whos.amung.us

środa, 21 maja 2014

Ziemkiewicz, Wrzodak, Gadowski i Dugin

Autor: Coryllus
 
Kiedy się człowiekowi nie chce chodzić do pracy, albo kiedy wie on, że go wyrzucą na zbity łeb, bez żadnego porozumiewania się pomiędzy stronami, dobrze jest odwiedzić gabinet lekarza psychiatry i poprosić go o zwolnienie na druku L4 z powodu depresji. Ono jest zwykle długoterminowe i daje nam niezbędny dla odzyskania sił i radości życia wewnętrzny spokój. Naszych szefów i dręczycieli stopuje natychmiast, bo nad człowiekiem chorym nie wolno się znęcać i nie wolno odeń wymagać rzeczy upokarzających, takich jak przesiadywanie w pracy po godzinach. To nie jest żadne oszustwo, niech sobie nikt nie myśli, to jest rzecz normalna, a nie dość, że normalna to jeszcze uczciwa. Nie ma bowiem człowieka, który chodząc na wiele godzin do bezsensownej pracy w biurze czy redakcji nie był dotknięty depresją. Lekarze psychiatrzy, o ile nie mają przed sobą wyrazistych przypadków obłędu są ludźmi miłymi, sympatycznymi i życzliwymi dla świata. Czasem zdarza się jednak, że trafimy na człowieka, który potrzebuje tak zwanej podkładki, lub jak to nazywa Grzegorz Braun dupokrytki. Wtedy z całym spokojem, patrząc takiemu głęboko w oczy oznajmiamy: a wie pan, panie doktorze? Robaki do mnie gadają….I wcale nie musimy przy tym mrugać. On wie i my wiemy…Bywa jednak, że gawęda o robakach to za mało i nasz dobroczyńca miast zabrać się za wypisywanie druczka L4 zakręci się tak nerwowo na krzesełku obrotowym, albo zaprze się w sobie, jeśli akurat siedzi w fotelu i zamilknie. Wtedy musimy powiedzieć coś innego. Musimy powiedzieć, że kosmici podczas ostatniej wizyty u stomatologa wszczepili nam do zęba implant wysyłający sygnały radiowe, przez co mają nas cały czas pod obserwacją, jak ornitolog jakiegoś rzadkiego ptaka. Stało się tak albowiem podstępem opanowali oni mózg naszej dentystyki pani Krysi i ona nie jest już tą osobą, którą była wcześniej. Wtedy dobry pan doktor na pewno zabierze się za wypisywanie zwolnienia i będzie się jeszcze przy tym uśmiechał. Ludzie bowiem najbardziej na świecie pożądają dobrze opowiedzianych, malowniczych historii z suspensem, najlepiej, by reprezentowały one gatunek „z życia wzięte”.
 
Zaopatrzeni w miesięczne zwolnienie z obowiązków służbowych pędzimy do redakcji i kładziemy je ze smutną miną na biurku naczelnego. Bełkocemy coś o tym, że jest nam przykro i patrzymy jak zmienia mu się twarz i jak zaciska te swoje chłopsko-robotnicze szczęki z wściekłości. Potem opuszczamy gabinet bez pożegnania, bo i o czym tu gadać. Za miesiąc weźmiemy sobie nowe zwolnienie, jak nie na robaki to na kosmitów, depresja przecież nie przechodzi nikomu po 30 dniach i rozpoczniemy szukanie nowej pracy. Naczelny zaś będzie w tym czasie szukał frajera, który za połowę pieniędzy zrobi to samo co było do tej pory naszą udręką. Po wyjściu z gabinetu, na oczach całego newsroomu, możemy jeszcze pokazać, koniecznie odwracając się w stronę drzwi za którymi siedzi naczelny, tak zwanego wała, nazywanego też czasem gestem Kozakiewicza. Jest szansa, że zbierzemy oklaski. Donosicieli się nie boimy, bo ich donosy wobec potęgi zwolnienia lekarskiego na depresję są jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Albo coś innego, co Wam tam przyjdzie do głowy.
 
Kiedy już wybiegniemy na zalaną słońcem ulicę i świat cały zacznie się do nas uśmiechać, zauważymy natychmiast kiosk ruchu, a w nim okładki kolorowych czasopism. Kupimy dla zgrywy jedno z nich i tam znajdziemy tekst Rafała Ziemkiewicze, obok niego jakąś polemikę z Duginem, a zaraz za tym informację o Wrzodaku, że wraz z profesorami UJ napisał list do Putina. I od razu myśli nasze biegną ku dobremu psychiatrze, który wypisał nam zwolnienie lekarskie i zaczynamy się zastanawiać jak on zareagowałby, gdyby wymienieni wkroczyli do jego gabinetu. To jest oczywiście czysta teoria, bo oni akurat zwolnień nie potrzebują, a gdyby nawet potrzebowali ukrywali by ten fakt przed całym światem. Być może tak właśnie czynią i dlatego większość ludzi, która nie brała nigdy zwolnienia na depresję, nie potrafi ich właściwie rozpoznać i zdiagnozować. No, ale my tutaj możemy się o taki eksperyment pokusić.
 
Zacznijmy od Wrzodaka i jego misji. Jak to jest, że działacz związkowy, który swego czasu, w epoce przedinternetowej, kompromitował się bezkarnie za każdym właściwie razem kiedy pokazywali go w telewizji, występuje nagle jako jeden z sygnatariuszy listu do Putina? Co on robi w towarzystwie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, obojętnie co byśmy dziś o tych profesorach nie myśleli? Skąd on się tam wziął i kim jest? Nie jest już działaczem związkowym, bo jego zakład upadł dawno temu. Nie jest politykiem, bo się do tego nie nadaje i nigdy nie nadawał. No to kim jest i co wszczepili mu pod plombę kosmici? Niełatwo zgadnąć, bo pan Zygmunt pokazuje się dziś niezwykle rzadko i kapitały polityczne w które mierzy są bardzo zagadkowe. Kogo on chce skaperować? Rusofilów jak się domyślamy, ale takich w Polszcze jest jak na lekarstwo. Oczywiście ich liczba wzrośnie natychmiast kiedy tylko Putin zdecyduje się na wyłożenie jakiegoś budżetu z przeznaczeniem na propagandę. Wtedy okaże się, że za Wrzodakiem ludzi siła, jeden się nazywa tak, inny śmak, jeden kocha Polskę, inny Perkuna, a będą też zapewne i tacy, co się wystroją w plakietki z Matką Boską Częstochowską, żeby nadać sobie ten niepowtarzalny sznyt najautentyczniejszego autentyzmu i prawdziwej pobożności, tak wdzięcznie kiedyś prezentowany przez Lecha Wałęsę. I jeszcze będą między nimi profesorowie wyższych uczelni znudzeni systemem bolońskim i z każdym rokiem obniżającym się poziomem inteligencji studentów. Wrzodak nie pogardzi żadnymi pieniędzmi i ja to wiem, bo pamiętam z dawnych lat jego wypowiedź z wieczornych wiadomości. Był to jakiś montaż o ubóstwie i Wrzodak, wówczas poseł na sejm powiedział, że on dostaje ledwie 5 tysięcy na miesiąc gołej diety, a ma dwoje dzieci. I co on biedny z tymi groszami ma zrobić? To było jakieś 10 lat temu, więc 5 tysięcy to był ładny kawałek grosza. Dziś także jest, ale trochę jakby mniej waży. Kiedy zobaczyłem jak ten facet to mówi, pomyślałem, że teraz media go rozjadą. Była akurat jakaś nagonka na polityków co mają za dużo i trzeba było zabiegać o względy biedoty. No, ale okazało się, że Wrzodaka nikt nie ruszył. Może dlatego, że nie było internetu, a może z jakichś innych powodów. Wrzodak żył sobie spokojnie i dziś powraca jak kosmita co ludziom nadajniki do zębów wszczepia, albo jak gadający robak, co pyta deliryków o drogę do monopolowego.
 
Nie wiem czy Wam się też to rzuciło w oczy? Taki Wrzodak, tak wdzięczny obiekt szyderstw dziennikarskich, do tego nierozgarnięty i głupszy od Cymańskiego i nic, nikt się nigdy nie zajął systemowo jego dręczeniem i wyszydzaniem. I dziś znowu wyskakuje jak Filip z konopi, a do tego w towarzystwie Anny Raźny, osoby obdarowanej przez nie wiadomo kogo tytułem profesora i, co okazało się wczoraj, bliskiej koleżanki redaktora Gadowskiego. Tenże Gadowski napisał do niej list otwarty i nazywa ją w nim nawet znajomą Antoniego Macierewicza. I cóż tu robić? Nasuwa się nam bowiem myśl, że ten lekarz, cośmy mu o gadających robakach opowiadali i o kosmitach, musiał się w życiu lepszych historii nasłuchać, a nas potraktował jak pogodnych gamoni, którzy chcą się tu popisać inwencją, ale wyżej standardów Tytusa, Romka i A’tomka nie podskoczą. I to dlatego się śmiał, a nie dlatego, że mu się historyjka podobała. Okazuje się bowiem, że to jest jedno towarzycho, że się tak przedmiejsko wyrażę. Gadowski zna Raźny, Raźny zna Wrzodaka, ten zna całe mnóstwo ludzi, a Gadowski zna też Wildsteina, on zaś jest kolegą Ziemkiewicza, a ten zajmuje się fałszowaniem historii prawie zupełnie tak jak Dugin tylko w drugą stronę. O ile Dugin opowiada dyrdymały o cywilizacji lądu i trzecim Rzymie, oraz o nieziemskich przymiotach Rosjan, o tyle Ziemkiewicz sprowadza nas do tak zwanego parteru, czyli domaga się po prostu, byśmy wszyscy, zupełnie jak on zamienili się w grubodupych cukrzyków i jeszcze epatowali tym ludzi w swoich książkach. I żeby nam do głowy nie przyszło stawiać się Duginowi bo to jest brak politycznego realizmu. Mamy słuchać i kiwać głowami. A z jakiej racji ja się pytam? Czy Dugin to jest jakiś znany psychiatra, który nam wystawi porządne L4? Oczywiście, że nie, on nam nic nie wystawi i nic nie postawi. Na jego widok my możemy co najwyżej postawić oczy w słup. Gawęda Dugina jest dęta i miękka jak nie powiem co, bo na sali są panie. Rosja i jej mocarstwowo religijne aspiracje kończą się w momencie kiedy napotyka ona na swej drodze przedstawicieli handlowych jakiejś korporacji albo kompanii, którzy mają pod pachą już to plik oszukanych umów, już to kuferek ze złotem. Gawędy Dugina mogą uwodzić Wrzodaka i Raźny oraz tych innych quasi profesorów z tego dziwnego uniwersytetu. I to też o tyle, o ile idą za nimi pieniądze. Bez zaliczki nie ma muzyczki jak mawiała świętej pamięci Irena Kwiatkowska. No więc nie ma się co dziwić temu listowi, bo na pewno poprzedziła go zaliczka. A skoro tak było, to sygnujący go pracownicy naukowi powinni zostać zdegradowani do stopnia szeregowca i wysłani na front besarabski bez prawa do korespondencji. Oczywiście stanie się inaczej. Powiem Wam jak. Najpierw był list Gadowskiego, który w słowach pełnych dramatyki (nie mylić z dramaturgią i dramatyzmem) usiłował przekonać nas, że Raźny to nie jest pani, która się sprzedaje, ale osoba godna szacunku tyle, że pogubiona. Po Gadowskim przyjdą inni. Ziemkiewicz pewnie coś napisze, może nawet zaliczy Wrzodaka do endecji i zacznie mu przypisywać jakieś człowiecze cechy, wszystko może się zdarzyć. Sowiniec, który zna wszystkie wymienione w moim tekście osoby poparł już bezkrytycznie Gadowskiego, a pewnie za chwilę poprze i innych, którzy będą starali się wokół tego listu zbudować środowisko politycznych realistów. To jest dziś niesłychanie łatwe, bo jakieś pieniądze wchodzą w grę, a okupant jest daleko i cała sytuacja nie ma żadnej analogii w dziejach. Z tej prostej przyczyny, że nie towarzyszy jej żadna realna obawa. Im się nic nie stanie. Zaczęło się od listu i od jego krytyki, wkrótce okaże się, że potrzebna jest debata telewizyjna z udziałem wymienionych tu przeze mnie osób, a żeby był pluralizm doprosi się do niej jeszcze jakiegoś sowietologa i ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce. Po godzinnym ględzeniu dojdzie do tak zwanego konsensusu, czyli mówiąc wprost, pan ambasador naobiecuje im, między tak zwanymi wierszami tyle, że wszyscy położą się na plecki i będą machać łapkami ze szczęścia.
 
Istotne pytanie dla mnie, kiedy widzę tych wszystkich zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi, którzy epatują nas całkiem fikcyjnymi różnicami w poglądach, brzmi – kto im dał L4? Kto im do cholery dał zwolnienie od odpowiedzialności i na ile ono opiewa? Ja nie wiem kto, ale nie znam przecież wszystkich psychiatrów w kraju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz