whos.amung.us

niedziela, 18 maja 2014

Władysław Bartoszewski, czyli człowiek bez znaczenia


Nasz kolega Coryllus napisał dziś kolejny bardzo dobry tekst, tym razem poświęcony wyjątkowo brutalnemu procederowi głównie intelektualnego i emocjonalnego wykorzystywania kobiet przez najróżniejszego rodzaju oszustów, poczynając od zwykłych, jak on to określa „puchaczy rolnych”, przez pospolitych oszustów, a kończąc na politykach. Powiem szczerze, że choć tekst Coryllusa okazuje się ostatecznie idealnie pełny, początkowo liczyłem na to, że on trochę miejsca poświęci naszym biednym koleżankom z blogów – w tym tak przecież inteligentnym i w pewnym sensie wybitnym, jak Kobieta Kula – które w kompletnie nierozpoznany sposób garną się do blogów prowadzonych przez oczywistych wariatów, by nie powiedzieć – psychopatów, których obłęd rozpoznali już wszyscy… tylko nie one.
No ale, jak mówię, ostatecznie tekst Coryllusa stanowi całość idealnie zamkniętą, a biorąc pod uwagę fakt, że w swoim komentarzu on jeszcze nam przypomniał u dzisiejszych urodzinach kobiety świętej i jednocześnie skandalicznie zapomnianej, mianowicie Marii Gaetan Agnesi, mamy naprawdę znacznie więcej, niż mogliśmy się spodziewać.
Ktoś się zapyta, co ja tu w takim razie robię. Otóż jest tak, że w „Warszawskiej Gazecie”, od dziś do nabycia w kioskach, znajduje się mój felieton poświęcony również kobiecie – moim zdaniem kobiecie mądrej, dzielnej i niezłomnej – a mianowicie Krystynie Pawłowicz, i zgodnie z niepisanymi zasadami, ja ten tekst powinienem tu opublikować najwcześniej jutro, lub w niedzielę. Tak się jednak składa, że i jutro i pojutrze od rana do wieczora będę sprawdzał matury i nie ma takiej możliwości, bym coś napisał, a zatem i przez te matury i trochę w uzupełnieniu tekstu Gabriela, chciałby już dziś zaprezentować tu tekst poświęcony kobiecie, której nie jest w stanie oszukać nikt, bo ona jest od nich wszystkich jednoznacznie sprytniejsza. W najlepszym słowa tego znaczeniu. A więc – choć na komentarze czekam z niecierpliwością – kolejny tekst dopiero w poniedziałek.
Z pisaniem o Władysławie Bartoszewskim mam z jednej strony sytuację wyjątkowo komfortową, bo w polskiej przestrzeni publicznej nie ma chyba osoby aż tak jednoznacznie odpychającej, jak ten człowiek, więc nie trzeba się wysilać, a z drugiej – z tego samego zresztą powodu – istnieje niebezpieczeństwo, że nie znajdę sposobu, by w felietonie tak skromnym, o kimś tak szalenie płaskim, napisać coś na tyle interesującego, żeby to w ogóle dało się czytać. No bo jakie tu mam możliwości? Powtarzać po raz enty tak bardzo już wytarty slogan o „strasznym dziaduniu”? Ja tu naprawdę mam o wiele większe ambicje, niż podłączanie się do popularnej debaty.
A mimo to trzeba się tym dziwnym człowiekiem zająć. Na szczęście, mamy też Krystynę Pawłowicz – osobę, która pod każdym niemal względem stanowi jego całkowite przeciwieństwo, a więc jest od Bartoszewskiego znacznie bardziej dowcipna, inteligentna, i wreszcie, co bardzo istotne, odważna. Bo ile ją kosztuje wygłaszanie szczerych opinii, wiemy wszyscy aż za dobrze. Natomiast zastanówmy się nieco, jakiego to charakteru trzeba, by publicznie wyzywać antysystemową część społeczeństwa od bydła, a ich najszczersze emocje określać jako nekrofilię, mając jednocześnie pełne gwarancje Systemu? Przecież w sytuacji, w jakiej dziś się znajduje Bartoszewski, na taką odwagę mógłby sobie pozwolić już nawet nie pastuch, ale najzwyklejszy uczestnik debat na portalu „Gazety Wyborczej”.
I tu pojawia się Krystyna Pawłowicz i w dzisiejszej sytuacji, gdy już można sobie pozwolić naprawdę na wiele, choć wciąż oczywiście nie na za wiele, no a już z całą pewnością nie na coś, co dla każdego uczestnika politycznej debaty stanowi oczywiste tabu, mówi nam Pawłowicz ni mniej ni więcej, jak najpierw to, że w najnowszym klipie Platformy Obywatelskiej Bartoszewski „siedzi w fotelu jak przed egzekucją na krześle elektrycznym i to już chyba po wykonaniu wyroku, bo wszystkie światła jakieś pogaszone dziwnie”, a następnie – na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz – dodaje, że Bartoszewski, to „pastuch powiedziałabym słabej klasy, [który to] pastuch niech się schowa i już nie poucza, ani bydła ani nikogo innego
". No i wreszcie, jak można było zresztą od początku oczekiwać, wyczytana po nazwisku i zachęcona, żeby „dziadunia” przeprosić, ów fantastyczny popis politycznej retoryki kończy tym, że to akurat ona „się czuję obrażona i w imieniu bydła oczekuję jego przeprosin. Pan Bartoszewski jeszcze nie jest wpisany do konstytucji”.
Mam zresztą wrażenie, że to ostanie zdanie, szalenie niesprawiedliwie, zostało w bieżących komentarzach pominięte, a zatem nawet jeśli ten felieton powstał tylko po to, by na nie zwrócić uwagę, stanowi to powód wystarczający. Otóż na tym właśnie polega wielkość Pawłowicz i małość Bartoszewskiego. Ją mamy po to, by nam wyjaśniała, że konstytucja nie służy chronieniu agentów Systemu, ale rzeczy znacznie ważniejszych, natomiast jego… Władysław Bartoszewski tu akurat stanowi element w najlepszym wypadku obojętny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz