whos.amung.us

niedziela, 18 maja 2014

Monte Christo ze szpadryną

Marka Nowakowskiego zobaczyłem po raz pierwszy w kolejce do kasy, na korytarzu nie istniejącej już dziś redakcji „Expressu Wieczornego”. On czekał na pieniądze i ja także. Były to honoraria za teksty. Ja wiedziałem już wtedy, że on jest pisarzem, a on o mnie, rzecz jasna, nie wiedział nic. Stałem za nim w kolejce do tej kasy, były to szczęśliwe czasy, kiedy nikomu nie śniła się jeszcze internetowa bankowość, a po korytarzach warszawskich redakcji snuli się dziwni, wpuszczeni przez nie wiadomo kogo ludzie i zadawali zaskakujące pytania dziennikarzom. O ile pamiętam było już po denominacji i wynagrodzenie odbieraliśmy w nowych banknotach. Nie dało się nie zauważyć ile wziął za dwoje kryminalne opowiadanie Marek Nowakowski. On też wcale tego nie ukrywał. Kiedy w kasie pojawiła się płowa czupryna pani kasjerki, zapytał czy są już te groszaki dla niego. No i pani wypłaciła mu 120 złotych z jakimiś drobnymi. Następny w kolejce byłem ja i dostałem 50 złotych z drobnymi za dwoje kawałki o zabytkach. To było sporo forsy jak dla mnie, ale zdziwiłem się, że postać taka jak Marek Nowakowski dostaje ledwie 120 żyli w dużej redakcji mieszczącej się w końcu nie byle gdzie, bo w Alejach Jerozolimskich. Nie poszedłem jednak po rozum do głowy, nie rzuciłem pisania, zniechęcony tym jego wynagrodzeniem, ale zacząłem się w tym absurdalnym zawodzie doskonalić. To był początek mojej drogi i teraz jestem tu gdzie mnie widzicie, a Marek Nowakowski właśnie zmarł.

Nie przeczytałem ani jednej jego książki, a jednak wiedziałem kim on jest. Nie fascynował mnie, nie pociągał, ale rozpoznawałem go na ulicy. Kiedyś spotkałem go przy placu Unii Lubelskiej, szedł z jakimś facetem i gestykulował. – Nowakowski idzie – pomyślałem, ale do głowy nie przyszło mi zastanawiać się skąd wiem, że to jest akurat on – pisarz Nowakowski. Dopiero wczoraj mnie naszło. Ja go musiałem znać z telewizji i Gazety Wyborczej, ponieważ nic innego w tamtym czasie nie przyswajałem. Oglądałem telewizję lub czytałem Gazetę Wyborczą. Pamiętam jak mnie denerwowały ustawki z jego udziałem. Pamiętam jakiś tekst, w którym opisano jeden z licznych pisarskich konkursów, gdzie Nowakowski był jurorem. No i on tam wręczał nagrodę debiutantowi i pani z gazowni, podsumowała to zdaniem – stary wilk ściska rękę młodemu wilczkowi. I ja wtedy pomyślałem to samo co myślę dzisiaj – w ten sposób się załatwia autorów. I tych starych, doświadczonych, ale marnie wynagradzanych i tych młodych, którzy nigdy żadnego wynagrodzenia nie dostaną. Ludzie jednak, którzy twierdzą, że pisarze są im potrzebni jak powietrze i chleb nie rozumieją tej sytuacji nie w ząb i gotowi są zabijać za życia ludzi piszących, a po śmierci brukać ich pamięć swoimi nędznymi laudacjami.

Marek Nowakowski był kiedyś na spotkaniu w Grodzisku Mazowieckim, przyszedłem oczywiście i usiadłem w pierwszym rzędzie. On opowiadał, słabym już głosem o tym co tam się działo po wojnie w tych Włochach, był bardzo już zmęczony i chciał jak najszybciej iść do domu. Zapytałem go, czy chodził na włamy. Wydawało mi się, że takie pytanie jest na miejscu, skoro ktoś epatuje znajomością środowiska małomiasteczkowych przestępców to powinien się zadeklarować – chodził na włamy, czy nie. On mnie jednak zbył, pytanie usłyszał, ale powiedział, że nie powinno mnie to obchodzić. Podarowałem mu książkę o jasnowidzu. Podobało mu się, dzwonił nawet w tej sprawie, ale dla mnie nie miał ów fakt już żadnego znaczenia. O żadnym bowiem następstwie pokoleń wśród autorów nie może już dziś być mowy. I pewnie nigdy nie było o tym mowy, ale ludziom aspirującym do miana inteligencji wydawało się zawsze, że tak powinny wyglądać relacje na rynku książki – jeden umiera, a na jego miejsce przychodzi inny. Widownia zaś klaszcze i wznosi okrzyki, bo to wszystko dla niej, dla niej….Ci inni czasami się rzeczywiście pojawiają, ale za każdym razem możemy mieć pewność, że są to ludzie zawczasu przygotowywany przez jakieś powiązane z policją środowiska do odegrania roli pisarzy. W dodatku nie zwyczajnych, ale wybitnych. Publiczność bowiem interesuje się jedynie obcowaniem z pisarzami wybitnymi, inni nie mają szans. Dlatego tylu ich dzisiaj mamy, żeby publiczność była usatysfakcjonowana.

Raz czy dwa rozmawiałem z osobami, które Marka Nowakowskiego znały osobiście, nie piły z nim wódki, ale znały go dobrze. No i osoby owe dobrze zdawały sobie sprawę, że proza Marka Nowakowskiego, była wymyślona w całości, od pierwszego do ostatniego zdania, że była to stylizacja, konwencja, jakiej oczekiwała oszalała, warszawska publiczność, która musi mieć swojego pisarza, bo inaczej będzie czuła niedosyt, frustrację i dziwne lęki. Jeśli nie byłoby Nowakowskiego, pojawiłby się z pewnością inny „warszawski pisarz”, eksploatujący temat podwórek, wódki i przestępców. Tylko ktoś wyjątkowo niewyrobiony literacko mógł brać to co pisał Marek Nowakowski serio. Dlaczego tak było? To jest sprawa dość prosta i oczywista, ale nikt jej nie opisze, bo wtedy czar pryśnie, zgasną światła, scena się odwróci i okaże się, że ci co siedzą na widowni i podziwiają pisarzy są teraz oświetleni przez setkę lamp sodowych, a z ciemności w ich kierunku lecą nieprzychylne słowa i ogryzki.

Marek Nowakowski obracał się w tak zwanych środowiskach, znał artystów, pisarzy, gliniarzy, bo nie można znać złodziei, a nie znać policjantów, znał dziennikarzy i różne brudy, które wśród tego towarzycha zalegały. I on miał okazję obserwować ewolucję tego środowiska od wczesnych bardzo lat powojennych, debiutował dawno temu w wieku 23 lat. To duże osiągnięcie, zważywszy na to jakie pomysły przychodzą człowiekowi do głowy kiedy ma 23 lata. Nie pisał jednak o tym. Pisał o czymś zupełnie innym, na czym znał się trochę, a to czego nie znał po prostu wymyślił. Pomyślcie co by było, gdyby Marek Nowakowski zamiast tych rzekomo zwyczajnych historii o życiu ludzi na przedmieściach opisał te wszystkie fałszywe konkursy literackie, kolegia redakcyjne, w których uczestniczył, swoje znajomości z politykami i inne takie numery. To by dopiero było. No, ale wtedy zniszczyłby sobie życie, bez wątpienia…Ludzi ci bowiem to właśnie jego publiczność, to oni go dziś oklaskują, bo przez całe dorosłe życie puszczał im na odrapanej ścianie stare, zleżałe slajdy ze scenami ukazującymi życie „niższych sfer”. To im dawało satysfakcję, a jemu honoraria na poziomie 120 złotych za materiał.

Obejrzałem kiedyś połowę spektaklu wyreżyserowanego na podstawie jakiegoś opowiadania Marka Nowakowskiego. O jakimś księciu z przedmieścia czy o kimś podobnym. Było to po prostu straszne, fikcyjność tego tematu uniemożliwiała po prostu konsumpcję. Był tam dobry złodziej, aspirujący do bycia jeszcze lepszymi złodziejami młodzieńcy i jakieś dziwki. Poetyka, która wielu znudzonym i usadowionym w miękkich fotelach ludziom kojarzy się z tak zwanym prawdziwym życiem. Tylekroć już wyszydzonym. Wczoraj umarł Marek Nowakowski, człowiek który próbował przekonać nas, myślę, że nieszczerze, że przestępcy mogą fascynować. Do swojej prozy dołączał zawsze aneks, który da się streścić zdaniem – muszą to być jednak przestępcy małego kalibru i koniecznie nieudaczni. O fascynacji wielkimi złodziejami ze sfery publicznej nie może być mowy. Oni mogą najwyżej wykupić bilet na to przedstawienie i zasiąść na widowni, a potem klaskać i wzruszać się losem Benka Kwiaciarza. Myślę, że przez ostatnie lata Marek Nowakowski był traktowany przez środowiska tak zwanych :”naszych” całkowicie instrumentalnie. Myślę też, że zdawał sobie z tego sprawę, ale nie miał żadnego wyjścia. Nie stawał już co prawda w kolejkach do kasy, bo 120 złotych wysyłano mu na konto, ale ucieczki od tej degradacji nie było. Skąd ja wiem, że to była degradacja? To proste, wczoraj Sakiewicz umieścił na swoim portalu taką oto informację: umarł Marek Nowakowski, publicysta „Gazety Polskiej Codziennie”. I tyle. Marek Nowakowski był moim zdaniem autorem niewolnym i zawłaszczonym. Przyszło mu żyć w trudnych czasach, bo miejsca dla pisarzy nie ma tu w ogóle. On, poprzez swoje wcześniejsze doświadczenia, odnalazł się w niewielkiej niszy i w niej żył. Pomiędzy nim a prawdą była jednak gruba warstwa tępych oklaskiwaczy, pomiędzy nim a prawdą był jednak lęk, którego Marek Nowakowski nigdy nie pokonał. On nie był pisarzem przedmieścia, on sobie je jedynie niewyraźnie przypominał, z czasów młodości. To był pisarz obcujący z elitą, ale na jej temat nie odważył się napisać ani jednego słowa. I nie cytujcie mi tu „Raportu o stanie wojennym” dobrze….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz