whos.amung.us

czwartek, 29 maja 2014

Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem

Autor: Toyah

Po wyborach prezydenckich w roku 2010 na tym blogu przedstawiłem tekst zatytułowany „O burych sukach na poważnie”, w którym spróbowałem – moim zdaniem bardzo skutecznie – udowodnić, że wybory te zostały przez System sfałszowane w taki sposób, by prezydentem został nie Jarosław Kaczyński, a Bronisław Komorowski. Pozwolę tu sobie przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre”.
W komentarzu pod tamtym tekstem, mój serdeczny przyjaciel LEMMING, napisał mi, że jemu jest bardzo trudno przyjąć moje argumenty, i to już nawet nie tyle ze względu na ich wartość merytoryczną, co na fakt, że gdyby faktycznie doszło do sfałszowania wyborów, mielibyśmy do czynienia z czymś, co się gdzieniegdzie określa nazwą „game changer”. Napisał LEMMING coś takiego:
Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest "game changerem" - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ja za wzorowa. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się.
Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucje, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać albo mówić ze ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cala istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić”.
Oczywiście, ja się nad tym zastanowiłem jeszcze wielokrotnie i niestety za każdym razem tylko się moje obawy potwierdzały. No a kiedy zupełnie niedawno ktoś zechciał spopularyzować dawną już wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, gdzie ów dziwny człowiek przyznał, że w ową niedzielę wyborczą, późnym już wieczorem otrzymał od osoby bardzo dobrze poinformowanej i zaufanej, że Kaczyński zdecydowanie wygrywa te wybory i się naprawdę przeraził, to powiem uczciwie, że nawet mi powieka nie drgnęła. Bo ja już od dawna, jak było, wiedziałem.
Ktoś się zatem zapyta, co w takim razie z owym „game changer”, o którym pisał LEMMING? Czy rzeczywiście jest tak, że jeśli przyjmiemy, że oni posunęli się już do tego, by fałszować wybory, to znaczy, że nasza walka straciła sens? Że od momentu, gdy oni uznali, że to jest coś co faktycznie można zrobić i w dodatku natychmiast się przekonali, że im to uszło zupełnie na sucho, że nawet nie rozległo się jedno westchnienie, oni już tak mogą ciągnąć w nieskończoność? Otóż uważam, że wcale nie koniecznie. Kiedy bowiem patrzymy na wyniki przedwczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego i widzimy, że tym razem już nie tylko ja i Stefan Niesiołowski, ale nawet wiele osób nastawionych do tego co się dzieje w Polsce znacznie bardziej ode mnie umiarkowanie, widzi, że ów przedziwny twór funkcjonujący pod – dziś już brzmiącą niemal jak szyderstwo – nazwą Państwowej Komisji Wyborczej, jest w swoich działaniach wyłącznie wykonawcą poleceń Systemu, świadomość tego, że w Polsce doszło do przekroczenia pewnej granicy, za którą nie ma już nic, musi się już tylko powiększać. I jeśli w końcu dojdzie do tego – niewykluczone, że już w wyborach kolejnych – że Platforma Obywatelska realnie otrzyma 5 procent głosów, to nie ma takiej siły, by oni z tych pięciu procent byli w stanie zrobić 35, i wtedy to się skończy. A kiedy się skończy, ta część Systemu runie, jak domek z kart. Oczywiście jest też możliwe, że do owych 5 procent spadnie w Polsce frekwencja wyborcza, ale to i tak musi spowodować wstrząs. I wtedy ten brud zacznie się wylewać. I tego już nic nie powstrzyma.
W kwietniu 2010 roku System, przy bardzo aktywnym współudziale czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, doprowadził do strasznej katastrofy, w której zamordowany został Prezydent RP z małżonką, całe niemal dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, i cała kupa najważniejszych polityków politycznej opozycji. Otóż uważam, w brew temu, co sądził wtedy LEMMING, to był prawdziwy „game changer”. Prezydenta Kaczyńskiego bowiem nie zamordowały służby, tak jak to było w przypadku dajmy na to prezydenta Kennedy’ego. Służby to zaledwie ludzie, a ludzi można zawsze albo wymienić, albo nawet wsadzić do więzienia za jakieś tam przekroczenie kompetencji. Prezydent Kaczyński został zamordowany przez System. System w roku 2010 dokonał wyborczego fałszerstwa, przekazując w ręce Bronisława Komorowskiego stanowisko prezydenta. Dziś już natomiast wybory fałszują tylko ludzie; ludzie, którzy wówczas – zarówno w kwietniu, jak i lipcu – realizowali zlecenie Systemu. Dziś wybory fałszuje ta grupka przerażonych utratą pracy staruszków z PKW na polecenie grupki przerażonych tym, co się może stać już jutro, polityków. Mieliśmy przedwczoraj i wczoraj fantastyczną wręcz możliwość obserwowania, jak oni działają. Jakie to jest wszystko obnażone i nieporadne. Dziś piszą o tym wszystkie media.
Tak mój kochany przyjacielu. Wyborcze fałszerstwo z lipca 2010 roku to nie był żaden „game changer”; tym bardziej nie jest nim to, co się stało wczoraj. To są ostatnie podrygi ludzi, których System wykorzystał do końca, a następnie zostawił pod płotem, by zdychali. W swojej powieści „Mistrz i Małgorzata” Bułhakow bardzo czytelnie pokazuje, że Szatan nie oszczędza nikogo, nawet swoich najwierniejszych przyjaciół, najbardziej oddanych sług. W stosunku do nich jest równie zimny i bezwzględny, jak w stosunku do całej reszty świata. Wystarczy że będziemy o tym pamiętać, i z naszego punktu widzenia, to zupełnie wystarczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz