemem jak i konsekwentnie budowanego w oparciu o ten system nowo-starego układu sił. Wciąż i bez końca chcieliśmy przeżywać stan który mógł być z oczywistych powodów tylko stanem przejściowym. Staliśmy w kółku trzymając się za rączki niczym dzieci na mikołajkowej zabawie w przedszkolu gdy tymczasem z całą determinacją i pełną parą rozpoczęto realizację scenariuszy przyjętych w Magdalence. Tych oficjalnych i tych nieoficjalnych, w obu przypadkach obficie opijanych przez niegdysiejszych wrogów gorzałą.
 
Poprzez kotarę beztroskości za którą świętowaliśmy tryumf tych których mieliśmy za „naszych”, nieubłaganie zaczęło przebijać się pytanie o codzienność i o to jak to wszystko dalej będzie wyglądało? Całkowicie zerwała tą zasłonę i obudziła nas z marzeń o uczciwej i wolnej Polsce bezpardonowa walka, której kulisy także w ramach tej walki zaczęto relacjonować nam na bieżąco w mediach. I nagle zdaliśmy sobie sprawę, że trudno w tym targowisku twarzy, wartości i interesów rozpoznać kto jest „nasz” a kto tylko udaje. Pojawiły się pierwsze oskarżenia o zdradę i pierwsze wzmianki o teczkach, także tych Wałęsy. W jednej chwili runęły nasze nadzieje i wyobrażenia. W iście ekspresowym tempie zaczęliśmy dojrzewać ale i boleśnie odczuwać skutki naszej dyletanckości w tej nowej politycznej dyscyplinie, która niepostrzeżenie wdarła się do każdego zakamarka naszego życia. Wkrótce okazało się, że poza zmianą godła i paru jeszcze innych formalności nowa rzeczywistość jest równie mroczna i nieprzenikniona jak ta miniona, za to w niespotykany do tej pory sposób bezwzględna i nieczuła na problemy poszczególnych obywateli. Po raz pierwszy poczuliśmy, że choć w końcu wiele zależy od nas to ceną za to jest społeczne sieroctwo i wyizolowanie. Państwo niewiele już musiało a prym wiodły twarde zasady rynku w którego tryby wrzucono nas całkiem nieprzygotowanych. Zajęci stawianiem pierwszych kroków, ciesząc się, że wciąż idziemy choć inni w koło padają, nie umieliśmy dostrzec, że są wśród nas daleko lepiej przygotowani sprinterzy za przyczyną których, skalę dokonanej wówczas grabieży na majtku państwa można dziś porównać tylko z tym co się działo gdy przez ten kraj wzdłuż i wszerz maszerowały obce wojska. Brano wszystko i na wszystkie możliwe sposoby aż osiągnięto poziom zuchwalstwa, przy którym nie dało się już tego w żaden sposób ukryć. Pierwsze informacje o masowo padających państwowych zakładach, o zamykanych PGR-ach i oszukańczych prywatyzacjach budziło wielu z demokratycznego letargu w sposób gwałtowny i nierzadko dla nich tragiczny.
 
Nie ma dziś sensu przypominać sobie tego wszystkiego z detalami bo to jest zadanie dla historyków i oni mniej lub lepiej odrobili już tą lekcję. I choć różnią się w ocenie tamtych czasów, to fakty zapisane w dokumentach z tamtych dni bezsprzecznie wskazują, że to co chcieliśmy uważać za wyjątkowy dar od Boga, było z zamysłem realizowanym procesem budowania nowego układu na strukturach funkcjonującego państwa. Co gorsza procesem dokonanym w tak przedni sposób, że poza zmianą właściciela tego co do niedawna było jeszcze dobrem wspólnych, wszystko zostało po staremu.
 
 
I tak jest po dzień dzisiejszy. Jako społeczeństwo wylądowaliśmy tam gdzie staliśmy na początku tej trwającej już dwadzieścia pięć lat drogi. Przez to jedno co dziś z pewnością możemy świętować jest okrągła rocznica wytrwałego truchtania w miejscu. I nic chyba nie mogło lepiej potwierdzić tej tezy jak to co się aktualnie dzieje na naszych oczach z tym państwem a co nam tak boleśnie pokazują nagrania z restauracji pana Sowy. Myślcie co chcecie ale mi wciąż na to samo wychodzi, że się pan prezydent jednak bardzo, bardzo myli twierdząc, że to co teraz mamy to najpiękniejszy okres naszych dziejów.
 
 Oj, będzie miał z naszych polityków kiedyś diabeł prawdziwą pociechę. A na razie zbudowany naszej demokracji przykładem wprowadza ją u siebie, by móc jeszcze okrutniej zarządzać piekłem.
 

wtorek, 17 czerwca 2014

Stawiam na "Komorrę"

Autor: Integrator
 
Chodzą po tym świecie i tacy ludzie którzy gdy cokolwiek się stanie muszą zawsze powiedzieć to swoje – „wiedziałem, że tak będzie”. Gdy akcja właśnie trwa gdy coś tam się akurat dzieje siedzą cicho ale gdy tylko przyjdzie finał zaraz mówią - „wiedziałem, no wiedziałem, że tak będzie”. A my wszyscy wtedy dobrze wiemy, że guzik, że nic nie wiedzieli bo próbowaliby coś zrobić, a przynajmniej trąbiliby w około i lamentowali tak ostrzegając przed najgorszym. A tu nic. Ja do takich ludzi nie należę, ale tym razem wierzcie mi lub nie - ja wiedziałem. Wiedziałem, że z tymi taśmami nagranymi u Sowy nic nie będzie. A gdy poznałem uczestników tych biesiad to zrazu też – wiedziałem – że przykładnie odstrzeli się tylko Nowaka.

Skąd wiedziałem? Czy ja może jakąś tajemną mocą władam? Nic z tych rzeczy. Ja tylko lubię układać puzzle i widzę jak to się powoli wszystko w jeden obraz układa. A było to, święcie w to wierzę, tak…

Otóż jest taki film pt. „Władcy Much”, nakręcony na podstawie książki Williama Goldinga o tym samym tytule.  Jest on z grubsza rzecz biorąc o dzieciach, które po katastrofie samolotu zmuszone są żyć na bezludnej wyspie. Z czasem odizolowane od reguł obowiązujących w świecie w którym wzrastały, zaczynają tworzyć własne prawa. Jedne chcą żyć jak to się mówi po bożemu, inne pociąga przemoc i dominacja nad pozostałymi. Film pokazuje jak łatwo przechodzi się z pozycji ludzi zalęknionych ale przyjaciół do stanu pełnej wrogości i niepohamowanej agresji w efekcie której jedno z dzieci w ferworze walki ginie. To jest ten moment filmu w którym kończy się zabawa a zaczyna prawdziwe życie. I walka o nie.

Wspominam o tej historii bo ona  wymarz wymaluj idealny pokazuje obraz naszego sejmu i naszych politykierów. U początku przemian oni się zwyczajnie jak i te dzieci bawili w parlamencie jak na odizolowanej od realiów dnia codziennego wyspie. Na początku trochę niepewni sobie, po woli rozgrzewali się aż osiągnęli stan w jakim widzimy ich dziś na co dzień. Mamy więc takich co chcą dobrze, takich co mają we wszystkim jakiś interes, i takich którym to zwyczajnie wisi oby tylko mieli  „wchodzące” miejsce na liście. Stąd choć co i rusz jakieś afery wychodziły na wierzch i dobrze trzęsły sceną polityczną to i tak gdy przychodziła zmiana warty nikomu z głowy włos nie spadał. To był taki cichy układ, niepisana reguła w tej grze. Przychodziła prawica to się chłopcy z lewicy nietykani cicho po kątach rozsiadali czekając aż znów przyjdzie ich kolej. Władze brali liberałowie, prawica grzecznie przykucała i tak na zmianę. Aż przyszedł Smoleńsk. To jest w naszej polityce moment tak ważny jak śmierć tego chłopiec we wspomnianym filmie. Wszyscy w jednej chwili zrozumieli, że nieodwracalnie przekroczono granicę z poza której nie ma już odwrotu i że nic już nie będzie takie samo. Ta szczególna data kończy etap przedsmoleńskich zabawy w rządzenie i  rozpoczyna okres posmoleńskiej walki o życie.

Rzecz jasna nie w sensie dosłownym bo to nawet zagorzali przeciwnicy Kaczyńskiego wiedzą, że przypisywane mu przez media cechy tyrana to bzdura. Niemniej krew się polała a podeptanych paragrafów jest aż nadto by całą masę siorbiących dziś z koryta posłać na resztę życia za kraty. Wie o tym i Tusk, i Kopacz, Arabski i Sikorski i cała masa im podobnych która w mniejszym lub większym stopniu wzięła udział w zacieraniu śladów po narodowej tragedii. I to rzecz która ich, że tak to ujmę śmiertelnie determinuje. Świadomość odpowiedzialności będzie im kazała trzymać się w grupie do końca. A przy tym jest jeszcze cała reszta zwyczajnych polityków Platformy, która z tego co się dzieje nic nie rozumie, ale oni są tak zadłużeni (trudno uwierzyć, prawda?), że najmniejsze uniesienie brwi Tuska sprowadza ich do poziomu. Nikt przecież nie chce skończyć jak premier z Krakowa. Platforma to dziś grupa bardzo silnie powiązana jak chodzi o tych drugich interesem trwania na dobrze płatnych fotelach, jak chodzi o pierwszych nietykalnością którą cieszą się w Polsce tylko sprawujący władzę. I to jest w obu przypadkach więź tak silna, że jak to się mówi – tego się pęknąć nie da.

Ale Polska to duży kraj, zbyt duży dla jednej grupy interesów. Jest co najmniej jeszcze jedna, nazwijmy ją roboczo „pałacowa”.  A że wojna o wpływy między grupami z jednego terenu to rzecz do której Was tu przekonywać nie muszę, mamy kolejną tej wojny odsłonę. Przewińmy może jednak kilka scen do przodu by nam z tego nie wyszła książka.
 
Ta część opowieści zaczyna się od tego, że w państwie Tuska żyło się kolegom tak dobrze, że budżet to dziś zwyczajnie Czarna Dziura. Co wsadzisz to znika. W dodatku nie wiadomo jak i gdzie? A idą przecież wybory, i to nie jedne. Podniesiono podatki, ograbiono OFE, ukryto długi a i tak brakuje. Pozostaje już tylko wziąć kasę z narodowych rezerw. Tak, tak z tych które decydują o stabilności naszej gospodarki i które używa się do obrony przed atakami spekulantów giełdowych na naszą walutę. Ale co tam, to w końcu walka o życie. Wymyśla więc premier taki „chitry” plan. Belka to człowiek z nominacji prezydenta więc otwarcie go ruszyć nie może. Wysyła więc szefa specsłużb by go wkręcić w grę po której człowiek Tuska będzie tym który dba o interes kraju, a Belka tylko skompromitowanym prezesem. W dodatku jak chodzi o poziom kultury zwykłym chamem, ale to już tylko taka wisienka na torcie, bo wiadomo że oni wszyscy włącznie z Tuskiem są jak szewce.  

No więc mamy tych dwóch panów przy zupie. Siedzą, jedzą i gadają. Ale, ale zauważcie jak sztucznie gada Sienkiewicz. On gra? Coś przepraszam chrzani o ratowaniu Polski przed PiSem, o tym że dla ratowania gospodarki trzeba działać i to już przed wyborami. Jakby ta Polska ich kiedykolwiek obchodziła. A więc to jasne, gra wyuczoną rolę! Widzicie to? To jest ten sam język którego używają pijarowcy ze sztabu wyborczego Platformy. To jest najzwyklejsza w świecie ustawka. Dla niepoznaki zrobiona poza ministerstwem i siedzibą NBP. W siedzibie Narodowego Banku Polskiego założenie podsłuchów było by zbyt ryzykowne, nagranie spotkania w ministerstwie od razu rzuciłoby podejrzenia na spec ministra i Tuska. Wybrano więc knajpę, miejsce niby neutralne gdzie z zasady ludzie są już bardziej sobą. I tak zaczęła powstawać kolejna szafa pełna nagrań, myślę że większa niż ta Lesiaka. Bo chyba nie łyknęliście bajki o tym, że szef służb od podsłuchiwania prowadził takie rozmowy bez zabezpieczenia? No nie bądźcie tacy naiwni. Jego zabezpieczeniem są właśnie te nagrania.
 
A jest ich na pewno trochę. Taki pewnie wieloodcinkowy serial ze stale zmieniającą się obsadą - żeby nie było, że występować mogą tylko ludzie prezydenta. To tak na wszelki wypadek gdyby w szeregach Tuska ktoś chciał podnieść kiedyś za wysoko głowę. Wtedy taśma do mediów i po kłopocie. Jak i po Nowaku. Zwodowano go tak dla przykładu i ku przestrodze.

Wróćmy jeszcze do Pałacu. Dostali po uszach. Nowak to akurat betka i nikt po chłopcu głupio obnoszącym się złotym zegarkiem nie płacze. Problem dla nich to jest teraz nagrany Belka bo co by pan profesor nie mówił, o niezależności szefa NBP w takiej sytuacji mówić się już raczej nie da. To tak od razu to się nie stanie i wiele zależy od tego co nagrano a czego nie pokazano. Ale to już przesądzone. I to już nawet sam Belka wie, że popłynie. Na trzymanie tak „złamanego” bankiera to nawet prezydent sobie pozwolić w tak ostrej grze nie może. Ale bieda panu profesorowi w oczy na pewno nie zajrzy. Co mówicie? Że Sienkiewicz też poleci? Oj tam, oj tam… jak odejdzie to zgodnie z planem i też głodnym chodzić nie będzie.

Powiem Wam, że jest ciekawie a może być ciekawiej bo to póki co tylko ostrzeżenie. Po to taśmy puszcza się w weekend, przed świętami, przed wakacjami żeby się nam do poniedziałku rozeszło po kościach. Normalka. A jak będzie na ostro to nam to puszczą na początku tygodnia żebyśmy to sobie cały tydzień mielili. Ale póki co tylko ostrzeżenie - pamiętajcie – wiemy, mamy, morda w kubeł. I jak na potwierdzenie już trwa sprzątanie. Już ktoś ze służb powiedział, że to sprawa konkurencji politycznej (pewnie sam Kaczyński siedział pod tym stołem z mikrofonem). Już Kraśko zaprosił pana Sowę w ubraniu kucharza(?) do studia. Prawdziwy, rzetelny dziennikarz proszę państwa. Z resztą co ja się tu Kraśki czepiam jakby był jedyny. Oni całą masą tą sprawę pomagali zmontować a teraz wspólnie oni, ci  dziennikarze niezależni i uczciwi to na naszych oczach demontują. Bo wiecie jakie ma postawione zarzuty szef tygodnika „Wprost”? A wiecie co napisał Karnowski ten z Sopotu o dziennikarzu który sprawę w tej gazecie opisał? No więc co ja się tu głupio dziwię, że oni wszyscy sobie tak ładnie pomagają? To przecież w końcu jedna, wielka rodzina.

To teraz obstawiamy. Bo tylko to nam zostało skoro już wiemy, że nic się nie stało. A i już na pewno nie stanie bo szybciej niebo się z piekłem miejscami zamienią niż wyborca Platformy przyzna się do błędu. Będą z głodu kamienie gryźć a się nie przyznają. Może ich wszystkich Tusk, jak już to kiedyś pisałem, osobiście na lampach ujazdowskich wzdłuż swej kancelarii wieszać, a i tak ostatnie co im wybrzmi z krtani będzie „Wal się Kaczorze!”. Zostaje więc póki co bawić się i obstawiać.

No, to która Waszym zdaniem mafia wygra: Tuska który ma instytucje państwowe i służby, czy Komorowskiego który poprzez swą żonę ma szerokie plecy stąd aż do Moskwy w dawnych służbach? Stawiam na Komorowskiego. Bo wciąż widzę nieujawniony potencjał w jego żonie. Tak, bez wątpienia tak. Stawiam na Komorowskiego i na jego Camorrę, czy jakby to on napisał Komorrę. 

P.S.
Wiadomość z ostatniej chwili - odwołano ministra kultury. No proszę, wydawało się, że będzie film gangsterski a najwyraźniej idzie ku komedii.
 
 

niedziela, 15 czerwca 2014

To nie dzieci gwałcą dzieci


Autor: Integrator
 
Odkąd gruchnęła tragiczna wieść o jedenastoletniej dziewczynce zgwałconej przez swych nieletnich kuzynów, chodzi za mną pytanie jak sądzę zasadnicze. Czy po ostatniej dyskusji dotyczącej tego wszystkiego co się dzieje wokół profesora Chazana, ktoś z Was poszedł myślami ciuto dalej czy jak reszta poleciał na naprędce ogłoszony festiwal nienawiści wobec sprawców tej tragedii? A może znów uwikłał się w nic nie wnoszącą do sprawy pyskówkę na temat czy zabić czy urodzić, tudzież czy to jest już dziecko czy nie? Bo jeśli tak, to gratuluję. Daliście się skanalizować dokładnie tak jak oczekiwali tego inżynierowie społeczni, którzy odpowiednio rozrywając takie zdarzenia modelują nasze myśli i poglądy.
 
Ja tknięty przeczuciem zatrzymałem się w porę, nie pisałem i nie komentowałem, a zostawszy w tyle miałem czas i sposobność by spokojnie raz jeszcze przyjrzeć się sprawie. Tym bardziej, że moje zdanie w kwestii aborcji już wyłożyłem i nie będę się nad tym ponownie rozwodził, poza tym to dość dziwne, że te wszystkie akurat absolutnie skrajne przypadki mają miejsce wtedy gdy ze strony ludzi dobrych pojawia się inicjatywa uporządkowania spraw, które w Polsce od lat kuleją. No bo spójrzcie czyż to nie dziwne? Mamy "klauzulę sumienia" i za chwilę kobietę, która idzie z żądaniem aborcji do przecież znanego obrońcy życia, który bez żadnych wątpliwości zachowa się tak jak w takiej sytuacji powinien. A gdy okazuje się, że w sumie to dziecko i tak by zmarło, a więc do tłumów docierają jednak argumenty obrońców życia, że można by je urodzić i z godnością pochować, media znajdują od razu dziecko zdrowe. W dodatku dla podniesienia dramaturgii mama tego dziecka to także dziecko, w dodatku zgwałcone, w dodatku przez kuzynów. No! Obok takiej kombinacji nieszczęść to już na prawdę trudno przejść obojętnie.
 
To co się stało jest rzecz jasna czymś niezmiernie smutnym i to w takim stopniu, że ja w sumie nie wiem co miałbym tu mądrego napisać? Że co, że dzieci rodzą dzieci? To jest dobre na okładkę brukowców a my tu próbujemy jednak wchodzić w zagadnienia choć trochę głębiej, nawet jeśli łatwo nie jest. Mamy skrzywdzoną dziewczynkę, jej dziecko i dwóch 14-letnich chłopców którzy też przecież są dziećmi. No i mamy w tym jeszcze nas samych którzy w głębi serca  dobrze wiemy, że nie te dzieci są winne temu co się stało, że na dobrą sprawę, wszystkie one są tu w większym lub mniejszym stopniu ofiarami. Dlatego jeśli miałbym już tego zagadnienia się podjąć, to usiadłby pomyśleć jak to się stało, że dzieci w wieku w którym my będąc jak chodzi o chłopców bawiliśmy się w Indian, budowaliśmy bazy albo jeździliśmy na rowerowe wycieczki, uwikłały się w czyn mroczny i właściwy ludziom do głębi zepsutym? Niestety już pobieżnie zbadawszy sprawę wychodzi na to, że przyczyn tego stanu rzeczy daleko szukać nie trzeba. Mamy je codziennie przed oczyma tyle, że tak już do tego przywykliśmy, że zwyczajnie tego nie widzimy. Widzą za to dzieci i obserwują znacznie uważniej niż nam się to wydaje.
 
Zazwyczaj jest tak, że ja dowiedziawszy się o czymś co mnie w jakiś sposób intryguje, nie siadam od razu do laptopa, bo na samą myśl, że mógłbym wziąć udział w wyścigu blogerów i "blogerów" pt. kto szybciej wklei co mu ślina na język przyniosła, zwyczajnie tracę ochotę by pisać. Tym bardziej, że ja akurat mam tak, że zanim coś napiszę muszę jednak trochę pomielić w sobie spływające myśli. Trwa to parę godzin czasami parę dni, aż w końcu gdy już mam wrażenie, że wszystko się pod czaszką ułożyło, siadam by przelać to na papier. No więc i tym razem byłem sobie, żyłem, wykonywałem różnorakie czynności dnia codziennego a sprawa tej skrzywdzonej dziewczynki stale siedziała mi w tyle głowy. Gdy jadłem śniadanie, gdy wracałem z pracy, głupio się przyznać ale nawet gdy byłem w kościele na mszy świętej, myśl o tragedii tego dziecka nie dawała mi spokoju. I w pewnej chwili, a akurat przeglądałem nowe wiadomości w portalu Onet.pl, zdałem sobie sprawę gdzie jest sedno sprawy, gdzie jest źródło tej konkretnej tragedii i wszystkich kolejnych które niewątpliwie jeszcze przed nami. 
 
Otóż jak sądzę wielu z nas ma w zwyczaju, rano albo zaraz po przyjeździe do pracy tak na rozgrzewkę zajrzeć sobie do portali informacyjnych, ot tak zwyczajnie by sprawdzić co się dzieje i być na czasie. Jedni wchodzą na interia.pl, inni na wp.pl, jeszcze inni jak ja na onet.pl. We wszystkich przypadkach na górze strony jest ogólny skrót najważniejszych zdaniem redakcji wydarzeń dnia gdzie można przeczytać hasłowo dla przykładu o tym, że Rosja znów coś kombinuje na Ukrainie, że Kamiński nienawidzi Kwaśniewskich albo że Polacy wymyślili właśnie super stanik. Tam jest na prawdę wszystko. No więc wchodzimy na taki portal, lecimy wzrokiem po tematach dnia, jedne czytamy inne mijamy a potem... przewijamy stronę w dół i się zaczyna.

Nie wiem czy wy to widzicie, bo to jest już tak długo z nami, że zwyczajnie do tego przywykliśmy ale te strony wydawało się poważnych wydawców w dużym stopniu nasycone są erotyką. Nie ma dnia, nie ma godziny żeby w co najmniej kilku miejscach takiego portalu nie widniała jakaś półnaga kobieta z odpowiednio dobranym opisem tak, że tylko wejść i sprawdzić jakie to tam się dzieją cuda. Tak wzbudzone w nas zainteresowanie jest jak najbardziej w normie, tzn. w zgodzie z intencją autorów bo te zdjęcia są tylko i po to by jak najdłużej przytrzymać nas na ich stronie. Mają te fotki budzić w nas najbardziej pierwotne instynkty, wobec których przy braku odpowiednio silnej woli jesteśmy w dużym stopniu bezbronni.
 
Znajdą się zaraz tacy, co krzykną chórem, że dla nich to nie problem, że oni wiedzą co robią, a jak mi się nie podoba to jest w Internecie taka masa innych miejsc, i fora ze dwora. I wszystko prawda, tyle że nie o moje czy Wasze doznania chodzi, ja to piszę w trosce o dzieci. Chcecie czy nie, one też te portale odwiedzają, a pisząc "te" nie mam bynajmniej na myśli stron z przysłowiowymi "gołymi babami". Dziecko będące na dalekim etapie zdeprawowania gdy siada do komputera nie bawi się w zbędne pozory, nie wchodzi  na taki Onet niby poczytać a w gruncie rzeczy by szukać "tych" fotek. Ono od razu wchodzi na strony, które w stu procentach zapełnione są treścią ale nie jakąś tam erotyczną a konkretnie pornograficzną. No więc o ile martwi mnie los takich dzieci, to jeszcze bardziej martwi mnie fakt, że to zło które nie zna stanu sytości wciąż czai się na kolejne dziecko. O te dzieci idzie tu moja troska.
 
Wróćmy jeszcze do tych obrazków rozsianych po różnych "onetach". O ile one nas jak sądzę nie zniewalają, to bez wątpienia projektowane są tak by przyciągać uwagę, przez co dla dziecka ciekawego świata są bodźcem nie do odparcia. Docierają do niego na poziomie niemal wszystkich zmysłów rozbudzając je daleko wcześniej niż miałoby to miejsce gdyby owo dziecko mieszkało na jakiejś wyspie gdzie mieszkańcy nie mieliby ani Internetu ani telewizji. Tym czasem, żyjemy gdzie żyjemy, dzieci mają dostęp do tych samych treści co my. Żeby mi ktoś sprawy zbytnio nie uprościł, sprecyzuję, że ja nie zarzucam Onetowi czy Wirtualnej Polsce celowego deprawowania naszych dzieci. Ja tylko wskazuję na zagrożenie jakie kryje się za stronami, które z założenia nie są poświęcone erotyce, a mimo to używają jej elementów celem przyciągnięcia czytelnika. Mogą być bardzo, bardzo niebezpieczne. Właśnie przez tą niebezpośredniość i nieoczywistość. A jak wiemy to nie jest chwyt stosowany przez wydawców tych tylko trzech portali. Efekt jest taki, że gdy my jesteśmy w pracy, nasze dzieci odpalając przeglądarkę z zamiarem poczytania o ciekawostkach chciał nie chciał otrzymują całą garść furtek do tematyki powiedzmy około-erotycznej. Tak pada pierwsza reduta ich czystości - niewinność.
 
Ta gra o ich duszę nie toczy się li tylko w sieci. Ona toczy się każdego dnia w każdej sferze naszego życia, choćby i w przestrzeni reklamowej naszych miast gdzie nagość i podteksty erotyczne to już niemal norma. Minęły trzy lata a ja wciąż mam w pamięci wielki bilbord umieszczony na Ursynowie, który choć reklamował niskie ceny w jakimś markecie to pokazywał od kolan w dół kobietę zdejmującą stringi. Pamiętam to dlatego, że ustawiony był na końcu ulicy, którą szliśmy w procesji Bożego Ciała. Szedł ksiądz z Hostią, szliśmy my w tłumie, no i oczywiście cała chmara dzieci mając przed oczami gigantyczne łydki zaplątane w stringi. Myślicie, że dzieci tego nie widzą, nie zapamiętują? Żeby nie szukać w przeszłości, proszę wybrać się na ul. Marszałkowską w Warszawie. Na witrynie domu handlowego "Wars i Sawa" od kilku miesięcy wisi wielkiej płótno zachęcające do zakupów. Młoda dziewczyna trzyma dłoń na pośladku mężczyzny-manekina a poniżej coś w stylu "tylko grzeczne dziewczynki zostają w domu". Tak, wiem, bez przesady. Tyle, że wy tak mówiąc bezustannie zapominacie, że to wszystko oglądają też dzieci. Albo proszę pomóżcie mi zrozumieć co przyświecało twórcom reklamy zup z torebki, która w swej pierwszej odsłonie pokazywała na bilbordach otwarte, kobiece usta z hasłem:  "Nie miałaś jeszcze tego w ustach". Czy to jest normalne? No powiedzcie czy to jest normlane? Jeśli uważacie że tak, jeśli uważacie, że przesadzam to zróbcie mi tą przysługę i powtórzcie to raz jeszcze ale mając w pamięci tą zgwałconą dziewczynkę. Może wtedy zrozumiecie, że to nie gdzie indziej ale właśnie od takich "błahostek" zaczynają się przyszłe dramaty - one mają swój początek w moralnym bałaganie i w naszym przyzwoleniu na rzeczy które dzieją się w sferze publicznej polskich miast, a które za naszą milczącą zgodą w pierwszej kolejności docierają do dzieci. Wciąż przesadzam? Wczoraj traf chciał, że spóźniłem się na autobus a że na kolejny trzeba było trochę poczekać, czas  ten spędziłem jak to będąc jeszcze dzieckiem miałem w zwyczaju - oglądałem wszystko co dało się wypatrzeć przez wiecznie brudną witrynę osiedlowego kiosku. Oglądałem zabawki, gry, sczytywałem nagłówki gazet, czas mijał. To nie jest dziś już mój świat, ale dla fantazji z sentymentu zacząłem się kręcić przy eleganckim, nowym kiosku. I przyznam, że ilość pornografii jaką w parę chwil obejrzałem starczy mi na naprawdę długo. Uwierzcie mi, poziom wyuzdania jaki tam może dziś znaleźć dziecko to... przepraszam, na prawdę nie umiem dobrać słów. Od tego co tam można obejrzeć mózg w poprzek staje. A to jest przecież przestrzeń publiczna, nieprawdaż? 
 
Nasze dzieci, o czym my zapominamy, poruszają się dziś pośród gęstej pajęczyny niewidocznych sygnałów i bodźców wobec których są całkiem bezsilne i którym niestety ulegają. I nie trzeba psychologa by wiedzieć, że tak przedwcześnie wzbudzone pragnienia bez wątpienia przejmą całkowicie kontrolę nad wolą i życiem tego dziecka. Tak "zainfekowany" mały człowiek zmienia priorytety a jego świat dziecięcej beztroski i niewinności w jednej chwili obraca się w gruz. Takie dziecko nie będzie miało głowy do nauki, nie będzie szukało nowych przyjaźni, będzie łaknęło czegoś czego nie rozumie, nie kontroluje, czegoś co z czasem będzie musiało eksplodować dając początek kolejnej tragedii. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że podobną drogę przeszli właśnie ci dwaj chłopcy. Najpierw bombardowani zalewających ich zewsząd seksem, w pewnej chwili zwyczajnie poddali się temu a gdy instynkty wzmocniony ciekawością rzeczy zabronionych wzięły górę nad jeszcze nieumocnionymi hamulcami społecznymi zrobili co zrobili.  A to tylko czubek góry lodowej. Gdy my na przerwach bawiliśmy się w berka i chowanego, gdy graliśmy w kapsle, dziś dzieci u progu gimnazjum pokazują sobie na komórkach najcięższe gatunkowo filmiki porno. Te mniejsze z kolei bojąc się pójść do łazienki w przerwie, by zminimalizować ryzyko, że trafią tam na kogoś kto każe im robić różne złe rzeczy, zwalniają się na siusiu w trakcie lekcji. Nie wierzycie? To pogadajcie ze swymi dziećmi.

Tak, tak Szanowni Państwo, tak to wygląda. To nie dzieci gwałcą dzieci. To my dorośli zabijamy w nich niewinność, wystawiając je na konfrontację z czymś co je bez wątpienia pochłonie.
 

czwartek, 12 czerwca 2014

O życiu we śnie i śmierci na jawie

Autor: Toyah
 
W klasycznym dziś już filmie Lumeta, „Dog Day Afternoon” – jak niemal każde prawdziwie wybitne dzieło, wykpionym i zlekceważonym przez krytykę –  nie wiadomo czemu wyświetlanym w Polsce pod tytułem „Pieskie popołudnie”, ów straszny dzień kończy się tak, że wszyscy są z tego upału albo tylko zmęczeni, albo zwyczajnie wręcz półprzytomni, i tylko ci agenci FBI, którym nigdy nie jest ani zbyt zimno, ani za ciepło, zachowują swoją zwykłą czujność i, wykorzystując ten jeden jedyny moment nieuwagi, zabijają biednego Sala. I to jest scena, której się nie zapomina.
     
Powiem szczerze, że ze mną jest tak, że gdyby miało się okazać, że w Niebie jest zawsze upalne lato, to ja nie mówię, że w ciemno wybieram Piekło, ale owszem, negocjowałbym. Znam parę osób – ciekawe, że są to bez wyjątku kobiety – dla których nie istnieją temperatury zbyt wysokie. Jest sierpień, termometry pokazują 42 stopnie w cieniu, przychodzi wrzesień, temperatura spada do 36, a one wpadają depresję, że jest zimno i że one będą musiały czekać kolejny rok, żeby się można było poopalać. Nie rozumiem tego, ale przyjmuję, że świat jest tak właśnie skonstruowany i mam już tylko nadzieję, że Pan Bóg zna proporcje, i urządzając dla nas mieszkanie, rozważył wszystkie opcje.
    
Wczorajszy dzień przyniósł dowód na to, że nawet jeśli mróz też potrafi zabić, to upał robi to z okrucieństwem znacznie bardziej wysmakowanym. Oto w Rybniku pewien człowiek zostawił swoją trzyletnią córeczkę w zamkniętym samochodzie na rozpalonym parkingu, poszedł do pracy, a kiedy wrócił po ośmiu godzinach, ona już oczywiście nie żyła. Czemu to zrobił i jakie były dokładne okoliczności tego nieszczęścia, nie wiemy, bo raz że policja wcale nie musi nas o wszystkim informować, a dwa, że z tego co słyszymy, ojciec dziewczynki jest w takim stanie, że nie ma sposobu się od niego dowiedzieć niczego. Nie lepiej jest z matką, która – jak już się dowiedziały odpowiednie media – z rozpaczy straciła zmysły i jest pod opieką lekarzy. W pewnym momencie tylko pojawiła się informacja, że on o dziecku zapomniał. Miał je zawieźć do przedszkola, ale zamiast tego pojechał do pracy i to dziecko w samochodzie zostawił. Po ośmiu godzinnych wyszedł z pracy i już tylko krzyknął: „O Boże! Jak ja mogłem tak zapomnieć!” No a ono się tam dosłownie ugotowało.
     
Jeszcze raz podkreślam, że nie wiemy, jak było, i do czasu aż ów nieszczęśnik odzyska mowę, a może i w ogóle już nigdy nic wiedzieć nie będziemy, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi dwie możliwości: pierwsza jest taka, że on swoją córeczkę zostawił na tym upale z głupoty, sądząc, że ona te osiem godzin jakoś przedrzemie, a potem razem wrócą do domu, ale z różnych, moim zdaniem dość oczywistych względów, wydaje mi się to zwyczajnie nieprawdopodobne. Jest jednak druga możliwość, taka mianowicie, że on rzeczywiście o tym dziecku zapomniał i to słowo, które się pojawiło tuż po tragedii, nie znalazło się tam bez przyczyny. On rzeczywiście mógł zapomnieć. Mogło się stać, że ta dziewczynka w pewnym momencie tak się zlała z tym strasznym tłem, przez które on się musiał już od dłuższego czasu przebijać, że zwyczajnie ją stracił z pamięci.
     
Niedawno opowiadał mi znajomy, że ich syn poszedł z ich labradorem na jakieś drobne zakupy, uwiązał go przed sklepem i był tak zamyślony, że wrócił do domu bez psa, a w domu nikt już do końca dnia tego, że pieska nie ma, nie zauważył, bo on nigdy nie rzucał się szczególnie w oczy, albo sobie śpiąc w swoim kąciku, albo po prostu leżąc i dumając. Dopiero wieczorem nagle ktoś zapytał: „Gdzie pies?” i wszyscy pobiegli pod sklep. Szczęśliwie, okazało się, że ktoś zawiadomił straż miejską, straż psa zawiozła do schroniska, no i wszystko skończyło się szczęśliwie.
     
Czemu opowiadam tę historię? Otóż wszyscy wiemy, jak to jest z naszymi dziennymi lękami i nocnymi koszmarami. Bardzo często one są tak dziwaczne i dla większości z nas nie do pojęcia, że jest nam zwyczajnie wstyd się do nich choćby przyznawać. I nie jest wcale tak najgorzej, jeśli się okaże, że boimy się śmierci, czy matury z matematyki, czy tego, że znaleźliśmy się na jakiejś bardzo wysokiej konstrukcji, nie znamy sposobu, by się stamtąd wydostać i tylko szukamy, czego by się tu złapać, żeby nie spaść, a pod nami jest już tylko ten idealnie płaski kawałek podłogi. Znacznie gorzej jest, kiedy nasz lęk dotyczy na przykład tego, że zapomnimy o czymś najbardziej ważnym i w ten sposób spowodujemy tragedię całego naszego życia. Nie wiem, jak jest u reszty z nas, ale lęk przed zapomnieniem o czymś, czego zapomnieć nie wolno, zapomnieniem spowodowanym nie naszym gapstwem, czy zwykłą głupotą, lub tym, że się człowiek zanurzył w jakichś bezsensownych rozrywkach, ale czymś na kształt zupełnie niezależnego od nas fatum. Mam na myśli sytuację, kiedy poszliśmy z dzieckiem na spacer, wracamy do domu, widzimy, że go nie ma, krzyczymy „O cholera!”… i nawet nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co takiego złego uczyniliśmy, że ono nagle nam zniknęło z oczu, a myśmy nawet tego nie zauważyli.
    
Nie zawsze tak miałem. Te koszmary zaczęły mnie nawiedzać – i chyba faktycznie najczęściej ich bohaterem było któreś z moich dzieci – dopiero w ostatnich latach. I to dokładnie w tym kształcie. Wracamy z wakacji, wysiadamy z pociągu, żona mnie pyta, gdzie dzieci… a ja nagle sobie uświadamiam, że one zostały gdzieś tam z tyłu, a ja nie wiem ani gdzie, ani kiedy, ani tym bardziej, w jakich okolicznościach. Kiedy to się zaczęło? Nie umiem powiedzieć. Możliwe, że wtedy, gdy Hanka jeszcze była bardzo mała, ja ją ciągnąłem na sankach, ona, będąc zawsze bardzo spokojnym dzieckiem, ani nic nie mówiła, ani nic ode mnie nie chciała, a ja szedłem oczywiście bardzo zamyślony… i ocknąłem się dopiero wtedy, gdy obcy ludzie zaczęli za mną wołać, że zgubiłem dziecko. Nie sądzę jednak, żeby to był ten moment. Wtedy akurat jeszcześmy się wszyscy potrafili z tej przygody tylko śmiać. To był dopiero sam początek świata, w jakim przyszło nam dziś żyć.
     
Jak mówię, nie wiem, ilu z nas przeżywa tego typu koszmary, ale mam bardzo mocne podejrzenie, że nie jestem tu sam. Od pewnego już czasu widzę bowiem, jak często moi znajomi na moje pytanie „Dlaczego? Co się stało?”, odpowiadają: „Przepraszam, stary, zapomniałem”. I ja to wyjaśnienie bardzo dobrze rozumiem, ja je regularnie przyjmuję, bo sam tu nie jestem bez winy. Ja zapominam nieustannie. I to nawet nie dlatego, że mam zbyt wiele rzeczy do zapamiętania, a zapisywać sobie czegokolwiek nie miałem nigdy w zwyczaju. Ja zapominam wyłącznie z tej przyczyny, że jestem tak pochłonięty codziennymi zmartwieniami i poszukiwaniem perspektyw, a czas mnie nieustannie tak wyprzedza, że już nawet niekiedy nawet nie dni, nie tygodnie, ale i miesiące pozostawiam za sobą z niezałatwionymi sprawami. Uważam, że to jest główny powód, a przy tym autentyczna plaga. Niemal wszyscy ludzie, jakich znam żyją z taką intensywnością różnego rodzaju zmartwień, że za każdym niemal razem, kiedy się budzą, zdają sobie sprawę z tego, że wczoraj już było, a kiedy postanawiają, że tym razem nie zapomną, budzą się ponownie i okazuje się, że to już kolejny wtorek i kolejny miesiąc.
     
Jeśli więc to, co się przydarzyło temu biednemu człowiekowi z Rybnika, którego dziś tak wszyscy nienawidzimy, i jego biednej córeczce, której tak bardzo współczujemy, wyglądało właśnie tak, to ja bardzo wszystkich przepraszam, ale ja go nie mogę nie rozumieć. Ja sobie bowiem jestem w stanie bardzo dobrze wyobrazić, jak on ją wiezie do tego przedszkola, ona sobie w tym strasznym upale zasypia na tylnym siedzeniu, a on – w tym samym strasznym upale i myślami już w pracy, a może wciąż jeszcze w domu, splątanymi tysiącem różnych drobnych zmartwień – najzwyczajniej w świecie traci czujność. I proszę mi nie mówić, że kochający ojciec nigdy by tak nie postąpił, bo miłość nie ma tu nic do rzeczy. Tu już mamy wyłącznie walkę odruchów splątanych nieustannych zmartwieniami i naszą zwykłą ludzką słabości.
     
Ja znam oczywiście komentarze dotyczące tego, co się stało wczoraj w Rybniku i oczywiście też nie mogłem nie usłyszeć owego chóru żądań śmierci dla „wyrodnego ojca”. Najlepiej takiej samej dokładnie, przez jaką musiało przejść jego dziecko. Ostrzegam więc każdego, kto spróbuje uderzać w ten ton. Wszyscy jesteśmy w jednakowej sytuacji: mądrzy i głupi, leniwi i pracowici, biedni i bogaci, młodzi i starzy. Nauczono nas w ciągu ostatnich kilkunastu lat na wszystko reagować już tylko instynktownie, a następnie przyprowadzono nad prawdziwą, straszną przepaść, stoimy na tym skrawku śliskiej bardzo podłogi, a zatem naprawdę lepiej by było, gdybyśmy się skupili na sobie i na naszym strasznym niewątpliwie losie, a nie na człowieku, któremu już i tak nikt i nic nie do końca świata nie pomoże. On już przekroczył tę granicę, a my mamy wszystko przed sobą i nawet się nie obejrzymy, jak kolejny z nas dostanie tak w łeb, że będzie zazdrościł tym, którzy się mieli szczęście nigdy nie urodzić.

wtorek, 10 czerwca 2014

Bóg tego Chazanowi nie zapomni

Autor: Integrator
 
Ciężkie idą czasy, doprawdy ciężkie a jak my się do roboty nie weźmiemy to pierwsi pójdziemy pod nóż. I to nie jest takie sobie pisanie dla pisania, ni też straszenie dla samej przyjemności patrzenia jak Wam się ze strachu źrenice rozszerzają. Ja mówię to całkiem poważnie. Najpierw wezmą się ale już tak na poważnie i bez wyjątku za rozczłonkowywanie tych bezbronnych i nienarodzonych a Wy twierdząc, że to Was nie dotyczy dacie temu milczącą zgodę. Dla spokojności sumienia pokażą Wam, a Wy jak mantrę będziecie to sobie potem w myślach odtwarzali, jakąś zgwałconą na dyskotece dziewczynkę z dramatycznym apelem, że nie powinna do końca życia ponosić tego konsekwencji. Jest młoda, ma prawo by korzystać z życia, iść na studia, założyć rodzinę, zrobić karierę i polecieć w kosmos by odkrywać nowe planety. A wy będziecie łapali się kurczowo każdej wymyślonej bzdury jak ostatniej deski ratunku, wszystko tylko by uzasadnić swoją bezczynność, by móc spać z czystym sumieniem. Potem zaczną Wam pokazywać tych ciężko chorych ludzi, którzy nie mogą nawet ruszyć palcem, robią pod siebie i pragną śmierci a bezduszne polskie prawo każe im gnić do końca życia tylko dlatego, że „czarni” postanowili znęcać się nad nami w każdym wymiarze naszego życia. I Wy w to też uwierzycie bo poddani intensywnej obróbce, choćby takiej której krwawe żniwa rozpoczęły się właśnie w Kanadzie,  będziecie mylić współczucie z miłosierdziem. I zaczniecie pytać samych siebie – jakie my mamy prawo odbierać im prawo do śmierci? A gdy i to zostanie załatwione przyjdą po Was. Tak zwyczajnie jak po tych bezbronnych. Tyle, że nikogo już o nic nie będą pytać, ani przekonywać bo słusznie przyjmą, że Wy się też na to zgadzacie. Przyjdą więc tak po prostu, w zwyczajny słoneczny dzień, bo będą chcieli Waszych mieszkań, Waszych organów, albo powietrza którym oddychacie a najpewniej wtedy gdy Wasza choroba będzie zbyt dużym kosztem dla budżetu szpitala i utrzymujących go podatników. I wtedy zrozumiecie, że przez całe swoje życie podpisywaliście własny cyrograf ale będzie już za późno.

Piszę to w emocjach które ostatecznie mógłbym Wam darować, ale nie tym razem nie przy takiej okazji. Nie po tym jak spadła dziś na mnie jak grom z jasnego nieba wiadomość o ataku na profesora Chazana. Oto jakaś kobieta oskarż go, znanego obrońcę życia i dyrektora szpitala pod wszystko mówiącym wezwaniem św. Rodziny, że odmówił wykonania aborcji i nie wskazał kto mógłby w zastępstwie wykonać ten „zabieg” jak to ładnie w przekazie na żywo nazwano. Zważywszy na to kogo zaatakowano i w jakim miejscu nie mam najmniejszych wątpliwości, że to jest akcja sterowana z najgłębszych czeluści piekła. Z tego miejsca z którego wysyła się całe zastępy demonów tylko gdy pojawi się choćby nikł szansa zabić dziecko - to co na tej ziemi najczystsze i jedynie niewinne.

Początek wszystkiego miał miejsce na Jasnej Górze gdzie zebrani lekarze podpisali klauzulę sumienia, to jest zobowiązanie do niewykonywania zabiegów sprzecznych z ich sumieniem. I choć zmieszano z błotem inicjatorów i propagatorów tej akcji w tym profesor Półtawską, to poparcie dla tej inicjatywy przeszło najśmielsze przypuszczenia. Z resztą jak i poziom furii z jaką zareagowały na ten fakt media. Ja to niebywałe plucie jadem jakoś zmilczałem choć chwilami nie dało się tego przejść inaczej jak tylko przyciskając czerwony guzik pilota. Pamiętam niemniej jak w jednym z kanałów produkowało się z dużym przejęciem jakieś dziewcze  tłumacząc nam, że teraz lekarze będą odmawiali leczenia. I choć jestem pewien, że ona treści tej klauzuli nie przeczytała to i ja w zwyczajnym akcie ludzkiego współczucia słuchając tego co mówiła, oczami wyobraźni widziałem ją jak z zawrotami głowy, albo połamaną nogą czołga się po korytarzu szpitala a stojący nad nią lekarz każe iść jej precz, wskazując palcem na wielką tablicę z umieszczoną na niej klauzulą sumienia. Otrząsnąłem się i już zrozumiałem, że poszła w ruch socjotechnika, że rozpoczęło się dopieranie do naszych głów. Nikt, ani to dziewczę ani komentujący w tle sprawę dziennikarz nawet jednym słowem nie zająknęli się, że ta „choroba” od leczenia z której odżegnują się lekarze podpisujący klauzulę nazywa się „dziecko”. Bo tylko o to tu chodzi. O prawo do nieuczestniczenia w zabijaniu, o prawo do wykonywania zawodu zgodnie z naczelną zasadą medycyny "Primum non nocere" (po pierwsze nie szkodzić). Z drugiej strony o prawo do bezgranicznego hulania, do zrzucania odpowiedzialności za swoje czyny na lekarzy, na niemogące się bronić dziecko. Nie oszukujmy się, to jest właśnie gro powodów dla których wykonuje się w Polsce aborcję!

Mamy więc tych lekarzy i farmaceutów którzy podpisali klauzulę będącą swoistym apelem, o prawo do walki o każde życie. Z drugiej strony oszalałe z nienawiści koncerny farmaceutyczne,  całą branżą pornograficzną i Bóg jeden wie jakie jeszcze potężne grupy interesów, które od dziesiątek lat pakują niewyobrażalne miliony we wszystko co może napędzić im klientów, ze szczególnym więc uwielbieniem mediów. A mimo to klapa. Zwyczajnie klapa. Sprawa klauzuli nie wzruszyła nami w sposób który pozwoliłby im wszystkim z osobistym namaszczeniem samego diabła opętać nas w stopniu, który pozwalałby im roznieść na naszych oczach sygnatariuszy a te ich tablice podobne Dziesięciu Przykazaniom rozbić im na tych ich uwstecznionych łbach. I wtedy przyszła refleksja, że nie udało się bo nie było ofiary. A zorientowawszy się błąd ten szybko poprawiono.

Profesor Chazan to człowiek znany w warszawskim środowisku jako nieustępliwy obrońca życia, który nie raz już tracił ziemski splendor tylko dlatego, że wiernie wypełniania misję jaką nakreślił każdemu lekarzowi Hipokrates w przysiędze, którą każdy z nich składa rozpoczynają pracę w zawodzie. Lepsza sposobności by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu trafić się nie mogła. Klauzula i znany obrońca życia za jednym zamachem.   

Pisałem Wam tu swego czasu w tekście „Tusku musisz oddać nam państwo”, jak to państwo działa. Że tylko jednym zdaniem przypomnę – tego państwa nie ma. Gdziekolwiek się pójdzie niemoc, niekompetencja, niechęć. I wystarczyło jedno małe dziecko, by to całe państwo w trosce o jego śmierć stanęło na nogi. Już działa prokurator, ministrowie, sprawę bada magistrat Warszawy jako właściciel szpitala, proceduje Izba Lekarska.

A Wy to wszystko odrzućcie i skupcie się na osobie tego lekarza. Wyciszcie się i posłuchacie jak ten profesor mówi. On się nie kłóci, nie ciska przeklęstwami, nie wypiera się swych poglądów i tego w co wierzy. Spójrzcie jak pięknie odpowiada dziennikarzom którym z nerwów drżą ręce w których trzymają mikrofony. On tkwi w całkowitym spokoju bo żyje zgodnie z wytycznymi swego sumienia, chcielibyście tak? Bo dla niego to nie pierwszyzna. On to już nie raz przechodził, i jest gotów przejść to piekło w obronie dziecka raz jeszcze. Posłuchajcie jak on pięknie odpowiada na to pytanie o sens prowadzenia ciąży po której dziecko i tak umrze. Ze spokojem i widoczną troską o dziecko, troską której zabrakło niestety jego mamie mówi - ból matki nierozerwalnie związany z porodem, będzie nieporównywalny z bólem wyrywanych rączek i nóżek jakie przeżyje to dziecko podczas zabiegu aborcji. Niech te słowa idą z Wam dziś przez cały dzień, gdziekolwiek się udacie... 

A dla tych co na prawdę lubią czytać na koniec jeszcze mały cytat, z losowo wybranej strony opisującej stadia rozwoju człowieka. (http://www.noworodek.pl/index.php?ms=3&art=39):

Dwunasty tydzień
Struny głosowe są wykształcone, i zdarza się, że dziecko czasami cichutko płacze. Mózg jest kompletnie uformowany. Dziecko zaczyna odczuwać ból. Powieki zakrywają oczy, i pozostaną zamknięte celem ochrony delikatnych włókien nerwowych, aż do siódmego miesiąca ciąży. 

W 21 dniu ciąży zaczyna dziecku bić serce. W 12 tygodniu jak czytacie zaczyna odczuwać ból. Widzicie to dziecko oczami wyobraźni? Dobrze. To teraz przypomnę Wam, że kobieta która przyszła do profesora Chazana z żądaniem wykonania aborcji była w 22 tygodniu ciąży.
 
I już nigdy nie mówcie, że nie widzieliście. Przynajmniej Wy co to czytacie nie zagłuszajcie waszego sumienia...